kara, mara

Powiedzmy, że karanie ma sens. Nie użyłbym tego słowa (sens) w odniesieniu do karania jako technologii władzy, opisanej – w dwupaku – przez Foucaulta w Nadzorować i karać. Praktyce społecznej wystarcza istnienie; zarządzanie zasobem ludzkim usprawiedliwia (się) pragmatycznie/utylitarystycznie, tak toczy się świat, pozostaje wystawianie rachunków.

Wytwarzaniem ideologicznych opakowań dla tych praktyk, opakowań sensopodobnych, zajmuje się od wieków armia mrów-legitymizatorek, nie wchodźmy im w paradę [śmiech z dalekiego offu].

Sens (tutaj, w tym tekście) to, przyjmijmy, emocja afirmująca pewne tao.

Powiedzmy, że karanie ma sens: nie chodzi o odwet, chodzi o dostarczenie bodźca negatywnego (wzdłuż osi przyjemność—przykrość), który miałby sprawczą moc behawioralnego przeobrażenia (osoby karanej), może nawet przeobrażenia moralnego (tu: zinternalizowania wzorca zachowań). Uzasadnienie dzieje się na planie istnienia osoby ludzkiej wśród sobie (jakoś) podobnych innych osób ludzkich; nie chodzi tu o zarządczą czy nadzorczą sprawność. Nie odzywam się do ciebie – oto protokara, ufundowana na nadziei zmiany.

W tym ujęciu tzw. kara śmierci to oksymoron.

Z momentem zabicia znika podmiot (kary), ta tzw. kara unieważnia samą siebie. Mówienie o jakiejkolwiek nadziei zmiany byłoby (ale bywa) głupie, kłamliwe, bezczelne. Branie na własną odpowiedzialność tego oksymoronu (tak, do was mówię, popierających „karę śmierci” i łudzących się, że nie chodzi o odwet) jest zaprzeczeniem jakiegokolwiek sensu.

Oczekiwanie w celi śmierci – przeciwnie – podmiotu nie znika, ono ten podmiot czyni nagim, obiera ze wszystkich warstw istniejących lub (nadzieja!) potencjalnych, pozostawiając strach. To też nie jest kara, prędzej tortura.

Obok tzw. kary śmierci nie ma miejsca na sens.


Ojej, dopiero teraz skojarzyłem i czuję się w obowiązku stanowczo zaznaczyć, że
„armia mrów-legitymizatorek” nie ma nic wspólnego z panem inżynierem Mruwnicą.

5 razy uznano, że da się to czytać

1

Dewirtualizacja ode złego jest. I nie mam tu na myśli sytuacji 1:1, kiedy awatar S w jakimś zakątku sieci poznaje awatara H, potem się awatarzą na jeden z tysiąca sposobów, poczynając od klasycznego You’ve Got Mail czy (pochodzącej z tego samego 1998) mroczno-romantycznej wersji cyberpunkowego you can logoff, but..., o której powiedziano te celne słowa:

jak każdy dobry utwór cyberpunkowy jest znakomitym tekstem zeitgeistowym. Z czasów, kiedy sieć i real to były dwie różne rzeczy. Z czasów, kiedy sieci brakowało wszechobecności. Z czasów, kiedy w necie mogliśmy być lepsi i piękniejsi niż w rzeczywistości.

...a kończąc na – ...nie, nie da się wskazać żadnego „ostatecznego etapu”, zeitgeist miesza i będzie mieszał. Potem zaś S i H robią go real i jeśli mamy tu jakiś ciąg dalszy, to w retrospekcji i tak moment dewirtualizacji nie będzie bardzo znaczącą cezurą w długim szeregu wzajemnego odkrywania i przywracania masek. Różnych.

2

Chociaż i w takiej sytuacji można powiedzieć, że dewirtualizacja znacząco zwiększa szansę na osłabnięcie fantazmatu, wyobrażenia-o-nieznanym, siły napędowej (wzajemnego) przyciągania, bo – wbrew temu, co wyżej cytuję z MRW – w układzie dwuosobowym sieć i real to nadal są dwie różne rzeczy. Nawet jeśli się wie (gdy łuski iluzji opadną z oczu), że nie ma żadnego jednego reala (nie ma nawet dwóch: real-H i real-S); są ich warstwy i labirynty, to nie ma powrotu: procedura re-wirtualizacji wymaga znaczących modyfikacji pamięci (oczywiście, popkultura – w SF – ćwiczyła i te motywy).

Ale też nie każde przejście sieć → real zasługuje na miano dewirtualizacji. Ludzie, którzy umawiają się w sieci na spotkanie „na żywo” w jakiejś sprawie, którzy nie budują (wzajemnie) wyobrażeń na swój temat, którzy nie grają w teatr (mały lub duży, ściśle prywatny lub z publicznością) awatarów – cóż, spotkają się w realu tak jak (nadal) spotykają się wcześniej nieznajomi po rozmowie telefonicznej.

3

Powiedziawszy (za) dużo o sytuacji, której raczej nie mam na myśli w tytule tej blogonoty, przechodzę ad rem. To jest do spodwójnienia (ba, żeby tylko) egzystencji grup, czyli sytuacji, w której jakieś grono ludzi żyje sobie jakiś czas w sieci, inter-sobie-reagując takim czy innym sposobem, z celem czy pożytkiem, aż któregoś dnia pada hasło: „hej, a może byśmy się zdewirtualizowali? gdzie i kiedy? kto będzie?”, i patronat obejmuje Zły.

4

Jest coś fajnego w byciu awatarem wśród innych awatarów, to sytuacja nie tyle przekraczania jakichś (niepotrzebnych) barier, co ich – hyc! – przeskakiwania, niedostrzegania. Nie ma ograniczeń czasu, miejsca, fizyczności, uwikłania w feromony, idiosynkrazje, systemy odruchów i ocen dalece wykraczających poza główny sens (i przyjemność) z istnienia grupy: poza komunikację. Komunikowanie siebie samych, bardziej-autentycznych czy bardziej-autokreowanych – to bez znaczenia. Jak już mówiłem gdzie– i kiedy indziej, jest podstawowy budulec bycia-w-sieci: tekstyemocje. W jakimś sensie czyste.

5

I równe. Kiedy przychodzi dewirtualizacja, pojawiają się podziały. Na tych, którzy mogli być, i na tych, którzy nie. Jedni polubili się z drugimi, a znielubili z trzecimi. Jedni mają ręką podać do lokalnych (w sensie realnej geografii) skupisk możliwej dewirtualizacji, od innych wymagałoby to kosztownych podróży. Nagle „czysta” sytuacja komunikacyjna przemienia się w mętną, pełną podtekstów i zaszłości sytuację „jak z życia”.

6

A jeszcze ważniejsze jest to, że jedni zaczynają grać w sieci teatr dla drugich, w niepoznanych i wielorakich konstelacjach. Na przykład, grupa jako całość podtrzymuje z inercji wirtualny (a nawet i realny) kontakt z kimś, kto w realu okazał się chamem-i-bucem: trwa spektakl, dla części publiczności ukryty. Ten przykład jest ostry i wyrazisty, w rzeczywistości takich spektaklików granych są dziesiątki, a komunikacja w grupie staje się coraz bardziej nimi podszyta.

Aha, to się może zdarzyć i zdarza również przed-wirtualizacyjnie, pewnie. Ale nie działa z taką bezwzględnością, może się nasilać i cofać, może pozostać marginesem sieciowej egzystencji sieciowych znajomych. Kiedy raz dokona się dewirtualizacji, nic już nie powstrzyma tych procesów.

7

I wtedy niektórzy wybywają, nawet nie wiedząc jasno, czemu. Już nie jest Tak Jak Dawniej. Mówię wam, dewirtualizacja ode złego jest.

6 razy uznano, że da się to czytać

chuje z PO

Rok temu, odnosząc się do dziwacznych, moim zdaniem, nadziei, jakie niektórzy wiązali z Palikotem, pisałem:

Ja się boję państwa orwellowskiego, panoptykalnego, w kraju bez żadnej tradycji obywatelskiej kontroli władzy (dlatego za jedyny wartościowy nowy postulat, tzn. niespecjalnie zgłaszany tak mocno wcześniej, mam ten o radykalnym zwiększeniu dostępu obywatela do wszelkich urzędowych kwitów).

No a teraz tradycja braku kontroli władzy wzbogaca się o nowy słup milowy. Oto matacząc i uruchamiając nocną dyscyplinę partyjną (przypominającą jako żywo pisowskie nocne akcje w sejmie prawie-czwartej RP), dzielna Platforma forsuje:

W piątek wieczorem, na zakończenie działalności Sejmu tej kadencji posłowie głosowali nad senacką poprawką do rządowego projektu zmiany ustawy o dostępie do informacji publicznej, która spod obowiązku udostępniania wyłącza opinie i analizy przygotowywane na zlecenie władzy wszelkich szczebli i podmiotów wykonujących zadania publiczne, jeżeli ich ujawnienie naruszyłyby „ważny interes gospodarczy państwa” lub mogły „osłabić zdolności negocjacyjne” przy zawieraniu umów międzynarodowych czy formułowaniu stanowisk w unijnych negocjacjach. Dotyczy to też opinii i ekspertyz sporządzonych na potrzeby postępowaniu przed sądami, trybunałami lub „innym organem orzekającym”. Także procesów wytaczanych Skarbowi Państwa przez osoby prywatne czy firmy.

Obecnie funkcjonująca ustawa o dostępie do informacji publicznej jest słaba i przestrzegana z oporami. Opisywane w trylogii Larssona szwedzkie procedury jawności ogląda się z tej polskiej perspektywy jako SF. Żeby minister na każde żądanie każdego obywatela, bez żadnych uzasadnień i bez możliwości odwołania do jakichś Ściemniających Trybunałów, musiał np. okazać faktury wydatków z wyjazdu służbowego? Niesłychane.

Po poprawce PO (kryteria „naruszenia ważnych interesów” itp. są oczywiście doskonale mgliste i otwierają drogę do setek arbitralnych odmów), jeśli zostanie przypluta, Larsson będzie czytany jako niewiarygodna baśń.

12 razy uznano, że da się to czytać

kontekst

O pozorności dyskusji dotyczącej tzw. umów śmieciowych pisze Jacek Żakowski:

Umowy śmieciowe, czyli zatrudnianie na krótko, na zlecenie, na umowę o dzieło albo na umowę cywilną, nie są wymysłem krwiożerczych kapitalistów ani fanaberią cwanych pracowników. Są produktem polityki państwa wierzącego, że takie „uelastycznienie rynku pracy” ożywi gospodarkę i zmniejszy bezrobocie. Fałszywość tej wiary wykazał Christopher Pissarides, który dostał Nobla za ekonomię pracy. Kraje „elastyczne” mają często większe bezrobocie niż państwa o „sztywnym rynku pracy”. Polscy politycy wciąż jednak w fetysz „elastyczności” wierzą i promują ją, jak umieją.

System podatków (PIT) i składek (zdrowotnych i emerytalnych) jest tak zbudowany, że wybierający umowy śmieciowe są zwolnieni z większości ciężarów. Składek nie płacą wcale lub płacą je w minimalnym wymiarze. [...]
Przy tak potężnych zachętach trzeba być wariatem, frajerem albo patriotycznym czy socjalnym świrem, żeby podpisywać umowę o pracę.

Państwowa Inspekcja Pracy faktycznie zaniechała egzekwowania przepisów kodeksu pracy, który mówi, że większość osób zatrudnianych na umowach śmieciowych powinna być zatrudniona na umowach o pracę. Samo państwo zresztą coraz częściej ucieka w szarą strefę pracy. [podkr. moje – n.]

„Elastyczne formy zatrudnienia” to jeden z filarów współczesnego, ponowoczesnego kapitalizmu globalnych korporacji. Dzięki temu instrumentowi przerabia się stopniowo klasę średnią, tę [hm, haha, oh, really] ostoję stabilności, w niepewny jutra prekariat, trzymany w szachu przez (lokalne) bezrobocie i istnienie (globalnych) rynków taniej pracy.

Nie dziwi więc zbytnio, że minister Michał Boni, prezentując szczere zatroskanie sytuacją na rynku pracy młodych, których relatywnie bardziej dotykają i bezrobocie, i jego „strafa buforowa”, czyli „elastyczne formy zatrudnienia”, spieszy zapewnić przyjaciół (czyli kogo właściwie? stowarzyszenia pracodawców? Lewiatana?), że

Nie ma i nie będzie przymusu do zawierania „odnawialnej umowy sezonowej”, to będzie wybór stron. Nie będzie przymusu do stabilizacji zatrudnienia stażysty, chyba że jednak źródłem finansowania stażu są pieniądze publiczne (np. z Funduszu Pracy) — bo wtedy może lepiej umawiać się na taki sam okres zatrudnienia jak stażowy z własnych środków. A zatrudnienie absolwenta ze środków Funduszu Pracy przy projekcie samorządowym nikomu nie będzie zagrażało, może natomiast dać świeżą krew samorządom i dobry test samego siebie młodemu człowiekowi.

Jakże to lewicowe, doprawdy! (Zaraz się wyjaśni, skąd ten mój absurdalny wykrzyknik.)

Widać z tych dwóch przytoczeń, jaki jest realny kontekst polskiego (subnormatywnego) nieprzestrzegania prawa pracy i związków państwa z kapitałem. W tej (ponurej przedwyborczo) sytuacji (bo przecież chodzi również o głosy młodych, a coś chyba nie najlepiej z nimi) przydałoby się jakieś alibi, jakiś koziołek ofiarny, pokazujący, że jednak rządzący się starają, kapitalizm (w zasadzie) kwitnie i że warto głosować za status quo.

zarzut

No i się znajduje. To „Krytyka Polityczna” [ściślej: Stowarzyszenie im. Brzozowskiego], która – jak oznajmia w swoim felietoniku Wojciech Orliński – jest jakimś bastionem thatcheryzmu, daleko na prawo od Platformy Obywatelskiej, bo w prowadzonej przez siebie knajpie NWS zatrudnia barmanów i kelnerów na umowy zlecenia.

A przecież ustami swoich publicystów KP ostro i nie od wczoraj występuje przeciwko systemowej praktyce umów śmieciowych. Więc jakże to?! Hipokryci cholerni.

W tle zaś pobrzmiewa poniekąd wyborczy argument: skoro nawet lewicowa KP nie wyłamuje się z bycia „śmieciowym pracodawcą”, to jaki wybór mają korposy (typu Biedronka czy Agora), które przecież istnieją w celu – słusznym i godnym – napychania kabzy właścicielom/akcjonariuszom? Właściwie żadnego, choć powinny być nieco ograniczane w tej praktyce, stąd zatem

Michał Boni i rząd Tuska uważa jednak, że te umowy są problemem społecznym i należy próbować coś z tym zrobić. Czy im się uda, nie wiem, ale mają u mnie plus za to, że widzą problem i szukają metod przeciwdziałania. Na tym polega prawdziwa lewicowość [a oto i wykrzyknik wyjaśniony – n.].

obrona

Z odpowiedzi Krytyki Politycznej wybrałbym trzy sprawy.

Po pierwsze, piszą, że się starają.

W związku z tym informujemy, że kawiarnia działająca w Centrum Kultury „Nowy Wspaniały Świat” zatrudnia osoby na umowy o pracę (w tym kierownicy zmiany, osoby na zmywaku i inni). Umowy na zlecenie mają osoby, które pracują na stanowiskach najbardziej rotacyjnych. Bez względu na dział zatrudnienia pokrywamy wszystkim osobom, które podlegają ubezpieczeniu, pełne składki. Dotyczy to zarówno ubezpieczenia zdrowotnego, jak i składki emerytalnej i pochodnych. W przypadku choroby honorujemy zwolnienia lekarskie i wypłacamy rekompensatę finansową za okres niezdolności do wykonywania obowiązków, jeśli taka osoba nie nabyła jeszcze prawa do świadczeń ZUS-owskich. W umowach stosujemy zapisy o płatnych dniach wolnych od pracy. Przyjęliśmy standardy, które daleko przekraczają normy obowiązujące w branży gastronomicznej.

Po drugie, że starają się nie dość, ale że chwilowo nie stać ich na więcej:

Naszym problemem nie jest poszukiwanie za wszelką cenę zysku, ale znalezienie ludzi oraz zbudowanie i obsłużenie struktury organizacyjnej, która umożliwi zatrudnienie kilkudziesięciu osób na umowę o pracę, co wiąże się z szeregiem działań, które jako organizacja pozarządowa wprowadzać możemy stopniowo.

Nie wspomnieli o kwestii być może istotnej: że umowa z miastem na użytkowanie lokalu przy Nowym Świecie wygasa za rok. I że w takiej sytuacji – przy ograniczonych środkach/kadrach – ważniejsze od „bycia wariatem, frajerem, albo patriotycznym czy socjalnym świrem” [zob. wyżej, cytuję Żakowskiego] są dla nich inne priorytety.

Po trzecie, że nie są hipokrytami, bo zawsze mówili, że problem z „elastycznymi formami zatrudnienia” ma charakter systemowy i tylko jako taki może zostać rozwiązany:

W naszych tekstach o rynku pracy nie namawiamy nikogo, żeby — prowadząc działalność gospodarczą — zajmował się dawaniem świadectwa, bo wiemy, że to hipokryzja i namawianie do samobójstwa wobec konkurencji. Piszemy, że żadna zmiana społeczna nie będzie możliwa, jeśli nie będzie miała charakteru strukturalnego.

Na koniec proszą (jak się zdaje) o wyrozumiałość:

Niech w takim razie pogodzi nas przekonanie, że lepszy świat będzie możliwy, jeśli postaramy się wszyscy i wszędzie – zamiast krytykować tych, którzy już się starają, nawet, jeśli zmiany te nie dokonują się z rewolucyjną szybkością.

Na którą stać będzie może tych, którzy doceniają efekty działalności Nowego Wspaniałego Świata, a nie będzie stać tych, co mają propagandowe obowiązki przedwyborcze (centrum i prawica), albo konkurują z KP wokół osi „kto jest prawdziwą lewicą”.

hipokryzja

Kiedy Jaś Kapela przyniósł – jako przyczynek do dyskusji pod blogonotą WO – wydrukowaną w „Gazeta Praca” GW wersję poniższego ogłoszenia (gumtree)

usłyszał od WO, że

Jeszcze raz, cierpliwie drogi Jasiu: nie chodzi o to, że tylko Nowy Wspaniały Świat zatrudnia na śmieciowe umowy. Chodzi o to, że Stowarzyzszenie im. Brzozowskiego w teorii jest instytucją non profit. Konstruowanie przez Ciebie linii obrony Stowarzyszenia przez pokazywanie, że instytucje nastawione na zysk (jak właściciele innych knajp albo koncerny medialne) zachowują się tak samo jak Stowarzyszenie ma ten zasadniczy feler, że organizacja non profit w ogóle nie powinna się zachowywać jak komercyjne przedsiębiorstwo.

Z czego drogą szybkiej dedukcji można by wysnuć wniosek, że stowarzyszenia non profit nie mogą prowadzić działalności gospodarczej (z definicji mającej charakter komercyjny). Mnie się otóż zdaje (niech mnie ktoś poprawi, jeśli się mylę), że organizacjom non profit wolno wypracowywać środki finansowe, m.in. dzięki działalności gospodarczej, pod warunkiem, że w całości będą one spożytkowane na prowadzenie działalności statutowej (zamiast trafiać do, hm, czyichś kabz). Czy to będzie wydawnictwo, czy też klubokawiarnia.

Inaczej mówiąc, całkowicie legalne i całkowicie zrozumiałe jest dążenie NWS do tego, by przychody przewyższały koszty.

Czy Agora publikując (skrót myślowy) na łamach GW takie teksty, jak omawiana krytyka Krytyki Politycznej, ale i diagnozę Żakowskiego, wycofuje się z praktyk łamania (jak twierdzą niektórzy, choć przecież nie PIP, heh) prawa pracy, które poświadcza np. powyższe ogłoszenie? Nie. Może natomiast, wraz z innymi przyjaciółmi ministra Boniego, pochylać się gratis nad sytuacją młodych na rynku pracy.

Dla mnie to główny powód, dla którego mam to Wyborczej za hipokryzję, a taką krytykę Krytyki Politycznej – za krytykę śmieciową. Zważywszy zaś na różnice skali przedsięwzięć ośmielę się nazwać takie przedwyborcze alibi – alibi słabym. Że aż żal.

15 razy uznano, że da się to czytać

tanie akcje

Tania akcja polega na stworzeniu pozorów ważności lub sensu przyzerowym kosztem. Tanią akcją jest wstępniak w „Gazecie Polskiej”, słowa „jak wiadomo” (np. w zwrocie „jak wiadomo, aborcja jest złem”), marszczenie zleżałego mema, kompulsja, z jaką Michnik dodaje do każdej retorycznej „podłości” obowiązkowo „nikczemność” (a mógłby wreszcie zajrzeć do SJP i przekonać się, że to synonimy), populizm (z definicji). Tanie akcje emituje Inercja S.A.

Obieg tanich akcji tworzy ekonomikę dyskursu władzy, wyznacza średni horyzont poznawczy, obiegowe opinie to niewidzialna (i wirtualna) waluta opłacająca tanie (tj. uzyskiwane przyzerowym kosztem) lojalności.

W artykule Guardiana A life in writing: Slavoj Žižek jego autor – w związku z wydaniem kolejnej niepotrzebnej książki – relacjonuje rozmowę z Žižkiem. Zajmują się między innymi fałszywką na Facebooku, która oznajmia, że Žižek i Lady Gaga scementowali swój związek (duchowy, intelektualny, whatever) dekonstruując patriarchat, feminizm i zbiorową odpowiedzialność ludzkości. Žižka to bodaj bawi, aż do wzruszenia ramion, a wywiadowca Guardiana wrzuca bieg „nasi czytelnicy chcieliby wiedzieć” i pyta: „Jak spędziłbyś wieczór z Lady Gagą?” (oto jest pytanie).

He chuckles, but waves away the question [chichocze, ale odrzuca pytanie]

Co wywiadowca komentuje tak:

Žižek does many things in conversation but answering questions isn’t one of them [w trakcie rozmowy robi wiele rzeczy, odpowiadanie na pytania nie jest jedną z nich]

...utrzymując się w konwencji „lekko i dowcipnie”. Žižek jest fleją, trollem, raczej felietonistą niż filozofem, prowokatorem; jest niepoważny. Lekką-i-dowcipną uwagę wywiadowcy można opatrzyć komentarzem „jakież to niezaskakujące” i dokonać (tym samym) realokacji taniej akcji; ma się przy tym alibi (pozostajemy w trybie lekko-i-dowcipnie), nawet jeśli się nie czytało żadnego dłuższego tekstu Žižka.

Oglądałem Žižkową The Pervert’s Guide to the Cinema i miałem fun. Mogłem się nie zgadzać z tym i owym (choć zanim dałbym temu wyraz na piśmie, to jednak na wszelki wypadek obejrzałbym ponownie film, którego dotyczyła teza budząca niezgodę), ale przeważnie mnie zaskakiwał swoimi flejowatymi, trollistycznymi i skośnymi spostrzeżeniami. (Gdy się czyta Žižkowe cegły, co i raz człowiek nadziewa się na powtórzenia tych spostrzeżeń, wprost lub wariantywnie; najwyraźniej jest to jednak budulec megafelietonu Žižka o kulturze, a nie doraźne improwizacje.)

A po 120 stronach o Kieślowskim w Lacrimae rerum nie ma się wątpliwości – nawet jeśli sam reżyser i jego gniotowate dzieło są raczej pretekstem do rozważań ogólniejszych – że Žižek widział filmy, o których pisze.

Więc gdy do wątku ws. nieodpowiadania na pytania podłącza się jakiś bubiszon z tekstem o „kolesiu”, co to „nie dość, że nie obejrzał filmów, o których mówił [w Pervert’s Guide], to jeszcze śmiał się z własnych płaskich dowcipów”, myślę sobie: „koleś, tania akcja”.

9 razy uznano, że da się to czytać

« Older entries § Newer entries »