psia nota i aneks z kozetki

gryząc

Rudnicki jest z Kędzierzyna‐Koźla, tam gryzł gruz, rozrabiał w „Solidarności”, przez co go zinternowano, jak wyszedł, to nawiał do Niemiec, gdzie coś robił ze swoim życiem (studia, żona, chałtury, imigranckie przypadki). Niby debiutował w berlińskim „Archipelagu” (1983–1987), bardziej międzynarodowo w „Kulturze” paryskiej, ale tak naprawdę zaczął się w „Twórczości” warszawskiej, dokąd przez lata nadsyłał „Listy z Hamburga”. Potem wydało go Wydawnictwo Dolnośląskie, PIW, no i wreszcie został wyhaczony przez WAB, które poniekąd wyspecjalizowało się w przejmowaniu autorów debiutujących gdzie indziej (stąd zacna miejscami seria „Archipelagi” owegoż). Od tego momentu tendencja na wzrost, nominacja do Nike 2008, finał tejże 2010, obok Gdynia 2010.

Początki to przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Gdy odzyskalismy niepodległość#taa‐jasne, to odzyskaliśmy z całym cholernym dobrodziejstwem inwentarza. Spod najrozmaitszych kamieni wypełzli antysemici, byłe ziemiaństwo czy inne monarchistyczne dżdżownice, fundamentaliści i integryści wszelakiej okołokatolickiej maści dostali wzmożenia misji & nienawiści, ale i światły obywatel z Uni Demokratycznej/Wolności dawał się coraz mocniej dymać przez potężniejący kler. Balcerowicz zaciskał pętlę na szyjach kolejnych rolników złapanych w pułapkę kredytową, a wielkoprzemysłowa klasa robotnicza została odesłana do ulicznych szczęk, na handelek itp.; kobiety zostały odesłane do kuchni, kościoła, a zwłaszcza do dzieci, zawarto „kompromis aborcyjny”, dzieci natomiast zostały odesłane na szkolną katechezę i inne lekcje gięcia karku. Wszystkiemu temu dobrotliwie błogosławił papa z arche‐twierdzy Rzymu, lokalne zaś fortyfikacje stawiali Rydzyk & spółka.

Narodowokatolicki szkielet nabierał mięsa. Nim jednak osiagnął dzisiejszą masę, formę i mordę, jego rozmaite kości były obgryzane, rozchrupywane, wypluwane, a nawet obsikiwane przez plebejskiego kundla, Rudnickiego. Ze szczególnym (to dość jasne) uwzględnieniem kontekstu polsko‐niemieckiego.

Metoda była czytelna. Bohater kundla, niejaki Rudnicki (albo, w innym kontekście, Herr Rudniki) zderzał się z jakąś cząstką rozpoznawalnej rzeczywistości. A potem to zderzenie potworniało, szło w jakieś groteskowe przerysowanie, gombrowiczowsko podszyte delirium, ale stopniowo, prawie niepostrzeżenie. Na końcu jednak czekał oczyszczający, orzeźwiający, czysty (ech, tak się wtedy mogło zdawać) absurd.

Opowiadanie o wielkiej fali powodzi, która unosi z oświęcimskiego muzeum ławicę pożydowskich butów (i Rudnickiego, oczywiście), i płynie, płynie. Inteligentna i obezwładniajaca satyra nt. „obrońców krzyża” (wyguglajcie sobie Kazimierza Świtonia) na żwirowisku pod Auschwitz, mistrzostwo świata. Poźniej takie choćby pomysły, jak kolumna polskich krwiodawców, która szturmuje (symboliczną) granicę w Zgorzelcu, aby oddać polską krew w niemieckiej stacji krwiodawstwa; dla ratowania Europy, ale nie za darmo! – to jasne. Wtedy mogło się nam zdawać, że – czysty absurd, szydera, obśmianie. Ale niedawna akcja różańcowych obrońców granic Polski przed zarazą uchodźczą – no przecież jakby wprost, żywcem wyjęta z wizji Rudnickiego sprzed dwudziestu lat.

Tak, ówczesny plebejski kundel‐Rudnicki gryzł, co mu się podobało, w dupie miał wszelkie świętości i granice, brał się za „trudne tematy” (których lepiej nie ruszać, bo „ach, Polska” itd.). Uczeni literaturoznawcy przebąkiwali coś o „pikarejskim tonie”, o „sowizdrzalskim zacięciu”, o „grze z kodem romantycznym” czy „przenicowaniu mesjanizmu” w nowe, hm, księgi pielgrzymstwa polskiego. Tak czy inaczej, to pisarstwo broniło się, ba, nie musiało się bronić. (Wy wszyscy, którzy dziś, poniesieni falą niesmaku, ogłaszacie: „kto to Rudnicki, nie znam”, nie macie specjalnie czym się chełpić. Żaden wstyd nie znać współczesnej literatury polskiej, ale też – żadna chwała z tego tytułu.)

Trzeba jednak koniecznie wspomnieć o tym, że kundel Rudnicki, mimo przeniesionej na narratora mizantropii czy innych swoistości, nie był wyzuty z empatii; jak nie lubię opowiadań w ogóle, tak np. Uschi [opowiadanie drukowane w tomie Męka kartoflana], o czterdziestodwuletniej Uschi, „przeraźliwie chudej alkoholiczce”, sąsiadce Herr Rudnikiego z piętra wyżej – dało mi popalić. Wiele innych, w jakimś sensie podobnych, plebejskich postaci pojawia się u tamtego Rudnickiego. Ta empatia potem gdzieś zniknęła.

na smyczy

Wielu znających twórczość Rudnickiego zgadza się w tym, że momentem przełomu była Śmierć czeskiego psa (WAB 2009), trzecia ksiażka Rudnickiego w tym wydawnictwie, ostatnia, w której był (już schyłkowiejącym) „dawnym sobą”.

W rozmowie z 2010 roku (w cyklu „nominacje do Nike”), zapytany „jak pomóc Polakom, żeby im było lepiej z samymi sobą?”, odpowiada:

Polacy en bloc to pierwsza brygada najbardziej cwanych i najmądrzejszych żołnierzy najlepszej ojczyzny na świecie. My, my to dopiero coś, my to dopiero ktoś, a cała reszta to żabojady, pepiki, szwaby, makaroniarze, ruskie i „takinaprzykładturekjeden”. Pomóc więc im można w tym sensie, żeby uwolnić ich od ciężkiego worka z przeświadczeniem o własnej wyjątkowości. Żeby unieśli się parę metrów ponad swoją wewnętrzną wiochę. Opróżnić też worek z patriotycznym wzdęciem na narodowych gazach, np. tym posmoleńskim. I uwolnić ich od worka z tym anachronicznym katolicyzmem.

Niby każdy element z osobna był wcześniej przedmiotem dogłębnego gryzienia, ale w całości, jako rodzaj credo, brzmi już tylko jak zlecenie (go, killer, get them!) wystawione przez tę część establiszmentu, do której Rudnicki się zapisał czy też został zapisany. Nie znam człowieka ani szczegółow jego biografii, więc to rodzaj hipotezy badawczej. Którą jednak potwierdza fakt, że poza – okazjonalnym, również felietonowym na rozmaitych łamach – gryzieniem, coraz większy udział w pisaniu Rudnickiego zaczęło mieć „odbrązawianie indywidualne”. Bierze się jakąś postać z encyklopedii, wpuszcza mu się w (fabularyzowaną) biografię narratora (Rudnickiego) i dalejże podgryzać, ujawniać, oceniać, wyszydzać, podważać. Już wcześniej próbował tej formy, ale dwie ostatnie pozycje, Życiorysta (WAB 2014) i Życiorysta dwa (WAB 2017) pokazują, że to systematyczna zmiana, do tego – łatwa. Encyklopedie są wielkie, zawsze się kogoś znajdzie.

Tą nową dziedziną pisarską, która zdominowała „późnego Rudnickiego”, tak zachwycał się (marzec 2017) Dariusz Nowacki:

Rudnicki jako twórca biografii drugiego stopnia wyspecjalizował się w odbrązawianiu, toteż najchętniej bierze pod lupę postaci wielkie i zarazem za duże. Pociągają go i prowokują do uprawiania życiorystyki osobowości megalomańskie, histeryczne i maniakalne. Genialne w jakiejś dziedzinie, lecz zarazem pełne słabostek i śmiesznostek, które wypada wytknąć. [...]

O ile opowieści zgromadzone w pierwszej i drugiej części tomu są jedynie inkrustowane żartami, o tyle miniatury zawarte w finałowej kolekcji całe są z nich zbudowane. Dowcipami są wręcz rozsadzane.

Weźmy początek pierwszej narracji („Mama i życie”), w którym mowa jest o biedzie lat 60., która piszczała w rodzinnym Kędzierzynie‐Koźlu Rudnickiego: „Nawet złodzieje opuścili miasto, nie było co kraść, został jeden, bo niewidomy”. Trzy zdania niżej: „Raz tylko w roku pachniało pomarańczą, miałem pretensje do Chrystusa, że urodził się tylko raz”.

Niesamowite nasycenie owych miniatur żartobliwością sprawia, że tam, gdzie się pojawiają prowokacje obyczajowe, niezawodnie się śmiejemy, ani trochę nie dając się sprowokować. Tak dzieje się na przykład we wspomnianym „Błękitnym Aniele”, w którym Rudnicki (tak się nazywa narrator) wyznaje, że jego „pierwsze zbliżenie płciowe odbyło się z kobietą nieczułą i zimną”. W kostnicy.

Aliści zwłoki zostały sprofanowane tylko do pewnego stopnia, gdyż – jak czytamy – „posprzątałem po sobie, kobietę powinno się opuszczać w takim stanie, w jakim ją zastałeś, o tym dowiedziałem się z programu dla dzieci i młodzieży po tytułem »Niewidzialna Ręka«”.

(Dla mnie, podkreślam, dla mnie, jakże znaczące to „aliści” Nowackiego. Trzeba założyć maseczkę, żeby aż tak pysznie się bawić.)

W innym miejscu:

Ozdobą segmentu zawierającego recenzje (nader umowne, życiorystyczne) są dwa dłuższe teksty, które pokazują, że Rudnicki znalazł się w swoim żywiole. To omówienia dwóch monografii traktujących o seksie w III Rzeszy i na terenach okupowanych.

Tu szczególnie interesują życiorystę burdele, na ich temat dowcipkuje zawzięcie, a dla przydania pikanterii podlewa swą opowieść okupacyjną grozą. Co akapit, to aforyzm lub bon mot godny zapamiętania, a nawet zapisania w kajeciku. Taki na przykład: „Zarobki prostytutek w przeciwieństwie do ich pracy były godziwe”. Pojawiają się też uwagi nieco głębsze, zawsze zgrabnie podane. Dajmy na to: „Miłość jest niesprawiedliwa. Niemiec za związek z Polką karany był tylko raz, przez Niemców, Polka za związek z Niemcem dwa razy, przez Niemców i Polaków”.

Zadałem sobie przykrość i sięgnąłem do tej „życiorystycznej recenzji”. Nie czytajcie jej (nawet jeśli gdzieś wychynie). Nawet może dałoby się wybaczyć życioryście ten szczególny pomysł realizacji zlecenia („idź, dołóż im”) na tromtadrackich, bogojczyźnianych, świętojebliwych, narodowokatolickich prawdziwychpolaków – tacyście święci‐nadęci? a tu całe zastępy matek‐Polek, Emilij Platerówien kurwiły się po niemieckich burdelach – co do samej konstrukcji podejrzany w najwyższym stopniu, bo jakby (jednak) dzielący najbardziej ponurą, durno‐samczą optykę z przedmiotem zlecenia. Czy wybaczyć „zawzięte dowcipkowanie”. Gdyby dało się znaleźć łut empatii, zrozumienia dramatu tych kobiet, i innych, choć czasem tych samych:

To, co wydaje się nieludzkie, ludzkie jest. Niemców pobiła w tym procederze Armia Czerwona, która od krwi zgwałconych kobiet, pisałem kiedyś, czerwona stała się jeszcze bardziej, ale co? Tłumaczy to ją? Tym bardziej że w temacie gwałtu i śmierci opracowała nowy wariant, zdarzały się przypadki gwałtu na kobietach już na śmierć skazanych. Gwałciciele z głową na karku, przestępstwa te nie były karane.

Ale nie widzę, nie wyszło, jeśli jest jakaś empatia, to ukryta do zaniku. To, co widać, to raczej: „za żart oddam wszystko”; aliści Nowackiemu się podoba.

z budy

Sam odpadłem od Rudnickiego właśnie w okolicach Śmierci czeskiego psa. Gdyby, co jest do pomyślenia, nadal wypełniał swoją powinność „plebejskiego kundla”, mógłby skorzystać z okazji, jaką daje wgląd w ten nasz (dość konkretny) establiszment: jest co gryźć; znając „dawnego” Rudnickiego, spodziewałbym się, że tylko wióry by leciały (chociaż: gdzie by mógł takie publikować? bo przecież nie u tego drugiego establiszmenta, którego szczerze, jak sądzę, nienawidzi – z drugiej strony, „Twórczość” chyba nadal wychodzi, choć pewnie słabo płaci).

A tymczasem szczeka z budy, np. na ten durny lud, co to go kiełbasą 500+ kupiono, i takie tam: nie będę szukać, cytować czy linkować; łatwe do znalezienia, gdyby ktoś chciał.

Powodzenia, Rudnicki, takich psów są dziesiątki, nic oryginalnego.

aneks z kozetki

Najmniej mnie w tym wszystkim obchodzi seksistowsko‐molestancki behawior pisarza i zastępy (establiszmentowych) obrończyń. Wylano w tej sprawie mnóstwo liter na ekrany, nie będę dodawać.

Niemniej, obejrzałem 10‐minutowy programik red. Kublik z Rudnickim. Najczęściej powtarzanymi tam przez niego frazami były: „to głupawe” (również o własnych tekstach) oraz „nie pamiętam”. Gdyby wziąć na kozetkę p. Kublik, może dałoby się wyciągnąć z jej (pod)świadomości powód, że na audycję w sprawie #metoo wybrała (z całej domyślnej puli: faceci) właśnie błazeńskiego Rudnickiego. Głupota / premedytacja / Masaj? A mogła wziąć (czy żartuję?) jakiegoś lokalnego małego weinsteina z własnej korpo (oczywiście, że pod dostatkiem) i zrobić mu kęsim na wizji. No, byłby skandal i ogólna przykrość, nieprawdaż.

Gdyby wziąć na kozetkę samego Rudnickiego, być może dałoby się potwierdzić hipotezę (nie żeby była jakkolwiek istotna), że to ostatnie, co mu zostało z pierwotnego „plebejskiego kundla”: rzucanie „kurwami” na wszystkie strony i traktowanie kobiet „po polsku” (żaden tam z niego wyjątek). Reszta zębów gdzieś powypadała.

A kobieco‐obrończy establiszment na kozetce, co by powiedział? Coś o poczuciu winy i nieswojości? One pewnie wiedzą, że mimo własnych indywidualnych karier, żyją w świecie, którym rządzi (nadal) patriarchat, i znają na pęczki rozmaitych mniej lub bardziej groźnych weinsteinów. Chwile katharsis z bezzębnym psem, karnawał, można się poprzerzucać wyzwiskami, poudawać przez moment, że to tylko żart; odprężające. Zanim się wróci do ponurej rzeczywistości.

Ale, oczywiście, psychoanaliza via sieć to zajęcie poznawczo wątpliwe, a etycznie nieciekawe. Więc na tym kończę.

  1. telemach’s avatar

    Pewien znany mi (i nie tylko) malarz miał zwyczaj, po nadużyciu trunków (czyli prawie zawsze), zwracać się do swojej żony, zresztą piuęknej i wrażliwej kobiety per „ty ścierko”. Czynił to z upodobaniem w towarzystwie i spotykał się (w najgorszym przypadku) z zażenowanymi uśmiechami. Przeważnie jednak z pobłażliwością. Było to w latach dziewięćdziesiątych.
    Czasy się zmieniły jednak i obecnie – po pokazaniu mizoginistycznej dupy – można się najwyżej doczekać recenzenckiego molestowania własnej twórczości.
    Jaka brzydka katastrofa.

  2. nameste’s avatar

    telemach :

    po pokazaniu mizoginistycznej dupy

    Zgadzam się ze Szczuką, że raczej po wypromowaniu pewnej (nieciekawej) stylówy (jak mawiała młodzież) aż do kozłoofiarnego awansu.

    doczekać recenzenckiego molestowania

    Nieładnie, niecelnie.

  3. telemach’s avatar

    nameste :

    Nieładnie, niecelnie

    A bo ja wiem? Ale może powinienem rozwinąć ponieważ wygląda na to że się chyba nie zrozumieliśmy.
    Chamstwo Rudnickiego nie podlega wątpliwości. Niezależnie od tego czy przymierzymy do niego kryteria z przeszłości, czy też obecne, surowsze. Myślę, że panpisarz przejechał się na błędnej ocenie sytuacji transportując toporną (i jestem pewien że jak najbardziej celową) samostylizację do powszechnej recepcji, którą zresztą najprawdopodobniej przewidział.

    Weźmy np. wypowiedzi takiego np. Geneta w swoim czasie. Nie odbiegały, ale rozpacz twórcy próbującego zaistnieć w masowej percepcji nie była jeszcze aż tak wyrazista i dlatego mimo ewidentnego, prymitywnego i z dzisiejszego punktu widzenia jednoznacznie chamsko obnoszonego werbalnego mizoginizmu został przez wielkich i wrażliwych pogłaskany po głowie. Było mu wolno.

    Co mnie w powyższej (doskonałej zresztą i w ogólnych zarysach zgodnej z moim odbiorem) recenzji rudnickich literackich dokonań zazgrzytało, był timing. Napisałbyś tak samo przed miesiącem? A jeśli tak, to dlaczego nie napisałeś?

    Z całym szacunkiem: kopnąłeś leżącego. Leży z własnej winy i zasłużenie. Ale to nie jest moment, aby komuś, nawet jeśli jest mizoginistycznym chamem z brakiem społecznej empatii okazywanej w ramach topornej samostylizacyjnej promocji wytykać błędy w zupełnie innym obszarze.

    Wyjaśniłem się?

  4. nameste’s avatar

    @ telemach:

    To nie tak. Napisałem teraz, oczywiście z powodu „afery”, jednak nie dlatego, żeby kopnąć, a raczej żeby oddać mu pewną sprawiedliwość.

    Jednym z mechanizmów internetowego „linczu” jest (tak całkuję własne obserwacje) niemożność zatrzymania się. Wobec czego mnóstwo moralnie (i słusznie, poniekąd) przejętych ludzi nie poprzestaje na „ten cham, palant Rudnicki”, „źle przeprosił”, „nie dość skruchy” itd., ale jeszcze dokłada: „grafoman cholerny”, „kto o nim słyszał”, „rzyg” i (znowu) t.d.

    (Podobnie o Szczuce: wystarczy, że ma inne zdanie niż „moralnie przejęci”, a już: „nieinteligentna”, „bez dorobku naukowego”, „wręcz głupia”, „lansuje się w mediach”, „tępa dzida”, „rzyg” itd.)

    I to stąd, z odruchu niezgody na taki mechanizm nagonkowy, ten Rudnicki remanent (a „aneks” jasno, mam nadzieję, pokazuje kontekst). Pisał super‐znakomite rzeczy (będąc takim samym błazno‐chamidłem jak teraz), pisze teraz inaczej, dla mnie gorzej, mniej ciekawie, niby ostrzej, a w gruncie rzeczy kunktatorsko, bezzębnie (w obszarze, w którym najbardziej zęba potrzeba). Ale jak już się wziąłem za „oddawanie sprawiedliwości”, to czemu mialbym się zatrzymywać w pół drogi?

  5. telemach’s avatar

    nameste :

    Ale jak już się wziąłem za “oddawanie sprawiedliwości”, to czemu mialbym się zatrzymywać w pół drogi?

    Może dlatego, że problematyczne jest ocenianie fryzury tonącego? Nawet jak tonie na własne życzenie?
    Tak przynajmniej do mnie to doszło. Może jednak jest to mój problem.

  6. telemach’s avatar

    A fryzura faktycznie, już nie taka jak była.

  7. nameste’s avatar

    telemach :

    ocenianie fryzury tonącego

    Nie sądzę, żeby aż tonął.

  8. telemach’s avatar

    nameste :

    Nie sądzę, żeby aż tonął.

    Trudno powiedzieć. Czasy się dziwne zrobiły. Zwróć uwagę: jako służbowy obrazoburca nie będzie się mógł przytułlić do jedynej zbiorowości, która by mu wybaczyła i to chętnie. Bo ideologicznie decolage.
    Nie mam pojęcia jak z tego wybrnie. Z drugiej strony: są rzeczy ważniejsze.

  9. nameste’s avatar

    telemach :

    Nie mam pojęcia jak z tego wybrnie.

    Rok później: no i jakoś wybrnął (przez upływ czasu), pisuje sobie w Wyborczej itd.

  10. telemach’s avatar

    nameste :

    no i jakoś wybrnął

    Cóż. człowiek całe życie się uczy.
    Wygląda na to że żyjemy w czasach jętki. Jeśli chodzi o zbiorową pamięć. Mdło się robi.

reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *