recenzenckie pragnienia i projekcje

Najpierw pojawia się okładka, nie śledzę wnikliwie list zapowiedzi wydawniczych, więc takie jest moje najpierw. Nazwisko autorki nic mi nie mówi, wydawnictwo (Nisza) – trochę. Potem ruszają recenzje, dziwnie – jak na debiut – tłumnie. Każda z nich uznaje za konieczne i stosowne przypomnienie na wstępie, że autorka znana jest jako piosenkarka (nie znam się wcale na piosenkarki polskie, zapewne dlatego, że ich nie słucham, piosenkarzy [są tacy? jeszcze?] tym bardziej); zaczynam rozumieć, jak w tym przypadku działa pole siłowe marketingu.

A więc Kundle Katarzyny Groniec. Z tłumu recenzji wybieram poważniejsze (pseudo‐recenzje, paczuszki frazesów na 5 zdań, formy gadane, rozbudowane podpisy do zdjęć piosenkarki w magazynach muzyczych, kobiecych i katolickich – to wszystko do pominięcia). Zaczął bodaj ArtPapier w pierwszomajowym numerze, i to od razu dwugłosem: naczelnej i vice‐naczelnego; to nie dziwne, bo dwutygodnik ten jest śląsko‐korzeniony.

Kamila Czaja w tekście Śląska mister(yj)ność podchodzi do Kundli szkicowo, zajmuje się głównie formą literacką tej prozy. Chwali za język, konstrukcję, misterność wiązań. Ale są i zastrzeżenia:

Właśnie narracyjna instancja stanowi dla mnie jedyny nieprzekonujący element tego wyśmienitego debiutu. [...] Niepotrzebnie [...] ten momentami elegancko sygnalizowany wyższy porządek w innych fragmentach zostaje dookreślony. Frazy z gatunku: „Odwieczna Cisza” (s. 5) czy „(...) Sophie nosi w sobie Przenajświętszą Ciszę Żywą albo Cisza nosi w sobie Sophie” (s. 49), jakkolwiek mieszczą się pewnie w „duchowych” założeniach tej prozy, kiczowatą dosłownością wybijają ze śledzenia losów postaci i imponująco złożonego, zwłaszcza jak na tak krótki tekst, świata, w jakim przyszło tym ludziom funkcjonować. Skuteczniej niż dosadny New Age działa w „Kundlach” inna rama – legenda o św. Jerzym, najpierw opowiadana dzieciom przez księdza, potem powracająca w wariancie stopniowo absorbującym elementy losów postaci.

„Skuteczniej” pozostaje w pustce, bo recenzentka nie wskazała kryterium celu (ani sposobu), wiemy tylko, że ta druga, świętojerzowa rama narracyjna „działa”, w jakiej sprawie? po co? – pytania otwarte. Choćby dlatego piszę o recenzji KCz – „szkic”.

Z kolei Wojciecha Rusinka w tekście Mała wielka śląska powieść bardziej zajmuje „śląskość” pod kątem „tożsamości”; pisze: „zadanie [literatury] pozostaje niezmienne od tysięcy lat: wytwarzać mity, demaskować mity, pytać o mity, ustanawiać na ich bazie tożsamości indywidualne i zbiorowe, przekształcać te tożsamości. Być narzędziem tożsamościowego samorozumienia”, ale – jak dotąd – „tożsamość Ślązaków nie wydaje [...] się jeszcze tworem gotowym”, w domyśle: jakoś jednolicącym. Zaraz się jednak wycofuje z owego [niejawnie stawianego] postulatu, zastrzegając: „Śląsk nie potrzebuje identyfikacji narodowej, nie potrzebuje cofnięcia do wzorców z XIX wieku, lecz ma szansę pionierskiego wychylenia ku jakimś nowym formom zbiorowej samowiedzy”. To najciekawszy temat recenzji.

Podobny jak u KCz sąd w sprawie narracji:

[...] nieco dziwi mnie, że Groniec wprowadziła do „Kundli” aż dwie instancje metanarracyjne: stylizowaną na baśń, nieco absurdalną „Legendę o świętym Jerzym według księdza Dysorza” i Ciszę, która co jakiś czas zwraca się do nas i mówi nam kilka słów o bohaterach. „Legenda...” [...] nie wzbogaca spojrzenia na losy bohaterów, wydaje się tylko literacką grą. Niestety jako stylistyczny „ozdobnik” odciąga nieco od literacko lepszych głównych fragmentów powieści. [...] Cisza z kolei zbyt przypomina Twardochowego, nihilistycznego dracha i niepotrzebnie stawia „kropkę nad i” przesłania powieści, które wyczytać możemy już na poziomie kompozycji: los bohaterów jest na tyle nieważny z punktu widzenia wielkiej historii, że pozostaje po nich tylko cisza, cisza pochłania też wszystko, co z ich biografii nie trafiło do tej opowieści.

Karolina Felberg w niedawnym tekście Metafizyka Ciszy („Kultura Liberalna”) uderza w inne tony; jej recenzja wzbudza we mnie – z tych trzech – najżywszą gotowość polemiczną.

Można kwestionować pogląd, że dopiero w „toku XX wieku wieku procesy historyczne zaczynają wypierać z Toszka swoiste dlań energie oraz logiki, atmosfera w miasteczku ulega zgęstnieniu oraz zmąceniu” (przedtem bowiem, wg Felberg, śląski genius loci trwał sobie poczciwie pod władaniem Wszechmocnej Ciszy, chociaż „od zawsze kotłują się [tam] wewnętrznie sprzeczne idee, pragnienia, doświadczenia oraz zdarzenia o nierozstrzygalnym statusie”, cokolwiek miałby znaczyć ostatni człon tej enumeracji), a już zwłaszcza za Gierka, wskutek „patogennych dyskursów narodowo‐modernizacyjnych”, „zgęstnienie i zmącenie” kulminuje w „skundlenie” (miejsca; literalnie miasteczka Toszek, ale to przecież metonimia śląskości w ogóle), „bo tak właśnie czują się bohaterowie” [skundleni].

Z ogólną tezą „historiozoficzną” (czy „historiograficzną”) niech ew. polemizują śląskolodzy, ja tylko zauważę, że trudno traktować dobór bohaterów Groniec jako reprezentatywny. Owszem, nie są to postacie rażące niemożnością czy nikłym prawdopodobieństwem zaistnienia (przeciwnie, na tle historii XX wieku oraz biologicznego rozrzutu sapiensa można by powiedzieć, że mieliśmy, mamy, ich legiony na ziemiach polskich (plus polskosąsiednich) [czy wszelkich rejonach pogranicz], niemniej sytuują się bliżej krańców społecznego bytowania niż szerokiego środka, jako punkty pod pewnymi względami charakterystyczne, uwyraźniające: po to przecież tak właśnie są skonstruowane przez autorkę. Obok żyją inni nauczyciele w szkole Adama, mniej interesujący dla prozy^, dzieci bliżej imaginowanej „normy” niż Goryl, ci, co przeżyli, w odróżnieniu od ojca Goryla, robotę na grubie, kobiety o życiorysie mniej pochemranym niż „głucha Cecylka, która za pięć miesięcy urodzi dziecko stojącego właśnie przy drzwiach, coraz bardziej przypominającego krzew gorejący wikarego” [s. 64], itd. Mówiąc krócej, skoro są kundle, są też psy mniej „nierasowe”, mniej mieszańcze (i nie tylko „ras drobnych”, dodam nawiasowo) – bo tak podpowiada logika społecznego uwarstwienia.

Przekonujący wydaje się ustęp o znaczeniu wody, jednak tylko do momentu, w kórym pojawia się u Felberg koan: z jednej strony „starcie z żywiołem posiada moc chrztu świętego”, z drugiej – „woda czyni więc z mieszkańców Toszka kundli – społeczność funkcjonującą odtąd w upłynnionych granicach. Pomiędzy zdrowiem a chorobą, normą oraz jej brakiem, realnością i nierealnością, językiem polskim a śląską godką”; wynikanie dość paradne. Woda [u Groniec], pisze KF, „albo pochłania życie, albo unicestwia silną tożsamość (narodową, etniczną, kulturową)” – przecież chrzest miał być [czas zaprzeszły^] symbolem akcesu do uniwersalizmu („nie masz ani Żyda, ani Greka” etc.), a tu – prowadzi do skundlenia; co się stało?! A może woda jest czymś bardziej codziennym: znakiem wynurzenia się w (przyjętej) mimikrze? No i pytanie, na ile grupka wyrazistych, tytułowych „kundli” istotnie jest „społecznością” [domyślnie: całą]. Mam wrażenie, że wywód KF stoi tu na chciejstwie, na swoistej projekcji.

Nie tylko tu zresztą. Bo przecież, i przede wszystkim, w rozpoznaniu Kundli jako powieści „metafizycznej”, budowanym od tytułu recenzji, przez drobne, „szmuglowane” przesunięcia w stronę hm, sacrum (jak ta powyższa „moc chrztu”, koniecznie „świętego”), awans postaci ze snu Fatimy na plan ontologicznie pewny, po przemyt grubszy, jak obszerne przywołanie starożytnego kultu Aszery (Izraelitów). Wszystko może po to, aby dojść do konkluzji takiej:

Gdyby nie cierpliwość kobiet, które ofiarnie mierzą się dzień w dzień ze skutkami męskocentrycznych projektów, ludzkość nie przetrwałaby – nie miałaby bowiem szansy na społeczną reprodukcję.

...która jest dość uniwersalnym truizmem, wątpię jednak, aby wymagał on koniecznie podżyrowania przez matkę boską.

* * *

A co sam sądzę o Kundlach? Dobrze się to czyta, językowo b. sprawne (choć wrzutka pociachanej świętojerzowej legendy odstaje: narracja archaizowana głównie zbyt mechaniczną i zbyt częstą inwersją; słaba podróbka). Nie mam też nic przeciwko Ciszy jako wehikułu wspierającego opowieść [poprzeplatane wątki, w czasie, miejscach i osobach]: Groniec wyraźnie celuje w klimat „realizmu magicznego” i taka instancja narracyjna w pewnym sensie uspójnia całą (faktycznie, dość misterną) plecionkę, odwracając uwagę czytelnika od szczegółów owej konstrukcji. W odróżnieniu od ArtPapierowych recenzentów uważam, że nie cierpi na tym specjalnie „śledzenie losów postaci”. Jeśli jednak – jak Felberg – odczytywałoby się Ciszę jako byt metafizyczny, to istotnie raziłaby „kiczowatą dosłownością” [KCz].

Napisałem wyżej klimat [„realizmu magicznego”; klimat, nie sam r.m.], bo raczej włożyłbym Kundle w szufladę „gęsta proza nie stroniąca od nadrealizmu”, por. np. świetny ustęp o zakonnicach na rowerach, których plastycznie opisany gęsiościeg odrywa się w pewnym momencie od ziemi i sunie nad miasteczkiem (jak u Chagalla), dając przy tym okazję do zaznajomienia czytelnika z topografią i istotnymi budynkami; cóż stąd, że lotna część jazdy odbywa się w wyobraźni Aszer [s. 9–10].

Do takiego ujęcia bardzie pasuje narratologiczne rozumienie Ciszy: cisza to zaprzeczenie dźwięku, głosu, opowieści; co pozostaje w ciszy, dla słuchającego (czytającej) nie istnieje. A tu, u Groniec, nadrealnie Cisza gada, nawet z dramatis personae. Oto gra z Nie[dość]istniejącym (dotąd, obok, za chwilę), gdy przemówi.

Dodać trzeba, że cisza – jako zjawisko neg‐akustyczne – da się rozpatrywać wyłącznie w relacji do ośrodka [przewodzenia dźwięku]. Czy idzie o „przewodzenie” relacyj historycznych, dużych i małych (zob. wielkie narrracje kontra mikrohistoria), czy literackie.

Jeśli miałbym coś do zarzucenia Kundlom, to chęć autorki, by zadowolić wszystkich. Jest na przykład zacny, opiekuńczy ksiądz, co od wtłaczania dzieciom katechezy woli poprowadzić je na trawę, do drzew itd. Ale obok wspomniany wyżej wikary, przez którego zaciążyła głucha Cecylka. Jest żołnierz wyklęty, od „wysadzania pociągów” i bycia katowanym przez UB, ale na starość okazuje się „zagorzałym filosemitą”. Podobnych „uników przez dopełnienie” zauważyć można więcej; proszę poszukać samemu.

  1. nameste’s avatar

    A co do roli „Legendy o św. Jerzym księdza Dysorza” (bo nie zmieściła się w blogonocie). Dysorz, ziewając, smarkając, spoglądając nieustannie na zegarek, opowiada najpierw, wdając się w szczegóły kaźni, o męczeństwie Jerzego – rycerza rzymskiego, co to nie chciał brać udziału w prześladowaniu chrześcijan, sam tej wiary. (Dysorz prezentuje się tu jako nie bardzo wierzący funkcjonariusz organizacji, którą, poniekąd wywrotowo, wykorzystuje do własnych działań opiekuńczych.) Dziecięcej publiczności wersja taka niezbyt się podoba, a smok? pyta Ruda, „mnie akurat bardziej smoki interesują”. Dysorz wzdycha ciężko i zaczyna opowiadać, bo „w czasie deszczu dzieci się nudzą”. Ale opowiada baśń, która, w miarę postępów snucia, coraz to bardziej oddala się od „kanonu”; ostatecznie smoka zabija królewna, ocalając od śmierci rycerza (wraz z koniem), od wody (żywej) zaczyna się legenda i na niej kończy.

    Rola tej Legendy w Kundlach jest paraboliczna. Bohaterowie powieści doświadczają codziennego i nadzwyczajnego męczeństwa, nieodmiennie prowadzącego w śmierć. Ale woleliby (czemu dają wyraz przez swoich dziecięcych delegatów), zamiast być przedmiotem opisu cierpienia, stać się cześcią sensotwórczego mitu. Owszem, Cisza jako instacja narratologiczna dba o ogólną i adresowaną do poszczególnych osób „dystrybucję epifanii”, niemniej, co mit to mit. Jakoż i mamy, na samym końcu, „wmitowstąpienie” rycerza Adama, który odważy się szarpnąć łancuszek rezerwuaru i uwolnić wodę (żywą). Sensem umieszczenia Legendy wewnątrz narracji Kundli byłby zatem meta‐auto‐komentarz do autorskiej roboty prozodajnej: to nie jedynie katalog cierpień „kundli”, to także praktyka mitostwórcza.

reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *