surtupurtu

Książka wyszła półtora roku temu, nominowano ją do różnych nagród, ostatnio dostała Conrada za debiut; kto miała o niej pisać, ta napisała, a kto miał wystawić sobie świadectwo, wyrażając się o Po trochu protekcjonalnie (i/lub głupio), ten wystawił.

Tak się złożyło, że przeczytałem ją dopiero teraz, na co nie bez wpływu był żywy wywiad w „Newsweeku”; choć miałem ją w planach już wcześniej, jakoś nie wyszło, potrzebny był mocny bodziec.

I bardzo nie żałuję.

motto

Na wsi, milionkroć bardziej niż w mieście, człowiek (znajomy, sąsiad itd.) nie jest pojedynczą osobą, a całym kompleksem geograficzno‐historycznym. Człowiek jest drogą, którą się do niego idzie, krajobrazem, który go otacza; jest też historią swojej rodziny (domu, przedsięwzięć), jest osobą, ale i bardzo złożoną nazwą, której rozkodowanie wymaga małego podręcznika; ludzie na wsi mają takie podręczniki na każdego.

[z opisu „Skorunia” Macieja Płazy]

Jednak ta konstatacja, nawet jeśli prawdziwa (byłby to rodzaj prawdy metafory), utyka w jednym miejscu i w tym miejscu ukazuje swój charakter od‐zewnętrzny. „Podręcznik”, kategoria jakiejś (sztucznej) celowości, jakiejś (zmyślonej) kodyfikacji. A tymczasem ten system „nazw złożonych” powstaje organicznie, kłączasto. Jako tkanka łączna. Żywa; tu jej przybędzie, tam ubędzie, tu ulegnie destrukcji czy przeinaczeniu, tam uzupełni się o nowe osoby, zdarzenia, miejsca.

przestrzeń

Przyglądał się zdarzeniom jak płynącej wodzie. Nie interesowały go one same w sobie, nie zaciekawiały, wiedział bowiem, skąd i dokąd płyną, znał ich początek i koniec. Widział nurt zdarzeń podobnych i niepodobnych do siebie, bliskich sobie w czasie i oddalonych, wynikających jedne z drugich i calkowicie od siebie niezależnych. Ale to też nie miało dla niego znaczenia.

Zdarzenia są dla aniołów czymś w rodzaju snu czy filmu bez początku i końca. Anioły nie potrafią się w nie angażować, nie są im one do niczego potrzebne. Człowiek uczy się od świata, uczy się od zdarzeń, uczy się wiedzy o świecie i samym sobie, odbija się w zdarzeniach, określa swoje granice, możliwości, nadaje sobie nazwy. Anioł nie musi czerpać nic z zewnątrz, lecz poznaje przez siebie samego [...]

Anioł nie ma takiego rozumu jak ludzki, nie wnioskuje, nie sądzi. Nie myśli logicznie. Niektórym ludziom anioł wydałby się głupi.

[Olga Tokarczuk, Prawiek i inne czasy, WL 2015, s. 14]

Podstawmy pod „anioła” Opowieść, odbicie w słowach (w geście, w teatrze opowiadacza) tego nurtu zdarzeń. Jest ona jak czasoprzestrzeń fizyków, w której czas jest tylko jednym z wymiarów, niespecjalnie wyróżnionym. Opowieść nie jest „zaciekawiona” opowiadanymi przez siebie zdarzeniami: one w niej po prostu są; jeśli ktoś może być tu zainteresowany, zaciekawiony, to ten, kto słucha albo kto uczestniczy wewnątrz owego nurtu – i ze swojej perspektywy postrzega (sobie widoczne) fragmenty Opowieści.

I właśnie ta opowieść (piszę z małej, bo to opowieść – choć rozległa – to jednak ograniczona do Obszaru Gogolów, miejsca wszakże niemałego, jeśli je mierzyć zakresem czasowym, odległością między miejscami, po które sięga, różnorodnością ludzkich losów, jakie zagarnia) jest światem, w którym rozgrywa sie Po trochu Weroniki Gogoli.

Dlatego też ta książka jest zrobiona tak, jak jest zrobiona, a jej materią są opowiadane historie – bardziej niż zdarzenia (ludzie, miejsca), których te historie dotyczą.

[Na upartego wszakże można by podobnie orzekać o książkach (choćby niedawnych polskich), których podobieństwo do Po trochu jest szybko (i dość mechanicznie) podnoszone przez krytykę. Na b. upartego podobnie można by powiedzieć o Gugułach Grzegorzewskiej, obowiązkowym niemal punkcie odniesienia dla Gogoli. A jednak – są zupełnie różne.]

powód

Autorka sama przyznaje – wynika to także wprost i dobitnie z samej konstrukcji i zawartości Po trochu – że napisała tę prozę, by uładzić się z przedwczesną (choć typową dla Gogolów‐mężczyzn) śmiercią swojego ojca.

Stutysięczna i pierwsza, powiecie, taka sytuacja. Magdalenki, podróże w pamięć. Ocalanie. Niedawno nagrodzony Wicha ze swoimi Rzeczami. Bieńczyk o matce (nie czytałem, ale krytyka chwali i łzę ociera). Nic nowego, powiecie.

Tymczasem zaś Guguły to ksiażka o pisaniu, specyficzny, ale jednak bildungroman. Wicha osnuwa się wokół rzeczy (jakie to „miejskie”, poniekąd; nie chcę rozwijać tego wątku, ale, owszem, taka myśl przyszła mi do głowy), a Bieńczyk (podobno) angażuje całą maszynę literatury/kultury (to jeszcze bardziej „miejskie”, nieprawdaż?).

Gogola robi coś bardzo innego. Mianowicie wysyła w Opowieść swoją agentkę, małą dziewczynkę, z misją, której (ogólny) cel jest znany (pierwsze zdanie w niniejszym ustępie), ale sukces – hm, wcale nie taki pewny.

misja

Agentka Weroniki Gogoli nazywa się tak samo, można też zasadnie podejrzewać, że zdarzenia, których (ta, małą literą) opowieść dotyczy, mają swoje odpowiedniki w pamięci autorki. A jednak nie jest prostym alter ego.

Została specjalnie wyposażona na tę misję. Czy raczej: odposażona. Zacznijmy od tego, że przypisujemy jej „dziewczynkowatość” wyłącznie na mocy konwencji: na początku Po trochu jest po prostu małym człowiekiem. Takim, co włazi na drzewa, bije się z rówieśnikami, ma przygody stosowne do wieku i okoliczności (wiejskiej) przyrody.

Sposobem tej misji ma być prześledzenie, jak WG (ta powieściowa) nabiera właściwości. I nie, nie chodzi o (autobiograficzny) bildung. Chodzi o to, jak się zmienia wystawiona na działanie opowieści. Nie brzmi to jasno? Dwa przykłady.

Opowieść chrześcijańska. No dobrze, bądźmy realistami – Gogola jest – opowieść kościółkowa.

Zebrałyśmy dziesięć paziów królowej, jedno skrzydło cytrynka i jedną ćmę. Włożyłyśmy wszystko do starego pudełka na nici, które znalazłyśmy w singerze. Postanowiłyśmy, że trzeba im sprawić pogrzeb, że zasługują na swoje własne cmentarzysko. [...] Wykopałyśmy grabkami dołek i włożyłyśmy pudełko do środka. Chciałyśmy coś zaśpiewać, ale nie wiedziałyśmy co. Coś pogrzebowego. Tylko że nic nie znałyśmy. Tina stwierdziła, że najlepiej będzie zaśpiewać piosenkę z Pocahontas. Najpierw udzieliłyśmy sobie komunii świętej: Tina uklękła przede mną, a ja położyłam jej winogrono na język, mówiąc: Ciało Chrystusa. Przeżegnała się, po czym wstała, ja uklękłam, ona położyła mi winogrono na język i tym razem ona powiedziała: Ciało Chrystusa.

Opowieść o łączeniu się ludzi w pary.

