Chciałem powiedzieć, że dyskusje trwające ostatnio na sąsiadujących z moim blogach (ale i na społecznościówkach) popadają w rytualny chaos, jednak najprawdopodobniej nie zostałbym właściwie zrozumiany. Więc najpierw trochę wstępu [*].
trochę wstępu
![[diagram za: Czyżewski, Kowalski, Piotrowski (red.), Rytualny chaos. Studium dyskursu publicznego; google it] [diagram za: Czyżewski, Kowalski, Piotrowski (red.), Rytualny chaos. Studium dyskursu publicznego]](/wp-content/uploads/2011/10/diagram-480x348.jpg)
Kluczowa, jak widać, jest kategoria „przekładalności perspektyw”, oznaczająca domniemanie, że ludzka wiedza praktyczna, wynikająca z socjalizacji jednostki i jej doświadczeń życiowych, warunkująca sposób widzenia świata, relacji międzyludzkich i społecznych, zasadniczo jest (lub może być) dzielona między jednostkami. Że, na przykład, ktoś, kto trawi życie na wskaźnikach makroekonomicznych i szuflowaniu środków między jedną przegródką budżetu państwa a drugą, jest w stanie pojąć związek tych ruchów z taką a nie inną sytuacją życiową innego kogoś, z rzadka posługującego się terminem budżet, a i to tylko wobec ponurej sytuacji comiesięcznego drastycznego niedoboru.
Orientacja A umożliwia kompromis, porozumienie; prowadzi do (realnego lub pozornego) zażegnania konfliktu. Orientacja B prowadzi do ujawnienia rozmiarów konfliktu (oto jeszcze inny przykład nieprzekładalności perspektyw: „niech jedzą ciastka”), może prowadzić do przełomu, ale też i do klinczu.
Cztery są (potęgi dwójki nastrajają ufnie, w sprawie kompletności) podstawowe mechanizmy dyskursu publicznego:
- porozumienie – to produktywna ścieżka orientacji A; strony zawierają jakiś rodzaj ugody roboczej, co umożliwi im podjęcie praktycznych działań, oznaczonych tu jako projekt;
- ceremonia – odnosi się do sytuacji, w której z dyskursu wykluczane są głosy ujawniające czy podkreślające różnice stanowisk, dzięki takiej kontroli dyskurs ogranicza się do ceremonialnego performowania ładu i zgody; klasycznym przykładem mogą być cenzurowane media państw totalitarnych czy totalizujących, ale i w demokracjach ceremonialne fasady skrywają (próbują skrywać) głębokie konflikty;
- dramat społeczny – to w dyskursie spektakl w czterech aktach: wyartykułowanie konfliktu, jego eskalacja, opanowywanie (twórcze opracowanie napięć; propozycje rozwiązania, inicjatywy) i zakończenie, które może polegać albo na jakimś rodzaju porozumienia roboczego, albo też na stabilizacji poprzedniego stanu rzeczy, na innym – jednak – poziomie społecznej samowiedzy; spójrzcie na przykład na dramat społeczny pt. „równouprawnienie a kobiety w polityce”, kwoty jako porozumienie robocze, nie przesuwające bardzo granic status quo ante, ale wyraźnie przesuwające granice świadomości społecznej – czy realna, czy świadomościowa, zachodzi jakaś przemiana;
- rytualny chaos – to dyskurs poniekąd zdegenerowany, w którym ostentacyjnie łamie się i lekceważy orientację na przekładalność perspektyw, w rezultacie niechęci do kompromisu dyskurs rozpada się na rytualnie skonwencjonalizowane monologi, zostaje praktycznie zablokowany, i zamiast możliwości produktywnego przepracowania konfliktu mamy stan chaosu komunikacyjnego przy pozorach stabilności sytuacji (tak w Polsce wygląda św. konflikt PO – PiS, tak wygląda dyskurs aborcyjny); przedłużający się stan rytualnego chaosu, gdy nie jest niwelowany innymi mechanizmami, prowadzi do anomii, która owocuje frustracją, wkurwieniem, emigracją i innymi ponurymi zjawiskami, z samobójstwami włącznie.
Duży napis „inscenizacje / komentarze” przypomina o materii dyskursu publicznego, o tym, że żyjemy w społeczeństwie spektaklu. Płynie stąd praktyczny wniosek taki, żeby nie zajmować się jednocześnie funkcjonalną rolą / skutkami wypowiedzi w dyskursie oraz intencjami jego aktorów. (Intencje w ogóle należą do porządku narracji sentymentalnej.)
trochę zakończenia
Chciałem właściwie powiedzieć tylko jedno zdanie, ale że już je powiedziałem na samym początku blogonoty, to zmierzam do zakończenia.
Główną siłą w Polsce, która notorycznie olewa zasadę przekładalności perspektyw, jest katolicyzm (zinstytucjonalizowany i upolityczniony). Świeżą ilustrację znajdziemy w notce Telemacha o dwójjęzyku wokołoaborcyjnym, w której analizuje się podstawowy element dyskursu publicznego: język. Jednak stałych czytelników niniejszego bloga nie trzeba przekonywać: dostawy przykładów trwają 24/7/365.
Ale ostatnio zajmował nas inny temat: „terrorysta Andrzej Ż.”. Bez żadnego wprowadzenia (szczegóły znajdziecie w zalinkowanych niżej notkach) wskoczmy w środek rzeczy.
Oto premier odwiedza w szpitalu odratowanego przed całkowitym samospaleniem Ż., a nawet składa jakąś obietnicę „ponownego zbadania spraw(y)”. Mniejsza o detale. Dlaczego Tusk to robi? Żeby w gorącym przedwyborczym okresie ujawnić się jako Harun al Raszyd („tak, krążę między wami i obserwuję wasze sprawy; dziś zdejmuję kaptur, ujrzyjcie moją empatię”; por. 1001 nocy).
W GW Sroczyński reaguje notką, w której przedstawia Andrzeja Ż. jako terrorystę, zagrażającego „umowie społecznej”.
W rzeczywistości GW (nie po raz pierwszy, nie po raz ostatni) tym głosem Sroczyńskiego broni pewnej fasady: państwo prawa, procedury odwoławcze itd.; zasadniczo jest OK. Rozpoznajemy taki głos w dyskursie jako ceremonialny, zwłaszcza że dziennikarz przesadza w perswazyjnej retoryce (przemoc symboliczna), sugerując po pierwsze, że idea państwa prawa jest również w każdym swoim (często ponurym) praktycznym aspekcie popierana przez ogół obywateli, że to zatem „umowa społeczna”, i że, po drugie, Ż. jest winien aktu „terroryzmu” (obnażającego, przecież widzimy, pozorność tego równania).
Ową „umowę społeczną” zaatakował od strony (powiedzmy) teoretycznej Czescjacek, w piekielnie ironicznej i świetnej notce o podpalaniu demokracji, a znowuż Eli Wurman – od strony (powiedzmy) empatycznej, wskazując na pozorność fasady państwa prawa, w równie świetnej notce o opóźnionym zapłonie. Przemoc (symboliczna) dziennikarza GW została odparta.
W dwu innych notach zajęto się samym medium (które jest przekazem, wiadomo, nespa), czyli GW. Notka Fronesisa jest jakby rozwiniętą ilustracją do narzędzi opisu, które przytoczyłem wyżej, z naciskiem na powody, dla których GW tak skwapliwie staje po stronie ceremonii.
Natomiast debiutancka notka Sergia najciekawsza jest we fragmencie roztrząsającym, czemu dziennikarzom (nie tylko zresztą Wyborczej, to już mój dopisek) bardziej opłaca się (re)produkcja rytualnego chaosu. Rzeczywiście, bezczelność pracowników mediów (jak bardzo to powszechne?) bywa już dziś tak wielka, że nawet nie udają jakiegokolwiek przejęcia, hm, etosem profesji; twierdzą w żywe oczy, że skoro się (ich smutna działalność) opłaca, to nie tylko są bez żadnej winy, ale wręcz godni podziwu.
[*] aparat pojęciowy i diagram za: M. Czyżewski, S. Kowalski, A. Piotrowski, Rytualny chaos. Studium dyskursu publicznego; google it
11 razy uznano, że da się to czytać
Recent Comments