Nie jestem feministką. To proste stwierdzenie faktu: nie jestem feministką, bo jestem feministą. Co to znaczy? To znaczy co najmniej tyle, że rozumiem i wspieram minimum feministyczne:

1. Znacząca społecznie grupa ludzi jest dyskryminowana / doznaje różnorakich krzywd tylko dlatego, że ci ludzie są kobietami.
2. Należałoby coś z tym zrobić.

Często dodaje się punkt 3, postulujący, że same kobiety powinny coś z tym robić. I tu dopiero pojawia się pewna różnica między –tka a –ta, którą polecam wyobraźni czytelników, a sam idę dalej: feminizm jest oczywistą składową bycia cywilizowanym człowiekiem, podobnie jak np. antyrasizm. Kto sądzi inaczej, staje się przedmiotem szyderczego (ale bardzo, wbrew pozorom, głębokiego) bonmotu, który już cytowałem:

Feminizm to radykalne przeświadczenie, że kobieta jest człowiekiem.

Dopóki równanie włączające kobietę do gatunku ludzkiego uważane jest za stanowisko radykalne, dopóty feminizm jest oczywistością.

Biegnę w siedmiomilowych butach, skrótami, bo te sprawy naprawdę były tłumaczone tysiące razy, a sam fakt, że nadal wymagają tłumaczenia, oznacza, że feminizm jest koniecznością. Sprowadza się on – na początek – do dwóch kwestii:

1. równego traktowania
2. prawa wyboru

Pojawienie się tekstu, z którego wynika jawne niezrozumienie powyższych oczywistości, spowodowało, że odezwałem się pod blogonotką drakainy i to (według niej) nieuprzejmie i sarkastycznie (przepraszam). Rzeczywiście, po raz tysięczny i pierwszy łapię się na niejakim szoku poznawczym i reakcji poniekąd emocjonalnej, bo:

Osoba odczuwająca potrzebę podkreślania, że „nie jest feministką”, z mojego punktu widzenia oznajmia: „nie jestem cywilizowanym człowiekiem”.

Drakaina poczuła się urażona zestawieniem jej wyznania z poglądami popularnymi w kręgach korwinistów i dopisała do blogonotki wyjaśnienie. Dobre choć tyle, że odczuwa dyskomfort po takim (moim zdaniem uzasadnionym) porównaniu. Ale pisze w tym dodatku na przykład:

najlepszą metodą na propagowanie większego udziału kobiet w życiu publicznym jest dawanie dobrego przykładu poprzez konkretne działania i współzawodnictwo z mężczyznami

ilustrując tym sprzeciw wobec idei parytetów. Jednak nie widać żadnego powodu, dla którego kobiety miałyby rywalizować z mężczyznami. To znaczy, w idealnym, postulowanym świecie. Nie jest żadną oczywistością konieczność takiej rywalizacji (w sprawach publicznych: niech rywalizują programy i dokonania, nie płcie), to zresztą jedna z głównych przesłanek idei parytetów.

Powtórzę: od bez mała dwudziestu lat w Polsce kwestie powyższe są omawiane i wyjaśniane. Pora by wreszcie przezwyciężyć lenistwo i skonfrontować się z leżącymi na ulicy argumentami. Bo inaczej drakaina, która – jak sama pisze – mogłaby ze względu na życiorys być „ikoną feminizmu”, nadal będzie mylona (po swoich wyznaniach w temacie) z barbarzyńskimi, niesprawnymi umysłowo i nieempatycznymi korwinistami.

Powody powstania niniejszej blogonoty podane są w tym komentarzu do poprzedniej (i komentarzy następujących po nim).

1

Na czym polega Makuszyński? Makuszyński polega na trzech sprawach.

Po pierwsze, społeczeństwo jest jak wielka rodzina, która wszakże czasem zapomina o swojej roli i tożsamości. Członkowie rodziny, jak wiadomo, są bardzo różni: biedni i bogaci, mający dzieci albo samotni, ważniejsi (społecznie) i ci mniej ważni. Ale zasadniczo wspierają się wzajemnie i kochają. Gdy ktoś zapomina o swoim rodzinnym obowiązku, powinien zostać ocalony.

Po drugie, rodziny (ani swego losu) się nie wybiera: rodzinę się wspiera, a los – znosi pogodnie. Dlatego powieści Makuszyńskiego pełne są postaci ubogich jak myszy kościelne, ale patrzących na życie z uśmiechem. Klepiąca biedę para starszych aktorów, dziwaków, ale zacnych aż do bólu – z Awantury o Basię. Zastępy wesołych (choć przymierających głodem) przedstawicieli bohemy. Jeszcze liczniejsze zastępy ubogich krewnych (modelowa pod tym względem jest mało znana powieść List z tamtego świata). Protegowani tytułowej bohaterki z Szaleństw panny Ewy. Ta wielka społeczna rodzina Makuszyńskiego to społeczeństwo harmonijnie klasowe, w którym klasy niższe nie buntują się przeciw swemu położeniu, a klasy wyższe – gdy zostaną ocalone do miłości rodzinnej – udzielają niższym wsparcia.

Po trzecie, kluczową rolę w koniecznym dziele ocalania do miłości rodzinnej pełnią dzieci. Do której to kategorii pasują dorastające panienki; dziecinny status zapewnia im społeczna nieważność. Basia (z Awantury) „swata” imienników, zasług panny Ewy nie sposób wyliczyć (m.in. ocala oschłego bogacza Mudrowicza), w Liście z tamtego świata dochodzi wręcz do zbiorowego ocalenia.

Makuszyński to krzepiąca opowieść o klasowym społeczeństwie, które dzieci, niedorośli, nieważni ocalają do miłości rodzinnej, pozwalając przejść na stopień wyższy: społeczeństwa klasowego harmonijnie. Ramą kategorialną jest rodzina, kluczem do zmian – opiekuństwo i miłość, a rolę ocalającą pełnią kobiety, najskuteczniej – w wersji niedojrzałej, bo ta pozwala przełamywać sztywne struktury i konwenanse społeczne.

2

Na czym polega Zły Tyrmanda? Zły Tyrmanda polega na trzech sprawach.

Po pierwsze, społeczeństwo jest rozległą siecią bardzo zróżnicowanych indywidualności, pełniących różnorodne role w walce o byt. Nie jest to rodzina, choćby potencjalna (jak u Makuszyńskiego), jednak nadal możliwe jest ocalenie przed złem (jawnym w świecie Tyrmanda). Funkcję ocalającą pełni „idea ogólnoludzka”, złożona z klasycznych wartości, takich jak wolność, prawda, przyjaźń, cnota, miłość, męstwo.

Po drugie, ocalająca idea ogólnoludzka ma szanse w walce (ze spontanicznie organizującym się złem), gdy wcieli się w oddolnie organizującą się konfederację jednostek (ale, tym samym, również różnych warstw i klas społecznych), które utworzą ponadjednostkową „sieć dobra”. Inaczej mówiąc, społeczeństwo w Złym jest zdolne do samoocalenia, jeśli się zorganizuje do współdziałania. Reprezentatywnie i oddolnie; powodowane wartościami, scalone potrzebą. Z tła tej wizji społecznej przeziera społeczeństwo harmonijnie klasowe w potrzebie: model powstańczy, konspiracyjny.

Po trzecie, w indywidualistycznej wizji Tyrmanda niezbędny jest katalizator, przykład, wódz. Tę rolę wypełnia tytułowy Zły; jest niezbędny, bo inaczej rozproszone jednostki wystawione na siły zorganizowanego zła nie utworzą sieci, nie widząc możliwości wygranej.

Oczywiście, Tyrmand musiał iść na koncesje i ostatecznie „powstańcze siły dobra” zostają podporządkowane idei sprawiedliwości instytucjonalnej. Niemniej, nadal jest to krzepiąca opowieść o możliwości „brania spraw we własne ręce” i o katalitycznej roli anonimowego sprawiedliwego, który rzuci wyzwanie zastygłej skorupie status quo, tolerującego zło. Ramą kategorialną jest samoorganizacja, kluczem do zmian – pakiet wartości składających się na „ideę ogólnoludzką”, a rolę ocalającą pełni katalitycznie samotny (początkowo) bohater, rozsadzający zastygłe struktury poprzez czynny sprzeciw.

3

Podobieństwa tych dwóch prawicowych wizji widoczne są gołym okiem.

Podobnie krzepiące są również owoce. Biedni nakarmieni, zło ukarane, miłość potężniejąca, nowe małżeństwa zawarte, dzieci zaopiekowane. I wszyscy z nowym zapałem wypełniają swoje role w ramach nienaruszonej struktury społecznej. Harmonia na wyciągnięcie ręki.

4

We wcześniejszych książkach (a zwłaszcza w sfilmowanych powieściach cyklu Żaby i anioły z bohaterką Judytą) Grochola wypełniała wzorzec makuszyński, w podobnej strukturze komedii romantycznej.

Judyta znalazłszy się na życiowym zakręcie musi uruchomić w sobie „makuszyńską dziewczynkę”, której niedojrzałość pomoże jej pokonać bariery w zbudowaniu sobie życia na nowo. Ta sama niedojrzałość (odnowiona spontaniczność, naiwność itp.) roznieci także opiekuńczo-miłosny zapał u Nowego (Wspaniałego) faceta. I rzeczywiście: czytelnik może sądzić, że Judyta jest koncertową idiotką, gdy tymczasem ona jedynie dziewczynkowacieje (jej piętnastoletnia córka Tosia wydaje się znacznie dojrzalsza społecznie). I dobrze na tym zdziewczynkowaceniu, koniec końców, wychodzi. (Co musi podobać się czytelniczce.)

W najnowszym Kryształowym Aniele rzeczy mają się już inaczej. Nie chce mi się streszczać, zarys fabuły można pobrać z krótkiej notki. Chcę tylko rzucić trochę światła na makuszyńsko-tyrmandzie pokrewieństwa.

Po pierwsze, nieustająco ramą kategorialną jest rodzina, a dobrem głównym – miłość. Niższość społecznej pozycji kobiet nie jest kwestionowana (podobnie u Makuszyńskiego), zostaje wręcz bogato zilustrowana (opis wielorakiego stłumienia Sary, bohaterki Anioła, na przestrzeni całego życia). Jednak nadal zostaje podtrzymana (obecna i u Makuszyńskiego) tradycjonalna teza o kobiecie-szyi (która zarządza życiem usuwając się w tło, by mężczyźni mogli mieć iluzję władzy, bycia „głową”).

Po drugie, życiowy kryzys Sary wymaga samoocalenia. To już wystaje poza makuszyński schemat, jesteśmy jedną nogą u Tyrmanda. Sara całe życie była „udziewczynkowiona”, ale w realistycznym (w patriarchalnym społeczeństwie) sensie: podległa, nieasertywna, nie realizująca aspiracji. Już nie wystarczy ocalić do miłości kogoś innego, albo pójść „na spontan” i znaleźć Nowego Wspaniałego faceta. Ten stary, zdradzający, okazał się równie stłumiony w ekspresji swoich potrzeb, co ona. Coś jest nie tak systemowo. Współczesna odpowiedź na klasyczne pytanie „o co chodzi, gdy nie wiadomo, o co chodzi?” brzmi – o komunikację. A właściwie jej brak.

I tu, po trzecie, z siłą wodospadu pojawia się w pełni Tyrmand. Sara pracuje w radiu, choć na podrzędnym stanowisku: nie zaspokaja ono nijak jej długoletnich aktorsko-radiowych tęsknot. Więc na nocnych dyżurach bawi się wygłaszaniem do mikrofonu chaotycznych, ale szczerych monologów, strumieni świadomości, odzwierciedlających jej aktualne rozterki itd. Ale nie wie, że mikrofon jest włączony. Po pewnym czasie słucha jej cała Warszawa. Nieznany nikomu głos omawia przejmująco w nocy sprawy, które w dzień nie są obecne na antenie, uginającej się od rytualnej polityki i durnych reklam. Oto Zła, rzucająca (cóż, że nieświadomie) wyzwanie zastygłej skorupie braku komunikacji, już w wymiarze społecznym. I co się dzieje? Do chorej na raka przyjaciółki pod wpływem nocnej audycji wraca kochający facet: będzie ją wspierał (odszedł, nie wiedząc o chorobie). Modelka postanawia nie używać kosmetyków testowanych na zwierzętach. Sklepowa Anetka tak się wzrusza audycją, że jej późny klient, Józek, zakocha się w jej oczach błyszczących (od łez?) jak gwiazdy; będą żyli długo i szczęśliwie. I tak dalej. Rusza wielka fala ocalenia przez wznowioną komunikację.

5

Proste diagnozy, proste rozwiązania, radosne happy-endy. Wszystko staje się nowe i lepsze, ale nic właściwie nie trzeba zmieniać. Trzeba tylko ciut więcej miłości, odwagi, komunikacji. Wspomniany w poprzedniej blogonocie „ten segment czytelnictwa” polega na zapotrzebowaniu na taki właśnie bajkowy produkt.

Czy jeśli nadal wzruszają i pocieszają powieści Makuszyńskiego, a Zły nadal porusza wyobraźnię, to powinien tak mocno dziwić czytelniczy sukces krzepiącej Katarzyny Grocholi Tyrmand-Makuszyńskiej? Nie jest aż tak bardzo gorsza literacko, a z pewnością jest bardziej współczesna.

Kalendarzowe listy bestsellerów są nieco niesprawiedliwe. Lista taka jak za rok 2009 zestawia bowiem rzeczy wydane na początku roku z książkami, których premiera odbyła się jesienią (np. Dukaj, Tokarczuk). Bardziej obiektywne byłoby zestawienie „sprzedaż po roku od momentu wydania”.

Kto rządzi? W kategorii literatura polska rządzi Kalicińska (łącznie 300 tysięcy sprzedanych egzemplarzy, a do tego jeszcze 56 tys. w „literaturze faktu” – powieścio-wspomnienie). To chyba pani od sag rodzinnych (na podstawie jej powieści szły bodaj jakieś seriale telewizyjne, ale głowy nie dam, a sprawdzać mi się nie chce). Potem idzie Grochola (203).

Pominę kiciarzy (Janusz L. Wiśniewski*, Łysiak), garmażerkę (Chmielewska), mniejsze Kalicińskie (Szwaja) i tv-booki (produkty książkopodobne, dyskontujące popularność telenoweli, typu Jasnyk). Po tym odsianiu widzimy kryminał Krajewskiego (44), thriller moralny Tokarczuk (42), wronią bajkę Dukaja (21) i TIR-story Witkowskiego (18). Noblistka zgarnęła niecałe 42 (czyli na poziomie Tokarczuk), a Sapkowski (40) zdecydowanie prześcignął Pilipiuka (30).

W literaturze obcej zdumiewający** sukces Larssona, dwa pierwsze opasłe tomy sprzedały się w ponad 112 tys. egzemplarzy, a trzeci – od października – już zgarnął 97, pewnie dobije do poziomu poprzednich. Łącznie ponad 300.

Trzymają się kiciarze: Zafon (łącznie 285) prześcignął Coelho (218). Na szczęście tego drugiego dystansują Mikołajki (Goscinny, Sempe) – łącznie 241. Resztę sobie przemilczę, a co tam, odnotowując jedynie sukces Lektora Schlinka (66); sam kupiłem (i, tak, tak, po obejrzeniu filmu).

Tzw. literaturę faktu daruję sobie, misz-masz taki, że wnioski siwieją. Odnotuję tylko (z niesmakiem) popularność kiciarza Cejrowskiego („biały człowiek” zwiedza świat? chyba o to chodzi). Można się pocieszać obecnością Kołakowskiego, Edelmana, książki o Sendlerowej. Jeśliby ktoś pragnął pocieszenia.

* * *

Morał? Mogło być gorzej.

________

 * czemu tego pana honoruję podaniem pełnego nazwiska? żeby się nie mylił z innymi Wiśniewskimi
** bo to – zdawać by się mogło – „męska” lektura, a czytają, jak wiadomo, głównie kobiety

Lubiłem serial Kości (Bones) z paru powodów. Głównie ze względu na bohaterkę, antropolożkę (w sensie północnoamerykańskim: patologa od szkieletów, zwłok spalonych, zmumifikowanych itp., ale również z backgroundem antropologii kulturowej). Doktor Temperance „Bones” Brennan, która – wraz z zespołem sympatycznych, lekko (czasem ciężko) świrniętych naukowców – współpracuje z agentem FBI, Boothem, w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych. Temperance jest specyficzna: ma „odchylenie aspergerowate”, w związku z czym patrzy na sprawy ludzkie nieco jak Sacksowski Antropolog na Marsie (który przypomniał mi się ostatnio pod blogonotą Sporothrix o Temple Grandin). Co prowadzi do szeregu zabawnych dialogów i sytuacji. Tempe jest „wierzącym” naukowcem, sceptykiem, uznaje wyłącznie świadectwa materialne (fakty) i ścisłe rozumowania; nie wierzy w psychologię i temu podobne bajędy. Na jej antypodach sytuuje się Booth, ex-żołnierz (snajper), wierzący (religijnie), człowiek polegający na własnym instynkcie, tzw. znajomości ludzi & świata itd.

To dzięki właśnie temu zderzeniu kryminalistyka uprawiana przez zespół „zezulców” (jak ich nazywa Booth; jeśli ktoś zna angielski oryginał tego epitetu, niech podrzuci, pliz [thx]) jest bardziej nawet przekonująca niż w rozmaitych CSI: tam policyjne zespoły nie mają w swoich składach „irracjonalistów na kontrze”; w Kościach metody naukowe są pod swoistą presją i muszą ciągle dowodzić swojej skuteczności. Fajny jest też myk „odwróconego komiksu”, tzn. ustawianie szkieletu akcji na schemacie komiksowym (np. przewijający się przez wiele odcinków wątek spisku Gorgomonów), przy – jednak – powierzaniu rozwiązania zagadek procedurze naukowej.

Dodatkowy smak polega na opatrzeniu swoistym komiksowym cudzysłowem postaci Temperance: aż się ona pali, żeby komuś przykopać (trenuje sztuki walki), nieustająco marudzi Boothowi, że też chce strzelać do złoczyńców (parokrotnie z sukcesem), jest, słowem, rozkosznie nastolatkowata jak na bardzo poważną antropolożkę.

(W całkowitej też, dodajmy, opozycji do postaci swego pierwowzoru i imienniczki, bohaterki cyklu powieści Kathy Reichs, btw producentki serialu; czytałem pierwszą książkę cyklu, więc wiem, że powieściowa Temperance nie jest komiksowa, jest alkoholiczką po przejściach, z prawie dorosłą córką, i – rozsądnie! – boi się niekiedy jak diabli, no bo jest czego. O związku między dwoma wcieleniami Brennan opowiada tu sama Reichs.)

„Lubiłem”. Ale w ostatnią niedzielę obejrzałem w Polsacie odcinek 72 (The Hero in the Hold) i skuliło mnie. Bo do konfrontacji między racjonalistką Temperance i religijnym Boothem wtrącił się jakiś Ostateczny Scenarzysto-Producent i kazał nieszczęsnej sceptycznej Brennan na własne fizyczne oczy zobaczyć ducha, a nawet zamienić z nim parę słów. Takich rzeczy nie robi się kotu.

Chyba że to kot amerykański, wtedy, owszem, się robi i to na co dzień. Liczba amerykańskich seriali i filmów z interwencją sił nadprzyrodzonych czy paranormalnych zdolności – idzie w setki. Duchy, diabły, anioły i im podobne postacie z chrześcijańskiego bestiarium są wręcz, tak mi się zdaje, uważane za realistyczne wyposażenie fabuł.

Trzeba mocnego odejścia od tego kanonu, żeby rzecz lądowała w genre „fantastyka”. Na przykład fabuł Kinga, typu Firestarter (+ film z dziewięcioletnią Barrymore), w których rząd/wojsko/siły specjalne polują na obdarzonych niezwykłymi zdolnościami ludzi, żeby ich wykorzystać jako broń. Można by, jak sądzę, napisać pięciotomową monografię tego wątku popkultury.

Hm, popkultury? A może rzeczywistości? Zajrzałem (nie skończyłem jeszcze) do książki Człowiek, który gapił się na kozy i znowu mnie skuliło. US Army, CIA itp., itd. – te instytucje całkiem na serio traktują scenariusze powieści sensacyjnych i filmów fantastycznych. Zaangażowano dolary, politykę, życie ludzkie w rozmaite próby uśmiercenia kóz wzrokiem.

A zaczyna się niby niewinnie: od aniołków i pomocnych duchów.

błąd

Najpierw pisze tak (ale zanim napisze, daje tytuł, który brzmi Popieram błędy, brzmi bardzo poważnie, jak deklaracja przedwyborcza, albo jakieś credo, i oczywiście zastanawiam się, czy taka oschła i mocna deklaracja nie jest błędem, a jeśli jest, to czy popiera ją jako błąd czy jako credo; potem jednak myślę, że to był błąd: przykładać takie dziwne kategorie do tekstu):

adam pisze w mejlu, że popiera błędy, bo w błędach jest o wiele więcej seksu niż gdzie indziej i ciężko mi się z nim nie zgodzić; wychodzę; system staje na chwilę, ponieważ tramwaj znów się spóźnia

To „najpierw” jest ważne, bo to pierwszy wpis na tym blogu, choć nie jest to pierwszy blog i pewnie ci, co go znają z poprzednich miejsc i poprzednich lektur, wcale nie są zdziwieni, że później opisuje, jak czeka na tramwaj, używając 15 razy słowa „miło”, a potem opisuje, jak wsiada do zatłoczonego tramwaju, który wreszcie (choć właściwie w samą porę) przyjechał, i jedzie tak jak zwykle, a opis zawiera powtórzone 7 razy słowa „te same”, bo ta podróż nie jest niczym niecodziennym, dopóki jakaś dziewczyna nie zacznie go ocierać sobą, specjalnie to robi, sobą, sterczącymi piersiami, które nie są w żadnym sensie te same, bo nie jest mu miło; chciałby wysiąść

ale jeszcze jeden przystanek

Konstrukcja tego małego labiryntu jest bez zarzutu, maleńka wyżymaczka na dzieńdobry bloga, myśl teraz, czytelniku, czy jeśli w błędach jest więcej seksu niż gdzie indziej, to czy w seksie jest też sporo błędu. I czyjego. I o innych rzeczach myśl też.

A długo potem na blogu pojawia się wpis, w którym znowu coś się rozważa (tym razem nie streszczam), jest tam zamieszczony rysunek Kiry Pietrek (nie wiem, kim jest Kira Pietrek, ale dobrze, że jest, bo rysunek – świetny), i jest też przypis odsyłający do niedoczytania.pl, gdzie pośród dwóch innych jest wiersz Wartości rodzinne:

Wsiadam do tramwaju, który jedzie na Ogrody.
Stojąc na przednim pomoście
przypomina mi się twarz matki, nie matka,
sama twarz jedynie, która śniła mi się całą noc.

Na głowie nie miała ani jednego włoska.
Patrzyła mi w oczy, chciała mówić, nie poruszając ustami.
Jej głos usłyszałem w głowie: „Synku,
jestem pusta w środku. Rozumiesz, synku? Pusta!”.

Nie rozumiałem, nie chciałem rozumieć.
Zostawiłem ją za sobą. Następnego dnia
zaraz po przebudzeniu, wystukałem numer do domu.
Po dwóch sygnałach odebrała siostra.

„Daję mamę, wiedziała, że będziesz dziś dzwonił.”
Od razu zapytała, czy przyjadę na święta, bo jak tak,
to kupi mi mały prezent, a jak nie, to nie
będzie sobie głowy zawracać. Ma teraz tyle spraw do załatwienia.

Odpowiedziałem, że tak, choć chciałem powiedzieć, że nie.
Chyba nie uwierzyła, dopytywała kilka razy.
Chyba z pięć. Tłumacząc się: „Słuch mi się pogorszył”.
Prawie jej nie rozumiałem.

To zupełnie inny tramwaj, pojawia się tylko na chwilę, i zanim czytający zastanowi się, czemu w ogóle ten tramwaj się pojawił, wiersz przechodzi szybko do innych spraw, o których opowiada się w sposób prosty, choć eluzywny (tym anglicyzmem daję do zrozumienia, że trzeba sobie przetłumaczyć te sprawy i sposób o nich opowiadania).

A mnie ten wiersz, który za mniej więcej miesiąc pojawi się wydrukowany w tomie Luźne związki, jakoś zirytował. Bo nie popieram błędów, może nie wszystkich, takich prostych błędów językowych nie popieram, bo je szybko dostrzegam i mnie irytują; zaraz zaczynam się zastanawiać, dlaczego, czasem po co, i nie znajduję (przeważnie) odpowiedzi, a porządek świata zostaje nieodwołalnie zmierzwiony.

„Stojąc na przednim pomoście / przypomina mi się twarz matki”, która stoi na przednim pomoście, twarz stoi, nie matka. Tramwaj znowu, po prawie dwóch latach, wiezie błąd. I nie ma w nim żadnego seksu, a celu też nie widzę.

p-sny

1

Patafizycy i oulipianie podgryzają korzonki bloga tego, niekiedy ze świadomego zamysłu autora (czyli: mnie), a niekiedy znienacka, jak choćby w tym komentarzu Marcelego. Błądzą zatem po blogu Queneau i Gondowicz (zob.), których afiliacji nie trzeba pokazywać palcem. Ale – post factum – muszę uznać, że zarówno przypadek litery p u Samuela Orgelbranda, jak i urojone wyrojenie Budyniów, via dzieło Józefata Bolesława Ostrowskiego, również są z ducha pata/ouli. A może i nie tylko. Nie da się ukryć: działa tu jakaś patafizyczna grawitacja.

2

Nie ma przypadków, albo – los nielosowo losuje. Odczuwając potrzebę zacytowania fragmentu Życia. Instrukcji obsługi Georges’a Pereca, wybieram poniższy:

Następnie zapalił reflektorek na suficie i w jego blasku otworzył kasetę: na jaskrawoczerwonej wyściółce spoczywał płaski, złoty brzeszczot w kształcie sierpa, osadzony w gładkiej, jesionowej rękojeści. „Czy pan wie, co to jest?” – zapytał. Valène uniósł pytająco brwi. „To jest złota ciosła, ktorej używali galijscy druidzi do ścinania jemioły”. Valène spojrzał na Grifalconiego pełen niedowierzania, ale stolarz nie wydawał się zbity z tropu: „Rękojeść oczywiście sam dorobiłem, ale brzeszczot jest autentyczny; znaleziono go w okolicach Aix; wszystko wskazuje na to, że to robota salicka”. Valène obejrzał rzecz z bliska: po jednej stronie ostrza wyryto siedem maleńkich przedstawień, ale niestety, nawet przy pomocy mocnego szkła powiększającego, nie udało mu się ich odczytać; dostrzegł tylko, że na niektórych powtarza się prawdopodobnie kobieta z bardzo długimi włosami.

[przeł. Wawrzyniec Bobrowski; w sprawie „roboty salickiej” zob.]

Wybieram dlatego, że grube tomiszcze otworzyło mi się właśnie na tej stronie. Ale przecież dlatego, że ciosła jest najgłówniejszym rekwizytem (prawie osobą!) w Przemianach Harry’ego Mathewsa, którą to wspaniałą historię czytałem jakieś 8321 dni* temu (to pierwsze chude wydanie, które potem ktoś pożyczył i – oczywiście; co, głupi ten ktoś? – nie oddał).

3

A zatem: jak to jest ze snami?

Sądzę, że wynalazek snu to fajna oulipiańska wewnątrzgłowna ruletka: nie ma co się podniecać (to znaczy, niezdrowo podniecać, zdrowe podniecenie jest w porządku). Sny przynależą do literatury; kto sądzi inaczej, nie ma czego szukać na tym blogu, a zwłaszcza u jego korzeni. (Bez urazy.)

Z tego punktu widzenia, tacy panowie jak Jung są po prostu nieświadomymi patafizykami. Zresztą, kto ich tam wie.

4

Polskich onirystów łączy tajemne porozumienie, jest ich też znacznie więcej, niż wynikałoby z oficjalnych komunikatów prasowych. Głównych onirystów ofiarnych (którzy odwracają uwagę opinii publicznej od rozmiarów zagrożenia) jest trzech: to Henryk Bereza, Adam Wiedemann i Maciej Gierszewski (zwany gierą). Nie trzeba dodawać, że tworzą układ dynastyczny, z ducha salicki.

Wszyscy trzej uprawiają oniryzm towarzyski: śnią się im głównie znajomi z małą domieszką nieznajomych. Wymaga (twierdzą niektórzy) wielu lat treningu takie stematyzowanie snów.

———
[*] mogę się mylić

Mapy inspirują. Niejasne pojęcie czeskiej mapy prowadzi (może prowadzić) do myślenia o przestawianiu i odwracaniu.

GPS [global positioning system] odpowiada na pytanie: „gdzie jestem” (no, technicznie: gdzie jest nadajnik). A odwrotnie? Gdzie jest świat?

Na przykład w kieszeni. Globusy kieszonkowe, rozpowszechnione w XVII–XVIII wieku nie miały chyba praktycznego zastosowania, z pewnością jednak inspirowały.
globus kieszonkowy
A jak się czują Antypodzianie, Australijczycy, Kiwi, Latynoamerykanie? Czy muszą przezwyciężać dziecinny lęk, że stojąc na kulistej powierzchni zawsze głową w dół – mogą odpaść?

Ciekaw jestem, czy firma produkująca globusy antypodalne zrobiła kokosy.

globus antypodalny

Tam nie dopisałem, dopiszę tutaj. Napisałem, że poniższy fragmentu wiersza Krzysztofa Świerkosza recenzent marnie wykpiwa, stosując złe metody w słusznej sprawie:

płatek śniegu kocie pióro czeska mapa

Tę frazę recenzent (Paweł Kozioł) charakteryzuje tak:

trudno się przy tej poetyce ustrzec kiksów, takich jak powołanie do życia nowej odmiany ssaków opierzonych. Poucza o tym nastrojowa wyliczanka skierowana do ukochanej kobiety: [i tu cytowana wyżej szóstka wyrazów]

Recenzencie, czyś ty na głowę upadł?! Wiersz to nie podręcznik zoologii! W wierszu mogą się przechadzać okazy fauny dziwniejsze niż wszystko, co wymyślił Celnik Rousseau. Jeśli tylko (teraz mówię o dobrych wierszach) niosą na grzbiecie znaczenie, skojarzenie, obraz; cokolwiek, co robi coś niesztampowego z czytelnikiem.

Próbę obrony argumentem „z realizmu językowego” podjął mrw, pisząc:

„Kocie pióro” jest w moim słowniku: mówię tak na kosmyki futra wyrastające z uszu rasowych (i nie tylko) kotów; mówi się tak też na latające kocie kłaczki

Ale niepotrzebnie: piszącego wiersz nie krępuje dyrektywa, że ma się ograniczać do językowego realizmu (tj. nie wykraczać poza utarte zwroty). Gdyby zastosować taką – hm, socrealistyczną – dyrektywę do wierszy Kozioła, miałby się z pyszna, obrywając za pijaną flagę (tkaniny nie doznają upojeniu alkoholowego, nie jest to też zwrot zleksykalizowany) czy za liczyć coś w cyfrze śniegu (no przecież absurd; Kozioł „powołuje do życia nowy rodzaj” arytmetyki?!) itd.

To dlatego te kpiny są marne; złe to metody.

Ale wspomniałem też o słusznej sprawie. Jakiej?

Piętnowania sztampy, nieoryginalności, banału. Nie że zaraz pręgierz czy stos całopalny. Krytyka.

„Płatek śniegu kocie pióro”. Śnieg, biały puch, pióro – banalny ciąg skojarzeń. „Kocie” – kot, miękki, puchaty, zwinny, przemykający wśród przedmiotów bez ich potrącania; delikatny dotyk kociej łapki; łaskotanie kocim wąsem jak łaskotanie piórem (czy źdźbłem trawy) – no, dziesiątki tropów prowadzących od pióra do kota (i odwrotnie), zwłaszcza w erotyku lub utworze erotyko-podobnym (co nie jest jednak, poza recenzencką wzmianką o „nastrojowej wyliczance skierowanej do ukochanej kobiety”, potwierdzone). Banał.

Znacznie łatwiej byłoby się przyczepić do czeskiej mapy. Co to jest? Z czym ma się kojarzyć? Czy mylenie kota z czymś opierzonym jest rodzajem „czeskiego błędu” (zamiana sąsiadujących w wyrazie liter) na „mapie skojarzeń”? O co tu chodzi?

Nie wiemy: fraza została wyciągnięta z kontekstu. A kontekst jest bardzo ważny, powiedziałbym: kluczowy.

Jak inaczej czytałoby się wierszyk rozbierany na części w poprzedniej blogonocie, gdyby na przykład nosił tytuł Córka nie odbiera moich telefonów.

« Older entries