Potem postanowiłam, że chcę mieć męża. Ale w okolicy nikt się na niego nie nadawał. Dlatego wszystkim mówiłam, że mój mąż jest w delegacji. Słyszałam to w serialu W labiryncie. Takie słowo. Bardzo mi się podobało, bo oznaczało, że ktoś jest, tylko go nie ma. Jak mój mąż. Dlatego wszystkim mówiłam, że Andrzej jest w delegacji. Bo tak miał na imię. Andrzej. Mieliśmy dwójkę dzieci. Bożenę i Piotrka. One też były w delegacji, razem z nim.

Teraz jaśniej?

Wspomniałem o „odposażeniu”. Gogola (autorka) wie, że śmierć jest przede wszystkim (przed rozpamiętaniem pozostawionych przez zmarłego rzeczy, przed zanurzeniem osobistej nenii w obfitych sokach kultury) śmiercią ciała. A zatem ważne jest także – ciała życie. Jak wyglądało, co robiło. Jak pachniało. Kto i jak się nim zajmował. Jak wrastało w opowieść – jaką opowieść wysnuwało z siebie.

Kto czytał, ten wie, kto nie czytał – niech zwróci uwagę. Jak wiele miejsca w misji agentki WG zajmują ciała. Ciało wujka Władusia („świętego”; zrośnięte z taboretem, malutkie, ze zgłuszonymi uszami, latające, lekkie), ciało ciotki Teresy („mama miała blizny na brzuchu, ciotka Teresa nie”, czeszące się – „włosy po pas”, potem chore, pokrywające się krostkami, siniakami – „białaczka”) itd. No i galeria ciał martwych. „Ciało Ojca. Wygląda jakby spał. Mam wrażenie, że jego klatka piersiowa unosi się i opada, w górę i w dół. Przecież on oddycha! Nie, niemożliwe...”.

ciało

A także ciało własne (agentki). Mało jest w prozie tak bezkompromisowych opisów. Narratorka nie tłumaczy się, nie usprawiedliwia, nie wstydzi (chyba że skłoni ją do tego rykoszet jakiejś opowieści). Tak, zsikała się. Podczas rekonwalescencji (zapalenie opon mózgowych) – „obesrałam się”. Ma sikulę, a chłopy mają trąby słonia. Tak po prostu jest.

Zauważcie, że to odposażenie agentki, swoista redukcja do ciała‐wystawionego‐na‐opowieści trwa aż do „godziny jedenastej” (przedostatniego rozdziału); tam czas zmienia się na teraźniejszy i za chwilę nadejdzie wiadomość o śmierci ojca. Ponieważ wszyscy już czytali, zacytuję:

To było wtedy, kiedy Samuraj za wszelką cenę chciał mnie pozbawić dziewictwa. Rzuciłam mu rękawicę w maju, tymczasem był już lipiec i nic. Za każdym razem starał się ze wszystkich sił, prowadził niekończące się gry wstępne, skręcał czyściochy, włączał jazz grany na indiańskich instrumentach, CocoRosie, N.R.M. albo Aphex Twina, albo wyświetlał na rzutniku fotografie Ryana McGinleya. Wszystko po to, żeby wreszcie dostać się do środka. Ale kiedy przychodził ów krytyczny moment, kiedy z miną doświadczonego wygi podkładał mi pod pośladki swoją koszulkę, zaciskałam wszystkie mięśnie mocno, do środka. I nie pomagały nawet wysiłki, które czynił między moimi nogami. Natrafiał na ścianę.

Nie mamy (czytelnicy) zielonego pojęcia, na czym polega (emocjonalnie, od‐wewnętrznie itp. itd.) ta sytuacja. Ciało coś robi, nie tłumaczy się z tego; opowieść do tego konkretnego przypadku ciała nie należy do książki, nie należy do tej (małą) opowieści.

koda

Pora kończyć. Po trochu Weroniki Gogoli jest (dla mnie) czymś bardzo oryginalnym. Eksperymentem (o tym wspomina autorka w wywiadach) nie tylko językowym, literackim. To jest eksperyment znacznie poważniejszy. Epistemologiczny.

