Jakoś nic ostatnio mnie nie poruszyło na tyle, żeby wam zawracać głowę (z drobniutkim wyjątkiem sprzed paru dni), znowu więc sobie pomilczałem, potwierdzając autodiagnozę sformułowaną w 2009 w credo-istycznej blogonocie co jest czym czego:

sprawdziłem: milczenie całkiem nieźle mi wychodzi.

Nadziałem się jednak na tekst człowieka, który jak mało kto pasuje mi do prywatnego programu (z tejże blogonoty):

Najbardziej interesuje mnie podszewka. Ukryta, często nieuświadamiana, czasem ujawniająca się we fragmentach matryca myślowa (światopoglądowa, ideowa itd.) rządząca z podglebia osądami, ocenami, postulatami. Siłą rzeczy najbardziej sobie cenię tych autorów, którzy kopią, ryją, odsłaniają – nazywają – owo „zasłonięte”. Niech się nawet mylą, myślę, ten trud sam w sobie jest ciekawy i wart kibicowania (komentowania itd.). Przeciwieństwem takiej postawy jest postawa niwelująca, która polega na zamazywaniu różnic, na „uniwersalizowaniu” pod hasłami zdrowego rozsądku, na unieważnianiu konfliktu itp. W największym skrócie: nazywanie dynamizuje, niwelowanie banalizuje.

Przemysław Czapliński nazywa.

Jest jak wszystkożerny skarabeusz, oszczędzający swoim czytelnikom trudów lektury [zapewne] niezbyt ciekawej prozy, której rozmaite okruchy toczy pracowicie, aż – no właśnie – nazwie. Tym razem przeżuł Trociny słowotokisty Vargi i – jadalna ta proza czy nie, już nie sprawdzę – refleksyjne efekty tego zatrudnienia przyniósł a położył nam przed oczy.

frustracja

Trociny to (podobno) przede wszystkim rozglątwiały monolog frustrata. Oto co Czapliński podpowiada w tym temacie, frustracji; szczególnej, bo polskiej:

Frustracja nie jest światopoglądem – to jasne. Ma charakter reaktywny, stanowi więc nieustanną odpowiedź na rzeczywistość, którą podmiot sfrustrowany traktuje jako złodzieja sensu.

Sam jestem sfrustrowany, to względnie oczywiste; stan normalny u kogoś, kto się nie może całkiem ustrzec bolesnego obijania się o polskość (niech będzie ona pogrzebioną, amen) – polityczną, katolicką, medialną, konserwatywno-(tfu)-neoliberalną, sarmacko-samczą, zbyt często rozszczekaną w (przeważnie, niestety) głupi sposób. Nie jest ze mną aż tak źle, jak tu...

Ani w pamięci, ani w wyobraźni nie istnieje bowiem dla niego [bohatera powieści Vargi] wartość absolutna. Nie ma Boga, nieśmiertelnej duszy, ocalającej pamięci, wiecznej sztuki. Nicość, która wyłania się zewsząd, nie rodzi jednak w konfrontacji z życiem wzniosłości, lecz odrazę.

[...]

Tak dochodzimy od frustracji do diagnozy, jaką bohater sporządza dla współczesnego świata. Jest to świat trocinowej ponowoczesności, która zrodziła się z usytuowania nagiego życia w centrum. Jednak centrum jest odizolowane od sensu. Jest to diagnoza histeryczna i banalna, ale sądzić można, że właśnie o to Vardze chodziło: skonstruował przeciętnego bohatera, który miał odsłonić siłę przeciętnej frustracji. Siłę nieprzeciętną, bo wynikającą z fetyszystycznego podejścia do świata: skoro nie ma tu bogów ani boga, nie ma świętości i grzechu, nie ma wspólnoty i indywidualizmu, wobec tego wszystkie uczucia mają charakter reaktywny. Co więcej: są to uczucia przemieszczone, czyli obsadzone na niewłaściwym obiekcie. W tym świecie wszyscy ścigają fałszywe pragnienia, więc nikt nie dostąpi łaski spełnienia.

...bo w dupie mam [nie małe miasteczka, a] wartości absolutne, ich nieobecność jest raczej krzepiąca. Co innego Varga, potrzebuje on najwyraźniej ojcowskiego wsparcia:

powtórzę swoje wyznanie, które składałem już nie raz, otóż ja za Bogiem w pewnym sensie tęsknię. Tak, chciałbym wierzyć w Boga, ponieważ myślę, że taka wiara porządkuje świat, wprowadza w niego spokój, cel, którym jest zbawienie, mam na myśli wiarę głęboką i szczerą, a nie jakąś obrzędową bigoterię. Poza tym lepiej budzić się z przekonaniem, że czeka nas życie wieczne, niż zasypiać z trwogą, że czeka nas nicość. [stąd]

Pomińmy więc indywidualny, psychologiczno-osobowościowy aspekt frustracji, tu ludzie się (najwyraźniej) różnią, i przejdźmy (razem z Czaplińskim) do wymiaru społecznego.

kapitalizm po polsku

[...] frustracja to jedna z najbardziej szczelnych postaw wobec świata: odporna na kontrargumenty i dary, dąży do potwierdzenia samej siebie poprzez kompletowanie dowodów nietakości świata. Podmiot frustracyjny tkwi więc w toksycznej pętli: frustracja nie pozwala odczepić się od świata, nakazując ustawicznie szukać w nim dowodów spaczenia, a zarazem nie pozwala zaangażować się w świat, dostarczając dowodów, że wszystko znajduje się w stanie degradacji. Monolog frustracyjny nie jest interwencją w świat, lecz samopodtrzymującą się siłą odizolowanego zaangażowania. Mówienie staje się swego rodzaju odwetem, zemstą, przybierającą postać metodycznego wyliczenia zepsutych obiektów. Miasto, wieś, rodzina, dom, katolicyzm, kultura wysoka, kultura masowa, biznes... cokolwiek przychodzi na myśl, staje się tu przedmiotem natychmiastowej charakterystyki i pretekstem do omówienia następnej rzeczy. Wyliczenie, niekończąca się enumeracja to mściwa próba zapanowania nad światem, z którym nie chce się mieć nic wspólnego.

No więc „kultura wysoka, kultura masowa” nie trafiają na moją listę obiektów zepsutych. To określenie zastosowane z kolei do katolicyzmu i biznesu sugeruje, że mogą owe obiekty istnieć w stanie nie zepsutym, czystym i sprawnym (działającym). Trochę wątpię (to eufemizm). Różnic jest więcej. Ale w jednym się zgodzimy.

Suchej nitki nie zostawia [Varga] na prezesach spółek i właścicielach firm, a więc na klasie biznesowej. Współczesną polską klasę średnią znamionuje natomiast rys okrucieństwa. Zdobyła pozycję hegemona nie dzięki wiedzy merytorycznej czy wniesionemu majątkowi, lecz dzięki zgodności kapitalizmu z mentalnością plebejską. Jeśli Max Weber pisał o protestantyzmie jako etycznej sile napędowej kapitalizmu w Europie zachodniej, to Varga przedstawia społeczeństwo, w którym o sile takiej stanowi charakter plebejski. Chciwość na wszelkie dobra, lekceważenie zasad moralnych, uległość wobec władzy i pogarda wobec słabszych – oto fundamentalny zestaw cech, które przemieniły polskich plebejuszy w kapitalistyczną klasę średnią.

Nie inaczej jest z polityczną i medialną reprezentacją tej formacji; dla porządku dopiszę do wymienionej wyżej „władzy” szczegolną jej odmianę – władzę katolicyzmu. Byłażby jednak diagnoza Vargi i relacja o niej Czaplińskiego jeszcze jedną inkarnacją banalnych quasi-socjologicznych tez?

Czapliński inaczej nazywa rozpoznany przez siebie stan (ducha, nie rzeczy, ale zatem – i rzeczy). Wprowadza oto bowiem pojęcie

realizmu afektywnego

nad którym warto przystanąć, którego użyteczność (dla własnego nazywania świata) warto, moim zdaniem, sprawdzić.

Oddaję głos Czaplińskiemu:

Kiedy w latach 2002–2007 roku ukazała się Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną Masłowskiej, Lubiewo Witkowskiego, cykl narracyjny Żydówek nie obsługujemy Sieniewicza czy Nagrobek z lastryko Vargi, realizm socjologiczny zamienił się w realizm afektywny. Powieści te pokazywały, że społeczeństwo to komunikacja, zaś u podstaw komunikacji społecznej leżą emocje – nienawiści, niechęci, antypatie, obawy, lęki, pragnienia, nadzieje, frustracje – a więc wszystko to, co nie mieści się w dyskursach, nie daje się wpisać w porządek społeczny, nie podlega łatwemu opanowaniu.

Afektywności nie należy pojmować jako sfery czystych uczuć – pięknych czy gwałtownych namiętności. Afekty to raczej psychologiczne mieszaniny – niepełne języki, pokawałkowane symbole, społecznie utrwalone nienawiści i frustracje, formy pogardy, niespełnialne pragnienia, niezaspokajalne pożądania. Dopuszczenie ich do głosu powoduje wywrócenie obrazu jednostki i społeczeństwa. W świetle realizmu afektywnego wszystko, co człowiek komunikuje, jest ekspresją zastępczą; to, do czego zmierza, jest celem przemieszczonym; to, co mówi, jest składanką stylów obcych. Narodowe, postępowe, inteligenckie, liberalne, plebejskie to tylko przykrycia dla świata, który poznać można wyłącznie poprzez symptomy – poprzez społeczne języki, obyczaje czy wyznania. [wszystkie podkreślenia moje – n.]

zastosowanie

Z realizmem afektywnym może być jak z prozą Żurdę: można go uprawiać (jak to czynili np. wymienieni pisarze), póki nie wie się, że się go uprawia. Potem ten typ (ponowoczesnej z ducha) narracji może się okazać dość wyrafinowanym praktykowaniem niemocy.

Czy (inny przykład) uleganie perswazyjnemu wdziękowi manifestów „dzieci sieci”, albo – przeciwnie – negliżowanie ich jawnej, na twardy sposób pojmowanej nieadekwatności, nie jest przegapieniem leżącego na ulicy narzędzia-klucza, właśnie w postaci realizmu afektywnego, którym podszyte są owe manifesty? Czy nie jego w istocie użył Bendyk w swojej analizie?

Po głowie chodzi mi parę innych pól zastosowania tej kategorialnej szuflady na pewne typy narracji. Ale tekst rozrósł się już niepomiernie, więc poprzestanę na wyrażeniu nadziei, że akt nazwania doniesiony przez Czaplińskiego okaże się pomocny. Jak znam życie, jeszcze się na to pojęcie natkniemy.

2 razy uznano, że da się to czytać

pro-change

W portalu lewica24.pl rozmowa z Katarzyną Pabijanek, koordynatorką ASTRA.

Mówi:

Mało kto zdaje sobie sprawę, jak pogorszyła się sytuacja praw reprodukcyjnych w Europie. Jest na przykład bardzo prawdopodobne, że uda się wprowadzić ustawy ograniczające dostęp do aborcji na Ukrainie i w Rumunii i na Łotwie. A Ukraina zawsze była bastionem pro-choice, który na naszych oczach pada zaraz po Rosji. [...]

Muszę przyznać, że przy wszystkich przeciwnościach w ciągu ostatnich dwóch lat pojawił się dobry ferment intelektualny wokół kwestii aborcji. Osoby, które się tym zajmują od bardzo dawna, zaczynają rozumieć, że paradygmat, w którym działamy, to jest mówienie o „prawie” do aborcji, o aborcji jako wyborze, nie do końca się sprawdza, że to nie przekonuje nikogo poza nami. [...] Aborcja to nie wybór, to konieczność. Można mieć możliwość wyboru jednej albo drugiej kliniki, ale tak naprawdę osoba chcąca dokonać zabiegu rzadko kiedy jest w sytuacji wyboru.

Zresztą „wybór” został zawłaszczony przez neoliberalną ideologię wolnego rynku. Nie chcemy mieć nic do czynienia z takim dyskursem. Dlatego my postanowiłyśmy odrzucić postrzeganie aborcji w kategoriach wyboru – dostajemy dziś bardzo dobre recenzje, wielu ludzi pisze, że ten problem zaczął do nich przemawiać. W wielu krajach Europy Środkowej, gdzie reformy systemów służby zdrowia, zamiast polepszyć sytuację, okazały się katastrofą, nie można mówić o żadnym wyborze! O aborcji nie da się też tak po prostu mówić jak o prawie człowieka – ten dyskurs jeszcze się nie zakorzenił.

W jakimś sensie takie stanowisko uderza w smutną, wymuszoną poniekąd przez sukcesy języka anti-choice, hipokryzję tak-ale („jak wiadomo, aborcja to zło, ale...”).

Inna hipokryzja, ta spod znaku załganej ideolo „klauzuli sumienia”, jest już tylko mijana en passant i podsumowana brutalnym stwierdzeniem:

Dla mnie punktem wyjścia był powstały w Łodzi plakat organizacji SROM nawiązujący do kampanii reklamowej Mastercard oraz wyliczenia Agaty Chełstowskiej, z których wynika, że polskie podziemie aborcyjne to biznes o wartości 90 milionów dolarów rocznie. To dlatego lekarze nie chcą się zgodzić na legalizację aborcji i dlatego postanowiłyśmy zmienić paradygmat i promować w tej chwili wyłącznie aborcję farmakologiczną. Lekarze jej nienawidzą, właśnie dlatego, że każda kobieta może ją sobie zrobić sama.
[podkr. moje – n.]

Cóż tu można dodać? Zakończę więc tę informacyjną blogonotkę przypomnieniem wspomnianego plakatu sprzed dwóch lat.

9 razy uznano, że da się to czytać

amerykanie

Eric Fischl, watercolor, 1998
Wpadł mi w oko Eric Fischl, dzięki swoim śmiałym pociągnięciom i skłonności do portretowania (zwłaszcza) Amerykanów w ich trochę paskudnym i bardzo zadowolonym z siebie światku plaż, wnętrz, ze szczególnym uzwględnieniem urządzeń higienicznych, i uogólnionym domestic life. Mnóstwo więcej znaleźć można na stronie artysty.
Eric Fischl, Sunroom, scene 3, oil, 2002
Eric Fischl

Thx to Moon River.

5 razy uznano, że da się to czytać

Kompletnie nie wierzę w przeżycia zbiorowe. Rytualna nuda i drobne ofiary składane na ołtarzykach wdrukowanego poczucia winy (msza), trans&ryk gry w swój-obcy (mecz), trans&rytm gry muzyka-motoryka (koncert na – umownym – polu), łypanie po sąsiadach w fabrykach emocji podszyte snobizmem uczestniczenia (teatr, festiwal literacki), biopolityczny absurd konwencji „ciało zakładnikiem idei” (wiec, demonstracja, pielgrzymka) – czego nie macnę w myśli z kategorii „zbiorowe”, oddaje obrazem wielokrotnego argusowego oka, które pilnuje redukcji-do-niewyłamywania-się. Te (atawistyczne?) przyjemności bycia cząstką tłumu, operacje na sobie-ułamku (skracanie, wspólny – wspólnotowy – mianownik), okazują się, gdy tylko odzyskam pojedynczość, perwersyjne, podszyte wstydem.

Nawet nie mam na to języka, w pierwszym zdaniu powyżej każde słowo brzmi fałszywie, bo przecież gdyby „kompletnie”, musiałbym milczeć, „nie wierzę” koliduje z pamięcią (wstyd czymś się karmił), co do „przeżycia” mogę tylko podejrzewać (i zaraz myślę: niesłusznie), że inni mają – mogą mieć – podobnie. Zostaje jedyne pewne „w”.

Za oknem dzwonią klechy, wzywając na kolejną mikroratę (duchowej?) śmierci, a ja w przededniu edycji 2012 zastanawiam się nad pięknem nazwisk irlandzkich poetek: Medbh McGuckian, Eiléan Ní Chuilleanáin, Nuala Ní Dhomhnaill, i nad tym, dlaczego we wstępniaku przed 17. Portem Wrocław Burszta (chyba on; przy okazji odnotowuję, że specjalnie przygotowany na festiwal kubek do kawy jest brzydki) używa słowa „wszak”, używanie słowa „wszak” #ludzie-którzy definiuje zbiorowość, od której zdecydowanie się odcinam.

Być może odcinam się też od garstkowej zbiorowości moich czytelników, pisząc za długo #tl;dr i nie na ten temat. (To żart; taka zbiorowość z pewnością nie istnieje.) Ale trzeba popraktykować wolność. W przededniu jutrzejszego wolno wspomnieć wczorajsze; oto zeszłoroczne opisanie, współgrające z moim przeciwzbiorowym nastrojem:

[...] na koniec na scenę wyszedł pijany Roman Honet i smutnym głosem powiedział: „Dobry wieczór Państwu”. Czytał ospale, nie dopowiadając spółgłosek i spoglądając ze znudzeniem na zegarek, efekt nie był zły, po całym dniu czytania/słuchania, łażenia po korytarzu, patrzenia na te same twarze i jedzenia – bardzo zresztą dobrych – somosów w barze lub/i pijaństwa, nuda i zniechęcenie dla wielu osób z publiczności stanowiły zapewne przekaz prawdziwszy niż słowa spięte formą.

(Autorka tej relacji jest uprzedzająco grzeczna, każe Honetowi używać Wielkiej Uprzejmej Litery; moim zdaniem – kłamie.)

Przeciwieństwem dyscypliny narzucanej przez zbiorowość jest brownowska przechadzka flâneura. Albo: flâneusy (forma żeńska). Po zeszłorocznej nudzie i zniechęceniu został zapis kolejnej odsłony Metropoetica, projektu „kobiety [poetki] piszą miasta”. To znaczy, najpierw się w specjalny sposób przechadzają, a dopiero potem piszą. Przed pięknem irlandzkich nazwisk manifestowało się piękno islandzkiego alfabetu, tak to wygląda (we fragmencie wiersza Sigurbjörg Þrastardóttir):

Komisariat Policji I
KW-6151091R

Pólska lögreglan er skræfa. Þegar regnið eykst á
kvöldin eiga liðsmenn hennar allir óvænt erindi
á stöðina – draga þangað hverja
einustu bullu, ökuþór og lánlausan veg-
faranda, til að sleppa við að þramma eftirlitið í rigningunni.

A tu przekład (całości) na angielski:

Komisariat Policji I
KW-6151091R

The Polish police
inquire about my father’s name. I can’t
see he’s done anything wrong so I won’t give
it away, nor my mother’s Christian name,
which is required next. I know their names will be
criminally misquoted. I know the report
will say that 'Thorstur' and 'Gudmunga' met and
knew each other, as in a Bible story, with the
sad result of a quiet woman in a colourful hat
who can’t take care of her belongings. Just
as well she hasn’t had a child of her own, or surely
that would have been stolen too. 

The Polish police are not cramped but
the station has few furnishings. Radiators have
wheels. Chairs behind desks have
no wheels. 

The Polish police are sissies. When the rain grows
heavy in the evenings, every single officer has a sudden
errand at the station, dragging in every single
drunkard, driver and hapless passer-
by, so as not to as have to march in the rain. 

I’m standing completely naked
in a worn out cell
in a freezing old hotel writing
lyrics about the Polish police. When strangers have
shuffled one’s belongings and thereby shuffled
one’s self, the water must
run. 

The Polish police make me
sign the truth. 

I draw a different truth with
a finger on an unsteady shower cubicle, I knock, I
say be I say longing I say well and they
nod without understanding very
well for the interpreter isn’t here yet and I
stand on my
own two feet and I must
be alert in the noise from the running
ancient water in the shower for
if a knife is
for example flung high on the other side
of the fog it will not save me to say what
my mother and father are called.

„Polska policja to cipy” (przekład własny skræfa / sissies na polsko-patriarchalny): gliniarze boją się zmoknąć. Flâneusa nie boi się niczego, nawet praktykowania (ale: prywatnej, jednostkowej) dyscypliny, zarzuconej przez klasyka pojedynczości W.S. Burroughsa. Inna uczestniczka projektu Metropoetica, Julia Fiedorczuk, pisze:

In one of those texts he describes what he calls a „walk in colors” exercise. It consists in taking a careful note of all the objects which are a specific color that one chooses in advance. So one goes for a walk with the intention of spotting, for instance, all the red things. Or blue. For Burroughs, of course, that is a way of freeing oneself from the automatism of perception imposed by enemy forces (the system). But for us it could simply be an exercise in observation.

Burroughs» essay is titled „Ten years and a billion dollars”. It’s one of the texts in which he is going on about language as a virus. It is rather fascinating, but of course completely crazy as well. It’s included in a collection titled The Adding Machine. But you won’t find there much more than what I told you. „Walk in colors” is just one of many examples Burroughs gives there of exercises one might use to free oneself from the automatic use of language.

As for the choice of colors — perhaps that should be left for each of us to decide individually? I think Burroughs example was red, so for me that would be the first choice. Especially since red stands out against green, and green is the dominant color of may.

Jeśli ktoś tu dotarł (z czytaniem), niech przyjmie (nieszczere) przeprosiny. Dla kolegi cześćjacka okolicznościowa dedykacja, niech się jednak czuje – podobnie jak pod notą Podgórnik jako poetka žižkiańska, napisaną na jego zamówienie – zwolniony z absurdalnego obowiązku komentowania.

3 razy uznano, że da się to czytać

Niniejsza blogonota odpowiada na zgłoszone zapotrzebowanie, za patrona obiera złośliwszą połowę Petera Sloterdijka, a zobowiązanie (w kwestii starczo-górskiej) wyraża wobec asasynówBudyniów.

sfera

Sloterdijk pisze:

[...] od czasów starożytnej Akademii krągłość całego bytu nazywa się kosmos – miano to przywołuje w pamięci zdobne i piękne cechy wszechświata. Przedmiot ten zwany był również niebem, Uranos. Tytaniczne imię wyrażało wyobrażenie, że świat ma swe granice w ostatnim sklepieniu eteru – pogląd, który można byłoby równie dobrze nazwać nadzieją. Niebo chciano sobie wyobrażać jako wielką wazę, która daje oparcie stałym gwiazdom i koi ludzki strach przed upadkiem. Niebo było dla Arystotelesa ostatnią powłoką kuli, która zawiera wszystko, lecz która nie zawiera się już w niczym. [...] Tak powstała dobra nowina filozofii: że człowiek, jakkolwiek zdeprymowany przeżywanym nieładem, nie może wypaść ze wszechświata.

Znany sferolog nie pozostawia wszakże złudzeń co do dalszych losów tej i podobnych dobrych nowin w kwestii pieczy sprawowanej przez kosmos (czy logos) nad człowiekiem:

Monogeizm, przekonanie o niepowtarzalności tej planety, staje się dla nas z dnia na dzień okolicznością coraz mniej istotną, przez co monoteizm nie może być nigdy w przyszłości niczym więcej jak tylko zastarzałą tezą wiary [...]. Dowody na istnienie Boga skażone są upadkiem, podczas gdy dowody na okrągłość Ziemi po swej stronie notują stały napływ nowych danych.

Nim jednak do tego dochodzi, jesteśmy – mieszkańcy powierzchni kuli – wystawieni na działanie lokalnego kształtu tej powierzchni, w którym na różne swoiste sposoby objawia się rzutowanie kosmicznej głębi (i jej tajemnic) na twory przyrody, pion, poziom i horyzont, ich dostępność i sens bytowania wśród nich.

zstęp

Wstępem do rozważenia dachu jest zstęp kosmosu na ziemię, który dokonuje się w miejscach najtrudniej osiągalnych, w naturalny i metaforycznie nośny sposób dosłownie unurzanych w mgłę spowijającą tajemnice: w górach. To tam (nie tylko na Olimpie) jakoby mieszkają bogowie lub przynajmniej tam utrzymują placówki dyplomatyczne; stamtąd zstępuje ich wysłannik, wyposażony w kodeks (Synaj, Mojżesz) lub narkotyk i kindżał (Mulehet, asasyni Starca z Gór).

Mistyka gór zasadza się na twardym, binarnym wyborze: albo zstęp, albo upadek. Inaczej mówiąc, kto się wybiera w górę, musi wrócić lub zginie. Gdy zaś wraca (ucałowany tym samym przez kosmos), nadal ma puste ręce, ale też jest w dobrej sytuacji, by tę pustkę w jakiś szczególny sposób oznajmić. Skoro wrócił, nie upadł: oto korzystna sytuacja pomazańca.

Mistykę gór wykorzystują niezliczone sekty (ich prawzorem mogą być właśnie asasyni); oazowi księża rzadziej prowadzają młodzież nad wody, wolą góry, bo są ku-boskie. (Choć prawdą też jest, że góry oznaczają mniej rozbierania się i wysiłek, który, raz podjęty, trudno przerwać, gdy tymczasem z kąpieli można się wynurzyć po kwadransie i okoliczność przyrody zostanie wyparta przez okoliczność ludzką, a może trochę zwierzęcą.)

wody i piaski

Jeśli góry w istocie nie służą podróży, bo ich sensem jest zstęp (powrót), to wody i piaski, morza i pustynie, są wehikułami zapuszczania się w niewidoczne (które – znów w odróżnieniu od gór – ginie za prawie każdym osiąganym horyzontem), urządzeniami do przemieszczania się, bycia zaginionym lub odkrywcą. Oczywisty jest niepowrót (Odys), a nie powrót.

Jeśli góry napędzane są (wysklepioną) przestrzenią, to wody i piaski (dodajmy dla porządku trawy: stepy, sawanny, prerie) napędzane są czasem.

Jest tego (różnic modalności) więcej, musimy jednak zmierzać ku celowi, którym jest pęd na dach. Zauważmy więc jeszcze tylko, że mistyka gór rozpięta jest między kontemplacją a podporządkowaniem, mistyka wód i piasku zaś – między zbłąkaniem (acedią) a podróżą, między zbiorowym wysiłkiem wyprawy a ekspansją (wędrówką ludów).

wstęp

Pęd na dach polega na wstępowaniu, które potrafi pogodzić wszystko dotąd wymienione. Dach jest górą w tym sensie, że zezwala na odosobnienie i kontemplację (kosmosu), ale twardy, binarny wybór jest niekonieczny (można bezpiecznie zstąpić, z dokładnością do eksplorowania krawędzi dachu), choć jego cień przywołuje myśl o samobójczym skoku.

Dach jest bocianim gniazdem, palankinem na grzbiecie uśpionego słonia, bezpiecznym siodłem na dromaderze. Z tego punktu patrzy się, jak flotylla pobliskich domów płynie w prawie niezmiennym, budzącym zaufanie szyku, czasem widzi się też fizyczną przestrzeń, którą ta wyprawa zagarnia; zawsze widzi się (czuje) realną domenę wód i piasków (i dachów): czas.

Dach jest miejscem, w którym ogniskują się wszystkie aspekty człowieczego wędrowania po typach rozmaitego ukształtowania powierzchni tej kuli, na której żyjemy. Dach otwiera naraz perspektywy pionu, poziomu i horyzontu. Dach usuwa rozziew między podróżą a osiadłością, uzgadnia skale kosmiczną i ludzką, obdarza tajemnicą jednostkowe ludzkie trwanie wraz z jego apetytem ekspansji.

Dach jest idealnym miejscem randki, schadzki, ekstazy, tęsknoty, śmierci.

4 razy uznano, że da się to czytać

« Older entries