Portalik niedoczytania.pl nazywa się adekwatnie, rzeczywiście – jako całość – niezbyt nadaje się do czytania. Pisują tam jakieś marginalne świry, co jest, oczywiście, z założenia o wiele ciekawsze od pisaniny mejnstrimowych buców, ale też nie przekłada się z automatu na odruch regularnego sprawdzania, co tam nowego niedoczytania.

Tym razem trafiłem na tekst poniekąd okolicznościowy (śmierć Salingera), który zacząłem czytać, bo właśnie przypominam sobie, po latach, dwie książki JDS, mianowicie Wyżej podnieście ten strop, cieśle. Seymour introdukcjaFranny i Zooey, znacznie ciekawsze od Buszującego w zbożu (tej historii już nawet nie pamiętam, a zajrzawszy do wyżej wymienionych chudych tomików, stwierdzam, ze pamiętałem zaskakująco dużo).

Tekst Marcina Mutha jest przesadzony, płytki, arogancki i obliczony na wrażenie. Znaczy, felieton. Ale nie jest milusi, nie włazi czytelnikowi w dupę i, co najważniejsze, nie eksponuje natrętnie „ja” swojego autora. Może tym przede wszystkim różni się marginalny świr od mejnstrimowego buca (ostatnio mam jakiś przesyt m. b. i stąd pewnie ta jazda).

Jak bardzo marginalny jest ten marginalny świr? Swojego rzadko komentowanego (co automatycznie wzbudza moją sympatię) i prowadzonego od lat (mówiłem, że świr!) bloga ostatnio używa do prezentowania ilustrowanej powieści w odcinkach, w której – poza wszystkim innym – jest trochę z ducha Henri Michaux (czyli znowu na plus). Po ostatnie, w niniejszej błyskawicznej wycieczce, autor (podpisujący się warzywo, sympatycznie) wie, kiedy powinno się kończyć zdanie.

Nic poważnego. A może? Znaczy, poważniejszego niż na pierwszy rzut oka? Nie wiem, nie oceniam. Fajne ilustracje tam są.

Osoby kochające namiętnie książki tworzą, nie wiedząc o tym, tajny związek składający sie wyłącznie z indywidualności. Członków związku łączy ciekawość, choć różnią się wiekiem i nigdy nie spotkają.

Ich wybory nie pokrywają się z propozycjami wydawców, to znaczy rynku. Ani z wyborami profesorów, to znaczy mędrków. Ani z wyborem historyków, to znaczy władzy.

Nie szanują gustów innych. Zamieszkują jamki, dziuple, kryją się w samotności, w zapomnieniu, na kresach czasu, w strefach cienia, w porożu kozła, w nożu ze słoniowej kości do cięcia papieru.

[Pascal Quignard, Życie sekretne, przeł. Krzysztof Rutkowski]

Francuska odmiana sztuki eseju (poniekąd prawodawcza, od pierwszych prób Montaigne’a) jest szkołą pływania w akwenie słów. W kraulu autor czerpie oddech z antynomii, poruszając się między lewym a prawym haustem; styl grzbietowy zwraca pływaka ku przestworowi, konfrontuje z pneumą, pozwalając na podglądanie od spodu Wielkiego Miechowego, zwanego mon Dieu (...Patrie, Roi, Liberte); żabka, klasycznie francuska, zniewala pływaka osią symetrii, postęp uwikłany jest w pracę ud, od kuchni po seks.

Dla porównania: anglosascy eseiści to stwory ziemne, ich zadaniem jest inwentaryzacja tak czy inaczej rozumianych włości.

Wodnym środowiskiem Quignarda jest sieć ukrytych cieków. Musi być zwrotny, egzaltację kiełzna zwięzłością. Często znika, słowa wsiąkają w milczenie. Ale – jakże francuski – niczego nie robi bez efektu.

W innym miejscu pisze:

Granie przed publicznością, tworzenie, wystawianie się, zdolność umierania niczym się nie różnią. Dlatego zresztą spotyka się osoby pełne talentów, które nastawiają się na zabijanie. Zwie się ich krytykami. Kim jest krytyk? To ktoś, kto bardzo bał się umrzeć. W wielkich stolicach zachodnich i północnoamerykańskich spotykamy twarzą w twarz tych, co mogą umrzeć i zmartwychwstać, i tych, którzy nie mogąc zmartwychwstać – zabijają. To się nazywa życiem kulturalnym. Zaznaczam, że słowo „kultura” – jest niewłaściwe. Ale podkreślam, że słowo „życie” – jeszcze bardziej.

Na krótkich odcinkach bywa kraulistą. Na dłuższych – okazuje się, że pływa ósemkami.

Mowa stała się w końcu moim wrogiem osobistym, chociaż była nim od zawsze, od momentu, kiedy rozpoznałem ją w postaci napowietrznych szkaradnych drgań. Muzyka nie staje się życiową pasją dla kaprysu, literatura też nie. Jeśli chce się jeszcze żyć – się wie, że słowa są podejrzane, niedojrzałe, płoche.

Życie wyraża się najpierw samo.

Przejawia się ciałem, ciało je pomnaża. Ciało pozostaje prawdziwym obrazem życia. Życie może obejść się bez mowy. Mowa jest luksusem, bez którego życie jest możliwe. Kiedy mówimy, to nie źródło mowy mówi: my z niego czerpiemy, boczkiem, chyłkiem, odwracamy, wywracamy, suszymy. Nieskończoną przestrzeń oceanu zasilają małe świeże źródła odżywiane na górskich szczytach. Mowa osłabia: w słowach więdnie to, co spełnia się w dziwacznym akcie.

Z tego względu mowa jest bardziej zbędna niż szkodliwa. To oczywiste.

Galijska bezczelność Quignarda wraz z jego ósemkującym uporem działa na mnie ożywczo. Dobrze, że chrzani wydawców, profesorów i historyków. (Dobrze, że wydawcy nie odwzajemniają się tym samym.)

wynurzenie

Jak już wspominałem

wszystko, co się robi, można robić słabo albo świetnie. Wobec Pirsigowskiego Quality dziedzina nie ma znaczenia.

Zatem, skądinąd w całkowitej zgodzie z moją teorią gier piłecznych, od czasu do czasu oglądam tenis. Przede wszystkim wielkoszlemowy, bo nie tylko są gwarantowane spotkania z jakością, ale i zdarzają się jeszcze przyjemne niespodzianki, jak wtedy, gdy Soderling wbił Nadala w kort.

Z turniejów wielkoszlemowych najsympatyczniejszy jest startujący właśnie Australian Open, bo pozwala zapomnieć o styczniowym zimnie i mroku (lub, jak tej zimy, o nadmiarze bieli). Więc jestem właśnie w tenisowym nastroju, który może się jeszcze poprawić, gdy siostry Radwańskie zostaną odesłane do domu i polskojęzyczne komentarze w Eurosporcie wyzbędą się szowinistycznych emocji (które, doprawdy, nie licują z jakością); ech, gdyby tak jeszcze zapomniano o polskim pochodzeniu Caroline Wozniacki (choć z drugiej strony, jej dialogi z tatusiem między setami... coś pięknego). Jest również dlatego

fajnie

że wróciły obydwie Belgijki, które jako jedyne właściwie mogą zagrozić siostrom Williams (nie lubię). Przy okazji odnotuję (fajne) bon-media-noty związane z Clijsters i Henin. Kim back – to nagłówek dla powracającej na kort po urodzeniu córeczki (cóż za uroczy dzieciak ;) Kim Clijsters. Rymuje się, oczywiście, z come back.

Ale że jedna Belgijka to mało, zawsze lepiej, gdy są dwie, to o kwartał późniejszy powrót Justine Henin skomentowano nagłówkami Justine time, co się rymuje z just in time („w samą porę”; i rzeczywiście, używając tenisowego żargonu, świetny timing). A skoro już wspomniałem o niechęci do sióstr Williams (niechęć ta wynika z ich – zwłaszcza Sereny – „dominatorstwa”, które zaczęło zabijać możliwość przyjemnych niespodzianek, i paskudnej twarzy pana Williamsa, któremu z oczu wyzierają zwinięte w rulon banknoty dolarowe), to przejadę się po innych nielubieniach.

nie lubię

Roddicka, bo się poci jak świnia (pot mu kapie nawet z daszka czapki, co trudno wręcz pojąć) i jest taki szastu-szastu prędki i zamaszysty, pif-paf, no, ale przy tym ocieka potem i niezrealizowanymi możliwościami. Nie lubię Nadala (też dominator; dlatego tak miło było oglądać wspomnianą akcję Soderlinga), bo jego fetysz (wyciąganie slipów z d... przed każdym serwem) jakoś nie pasuje do mojego wyobrażenia o minimum tenisowej elegancji. Nie znoszę pań tenisistek, które wyją na korcie (Szarapowa, Azarenka, parę innych), bo w tenisa nie powinno się grać paszczą.

Niezbyt lubię Murraya, bo uosabia szkocko-zblazowany, chytrawy wariant brytyjskości (więc tęsknię za, hm, pogrobowcem formy, Henmanem). Niezbyt lubię kapryśne księżniczki (na przykład dwie Serbki, Jankowić i Iwanowić), ale odpuszczam im, gdy dobrze grają. Zasadniczo nie lubię Agnieszki Radwańskiej za to, że albo nie umie, albo jej się nie chce grać.

Ale urwę tę listę, bo jest tak długa, jakbym miał prywatną kopalenkę idiosynkrazji, wspomnę tylko na koniec, że mniej lubię męski tenis, bo czołowi gracze są wyśrubowani na poziom cyborgiczny, więc jakość jakością, ale trochę to już nieludzkie. Za to

lubię

wspomniane Belgijki dwie, bo są sympatyczne i dobrze grają, lubiłem (jednak) księżniczkę Hingis za inteligencję, próby zachowania uśmiechu na twarzy (wychodziło) i próbę powrotu do czołówki (nie wyszło), bardzo lubię Mauresmo, za piękny backhand, elegancję ruchów, sympatyczną twarz (no i za to, że z klasą kontynuowała lesbijską tradycję po Navratilowej). Generalnie lubię fajterówfajterki (jak świeżo objawioną Oudin czy Suárez Navarro).

Ale najbardziej lubię tenisowy obyczaj, nakazujący publiczności milczenie w trakcie gry. Żeby jeszcze komentatorzy mniej mówili...

I na tym kończę wynurzenie i wracam do kangurów.

„Lektor”

Obejrzałem wczoraj Lektora (The Reader) Daldry’ego z Winslet, Fiennesem i (młodym) Krossem. Za niechodzenie do kina płaci się trzykwartałowym opóźnieniem, z drugiej strony – sporo już gotowych tekstów w sieci, można sobie poczytać, co sądzą inni.

Przy tych lekturach wzruszyłem się dwa razy. Michał Oleszczyk napisał:

Hanna Schmitz była dozorczynią w obozie koncentracyjnym i oto na oczach dawnego kochanka jest sądzona za swoje winy.

Albo ma specyficzny stosunek do „raz-napisanego-i-niech-zostanie” (pomyłkę przypisujacą Krossowi 28, a nie 18 lat, też zostawił; tę przynajmniej w komentarzach sprostowano), albo też kogoś, kto się przedstawia jako krytyk filmowy („Kino”) i autor książki o Terence Daviesie, trzeba jednak skrzętnie omijać.

Tadeusz Sobolewski natomiast, krytyk niewątpliwy, w tekście Esesmanka, moja miłość ponownie (bo wcześniej tutaj) przywołuje „chrześcijańskie sumienie” jako motyw postawy i decyzji Michaela (Fiennes):

„Lektor” Daldry’ego jest prowokacją. Każe nam – lub inaczej: pozwala – przejąć się postacią oprawcy i asystować w obronie resztek jego człowieczeństwa. Czy stoi za tym moralny relatywizm, czy przeciwnie – potrzeba chrześcijańskiego sumienia?

Bez wzruszenia za to przeczytałem dwie recenzje negatywne, autorstwa osób związanych z „Krytyką Polityczną”: Jakuba MajmurkaJoanny Ostrowskiej (kolejność wg malejącej hm, rozległości intelektualnej). Ci państwo też nie dają się łatwo wzruszyć.

A z trzeciej strony, trzykwartałowe opóźnienie – chyba również ze względu na obfitość już zaistniałych tekstów – tłumi potrzebę wypowiedzi własnej. Bo i po co mnożyć.

Tak czy inaczej, nie miałem najmniejszego problemu z obejrzeniem filmu do końca, choć projekcja zakończyła się grubo po 3 w nocy.

W nibyrecenzjiSagi Twardokęskowej czepiałem się autorki o parę rzeczy. A tymczasem ukazał się wywiad z nią, przeprowadzony przez Wita Szostaka (tu część 2). No to się skonfrontujmy.

czep 1: O nasilające się podszywanie całkiem rozbudowanej politeistycznej (i to piętrowej) mitologii chrześcijaństwem. Pisałem:

Niektóre „teogoniczne” pomysły autorki są bardzo udaną i oryginalną kreacją (...).

Cóż stąd, gdy Brzezińska zrobiła wszystko, żeby efekt osłabić. Przez rozmnożenie opatów, proboszczów i plebanów (to z Wilżyńskiej Doliny), ambon, kleryków, klasztorów, mniszek, pokutników itd. Przez całe to kulturowo oczywiste i jednoznaczne „oprzyrządowanie”, strącające mitologiczną fantazję w świat Uogólnionego Chrześcijaństwa Wieków Średnich (i ciut Późniejszych).

A w wywiadzie:

Wit Szostak: Z jednej strony mamy świat pogański, panteon wielu bóstw, z drugiej kategorie żywcem przejęte z chrześcijaństwa: msza, chrzciny, spowiedź. Do czego potrzebny Ci był taki melanż?

Anna Brzezińska: Zaczynałam w tej opowieści od panteonu pogańskiego, który później nabierał cech coraz bardziej monoteistycznych. Religie starożytne były moją dość wczesną fascynacją, zresztą przez jakiś czas chciałam być archeologiem, a antyk stanowił jedno z moich pierwszych i bardzo jeszcze nieświadomych doświadczeń czytelniczych. Sądzę, że potrafiłabym opisać religię pogańską w sposób wybiegający nieco poza Afrodytę z wymiętym peplosie i Aresa, obitego po grzbiecie przez rozwścieczonego Hefajstosa. Ale próba opisania dramatycznego napięcia antycznych misteriów, roli przepowiedni i wreszcie wszechobecności bóstwa, tego całego półboskiego, półczłowieczego pomiotu, który czaił się w źródłach i gajach, ale i nieustającego migotania rzeczywistości, w którym rzeka jest w jednej chwili wodą, a w drugiej bóstwem, oznaczałoby dla czytelnika wejście w ogromną obcość. To kuszące i może kiedyś uda mi się jeszcze do tak przedstawionego antyku powrócić, ale tym razem, żeby stworzyć jakieś połączenie pomiędzy naszym światem, a odchodzeniem bogów Sagi, postanowiłam od pewnego momentu pogłębiać poczucie swojskościrzutować religię Krain Wewnętrznego Morza na nasze doświadczenia.
[podkr. moje – n.]

No właśnie. Zarysowywało się tak ciekawie, tak właśnie nieswojsko, tak przecież w sednie gatunku fantasy. Ale autorka oszczędziła czytelnikom „ogromnej obcości” i wybrała pochlebczą (pokupną?) swojskość.

To wyznanie jest à propos także moich kolejnych ansów, skladających się na czep 2. Dotyczących zasienkiewiczenia swojskością tym razem sarmacką. Pisałem:

Ten postsienkiewiczowsko-szlachecki sarmatyzm nudzi mnie i męczy.

[...] Po co? Dlaczego? Wreszcie: na cholerę aż tyle tego?

Na co pada odpowiedź niekoniecznie szczera:

Literatura jest dialogiem, zresztą nie tylko z czytelnikiem, ale również ze wszystkimi istotnymi wcześniejszymi lekturami. I polskość jest tu dla mnie istotnym doświadczeniem, mimo że, nie ukrywajmy, tradycja powieściowa nie jest u nas równie olśniewająca, jak za wschodnią czy zachodnią miedzą. Mamy obecnie eksplozję historii, by nie rzec nowego patriotyzmu – nowego, bo polegającego na zabawie historią, także zabawą tematami, które do niedawna były tabu – w popkulturze. Konstruujemy na nowo swoją przeszłość i wydaje mi się godne namysłu, jakich sobie przodków tworzymy.

Ale czy takie były motywy autorki, gdy 10–7 lat temu miała już [*] cały szkielet Sagi (i mnóstwo szczegółów) w głowie? Owszem, zapewne nawet wcześniej dobrze wiedziała, że

Sarmatyzm jest niezwykle żywotną formacją kulturową, jedyną oryginalną [niestety – przyp. n.] na naszych ziemiach. Jest też formacją złożoną, wykraczającą poza bijatyki, warcholstwo, pijaństwo, popisy hippiczne i batożenie chamów.

Niemniej zarówno wtedy, jak i dziś wątpliwa jest teza o „tabu, jakie w popkulturze stanowi” ów „nowy patriotyzm”, tabu, które jakoby uniemożliwiało wesołą zabawę zakazanymi tematami.

Zwłaszcza że Saga niespecjalnie jest zabawna w rozbudowanych wątkach sarmackich. Nie jest nawet w tych wątkach zbyt oryginalna. Zapewne dlatego, że narażałoby to czytelników (znowu) na niebezpieczne wyzuwanie ze swojskości.

Na czep 3, który w mojej nibyrecenzji zogniskował się głównie na przemianie Zbójeckiego gościńcaPlewy na wietrze, zareagowała (przesadnie) spriggana, pisząc na forum Fantastyki:

A co do „Świata po brzezińsku” to ja się bardzo stanowczo nie zgadzam z opinią, że im dalej tym gorzej, i że „Plewy…” to „Zbójecki gościniec” w wersji dla idiotów.

...gdy ja tylko napisałem, że to przemiana

na łopatologiczne, dopowiadające szczegóły, schlebiające czytelnikowi (i okazujące mu brak szacunku) Plewy

...co współbrzmi z przytoczoną wyżej obawą Brzezińskiej przed narażaniem czytelnika na spotkanie z „ogromną obcością”. Gdy zaś idzie o „im dalej, tym gorzej”, sprawa jest prosta: z tomu na tom rośnie zasarmacenieuchrześcijaństwienie sagi, więc moja konkluzja nie może być inna.

Może przesadziłem z tym „brakiem szacunku” dla czytelnika? Przeczytałem już kilkanaście recenzji, do których linki regularnie prezentuje blip wydawnictwa Runa: wszystkie jednoznacznie pochlebne (moją, niejednoznaczną, podlinkował za to książkowy Poltergeist pod dziwacznym tytułem Wszystko o Twardokęsku – o samym Twardokęsku to akurat prawie nic nie napisałem; thx, anyway). Więc pewnie powinienem poprzestać na mówieniu wyłącznie o własnych odczuciach.

Tak, żałuję, że Anna Brzezińska nie naraziła mnie na spotkanie z większą „obcością”. Od namiętności do Sagi – mimo wszystkich czepów – zaczynałem, więc gdy sobie wyobrażę, co mogłoby być, to aż... milknę.


PRZYPISY

[*] podejrzewałem:

że właściwa saga „napisała się” w pierwszym pięcioleciu dekady, jaką zajęło autorce opublikowanie tych pięciu i pół książek

Brzezińska poniekąd potwierdza:

Najcięższą pracę wykonuję, zanim usiądę do pisania, bo zwykle najpierw wymyślam świat, jego historię oraz prawa organizujące tę rzeczywistość.


Te akronimy zalały telewizje na całym świecie. CSI, Crime Scene Investigation. Oryginalny serial, CSI: Las Vegas ma wdzięk, nawet jeśli czasem przynudza. Las Vegas jest bardzo medialne, nic dziwnego więc, że eksplorując przeszłość i osobliwości stolicy rozrywki, twórcy pozwalają sobie nawet na autoironię. Z drugiej strony, to najmroczniejszy z nich.

Z dwóch spin-offów tylko jeden jest godny uwagi. CSI: New York ma bohaterów z życiem wewnętrznym, towarzyskim i erotycznym; pomysły na intrygę bywają oryginalne, a podszewka z klimatów irlandzko-włosko-żydowskich, nowojorskich, dodaje głębi tłu. A, zapomniałbym, jest też Greczynka. Big Apple.

Kompletną katastrofą jest natomiast ostatni z trzech, CSI: Miami. Ma kolorystykę, dramaturgię i bohaterów z południowoamerykańskiej telenoweli. Kryptomacho Horatio (no bo kto zgadłby z samego wyglądu, że to taki twardziel) wyrabia kilkaset procent normy w spoglądaniu spode łba, zdejmowaniu i zakładaniu okularów przeciwsłonecznych (raczej zbędnych, skoro w tym serialu cały świat jest przesłonięty dwukolorowymi szkłami). No i mruczeniu powalających one-linerów.

Miami przoduje także w dziedzinie cudów laboratoryjnych. We wszystkich trzech CSI laboratoria są wyposażone na poziomie SF, wyniki badania DNA dostaje się niemal przed włożeniem próbki do Maszyny Rozpoznającej itp. Ale w dwóch pierwszych serialach działa także inteligencja analityków, gdy tymczasem miamijczycy, cóż, ładnie wyglądają (nie licząc Horatia o aparycji rudego milicjanta z Soczi), ale poza tym...

Gdy idzie natomiast o socjologię, o typowość zbrodni, o jej zakorzenienie w rzeczywistości rzeczywistej (a nie w sztambuchach scenarzystów), wszystkie trzy seriale są dość księżycowe (no, może oryginalny Las Vegas najmniej, zapewne stąd to wrażenie, że sama sceneria miasta kasyn jest księżycowa). Kolejny przyczynek do sensu poznawania świata przez pryzmat seriali amerykańskich.

Co wychodzi szczególnie w porównaniach. Brytyjski Silent Witness [Milczący świadek] to „kostnicza odmiana” gatunku (reprezentowana również np. przez dziejący się w Bostonie serial Crossing Jordan). O dziwo, patologowie w brytyjskim serialu nie siedzą wyłącznie w kostnicach, poza badaniem miejsca zbrodni i zabezpieczaniem śladów angażują się – powiedzmy – społecznie, wchodzą w środowiska, w których popełniono przestępstwa, przyglądają im się z bliska itd. Technika laboratoryjna nie jest księżycowa (DNA – od kilku dni do dwóch tygodni), tempo jest znacznie wolniejsze, za to odczucie realizmu – o rząd wielkości mocniejsze. Jakość też.

Zupełnie popieprzonym podgatunkiem są natomiast seriale inwestygacyjne poświęcone propagandzie armii (zwłaszcza: marynarki) Stanów Zjednoczonych, jak choćby JAG i jego spin-offNCIS. Kto widział jeden odcinek, ten widział je wszystkie.

W „Krytyce Politycznej” 19/2009 trójgłos recenzyjny z książki Magdaleny Grochowskiej Jerzy Giedroyc. W tekście Redaktor zamilczany na śmierć Anna Delick (Sztokholm) pisze:

Redaktor wstydził się III RP, tych latynoskich kontrastów, istnienia tych czterdziestu procent Polaków żyjących poniżej minimum socjalnego, głodnych dzieci (a w domach dziecka wręcz niedożywionych) czy ludzi, którzy nie wykupują recept nawet w wypadku poważnych chorób, sytuacji mieszkaniowej na poziomie Rumunii, wielkich, charakterystycznych tylko dla Trzeciego Świata różnic cywilizacyjnych między dużymi aglomeracjami a peryferiami itd.

I zwierza się:

Rozumiem świetnie to uczucie. Nie jestem w ogóle związana z Polską, której nie lubię, zwłaszcza za formę płytkiego, czysto obrzędowego katolicyzmu (w dodatku generującego nieufność wobec świata), za niewiarygodny rasizm mieszkańców i ich autorytarną osobowość (popularność Ziobry!), nie mam w Polsce nikogo bliskiego, nie mam polskiego obywatelstwa, a też poczułam rumieniec na policzkach, gdy koleżanka z pracy, Szwedka, opowiedziała mi następującą historię. Będąc służbowo w Warszawie, pojechała z szoferem-tłumaczem na mazowiecką prowincję. Dzień był gorący, kupiła w sklepiku w małej miejscowości wodę mineralną, a po wyjściu jakaś dziewczynka w wieku 10–12 lat poprosiła ją o kupienie bułki. Sądzę, że trzeba właśnie żyć w innym kraju, aby zrozumieć, dlaczego Redaktor wstydził się III RP.

Kilkanaście akapitów dalej:

Zupełnie prorocze były też słowa, które Redaktor wypowiedział na początku roku 1975 w sławnym wywiadzie dla „Aneksu”: „Rewolucję robią robotnicy, nikt inny. A rewolucja zwycięża, gdy popiera ją inteligencja. To jest abecadło. Inna sprawa, że ci robotnicy są później nabijani w butelkę [...]”. Jerzy Giedroyc i tak miał szczęście, że nie dożył czasów, gdy w gazecie Adama Michnika protestujących stoczniowców opisuje się piórem Witolda Gadomskiego za pomocą inwektyw zaczerpniętych z arsenału PRL-owskiej „Trybuny Ludu”.

Jeszcze jeden urywek:

Niepokoiło go, że opozycja przywiązuje do tego [do procesu zaniku w Polsce refleksji politycznej] małą wagę, i na poziomie wysokiej abstrakcji, i planów konkretnych rozwiązań szczegółowych. W latach 1982–1988 opozycja miała już sporo pieniędzy, ale homerycki śmiech budziły pomysły Redaktora, że na wypadek odzyskania niepodległości trzeba tworzyć zespoły fachowców rozpracowujących poszczególne problemy. Mówiono, że „stary zwariował”, przecież wszystkim wiadomo, że ma być tak, jak na Zachodzie. Wynikało to oczywiście z niedouczenia polskich elit, które wówczas niewiele wiedziały o kapitale społecznym lub kulturowym, o zależności „ścieżki rozwoju” od kulturowego wzorca.
[podkr. moje – n.]

Tekst Anny Delick przypomniał mi się, gdy przeczytałem na blogu WO jego zwierzenie o przełomie 1989 roku:

Moje pokolenie teoretycznie mogło wszystko, bo byliśmy jak pionierzy zaludniający Dziki Zachód. A jednak nasze wybory były zdumiewająco powtarzalne: praktycznie wszyscy (ja też) za ideał dobrego życia uważaliśmy jakieś wcielenie wariantu lajfstajlu amerykańskiej klasy średniej zapamiętanego z filmów i seriali. Niewielu z nas decydowało się na coś radykalnie antymieszczańskiego, typu rzucić wszystko i łowić perły.

Jeśli spojrzeć na to, jak wyglądają nawet te „dość ekstremalne sytuacje”, to uderzające jest właśnie to, jak mało są one ekstremalne. Moja hipoteza: byliśmy bardzo silnie enkulturowani nie przez rodzinę, ale przez oglądaną z wypiekami na twarzach zachodnią popkulturę. Śledziliśmy w niej nie tylko akcję filmu, ale też całe tło – jako instruktaż „jak wygląda przyzwoite życie”.

[podkr. moje; cytat stąd, komentarz z 2010/01/06 14:06:00]

I tego trzyma się do dziś, nie będąc – to zrozumiałe – odosobniony.

Zgodnie z (krzepnącą) tradycją, zamiast noworocznych życzeń i powiąszowań wierszyk. Tym razem staro-noworoczny Josifa Brodskiego, sprzed piętnastu lat.

MCMXCV

Klauni cyrk rozwalają. Słonie zbiegły do Indii.
Tygrysy na ulicy sprzedają obręcze
i pasy, pod wychudłą kopułą, jak w szafie
spod trapezu się zwiesza i wiruje
frak rozczarowanego iluzjonisty,
a koniki zrzuciwszy czapraki pozują
do portretu silnika. Na arenie
klauni toną w trocinach, wytężając siły
wymachują młotami i cyrk rozbijają.
Publiki albo nie ma, albo jej nie słychać,
bo nie bije oklasków. Tylko tresowany
piesek szczeka bez przerwy, czując, że się zbliża
do cukru: że nadchodzi i że jest już blisko,
tuż tuż tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąt pięć.

1995

[przełożyła Katarzyna Krzyżewska]

« Older entries