Ciało nabierające właściwości pod wpływem opowieści. I wysnuwające z siebie opowieść. Nieoddzielne od niej.

To jest mocny, świeży temat. Dobrze wykonany w tej niewielkich rozmiarów książce.

ps

Dehnel pisał:

„Po trochu” niestety rozczarowało. Niby wszystko jest: dzieciństwo na wsi, śmierć w różnych odsłonach, dużo szczegółów czasu minionego. A jednak kudy temu do „Guguł”, zupełnie nie ta klasa literatury. Miałem wrażenie czytania serii długich, sprawnych, ale obliczonych na łatwy efekt i wysoki lajkaż i szerowanie fejsowych statusów. Podstawowe wrażenie to błahość. Niby każdy ma ponoć w sobie tę jedną fascynującą powieść do napisania, ale widać nie tym razem.

Linkowany wywiad w „Newsweeku” nosi tytuł „To nie jest książka dla starszych panów”. Wiem, co wywiadowana WG i wywiadująca [Magdalena Kunz] miały tu na myśli. Ale literalnie to nieprawda.

To nie jest książka dla aroganckich, nieuważnych czytelników. Czy z Krakowa [oj, lelum‐polelum; Surtupurtu za tymi kurwami – cytuję tu Zaklęcie z powieści, zarazem tłumacząc się z tytułu blogonoty], czy z Warszawy.

  1. Pjes’s avatar

    Strasznie irytujące są te głosy z warszawy, z krakowa czy z radia. Przede wszystkim chodzi mi o radio, bo to do mnie dociera. Bardzo łatwo zdyskwalifikować coś za rzekomy koniunkturalizm. Być może to nawet może być sensowny zarzut czasami, ale wkurwia, że ten zarzut nie pojawi się w przypadku twardocha czy houellebeca etc. Nie słyszałem oskarżeń mężczyzn o pisanie koniunkturalne, ale literaturze kobiet, bez względu na jej jakość, bardzo łatwo zakwalifikować tematycznie, jakoby to jej umniejszało. Lub w ogóle mówienie o koniunkturze na pisanie przez kobiety o doświadczeniach należy traktować jak starcze jęczenie.

  2. nameste’s avatar

    @ Pjes:

    Nie umiem tego skomentować, bo nie dysponuję próbką choćby udającą reprezentatywność. Czasem czegoś specjalnie poszukam, np. rozmowy radiowej z Piotrem Koftą o Stancjach Grzegorzewskiej, i wtedy widzę brak odpowiedzialności za formułowane a vista sądy, zdawkowość tych opinii, no i – nieprzygotowanie (teraz posłuchałem chwilę tegoż Kofty o Lincolnie w Bardo, mówi: „Saunders debiutował opowiadaniami, ukazał się w Polsce wybór, pod tytułem 10 września czy jakoś tak” – cyt. z pamięci, nie literalnie). Odsłuchałem też rozmowę o Po trochu m.in. z Wiedemannem (jest ona wspominana w wywiadzie newsweekowym): toż uczestnicy nie mieli tam miejsca, żeby choć pobieżnie rozwinąć swoją myśl, nie żeby te myśli były jakoś szczególnie celne czy głębokie.

    Zgodzę się, że kultura gadających głów zbyt często jest miałka i czas‐kradnąca (i irytująca), natomiast protestowałbym przeciw konstruowaniu frontu na zasadzie „opisanie przez kobiety swojego doświadczenia” kontra „starcze jęczenie” – seksism kontra ejdżyzm, brzmi to dla mnie zbyt pochopnie.

  3. Tomek’s avatar

    No i znowu nie doceniłem mocy sprawczej mainstreamowych mediów. Never underestimate the power of the Dark Side

  4. Tomek’s avatar

    „Tak się złożyło, że przeczytałem ją dopiero teraz, na co nie bez wpływu był żywy wywiad w „Newsweeku””

  5. nameste’s avatar

    Moc sprawcza jest po stronie osoby, która wrzuciła w sieć link do tego wywiadu. A poza tym, kto wie, co się miało odwlec, się nie miało upiec.

reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *