W Ostatnich ludziach Macieja Jakubowiaka, tym ekskursywnym eseju o końcoświatowych doświadczeniach narracyjnych (za czym, lub przed czym, idą oczywiście także egzystencjalne), pośród mnogości wątków, przywołań tekstów kultury i zdarzeń z historii cywilizacji pojawia się czasami anonimowy mężczyzna, uwikłany w codzienność: ma małą córkę, psy, osobę czekającą, aż przyniesie jej z jakiegoś inpostu zamówione maseczki (pandemia), która zwraca się do niego per „kochanie”; mężczyzna przywołuje drobne (lecz i niedrobne) wydarzenia, notuje wrażenia, ulotne myśli. Nie narzuca się, występuje incydentalnie, jednak – tak chciał autor – podkreśla swoją jednostkową obecnością nieabstrakcyjny wymiar dociekań w sprawie końca świata.

Ze zdarzeń niedrobnych na przykład takie:

W końcu mężczyzna decyduje się na pochyłe. Pozłacane są dodatkowo płatne, ale na tym się nie oszczędza. Nigdy się nad tym nie zastanawiał, okazuje się, że cenę obliczają od liczby liter. Facet w czapce Kawasaki podsuwa notes, mówi, żeby zapisać drukowanymi literami, żeby nie było wątpliwości. Mężczyzna próbuje, ale nie ma na czym oprzeć ręki, dłoń mu lekko drży. Przechodzą więc do biura, tam nawet działa klimatyzacja. Facet za biurkiem mówi, żeby podyktować, zaraz to wydrukuje z komputera, tak będzie najlepiej. „Albina?” – pyta. „Rzadkie imię, niecodzienne, babcia chyba długo żyła? Tak. A teraz data zgonu”.

Całą książkę wieńczy ekstra rozdział „Koda. Gorąco, środek lata”, w którym mężczyzna próbuje opowiedzieć o śmierci swojej matki, jednak, jak na człowieka pisma przystało, otacza swoją relację opowieściami innych [synów], pisarzy. Śmierć matki, mały koniec w osobistym wszechświecie: nie jest wyjątkowy. Jest jednak jednostkowy, szczególny.

Tam też akapit:

Mama, zanim została mamą, a była po prostu Anią Bagierek, skakała wzwyż. Wygrała nawet młodzieżowe mistrzostwa Polski. To musiało być koło 1963 roku. Pięć lat później Dick Fosbury na igrzyskach w Meksyku skoczył przez plecy i wszystko się pozmieniało. Nic o tym nie wiem, choć kiedyś o tym opowiadała.

* * *

Nie będę spekulować ws. powodów, dość że owo „nic o tym nie wiem” zamieniło się po paru latach w obszerną, ponadtrzystustronicową książkę, której tzw. premiera niebawem.

Hanka. Opowieść o awansie (Czarne 2024) byłaby – idę za własnym tropem – również esejem (który „trzeba trochę nagiąć”, pisze MJ, by pomieścił osobę/osoby jednostkowe w swojej zwykłości) – tym razem nazwijmy: inkursywnym. Będącym wycieczką do wnętrz umykających obserwacji z zewnątrz. Syn/wnuk Maciej pisze o matce Hance i babce Albinie. I, oczywiście, o sobie, dlatego że jego własna trajektoria zależy, zależała, wywodzi się z życia Hanki i Albiny, jest m.in. „opowieścią o awansie”, który nader powoli wysnuwał się z bytu – życiorysów, ograniczeń, pragnień etc. – poprzednich pokoleń.

Gatunkowo Hanka jest kundlem [u mnie nie jest to pejoratywne określenie]: mieszańcem eseju autobiograficznego, pewnej [rodzinnej] mikrohistorii i odległego echa powieści awanturniczej (od, powiedzmy, Smolletta poczynając). Z tym że tutaj główna awantura to przygoda z edukacją. Echo to realizuje się w [pastiszowej] konstrukcji całości [por. tytuły rozdziałów]: jest jednak ta konstrukcja prowadzona z żelazną konsekwencją, przykrytą dygresyjnym, niemal gawędziarskim tonem narracji.

O eseju autobiograficznym rozpisywać się nie będę; w Hance MJ często sięga po cytaty np. z Eribona czy Ernaux, nie dlatego jednak, jak sądzę, że jego ksiażka na nich się wzoruje, a dlatego, że byli ci autorzy rozlegle w Polsce czytani, dają więc jakąś ramę odniesienia, tym samym „rozpoznanie gatunkowe” jakoś funkcjonuje.

Słowo natomiast o mikrohistorii. Poza funkcją dokumentalną miewa ona jeszcze inną powinność: konfrontuje realia jednostkowych bytowań z dużymi narracjami, ideologiami epok, wystawiając je na próbę faktów. Dlatego MJ sięga po statystyki, szkicuje tła ekonomiczne, obyczajowe, polityczne: tak rozumiana [duża] historia zawsze jakoś ugina jednostkowe losy ludzi. Trzeba przyznać, że autor [pomijając bibliografię] maksymalnie „odjeża” opowieść z tzw. aparatu: Hanka jest książką naprawdę dla wszystkich.

Fraza Jakubowiaka, zdania kręte, wielekroć złożone, płynące swobodnie (widać wszakże, jak bardzo są poddane kontroli). Nie wiem, czy sam jestem fanem takiej frazy. Ale pomyślałem, że ta książka idealnie nadaje się na audiobooka! Słuchać w małych dawkach dziennych, podejmować rozważania (impresje?) na temat własnych i własnej rodziny przypadków. Od lat 16 do 90. Niechby się wydawnictwo zakrzątnęło.

* * *

O treści Hanki nie będę pisać, bo streszczanie nie ma sensu, a tezy autor ustawił w grzecznym porządku (do bicia albo przyjęcia; tak czy inaczej – do refleksji), trudno to zrobić lepiej, zresztą po co, skoro są i czekają. Po prostu trzeba książkę przeczytać [posłuchać?].

Joanny Łępickiej Zeszyt ćwiczeń (BL 2023) jest debiutancką książką z 38 wierszami [wg spisu treści]. Ma adekwatny tytuł i znaczącą okładkę.

Na której fotografia z warszawskiej Sali Kongresowej (z lat zapewne sześćdziesiątych); na scenie pojedyncza postać przed mikrofonem, widownia pełna, ale zbyt to wszystko spokojne, by mogło odnosić się do występu Rolling Stonesów z 1967. Postać jest jednak wycięta z foty, wewnątrz jej konturu sama biel, można powiedzieć, że została z fotografii wyjaśniona^, ale w znaczeniu dosłownym jest odwrotnie: na okładce tylko blachowaty token publicznego solo występu kogoś [jeszcze] bez tożsamości. Publiczność [we współczesnym odbiorze spowita mgiełką nostalgii czasu/miejsca] czeka, zaraz się zacznie. Czyli trzeba otworzyć książkę.

Kogoś, kto liczył na zyskanie przez okładkową postać tożsamości, czeka klęska urodzaju. W wierszach odzywają się najprzeróżniejsze –samości, tuż obok siebie, płynnie albo skokowo przechodzące jedne w drugie, głosy mówiące (w pierwszej osobie) mają łaciaty gender, przywołują rozmaite okoliczności prywatne [nie ma znaczenia, czy te skrawki odnoszą się do „faktów”, czy też są „zmyślone”], historyczne, mieszane; miejsca, zdarzenia, osoby. Pojawiają się cudze zdania, wyrazy, natrętne szepty. Ktoś powtarza yalla!, szczury mantrują buffalo, buffalo, buffalo; czy jest sens pytać: „czemu” [jest] i oczekiwać wyjaśniającej odpowiedzi [nie ma]?

Parę przykładów. W wierszu Coda to be:

[...]

Składam się na siebie.

Odkąd przejechał mnie 
autobus na skrzyżowaniu 
Lipowej z Malmeda,

i jestem też tobą, którego nie ma, 
mądry Icchoku, zabity trzy razy, 
dwa razy powieszony i raz rozstrzelany,
[...]

Lipowa z Malmeda krzyżują się w Białymstoku, a występujący tuż potem Icchok to właśnie Malmed (rzeczywiście „zabity trzy razy”, tamże), czemu jednak bieżący głos mówiący [resp. autorka] nazywa go „mądrym”? (Nie wiem.) Jak traktować „przejechał mnie / autobus”? (Jak tam sobie chcecie.)

W wyjątkowym wierszu (bo sąsiadujące wersy przedzielone linijką pustą, tekst przez to ażurowy, pełen światła, jedyny taki) Latarnia:

I ja Bela Bartók bałem się swojego ojca,

i ja Heweliusz srałem pod siebie,

Czy Bartók istotnie bał się swojego ojca? Cholera wie, jego ojciec zmarł, gdy przyszły kompozytor miał 7 lat. Czy Heweliusz istotnie srał pod siebie? Mogło tak być, na starość złożyła go choroba, a pielęgnowała żona.

Czy coś z tego wynika? Co latarnia oświetla? Co ich łączy? Można pytać, lepiej nie czekać na odpowiedź. Niemniej, obaj w dojrzałym wieku ożenili się powtórnie, obaj z szesnastolatkami [za tekstem zawsze stoi kosmos‐tekst]. (Jeśliby umarli na kozetce byli nieznani – kogo by to?)

Od ponad miesiąca wożę się z Zeszytem ćwiczeń i szukam słowa na ten rodzaj przemięszania, jaki uprawia Łępicka. Kłąb? Misz‐masz? Przeważnie ląduję w kipiszu, ale kipisz to bałagan zrobiony komuś przez kogoś z zewnętrza, gdy tutaj sama sobie kipisz [która to fraza znienacka naświetla metodę ^].

Ale też nie jest tak, że kipisz jest wszędzieobecny. Wiersze w Zeszycie przebiegają wiele rejestrów stylistycznych (jak to w ćwiczeniu), remixuje tu się np. formy sonetu, villanelli, pantumu, sestyny, moduł mixujący jednak każdorazowo wymyśla inne reguły (i ma bodaj inne za każdym razem powody [zob.]).

Fraza bywa zwięzła/cięta, ale bywa też rozlewna, spod znaku „mówiony potoczny”. Czytelnik idący pierwszy raz, po porządku, nigdy nie wie, co napotka na kolejnej stronie. (I może to zdanie niech stanie za recenzję; na inną mnie bodaj [chwilowo?] nie stać.)

Odrębnie powinno się omówić przygody wyrazów. O yalla! czy buffalo już wspomniałem. Ew. czytelnika Zeszytu zachęcam do zwrócenia uwagi na parę innych. Na przykład tarapaty. Albo akuratny. Wiersze zostawiają coś w rodzaju pieczęci leksykalnej: bywają „kosmopolityczne”, bywają „wschodnie”, bywają też krakowsko‐środowiskowe, a te różnice pola/zabarwienia często są nieostentacyjnie podbijane właśnie kilkoma wyrazami‐znacznikami.

między twoim a moim domem
  
chcę mówić akuratnie oświetlić tekst 
Hołynką zbieraczem ptasich gówien 
świecić w winerki krymki tranzle

ja pomiędzy winerki krymki tranzle
ja pomiędzy ja
ja pomiędzy ja pomiędzy ja

chcę wyrosnąć w stado 
i pozdrowić się z daleka 
złego nie pamiętać

wierzyć że pismo osłabia pamięć 
i jak pamięć nie służyć niczemu

W powyższym (jednym z najmniej „kipiszowych”) sygnatura poczwórna, w tym jedna nazwa miejscowości [Hołynek białoruskich jest z piętnaście, szukać pewnie lepiej na zachodzie wschodu]. „Krymki” proste, „winerki” chyba ustalone, najgorzej z „tranzlami”. Gołębie czy część uzdy? Ale nie trzeba nawet wiedzieć, by widzieć.

Zabawna sprawa z końcówką. W rozmowie z Michałem Mytnikiem autorka nie pamiętała [skąd pamięć], z jakiego wiersza ani [pismo/pamięć] skąd w ogóle [Tamuz w Fajdrosie]. Jeśli wierzyć zeznaniom. Niemniej, traktuję odwieńczenie tego wiersza jako dyskretne credo Ćwiczeń.

* * *

A teraz wiersz najjawniej nawiązujący do Šalamuna, nie tylko dlatego, że występuje tu wprost.

Święto trąbek
  
Rosz ha-Szana jest piękne, okrągłe jak chałka,
kieszeń roku. Tomek piekł ją z dyniami,
rok z szałwią. Masło. U Sofy, u Sofy
z Haną z Ljubljany rozmawiałam o Šalamunie.
Hana jadła ajdovi żganci. U Sofy, u Sofy
myślę o Dionizettim. I’m ok,
zastąp wszystkie płyny i dmij, wyjmij
jeszcze stołek dla Piotra. To piekło, to kawa.
Z Chrissi mieli myszy, ale mieścimy się. Szczury
świetnie pływają. W Dunaju, przez Dunaj,
szczur wchodzi mi do głowy i zaczyna myśleć:
Buffalo buffalo buffalo Buffalo. Polonishe.
Kunsthalle. Czołgam się do Picassa, choć tylko
Laurę się liczy. MQ. Mumok. Wejdę na górę
i zjadę na sam dół. Do Dunaju. Do rzeki.
Opróżnij swoje kieszenie do rzeki. Musisz wydać 100
dźwięków. Obyś był opieczętowany. To samo dla ciebie.
To samo, to samo dla ciebie.

Ładnie zrobione, jakby w duchu obrazka z toskańskiego stypendium. Pisał Miklavž Komejl (w posłowiu do Błękitnej wieży):

[...] między logiką samodzielności znaczącego i logiką, według której mowa jest bezpośrednim zapisem ujrzanego i dlatego zorganizowana jest według logiki widzenia, która w ostatecznym rozrachunku nie przynależy do mowy.

Tu wszakże ujrzane jest w sporej części przedprogramowane: kieszenie, rzeka, 100 razy szofar – to stałe składowe Rosz ha‐Szany; dystynkcja między widzeniemwiedzeniem słabnie. Sytuację komplikuje (albo: wzbogaca poza hm, ekfrazę z [I]RL) skipiszowanie: miejscami, osobami, potrawami, zwierzętami, tropami.

Buffalo. (Albo, w charakterze przypisu z : ubi, ubi, ubi, ubi, noc.)

U Komejla [tamże] można znaleźć i takie zdanie o pisaniu Šalamuna:

Jeżeli podkreśla niedookreślenie i brak świadomości własnych zabiegów [...], może to robić właśnie dzięki zaufaniu do precyzji instrumentu, którym się posługuje. W ostatecznym rozrachunku ufa w czytelność nieczytelnego – ze wszystkimi konsekwencjami, również tymi bolesnymi.

Cóż, sam jestem na antypodach tej/takiej wiary, mówię: „aha”, idę gdzie indziej. Nie wszystko jest dla wszystkich.

Niemniej, pisywał i takie wiersze, w których świadomość własnych zabiegów musiała być bardzo pewna, na przykład zamieszczony przeze mnie na blogu Kraków.

Jeszcze wcześniej (1974), jakby na tle wzburzenia, które wywołał debiutem i nast., wiersz History [z tomu Sokol], zaczynający się od oznajmienia:

Tomaž Šalamun je pošast. [is a monster w przekładzie na ang.]

kończył tak:

Ampak v Ljubljani rečejo ljudje: poglej!
To je Tomaž Šalamun, v trgovino je šel,
s svojo ženo Maruško kupuje mleko,
da bi pil mleko.
And that’s history.

O czym wspominam z dwóch powodów. Po pierwsze, wróćmy do wiersza Łępickiej Coda to be; sam początek:

Będę Bartókiem, będę Basquiatem, Bas Jan Aderem. 
Będę pisać o Maruszce i rozwiodę się z nią.
Znajdę soczysty mandaryn, zgubię się na morzu,

Tak, najpewniej to ta sama Maruša Krese, ex‐żona (ach, oboje już nie żyją).

Po drugie, po lekturze tam i sam Zeszytu [a właściwie: ciągle jeszcze bardziej w trakcie] zastawiam się, co dalej, w którą stronę pójdzie . Mnie, co prawda, akurat podoba się rozchełstanie i różnorodność tego debiutu, który, jak się zdaje, uciekł spod BL‐topora formowania w [jednolicący się] ‘projekt’ (może to współzasługa redaktora tomu). Gdyby miała tak pisać nadal, why not?

Ale nie zdziwiłbym się, gdyby założyła spiczastą czapkę i..., choć mogłoby to grozić jakąś utratą animalnej żywości wierszy z debiutu (na rzecz, hm, choćby fraz spiżowych^). Zobaczymy [?].

Krzysztofa Bartnickiego Sad zapięty. Krótka antologia przekładu (Officyna 2023) jest powieść fantastyczno‐historyczna, zrobiona na pozór antologii utworów epok zamierzchłych (lub mniej), tłumaczonych przez tym‐razem‐nie‐wypierającego‐się‐roli autora, od którego nazwiska zaczyna się ta nota, na języki oboczne, możliwie (lub mniej) przystępne czytelnikowi wczorajszemu (dzisiejszy dopiero powstaje), słowem – na fantastyczną polszczyznę strzyżoną (lub chełstaną) – jak krzewiny w zapuszczonym (można spłaszczyć: parahistorycznym) sadzie języka – w kształty niespotykane.

Rzecz jest skomprymowana w 84 strony (kilka z nich ostentacyjnie puste!), zapięte w efektowną okładkę; zawartość w nich to 20 przekładów, tekstów przemyślnie oprzypisowanych, ujętych w łuby zamiastwstępu i zamiastposłowia (tj. „Słowa końcowego”).

o metodzie

Można krótko: nie bądźcie niczego pewni, ale i tak okaże się, że nie ma to znaczenia.

Można na przykładach.

Na IV stronie okładki zwyczajowe teksty. Pomijam ustęp z recenzji wewnętrznej, który wszakże warto przeczytać (treść tej strony podaje wydawca na www, link wyżej), bo sensownie opisuje pozór, jaki powieść Bartnickiego przybrała. Dalej wywołuje się czwórkę Blurbistów, poczynając od:

Bartnicki chwycił się przepisywania.
    Mieczysław Czerneda

Czy podpisany pod tym lapidarnym stwierdzeniem istnieje? Jak najbardziej, to pseudonim literacki Mieczysława Jana Bierzyńskiego (1857–1898), „literata i jurysty” (z Kielc). Mimo pozytywistycznego osadzenia („bezpretensjonalny realizm”, pisano o jego nowelkach) najwyraźniej zdążył [krótko żył] zainteresować się też twórczością gatunkowo inną, w szczególności autora Myśliwic, Myśliwic.

Poezja jest świątynią, kędy wiekom żywym ciężeją powieki z głaza wykowane.
    Charles Baudelaire

Większość z nas przyzwyczajona jest do myśli, że Ch.B. istniał i pisał. Cytowany dystych Blurbisty trafnie oddaje jeden z kluczowych aspektów powieści K.B., zwłaszcza gdy go się zestawi z początkiem wiersza Oddźwięki (z Kwiatów zła): „Natura jest świątynią, kędy słupy żywe / Niepojęte nam słowa wymawiają czasem” (tłum A. Lange).

Najgęstszy ciężar właściwości ma blurb ostatni, nazwiska Blurbisty nie podaje się:

Wszystkie przekłady to pseudoepigrafy.
    Łaj wojny [偽經]

...może dlatego, że to cytat z jednego z tych omszałych starochińskich traktatów, w których autor usuwa się przed myślą (a jednostka przed państwem). Niemniej, przytoczony tytuł oryginału przebija gwoździem dopowiedzeń ślimaki zwątpienia: 偽經 [wěi jīng] znaczy „fałszowane skryptury | łżeklasyka | pseudoepigrafy | apokryfy” (spójnik „|” można czytać „alboteż”). Oddajmy myśli z blurba stosownie rozległy czas wolny.

(W charakterze błysk‐przypisu dodam, że słówko „łaj” [znane skądinąd] tłumaczę [sobie] jako „szczek | szczęk”.)

W zamiastwstępie („Zamiast wstępu”) natomiast, pośród innych tekstów (od czapy lub w pięty), z których zamiastwstęp złożono, schował się Pseudoblurbista, Bolesław Leśmian – czemu tam, a nie na okładce? nie wiadomo, ale nie odmawiajmy autorowi powodów. Wspomnę tu tylko, analogicznie jak ws. Baudelaire’a, że czytelnik mogłby zestawić ów pseudoblurb [incipit: „Gdybym spotkał siebie”, reszty złośliwie nie przytaczam] z wierszem Leśmiana (bez tytułu), zaczynającym się tak:

Gdybym spotkał ciebie znowu pierwszy raz,
Ale w innym sadzie, w innym lesie —

Owocnego zestawiania.

tytuł co znaczy

A cholera wie. Niemniej, daje okazję do wejścia w kwestię, jak potężnym morfemem jest w polszczyźnie sad. To on wyznacza i potwierdza (po wielekroć) przynależność ludów posługujących się rozmaitemi prapolskimi (lub obokpolskimi) narzeczami do fali cywilizacyj rolniczo‐hodowlanych. Osada i posada, zasadzki i posadzki, sadzać i sadzić. Oraz mieć zasady, posądzać, osądzić i wsadzić [tu palcem wytknięcie bieżących wydarzeń]! Można wymieniać długo i nie bez podziwu. (Konkurować z nim może chyba tylko jeden, wod[a]: wodzić, przywodzić, odwodzić i zawodzić, wodnik i zawodnik, wywód, wzwód i rozwód etc.)

czym jest

Jak już powiedziałem, biorę Sad zapięty za powieść. W istocie, szczególną: mieliśmy powieść ilustrowaną, na przykład, mamy – graficzną, a Sad jest powieścią ilustrującą. Dla ustalenia uwagi można przyjąć roboczo, że zawiera ilustracje [w formie przekładów i przykładów] do innej powieści Bartnickiego, mianowicie Myśliwice, Myśliwice [zob.].

MM można streścić [będzie to bardzo stratna kompresja] jako „w głąb Siczy na Śląsku [i reszcie świata] oraz może z powrotem” z dwiema codami – historycznospiskową (rozdział 4) oraz kosmolospiskową (rozdział 5).

Ułożona chronologicznie (od Henryka Probusa, 1228, do Ondry Svatohorskiego, 1946 / publ. 1996) dwudziestka tekstów w mojej lekturze wiąże się z MM, jeśli nie hm, dosłownie, to przez kłącza znaczeń, skojarzenia itd. Na taki lekturowy trakt naprowadza też, moim zdaniem, kolekcja tekstów w zamiastwstępie, a zamiastposłowie daje mocną, choć enigmatyczną kropkę.

Ale nie mam zamiaru narzucać się z taką [roboczą] interpretacją. Zwłaszcza że Bartnicki, jak to on, nie zna ani granic, ani umiaru (poza umiarem w objętości tekstu! to naprawdę książeczka niewielka, choć niepomiernie gęsta). Pisząc o czymś, pisze też [o] wszystkim, co napotka i zagarnie; niech dowodem na to będzie choćby przypis do tekstu [ściślej: tytułu] Aleksandra Bronikowskiego Armud i Orda [Z‑Asch’tar! Z‑Asch’tar!, 1834]:

Być może jak para Aryman i Ormuzd; poza tym: Armut (niem.) – bieda; ordo (tur.) – obóz, kwatera. Zob. też powieść Bronikowskiego Olgierd i Olga (1831). Tytuł polski pochodzi z treści tekstu i nie naśladuje tytułu oryginału, w którym pokazuje się bogini Isztar (Esztar) albo Astarte (Asztarte). Tytuł rosyjskiego przekładu Bronikowskiego (tł. anon. 1850) to Заштор («zasłona»?), a ten z kolei może przywodzić na myśl tekst Lwa Tołstoja За чтo? (1906). [strona 41]

...wobec czego tematyka Sadu jest mniej wygraniczonym obiektem, a bardziej zjawiskiem polowym [jak z „pole siłowe”].

Roztropność wszakże nakazuje nie podejmować wszystkich [a nawet: więcej niż kilku] tropów rozsianych po tekstach [przekładach i przykładach] K.B. z Sadu. Powtórzę (rozwijając), co powiedziałem wcześniej:

nie bądźcie niczego pewni, ale i tak okaże się, że nie ma to znaczenia

Można próbować odtworzenia kwerend autora, w poszukiwaniu, dajmy na to, „oryginałów” przekładanych tekstów; jak brzmią? [nawet:] czy istnieją? czy tłumaczenia są hm, wierne? w jakim niby sensie? czy autor oryginału był [realny], czy dopiero jest (powiedzmy: został zmyślony)? a jakie to ma znaczenie dla dzisiejszego czytelnika (który dopiero powstaje)?

Oczywiście, może [powinien?] zdarzyć się i taki czytelnik, który złoży w sadzie śląskożertwę sumiennej lektury uźródłowionej na ile się tylko da; życzmy mu szczęścia, będzie go potrzebował.

Sam jednak widzę zgoła inny główny powód podjęcia lektury Sadu.

matko‐mowo! jak to jest napisane!

Parę na to (znowu i tylko) przykładów, losowo skaczę, wiersze omijam, z prozy – bez przypisów, bez objaśnień [wstępnych], jedynie źródło.

Z już wskazanego Armuda i Ordy [s. 42]:

Nie w liczbie tych znajdował się Jawszach, magor Orsu. Nie giął się przed grozą, choć i gdy konfiskowano mu z wolna to, co miał nagarbione. A u czarabów książę Al-Kustan szydził z Jawszacha, że mundur magora nieschludny na nim i że twarz niebrzytna, i w tym stanie żaden z niego wilk, który coby tylko uszedł z jaskini lwa, stał obzierać się za odwetem. Nie przystanę, abyś stał bez kary w kraju tezara, dlatego zaliczę cię w szeregowce, którym najmniej jest płacone. Abyś nie narzekał zaś na szczodrość tezara, wypłacone będziesz mieć zaraz tysiąc plag.

Dwa regimenty czaraba postawiły się w dwóch długich szeregach z prześwitem na zamach rózgi po obnażonym krzyżu. Wpierw pobito bębny, potem kobiety w szloch. Orski podszedł do pierwszych z rózgą i udarzył w nich bez lęku: Bijcie mocno, miejcie lutość! Na ten pyszny wyzyw połamało się kpiarstwo Al-Kustana, aż strzymał chłostę i [...]

Komu nie zadrży narząd czytelniczy przy zdaniu „Wpierw pobito bębny, potem kobiety w szloch”, ten niech dalej nie czyta.

Z pitawalisty Ludwika Tripplina Sprawa morderki z Hayti (1805) [Der Fall der Wudu‐Mörderin, 1852; s. 45, 47–48]:

Paszcza jej, u innych brama życia, u niej na lekko chodzących żuchwjach, jakby dowodziła gości z pjekła, poprzez częste brzydkie wyziewy. Zęby miała przegniłe, za to jej ślepce wyraźniłyby się i w półćmie, wyłącznie z bjałka będące, opatrujące się dokoła. Palce jej, czyli jedyne to, czego w jej ciele nie tknęło karlictwo, dygotały jak u obcesa czy amoka. Włosy miała mocne i czarne, a że kręte jak zwój węży, pisane w akta jako gorgonowe. Zaprawdę, ułatwione miał zadanie Pan Instygator, bo każda osoba z byle wrażliwością przeczuwałaby coś przykre od oskarżonej: napad albo zabójstwo. Rozsądkowi lepiej by nie zaufać takiej djabelskiej czarownicy, niźli zdać się na ryzyko morderstwa. [...]

Ponieważ z elokwencyą okazywał się P. Blokowski nietyle za tłómacza, ale i za adwokata oskarżonej, snadź nie widział P. Instygator lepszego sposobu pogrążenia swojej ofiary niż przez poruszające widownię spytanie, czyżby P. Blokowski tak samo dobrze za oskarżoną stawał, gdyby nań była nie rzuciła urok, na przykład w czas kongresu karnalnego. Wszak nauce wiadomo, że od cielnej unii dwojga stron nieporównie więcej szkoduje mężczyzna, co nigdyby inaczej nie utkwił w toni obłąkliwej, gdyby go nie usidlił pociąg partnerzycy. A na takie dicta P. Blokowski, nie chcąc mieć się bezczułym wskutek nieposzukiwania kary, odpowiedział, że kto gwałtem cudzą zasiał rolą, na własnej traci nietykalność, a że Bóg rozdaje nie tylko cnoty, ale też namiętności, daje sobie P. Blokowski w imię Boże prawo dopaść Instygatora i z wielką serca rozkoszą uderzyć go, aż ten z jękiem we własną juchę się pobróci. Co też się tak stało, prowokując szereg hałasu, krzyku u panów, histeryj u niewiast, wybieżeń z sali i tak dalej, nad czym ni młotek Sądu, ni woźny długo nie stanowił miru. Jasnym było, że obrady tegodniowe czas przerwać.

Z listu Farkasa (Wolfganga) Bolyai do Carla Friedricha Gaussa, 20 VI 1831 [pomieszczonego w zamiastwstępie, s. 7–8; o tymże Farkasie B. wikpedia podaje: „profesor filozofii w Kolozsvár próbował odwieść Bolyai od matematyki i zainteresować go filozofią religijną, bez rezultatu”, co autorowi pod oczy^]:

Napiszę dzisiaj do Ciebie dwa listy, lecz wyślę jeden. Jeśli czytasz właśnie te słowa, to znaczy, że tak chciał rzut krajcarem. Wybacz mój przesąd – wiarę, że coś zależy od przypadku. Pamiętam, pamiętam: prawdopodobieństwo tego, że moneta ujawni awers lub rewers nie jest wcale 50/50 – od zawsze (o ile istnieje jakieś zawsze) prawdopodobieństwo jednej strony, a nie drugiej, jest pełne. Przychodzi mi do głowy, że ów determinizm niechcący mógłby pomniejszać (w oczach ludzi nieroztropnych) ogrom Twoich dokonań – nie jesteś wielki, bo tak zechciałeś i o to się postarałeś, ale dlatego, że pradawno temu postanowił tak przy swoich narodzinach wszechświat.

Ale pieczęć swoistości na tym liście stawia sam początek:

Przeszanowny Gauss!
Wybacz, że powstrzymuję Twoją wielkość, którą obdarowujesz potomność: proszę dla siebie o [...]

...pewnie myślicie, że ponosi mnie entuzjazm, ale, w rzeczy samej, ten zwrot suchy, lecz z należnym szacunkiem, przeniesiony w polszczyznę w formę szczeku | szczęku mianownikową: „Przeszanowny Gauss!” – dla mnie świadczy o takim wyczuciu stylu i klimatu u tłomacza, że aż się nie posiadam! Kogo innego stać na takie (pytam retorycznie).

Tenże zamiastwstęp kończony takim oto protokołem [fragment, s. 13] z posiedzenia Sądu Najwyższego w sprawie, którą czytelnik zechce sam odczytać w książce:

Woźni próbują odciągnąć świadka, który upiera się, że odosobnienie to bzdura, samorzutność też, więc cały proces jest dęty, i żąda do protokołu. Ledwie tego za drzwi, na subtelny znak prokuratora wyskakuje jakaś nawiedzona, nuże wydzierać się, z plikiem w ręku, oto wiersz trupio blady, a imię siedzącego nad nim cień, aż ogień w nim ginie. Obrona wnioskuje (lepiej dmuchać na ciepło), żeby spalić. Przewodniczący wali wtedy młotem, że póki on tutaj [...]

Od lat występuję w coniektórych blogonotach przeciwko rozrzedzaniu tekstów (w imię świętonudnej Poprawności) lukrem syntaktycznym, watą słowną. Dlatego, gdy widzę tekst tak jędrny, wyzuty rygorystycznie ze słów zbędnych, w którym „upiera się, że [...] proces jest dęty, i żąda do protokołu”, myślę: niechby ledwie dwunastu sprawiedliwych toczyło tak polszczyznę, a ocalą skarby.

czym jest także

Zauważyliście, że interpretacje wskazywałem szkicowo i mgliście, za to cytatów sporo. Choć za mało; zachęcam do wcytowania się w całość (w czym pomocny może być wskazany już parokrotnie link). Pominąłem wiersze, bo ich gęstość ma się tak do powyższych przykładów, jak proza w nich Bartnickiego do średniejpolskiej. Wspomnę tylko, że w przekładzie jednego z wierszy tłumacz poszedł w lipogram, bo tak go wezwał obowiązek.

Jest więc Sad zapięty także prospektem Bartnickiego‐tłumacza, który przy swoim niesamowitym bogactwie warsztatu ma [pewnie jednak] tę wadę, że nie podejmie się przekładu dzieł, które go przedwstępnie [z]nudzą. A inne znowuż mogą się urwać ze smyczy [wydawcy] i odhopsać w całkiem nieoczekiwaną stronę. Niemniej, kto nie ryzykuje, ten nie... Z drugiej strony, Officyna ma na koncie niemało już aktów odwagi.

W 2023 – pięćdziesiąt blogonot [ta jast 51.], chronologiczna lista poniżej wymienia noty dotyczące książek, wierszy, przekładów, języka:

  1. Marta Kozłowska, Berdyczów
  2. Natalia Malek, Obręcze
  3. Anna Matysiak, zestaw pięciu wierszy na stronach Wydawnictwa J
  4. Tomasz Bąk, zestaw pięciu wierszy w magazynie Zakładu #4
  5. Dominika Filipowicz, wiersz z Kontentu #23 na tle zestawu pięciu wierszy z Tlenu Literackiego #8
  6. Joanna Łępicka, wiersz z magazynu Zakładu #4 jako wisienka do skrytej polemiki z komentarzem Przemysława Rojka do wiersza tejże autorki z Kontentu #23
  7. Adam Kaczanowski, performans/suspens w ogóle i szczególe
  8. Natalka Suszczyńska, Wygoda (fragmenty w Kontencie #23), ws. „języka prostego”, z odesłaniem do TBJ
  9. Aleksandra Kasprzak, zestaw czterech wierszy z Tlenu Literackiego #11
  10. MLB, Wiosna ludzi
  11. aranżowane minispotkanie Anny Matysiak, MLB i Agaty Jabłońskiej, przy okazji rozważania ws. chromodynamiki pauz i innych obiektów
  12. Darek Foks, wierszPatriotki
  13. Raymond Queneau, wypisy z dwóch powieści jako lekcja odmulania języka w prozie
  14. Renata Lis, Moja ukochana i ja, krótka wycieczka po [tej ważnej] książce oraz szyd z przedpremierowego marketingu wydawcy
  15. Piotr Sadzik, Regiony pojedynczych herezji, żartem oraz długo i na serio (ws. Buczkowskiego)
  16. Wit Szostak, Rumowiska [preforma], kryptyczna nota z przedwczesnej lektury
  17. Marta Podgórnik, wierszErwina i fatum
  18. Jerzy Stempowski, w kwestii zapisków intymnych i roli czasu wolnego
  19. Ewa Frączek, Jedyna taka rzeczywistość
  20. Krzysztof Bartnicki, Garutko sobotniej ropy
  21. Katarzyna Groniec, Kundle
  22. Magda Heydel i Aleksandra Ambros, dwa przekłady opowiadań Angeli Carter
  23. [kolejny] rant przeciwko prasowaniu polszczyzny, na przykładzie wspomnień Matyldy z Windisch–Graetzów Pawłowej Sapieżyny
  24. Marcin Czerkasow, Mountain View
  25. Mateusz Górniak, Dwie powieści ruchu, z wycieczką do Kerouaca
  26. Mateusz Żaboklicki, Letnisko
  27. Maciej Sieńczyk, Spotkanie po latach
  28. Ann Quin, Berg, w świetnym przekładzie Jerzego Jarniewicza
  29. Dashiell Hammett, Sokół maltański, w świetnym przekładzie Tomasza Gałązki
  30. Marcin Oskar Czarnik, Misterium
  31. Anna Matysiak, podwójna obecność w magazynie Zakładu #6
  32. Piotr Paziński, Przebierańcy w nicości
  33. Agnieszka Wolny‐Hamkało, Wiersze o pojęciach (diagramicznie)
  34. Jon Fosse, Drugie imię. Septologia I–II (o manierze)

Patrzę wstecz i wydaje mi się, że motywem przewodnim [lektur skłaniających do napisania o] byłaby tu różnorodność form, w jakich manifestuje się [w piśmie, performansie, rysunku] „ja” tworzących, w bezpośredniej ekspresji [7] czy jawniejszej [14] lub bardziej skrytej [30] obecności własnej autorek i autorów w pisanym. Nawet w formach powiedzmy eseistycznych [15, 32].

Zgodnie z tradycją powinienem tu wymienić jakieś naj-e minionego roku, ale im dlużej trwał, tym bardziej dokuczliwe stawało się przekonanie, że nie sposób ogarnąć nadmiaru wydawniczego, że pozycje nie przeczytane [kilkanaście mógłbym wskazać imiennie] albo przeczytane, ale nie omówione, kładłyby się jakimś wyrzutem czytelniczego sumienia na ewentualnych naj-wyborach.

Co mi pozostaje?

Naj-lepsze życzenia piszącym (i czytającym, oczywiście) na 2024.

Często w odniesieniu do praktyki czytelniczej, a zwłaszcza krytycznej, posługuję się metaforą śledztwa, jednak trudno byłoby mi zaprzeczyć, że obrazem ją podszywającym byłaby raczej działalność prywatnego detektywa w stylu angielskim, indywidualna, swoista. Tymczasem bardziej uporządkowane procedury policyjne również mogą dać wskazówki ws. prowadzenia śledztw, zwłaszcza gdy idzie o czynności wstępne, przygotowawcze: znajomość pola, specjalizacja w wybranym rewirze.

Jest, proszę państwa, bardzo do rzeczy uznanie, że twórca [dla ustalenia uwagi: literacki] jest złodziejem, zamachującym się na naszą uwagę!

Mam nadzieję, że poniższy przewodnik, interpretowany właśnie w duchu [zorganizowanej] praktyki krytycznej, da państwu do myślenia. Pozwoliłem sobie pogrubić niektóre wyrazy (por. automatyzm skojarzeń).

ROZDZIAŁ I. 
Znajomość stosunków miejscowych i osobowych.

Przy służbie śledczej mamy różne środki pomocnicze, któremi posługiwać się winno, lecz najważniejszą podstawą służby śledczej jest znajomość stosunków miejscowych i osobowych.

Do znajomości stosunków miejscowych należą:

1.	wielkość rejonu w klm. kw.
2.	jakość powierzchni ziemi, mianowicie czy równina czy przestrzeń górzysta, piasczysta i t. p.
2.	ilość i nazwy miejscowości z wyszczególnieniem miasteczek, wsi, przysiółków i t. p.
4.	podział rewiru posterunkowego na części, t. j. na patrole, czas trwania każdego patrolu, odległość jednej miejscowości od drugiej i t. d.
5.	granice rewiru służbowego;
6.	środki komunikacji, t. j. koleje, drogi wodne, gościeńce i ścieżki;
7.	wody stojące i płynące;
8.	lasy, krzaki, jary, kryjówki przestępców;
9.	większe zakłady przemysłowe, fabryki, kopalnie, cegielnie, młyny, tartaki i t. p.
10.	pojedyncze domy, jak karczmy, folwarki, zamki, klasztory, wille, leśniczówki, gajówki, ruiny i t. p.
11.	przedmioty, służące do orjentowania się w okolicy, jako to stare zamczyska, kaplice, skały, wieże kościelne, wysokie pojedyncze drzewa, polne studnie z żórawiami, pomniki, krzyże, słupy graniczne, linje telegraficzne i telefoniczne, kościoły i szkoły;
12.	zakłady kąpielowe, letniska i schroniska, miejsca wycieczkowe, górskie i t. d.
13.	miejscowości jarmarczne i odpustowe, dnie jarmarków i odpustów;
14.	mieszkania i kryjówki osób niebezpiecznych i podejrzanych.

Do znajomości stosunków osobowych należą:

1.	znajomość wszystkich osób, które na mocy swego urzędu albo służby wchodzą w częste stosunki z policją, np. urzędnicy publiczni: komornicy sądowi, wójtowie, sołtysi, oglądacze bydła, oglądacze zwłok, leśniczy, gajowi i t. d.
2.	osoby, zajmujące wybitne stanowiska społeczne, jak ministrowie, ambasadorowie, duchowieństwo, posłowie, słynni mistrze, artyści, powieściopisarze i t. d.;
3.	znajomość osób, mających z tytułu swego majątku wielki wpływ na osoby inne;
4.	osoby, mające w powiecie, względnie w gminie rozliczne z ludnością stosunki i jako takie, mogące dać różne wyjaśnienia, a więc: nauczyciele, adwokaci, rabini, inżynierowie, budowniczy, akuszerki, ekonomowie, kościelni, grabarze;
5.	osoby pod bezpośrednim dozorem policyjnym stojące, oraz osoby pośrednio dozorowane, jak mające wstręt do pracy, włóczęgi, żebracy, prostytutki, cyganie, wypuszczeni po odbyciu kary więźniowie za przestępstwa przeciw cudzej własności i karani za przestępstwa ciężkiem więzieniem lub domem poprawy, dezerterzy wojskowi, osoby, którym pobyt w pewnej miejscowości jest wzbroniony.

ROZDZIAŁ II.
Nadzór nad osobami podejrzanemi.

Do najważniejszych zadań Policji należy dokładne, ciągłe i rzeczowe nadzorowanie nad osobami niebezpiecznymi dla Państwa, porządku społecznego, cudzego życia lub mienia.

Nadzór ten jest dwojaki — bezpośredni i pośredni. Nadzór bezpośredni wykonywa Policja na zarządzenie Władz i stosuje go do osób sądownie pod dozór policyjny postawionych. Osoby takie podlegają różnym ograniczeniom, przestrzegania których musi Policja dozorować. Ważniejszym może jest dozór pośredni, gdyż tu mają być podciągnięte osoby, mające wstręt do pracy i inne, które nie są wprawdzie notorycznymi przestępcami, jednak stać się nimi mogą.

Nadzór ten musi być wykonywany oględnie i za pośrednictwem osób trzecich. Do wykonywania nadzoru pośredniego winien funkcjonariusz Policji Państwowej znać tryb życia takich osób, schadzki i sposoby porozumiewania się tych osobników, które są następujące:

1.	z pomocą znaków na ścianach, budynkach, drzwiach, krzyżach i t. p.
2.	używanie w pismach tajnych płynów chemicznych, mleka;
3.	robienie znaków rękami, ustami, oczami, pisma sylabowe, pisma za pomocą liczb i słów, szyfry złodziejskie;
4.	używanie przed popełnieniem lub po popełnieniu czynu masek, kremów i farb do zmiany wyglądu twarzy, do uchylenia zmarszczek, szramów, łysiny, golenie głowy, golenie lub przyprawianie wąsów, brody, brwi, smarowanie warg płynami celem wywołania sztucznie grubych i nadętych warg i t. p.;
5.	używanie fałszywych dokumentów podróżv;
6.	przybieranie fałszywych imion, tytułów rodowych;
7.	udawanie wad ułomności cielesnych jak głuchoty, ślepoty, padaczki, chromości, garbu, krzywizny rąk, głowy i t. p.;
8.	używanie mowy złodziejskiej (znajomość mowy złodziejskiej jest wskazana).

[z dzieła: Służba śledcza. Podręcznik dla użytku policji państwowej, Skład główny w księgarni F. Hoesicka, Warszawa – 1923]

Salceson [z wł. salsiccione od łac. salsiccia kiełbasa] pojawia się na przecięciu konserwowanianiemarnotrawienia (narażonych na szybkie zepsucie się) części zabitego zwierzęcia. Do jego produkcji używa się mięs (zwł. pochodzących z głowy) i podrobów, niekiedy tłuszczów; gotowane chrząstkowate części ciała i skóra dostarczają galarety wiążącej różnorakie składniki. Gotowy produkt, zamknięty w cylindrycznej powłoce, nadaje się do krojenia, dzięki czemu wpada [tanio] do klasy hm‐kiełbas; w wielu kuchniach etnicznych/narodowych występuje też produkt nieuformowany, czyli cośtam‐w‐galarecie, ze względu na skład często podobny do salcesonu, ale [zapewne] trudniejszy w transporcie czy przechowywaniu.

Ozorkowy polega na tym, że głównym składnikiem [czy jednym z głównych] są języki. Nic (szczególnie) wyróżniającego.

Jako się rzekło, salcesony znane są wielu kulturom, np. [podobno] Wietnamczycy tradycyjnie zakąszają salcesonem noworoczną wódkę.

Na skali [współczesnej] abominacji salceson zajmuje miejsce pośrednie: między kawałem mięśnia [szynka, polędwica], przy którym łatwo zapomnieć o zabijaniuanatomii, a podrobami w formie „czystej” [por. flaki, móżdżek, cynaderki, płucka itd.]; skala ta wydaje się skorelowana z ceną/dostepnością, zwł. w ujęciu historycznym, w którym ssaki pieczone w całości gościły wyłącznie [zob. jednak kłusownictwo, grodzenie lasów itd.] na stołach możnych, a dopiero (odjęte przed pieczeniem) podroby – jeśli nie służyły nadziewaniu – mogły trafiać, z rzadka, do misek plebsu.

Salceson jest więc pochodną konserwniczą w grupie funkcji ekonomicznych (z domeną klasową, w sensie socjologicznym).

* * *

Całkiem inaczej rzecz ma się z kaszanką. Z dwóch powodów.

Pierwszym jest krew. Jest ona podstawowym zasobem „imperium hydraulicznego”, jakim jest osobniczy [„układ homeostatyczny względnie odosobniony”] organizm, w szczególności ludzki; „przelanie krwi” oznacza naruszenie autonomii, w konsekwencji może prowadzić do podboju imperium albo nawet jego upadku [śmierci]. Powszechne [w historii powszechnej] jest przejście do konstruktów ideologicznych: „jesteśmy jednej krwi” (spójność rodu i – dalej – szerszych terytoriów), krew jako synonim dziedziczenia i dziedzictwa, itd., aż po (przykładowo) ustawę o „czystości krwi niemieckiej” z 1935 roku.

W wielu kulturach krew jest „nieczysta”; tak orzekają na przykład i kaszrut, i halal (uboje rytualne kończone wykrwawieniem zwierzęcia; krew ma „wrócić do ziemi”) – tu o spożyciu. Ale i krew miesięczna jest tabuizowana [np. nidda], staje się powodem uznania kobiety [tymczasowo, ale nie tylko] za nieczystą. Są religie zabraniające transfuzji. Itp.

Wobec czego potrawa zawierająca krew, zwł. „konstytutywnie” (jak kaszanka), może budzić abominację. (Echo tej abominacji widać w czerninie [zupie z krwi kaczej czy gęsiej; jest ona numerem 4 na współczesnej liście 100 najniżej ocenianych zup świata], podawanej w dawnej Polsce jako wyraz odrzucenia [rekuzy] kandydata na męża panny.) No i kaszanka jest [hm, do niedawna] jednym z najtańszych spożywczych produktów odzwierzęcych wymagających zabijania.

Drugim powodem jest kasza. Jako produkt spożywczy [nie mielony na mąkę] ograniczona jest właściwie do Europy środkowo‐wschodniej, taki jest też zasięg kaszanek. Hasło „kasza” przekierowane z polskiej do anglojęzycznej wikpedii ląduje w „porydżach” [pochodnych owsa, ostatnio także kukurydzy], sam wyraz kasha adresuje wąską grupę kasz gryczanych, lokalizowanych w Polsce czy Ukrainie. Azjatyckie imperia ryżowe wymykają się spod klucza kasz.

Kaszanka okazuje się zatem zjawiskiem ostro terytorialnym, i to w dwóch sensach.

* * *

Joanna Tokarska‐Bakir w (opasłej) książce Legendy o krwi. Antropologia przesądu [WAB 2008] pisze – w rozdziałku „Eucharystia jako trojaki polutant” – tak:

Z antropologicznego punktu widzenia dwupostaciowy chrześcijański sakrament, w którym znajduje się Ciało i Krew Chrystusa, brany literalnie, stanowi polutant w znaczeniu, jakie temu słowu nadaje Mary Douglas. Oznacza czynnik wysoce stabuizowany, który w drodze logiki konstruującej rytuały umyślnie zostaje wprowadzony do serca obrzędu po to, by za pomocą właściwej sobie ambiwalencji wyrażał istotne, w codziennej strukturze niewyrażalne idee grupy, związane z jej odnowieniem i oczyszczeniem. Z tego punktu widzenia eucharystia, w dosłownych interpretacjach będąca fizycznym ciałem i krwią Chrystusa, w kręgu kulturowym Morza Śródziemnego stanowi skandaliczny ekstrakt zmazy (pollution). Jego transgresywna moc odsyła do dwóch zakazów: zakazu jedzenia ludzkiego mięsa (kanibalizm) i picia krwi (wampiryzm) [...]

Widzę tu pewną symetrię: kaszanka (kasza, przez wieki poprzedzające dostępność chlebów podstawowy pokarm słowiański, oraz krew) może być potraktowana jako rodzaj antysakramentu, wiążacego spożywcę z ziemią (tak, tą samą, do której „krew zabitego zwierzęcia ma wrócić” – kaszrut, halal).

Czy to zwykła historyczna koincydencja, że terytorialny zasięg kaszanek pokrywa się [„kolebkowo”] z zasięgiem antysemityzmu w wydaniu pogromowym?

* * *

Salceson to same odpowiedzi. W kaszance kryją się pytania.

« older entries