sztuka mema

Po raz pierwszy od lat kupiłem papierową „Wyborczą” (nie liczę tego razu, kiedy okazało się, że nie ma żadnej makulatury, na którą można by wygarnąć zużyty żwirek z kuwety, a wybór padł na publikację najobfitszą w strony [reklam]).

Numer z 1–2 października 2011; chciałem zobaczyć tak intensywnie lansowane nowe strony świąteczne, co są warte i jak wyglądają.

I wiecie co? Jakoś nie chciało mi się jej otworzyć, leży na kuchennym stole utrzymując w rozwarciu grubą książkę, którą podczytuję przy jedzeniu, gdy akurat zbraknie towarzystwa do konwersacji.

Ta (dziwna) niechęć i jej niejasne powody natychmiast mi się przypomniały, gdy czytałem (świetną skądinąd) notkę MRW.

To człowiek wielu umiejętności, wymienię trzy: uprawia celny lakonizm, (choć) umie pisać b. przystępnie („cyberczwartki”) i bywa autorem mocnych memów.

W linkowanej notce (przypomniał mi się tytuł z Różewicza: Nic w płaszczu Prospera; tutaj „nic z twarzą Kondrata”) na samym początku pojawia się payperwall. Pejperwal. Papier jako płatny mur.

Ale to przecież nie jedyna interpretacja: mocny mem miewa parę den. Np. „płać (oddzielnie) od (każdego) muru”, choćby każdy z nich odgradzał od tego samego.

9 razy uznano, że da się to czytać

Pod poprzednią blogonotą odbiliśmy się od (bylejakiej) wypowiedzi Michnika, żeby (nadspodziewanie serio) pogadać o zarządzaniu wykluczeniem w sferze symbolicznej, m.in. o tym, jak wąski jest (by użyć sformułowania WO)

szlak żeglugowy między Scyllą „odrzućmy głos wykluczonych, bo Otchłanny” a Charybdą „dowartościujmy teorie spiskowe, bo to głos wykluczonych”

Osiową, choć nie do końca ujawnioną figurą tych rozważań była pozycja „światłego obywatela”, z której od 1 połowy lat 90. poucza się społeczeństwo – powołując się na lepszą, ekspercką wiedzę – o tym, co jest „racjonalnie” dla niego lepsze. Zwłaszcza podczas przedwyborczej mobilizacji mieszczańskie centrum i jego organ, „Gazeta Wyborcza”, wpadają w ton „właściciela racjonalizmu”, piętnując w mocnych słowach niedostatecznie takiemu racjonalizmowi podporządkowanych.

W dyskusji sheik.yerbouti napisał, zwracając się do mnie:

Doskonale rozumiem, dlaczego ten dyktat (uzurpacja) racjonalności Cię męczy i rodzi bunt. Tylko co jest alternatywą?

Odłożyłem sprostowanie na później, a tu tymczasem odbyły się wybory i temat przedwyborczej gorączki/histerii raptownie stracił na popularności (bo nie na znaczeniu).

Otóż nie, dyktat czy uzurpacja „światłego obywatela” nie rodzi we mnie odruchu buntu i nie angażuje mi zbytnio emo. To są rzeczy opisane i zrozumiałe, w sensie: dające się wyjaśnić, pokazać, zdekonstruować; zamiast emo-buntu lepsze jest wskazywanie palcem: o, tu i tu.

Emocje zdziwienia i niedowierzania budzi we mnie coś innego. To, że mimo tylu lat i tak wyraźnych oznak, że to postawa przeciwskuteczna, mobilizująca sprzeciw, organ mieszczaństwa i jego tuzy pozwalają sobie na tak niesłychany, protekcjonalny ton moralnej wyższości.

Jeden z głównych funkcyjnych „GW”, Piotr Pacewicz, pisze na gorąco, w godzinę po końcu tzw. ciszy wyborczej:

Spodziewając się dobrego wyniku Palikota posłałem mu w niedzielę smsa: „Może to naiwne, ale chciałbym, żeby pan okazał się człowiekiem ideowym i nie oszukał wyborców. Zresztą tylko wtedy ma pan szanse na sukces w dłuższej perspektywie”. Odpowiedział: „No tak!”.

Pacewiczu #wtf, Instancjo Moralna Ty Nasza. Najświatlejszy Obywatelu.

6 razy uznano, że da się to czytać

Nie do końca umiemy rozszyfrować powody, dla których wiele osób, które nie muszą podzielać fobii czy ambicji Jarosława Kaczyńskiego, Jacka Kurskiego, Ziobry czy posła Hofmana, ufają tym ludziom bardziej niż innym. To podstawowe pytanie, które humanistyka, publicystyka powinna sobie postawić już w powyborczy poniedziałek

– zeznał Adam Michnik w TokFM, w piątek, 7 października 2011, dwa dni przed wyborami. Owszem, tzw. kampania wyborcza jest zazwyczaj pełna kuriozalnych zdań, aktów, deklaracji, kostiumów; nawet szeroko rozlewające się przed wyborami morze żeny ma swoje kuriozalne wykwity überżeny (wobec których myśli się o samobójstwie lub natychmiastowej emigracji, bo po prostu świadomość dzielenia języka czy kraju z pewnymi ludźmi wydaje się nie do zniesienia).

Ale to zdanie Michnika jest wybitne; sprowadziło na mnie osłupienie. Dlaczego owo „podstawowe pytanie” ma sobie „humanistyka, publicystyka” stawiać dopiero w powyborczy poniedziałek? Coś ty robiła, humanistyko-publicystyko, przez 4 lata, a zwłaszcza przez ostatnie półtora? Gdzieżeś była, diagnozo społeczna, czemu nie stawiałaś sobie pytania, co jest powodem, że tylu ludzi nie ufa za cholerę Platformie, Stronnictwu, Sojuszowi? Że omijałyście „Wyborczą”, widać.

„Kłamczuchy i mitomani” (Michnik), „szaleńcy” (Kowalski), mogę się bez problemów zgodzić z tymi określeniami pisokaczyzmu. Ale ogłaszać, że analizą, czemu ów pisokaczyzm ma paromilionowy elektorat, należy się zająć od poniedziałku?

Odpowiadając na przedwyborczą agitkę Kowalskiego, Krytyka Polityczna konkluduje:

Obnażanie zła populizmu bez odważnej refleksji na temat jego źródeł, jak widać nie załatwia sprawy, skoro zagrożenie nie znika. W jednym się na pewno i od zawsze możemy zgodzić: dopuszczenie Kaczyńskiego do władzy oznacza w najlepszym razie zmarnowane lata dla Polski, a w najgorszym bezwstydne zawłaszczenie instytucji publicznych przez ludzi niemądrych i nieodpowiedzialnych. Niech każdy wyciągnie z tego swoje wnioski w czasie wyborów, ale także po nich. Najlepiej takie, żeby nie trzeba było za cztery lata apelować znowu o to samo, czyli jak nie dopuścić Kaczyńskiego do władzy. Jeśli to jest maksimum możliwości polskiej polityki, to szkoda Polski.

No właśnie.

* * *

Jeszcze jedno. W linkowanej rozmowie Michnik porównuje Polskę cieleśnie:

[...] nie można być fatalistą. Skoro się walnąłem w nogę, to nie znaczy, że taka była konieczność dziejowa. Powinienem uważać, by drugi raz się nie walnąć. Polska jako całość rąbnęła się w nogę i ma siniaka. Ten siniak się nazywa PiS.

Poza tym – ciało zdrowe, niech tylko siniak zejdzie. Aha. No i zacząłem się zastanawiać nad nośnością tej cielesnej metafory. Mózg wypalony (ołów do ucha lany przez kler)? Żołądek w spazmach (nieustająca sonda rynkowo-marketoidowa)? Owałaszenie (prokuratura i sądy wobec przemocy domowej i publicznej)? Jakieś to niesmaczne, sam pomysł, że kraj jest jednym organizmem, co to wstanie po odsiniaczeniu i pójdzie w słusznym kierunku, a każden jeden organ niech zna swoje miejsce. Nie, to jakieś paramonarchistyczne porno, nawet gdy monarchia przedstawia się jako „oświecona”.

Ale korzystając z licencji wydanej przez tę poetykę, nie mogę sobie odmówić: należy się solidny kop w dupę.

14 razy uznano, że da się to czytać

1995

W 1995 roku opiekę nad stronami www roztoczył dział nauki, który publikował codziennie kilka najważniejszych informacji.

1998

Stale przybywali nam nowi czytelnicy, dlatego też redakcja działu nauki intensywnie dbała o poprawność językową polskich internautów.

1999

Jesienią 1999 roku witryna www.gazeta.pl przeszła wielką metamorfozę. Nowoczesny design pozwalał czytelnie rozłożyć treść, nie tylko codziennych wiadomości gazetowych, ale też poradników z licznych dodatków tematycznych. W ten sposób powstały zalążki serwisów tematycznych Praca, Dom czy Auto.

2000

Rok 2000 był wyjątkowy, zapoczątkował bowiem proces zmian, w wyniku których powstał portal Gazeta.pl. [...] Szefem Projektu Internet została Helena Łuczywo, członek zarządu Agory i zastępca redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”. [...]

Helena Łuczywo, tak komentowała zmiany: „Jesteśmy w połowie drogi, ale już wiemy, że uda nam się zrealizować projekt, którego nikt na świecie jeszcze nie zrobił. Uczestniczy w nim bowiem pośrednio lub bezpośrednio prawie cały trzytysięczny zespół Agory w tym 20 naszych lokalnych oddziałów i wszystkie działy sprzedaży. Obecne strony to zaledwie przedsmak tego, co planujemy”. We wrześniu ogłoszona została nazwa portalu. Dla wielu zapewne była to wielka niespodziankaJ Helena Łuczywo argumentowała wybór tak: „[...] ostatecznie, po długich, często burzliwych, dyskusjach, zadecydowaliśmy, że nazwa portalu będzie taka sama, jak obecna strona internetowa „Gazety Wyborczej”, czyli www.gazeta.pl.”

2001

Niestety, po oficjalnym starcie portalu zdarzało się, że jakiś moduł ginął, a wtedy użytkownicy Gazeta.pl otrzymywali komunikaty w stylu: „Zośka, portal do Ciebie”, „Kontakt z agentem zerwany” albo „Hej młody junaku smutek zwalcz i strach. Przecież na tej stronie, za trzydzieści lat, powstanie z pewnością jasny, długi, prosty, szeroki jak morze portal agorowski”.

2003

Zmieniliśmy strukturę logiczną zasobów w oparciu o fraktalne drzewo Fibonacciego.

2004

Ówczesny użytkownik Gazeta.pl (według danych NetTrack SMG/KRC) był dobrze wykształcony (aż 56% z nich legitymuje się wyższym wykształceniem), dojrzały (przeważały osoby starsze niż przeciętny polski użytkownik sieci — 68% miało więcej niż 24 lat), pracujący, mający ponadprzeciętne dochody. Z badania wynikało również, że użytkownicy Gazeta.pl to doświadczeni internauci.

2006

Istotnym elementem strategii w 2006 roku było rozdzielenie Gazeta.pl i serwisu internetowego „Gazety Wyborczej”. W październiku uruchomiony został serwis GazetaWyborcza.pl, skierowany do czytelników Gazety Wyborczej oraz do osób zainteresowanych publicystyką i bieżącymi wydarzeniami z kraju i ze świata.

2011

Rośliśmy szybciej niż rynek, by po dziesięciu latach istnienia móc pochwalić się prawie 12 milionami użytkowników, zasięgiem na poziomie 63,9% i miejscem w czołówce największych polskich portali.

Wszystkie cytaty powyżej z oficjalnej historii portalu. Podkreślenia moje, ale osobliwości interpunkcji (w tym: „J” zamiast kropki) – ich.

2011

Zaś Gazeta.pl to nie to samo, co „Gazeta Wyborcza” i jej strona internetowa Wyborcza.pl. Bywa nawet, że coś zupełnie innego.

To wyżej to Smoleński przełykający Katarynę z takim trudem, że dwukrotnie zaczyna zdanie od „zaś” i mija się z gramatyką o wstydliwy kilometr („Co prawda nie w matematyce, gdyż podając swoje typy wyborcze Katarynie wyszło, że do Sejmu wejdzie mniej posłów niż wchodzi.”).

6 razy uznano, że da się to czytać

Chciałem powiedzieć, że dyskusje trwające ostatnio na sąsiadujących z moim blogach (ale i na społecznościówkach) popadają w rytualny chaos, jednak najprawdopodobniej nie zostałbym właściwie zrozumiany. Więc najpierw trochę wstępu [*].

trochę wstępu

[diagram za: Czyżewski, Kowalski, Piotrowski (red.), Rytualny chaos. Studium dyskursu publicznego]

Kluczowa, jak widać, jest kategoria „przekładalności perspektyw”, oznaczająca domniemanie, że ludzka wiedza praktyczna, wynikająca z socjalizacji jednostki i jej doświadczeń życiowych, warunkująca sposób widzenia świata, relacji międzyludzkich i społecznych, zasadniczo jest (lub może być) dzielona między jednostkami. Że, na przykład, ktoś, kto trawi życie na wskaźnikach makroekonomicznych i szuflowaniu środków między jedną przegródką budżetu państwa a drugą, jest w stanie pojąć związek tych ruchów z taką a nie inną sytuacją życiową innego kogoś, z rzadka posługującego się terminem budżet, a i to tylko wobec ponurej sytuacji comiesięcznego drastycznego niedoboru.

Orientacja A umożliwia kompromis, porozumienie; prowadzi do (realnego lub pozornego) zażegnania konfliktu. Orientacja B prowadzi do ujawnienia rozmiarów konfliktu (oto jeszcze inny przykład nieprzekładalności perspektyw: „niech jedzą ciastka”), może prowadzić do przełomu, ale też i do klinczu.

Cztery są (potęgi dwójki nastrajają ufnie, w sprawie kompletności) podstawowe mechanizmy dyskursu publicznego:

  • porozumienie – to produktywna ścieżka orientacji A; strony zawierają jakiś rodzaj ugody roboczej, co umożliwi im podjęcie praktycznych działań, oznaczonych tu jako projekt;
  • ceremonia – odnosi się do sytuacji, w której z dyskursu wykluczane są głosy ujawniające czy podkreślające różnice stanowisk, dzięki takiej kontroli dyskurs ogranicza się do ceremonialnego performowania ładu i zgody; klasycznym przykładem mogą być cenzurowane media państw totalitarnych czy totalizujących, ale i w demokracjach ceremonialne fasady skrywają (próbują skrywać) głębokie konflikty;
  • dramat społeczny – to w dyskursie spektakl w czterech aktach: wyartykułowanie konfliktu, jego eskalacja, opanowywanie (twórcze opracowanie napięć; propozycje rozwiązania, inicjatywy) i zakończenie, które może polegać albo na jakimś rodzaju porozumienia roboczego, albo też na stabilizacji poprzedniego stanu rzeczy, na innym – jednak – poziomie społecznej samowiedzy; spójrzcie na przykład na dramat społeczny pt. „równouprawnienie a kobiety w polityce”, kwoty jako porozumienie robocze, nie przesuwające bardzo granic status quo ante, ale wyraźnie przesuwające granice świadomości społecznej – czy realna, czy świadomościowa, zachodzi jakaś przemiana;
  • rytualny chaos – to dyskurs poniekąd zdegenerowany, w którym ostentacyjnie łamie się i lekceważy orientację na przekładalność perspektyw, w rezultacie niechęci do kompromisu dyskurs rozpada się na rytualnie skonwencjonalizowane monologi, zostaje praktycznie zablokowany, i zamiast możliwości produktywnego przepracowania konfliktu mamy stan chaosu komunikacyjnego przy pozorach stabilności sytuacji (tak w Polsce wygląda św. konflikt PO – PiS, tak wygląda dyskurs aborcyjny); przedłużający się stan rytualnego chaosu, gdy nie jest niwelowany innymi mechanizmami, prowadzi do anomii, która owocuje frustracją, wkurwieniem, emigracją i innymi ponurymi zjawiskami, z samobójstwami włącznie.

Duży napis „inscenizacje / komentarze” przypomina o materii dyskursu publicznego, o tym, że żyjemy w społeczeństwie spektaklu. Płynie stąd praktyczny wniosek taki, żeby nie zajmować się jednocześnie funkcjonalną rolą / skutkami wypowiedzi w dyskursie oraz intencjami jego aktorów. (Intencje w ogóle należą do porządku narracji sentymentalnej.)

trochę zakończenia

Chciałem właściwie powiedzieć tylko jedno zdanie, ale że już je powiedziałem na samym początku blogonoty, to zmierzam do zakończenia.

Główną siłą w Polsce, która notorycznie olewa zasadę przekładalności perspektyw, jest katolicyzm (zinstytucjonalizowany i upolityczniony). Świeżą ilustrację znajdziemy w notce Telemacha o dwójjęzyku wokołoaborcyjnym, w której analizuje się podstawowy element dyskursu publicznego: język. Jednak stałych czytelników niniejszego bloga nie trzeba przekonywać: dostawy przykładów trwają 24/7/365.

Ale ostatnio zajmował nas inny temat: „terrorysta Andrzej Ż.”. Bez żadnego wprowadzenia (szczegóły znajdziecie w zalinkowanych niżej notkach) wskoczmy w środek rzeczy.

Oto premier odwiedza w szpitalu odratowanego przed całkowitym samospaleniem Ż., a nawet składa jakąś obietnicę „ponownego zbadania spraw(y)”. Mniejsza o detale. Dlaczego Tusk to robi? Żeby w gorącym przedwyborczym okresie ujawnić się jako Harun al Raszyd („tak, krążę między wami i obserwuję wasze sprawy; dziś zdejmuję kaptur, ujrzyjcie moją empatię”; por. 1001 nocy).

W GW Sroczyński reaguje notką, w której przedstawia Andrzeja Ż. jako terrorystę, zagrażającego „umowie społecznej”.

W rzeczywistości GW (nie po raz pierwszy, nie po raz ostatni) tym głosem Sroczyńskiego broni pewnej fasady: państwo prawa, procedury odwoławcze itd.; zasadniczo jest OK. Rozpoznajemy taki głos w dyskursie jako ceremonialny, zwłaszcza że dziennikarz przesadza w perswazyjnej retoryce (przemoc symboliczna), sugerując po pierwsze, że idea państwa prawa jest również w każdym swoim (często ponurym) praktycznym aspekcie popierana przez ogół obywateli, że to zatem „umowa społeczna”, i że, po drugie, Ż. jest winien aktu „terroryzmu” (obnażającego, przecież widzimy, pozorność tego równania).

Ową „umowę społeczną” zaatakował od strony (powiedzmy) teoretycznej Czescjacek, w piekielnie ironicznej i świetnej notce o podpalaniu demokracji, a znowuż Eli Wurman – od strony (powiedzmy) empatycznej, wskazując na pozorność fasady państwa prawa, w równie świetnej notce o opóźnionym zapłonie. Przemoc (symboliczna) dziennikarza GW została odparta.

W dwu innych notach zajęto się samym medium (które jest przekazem, wiadomo, nespa), czyli GW. Notka Fronesisa jest jakby rozwiniętą ilustracją do narzędzi opisu, które przytoczyłem wyżej, z naciskiem na powody, dla których GW tak skwapliwie staje po stronie ceremonii.

Natomiast debiutancka notka Sergia najciekawsza jest we fragmencie roztrząsającym, czemu dziennikarzom (nie tylko zresztą Wyborczej, to już mój dopisek) bardziej opłaca się (re)produkcja rytualnego chaosu. Rzeczywiście, bezczelność pracowników mediów (jak bardzo to powszechne?) bywa już dziś tak wielka, że nawet nie udają jakiegokolwiek przejęcia, hm, etosem profesji; twierdzą w żywe oczy, że skoro się (ich smutna działalność) opłaca, to nie tylko są bez żadnej winy, ale wręcz godni podziwu.


[*] aparat pojęciowy i diagram za: M. Czyżewski, S. Kowalski, A. Piotrowski, Rytualny chaos. Studium dyskursu publicznego; google it

11 razy uznano, że da się to czytać

« Older entries § Newer entries »