Niniejsza blogonota jest mocno powiązana z wpisem o poezji, sugeruję lekturę obu przed skomentowaniem (gdyby się komuś chciało).


A teraz przejdźmy do konkretów. Powiedzmy „sprawdzam” tekstowi Pawła Kozioła z Lampy, od którego wszystko się zaczęło.

Wierszyk Krzysztofa Świerkosza:

noc dziś ciepła jak na tę porę roku
zasłania się miasta witrażem – rozmarzona kotka
ciekawe
kogo dzisiaj spotkam

kogo
spotka ona
z kim śpi moja była żona

Wysunąłem hipotezę, że wiersz programuje czytelnika, sprawdźmy, jak działa powyższy programik.

noc dziś ciepła jak na tę porę roku

Wiosna albo jesień. Latem takich rzeczy się nie mówi, zimą brzmiałoby absurdalnie. Obstawiam wiosnę (potwierdzenie w następnym wersie: „rozmarzone kotki” to figura wczesnej wiosny). Kto to mówi? Zapewne facet (zbadałem hipotezę, że to kobieta, której poprzedni związek z inną się skończył: wysoce nieprawdopodobne po polsku, wysoce nieprawdopodobne u męskiego autora).

Skąd wie, że „noc ciepła”? Najprostsze rozumowanie jest takie, że szykuje się do wieczornego wyjścia „w miasto”, otworzył okno i, podziwiając panoramę miasta, czuje ciepłe wieczorne podmuchy.

zasłania się miasta witrażem – rozmarzona kotka

Musi mieć niezły widok, może nie od razu Empire State Building, ale coś w rodzaju warszawskiego mostu świętokrzyskiego z podświetlonym olinowaniem. Obrazek jest bombonierkowy, jeśli jeszcze nie jesteśmy w klimacie komedii romantycznej, to „rozmarzona kotka” jest kropką nad i.

W przyrodzie nie ma rozmarzonych kotek, to zwierzęta konkretne, skupione na sobie, zawijające wokół siebie czasoprzestrzeń; błysk bursztynowego (zielonego) oka jest – realnie – światełkiem z wewnątrz tajemniczego tunelu Obcości i SamoSobieWystarczania.

„Rozmarzona kotka” to figura popkultury: kobieta miękko spoczywająca na (wybaczcie) łożu nocy, błądząca myślą po Kosmosie Kobiecości, czekająca na Niego. Noc jako rozmarzona kotka. Oto Obietnica dla samca, oto i on nadchodzi.

ciekawe

W oddzielnym wersie. Narrator nadal stoi przed obiecującą panoramą (możliwości), ale wraca myślą do siebie. Spokojnie. Wyrównany oddech, pewność siebie, gotowość & wiara.

kogo dzisiaj spotkam

Ani mu przez głowę przemknie pytanie, czy spotka. Się zastanawia tylko nad tym, kogo.

A co to znaczy poza sygnałem pełnej wiary, że Obietnica się ziści, sygnałem pewności siebie? Ano to, że jest free, singiel, nocny łowca, Sex and the City w wersji soft męskiej. Dlaczego soft? Bo nie robi wiochy a la Świetlicki [to żart], nie zastanawia się „kogo dziś przelecę”, nie, jest elegancki, stonowany i dyskretny. Komedia romantyczna.

kogo

Znowu w wydzielonym wersie, echo pierwszego „kogo”, aż się widzi, jak mózg pracuje. Od „ja spotkam kogoś” (for sure) do „spotykania kogoś” w ogóle, do refleksji, że (ojej!) ludzie się spotykają, tak to już jest (nadal spokojnie, no bo przecież: Taka. Jest. Kosmiczna. Reguła).

spotka ona

Jaka „ona”? Chodzi o „noc” (vel „rozmarzoną kotkę”)? A może o kobietę, o której wie narrator, że będzie jego Darem Nocy? Nielogiczne, przecież ta, którą spotka on, wzajemnie i symetrycznie – spotka jego. To przesądzone. Wkrada się tajemnica. O kim teraz on mówi?

z kim śpi moja była żona

What’s up, doc? Ona = była żona? (Potwierdzałby to najbanalniejszy z możliwych rymów, nieprawdaż.) Ale jak to? „Kogo spotka” w czasie przyszłym (znaczy, jeszcze nie spotkała), a „z kim śpi” – w teraźniejszym?

A może to nie jest jedno pytanie, a dwa niezależne, choć w tym samym temacie? Jego była żona z kimś śpi (z automatu uogólniamy do „sypia”, znaczy teraz z jednym-z-wielu, albo „jest związana do seksu włącznie” w ramach serial monogamy z kimś jednym, choć nieznanym byłemu mężowi), ale może to nie oznacza jeszcze, że spotkała (już).

Co tu się dzieje? Ano, chyba to (piszę „chyba”, bo to hipoteza opierająca się na uspójnieniu pozornej nielogiczności i niespójności czasów gramatycznych, ale przecież nie można wykluczyć, że autorowi się omskło [*]), że działa tu ta sama ideolo-podszewka, co w Sex and the City. Że owszem, free sex jest OK, ale pod swobodą życiową i obyczajową kryje się komedio-romantyczna tęsknota za Spotkaniem przez wielkie S.

[*] nie powinno się tak zakładać, wariant „omskło się” (znaczy: autor sam nie wie, co pisze) to ostateczność, do utworu trzeba podchodzić z maksimum dobrej woli (albo – wcale)

 
Zarzut Pawła Kozioła brzmiał:

Wciąż dobrze trzyma się szkoła, według zasad której wiersze, zwłaszcza kiedy dotyczą układów miłosnych, odczuwania przyrody i innych takich kwestii, powinny sycić pięknem i ociekać słodyczą. To, że czytelnik czegoś takiego prędzej zrobi się wściekle ironiczny niż tak szczęśliwy, jakby mu gębę przytkać cukierkiem potocznie nazywanym mordoklejką, słodzącym autorom z reguły do głowy nie przychodzi.

Czy wierszyk pod wyimaginowanym tytułem Pan kot idzie zdobywać noc jest przesłodzony i budzi wściekle-ironiczne instynkty?

Częściowo tak: jest przesłodzony i budzi średnio ironiczne instynkty.

Na plus autorowi – lekkość. Na minus – banał i fikcyjność psychologiczna narratora.

Całość nadaje się na kartkę walentynkową, na której romantyczny rozwodnik pod czterdziestkę dopisze własną ręką: „To Ty, to Ciebie – wreszcie – Spotkałem”.

Kozioł częściowo zrehabilitowany.

 

Może tu jeszcze dopiszę coś o wykpiwaniu przez Kozioła frazy:

płatek śniegu kocie pióro czeska mapa

marnym wykpiwaniu. Ujmę to inaczej: złe metody w słusznej sprawie. Ale na razie muszę zająć się czym innym.

Na swoim starym blogu wkleiłem trzy jutuby z Rameau wg Les Arts Florissants (działają) i trzy jutuby z Tin Hat Trio (działają 2 na 3); wychodzi jedna jutubka na kwartał: mało.

W pierwszym wkleju obraz pokazywał fantastyczny balet, a w drugim – sympatyczne animacje. Więc wydała mi się uzasadniona ta ekstrawagancja (takie wkleje narażone są na erozję, bo sieć w ogóle jest erozyjna i linki, zwłaszcza do muzyki czy wideo, potrafią zdychać bez ostrzeżenia).

Nie załapałem się na MTV i pochodne. Dlatego, zasadniczo, nie lubię mieszać obrazu do muzyki (chyba że ma to jakieś uzasadnienie, jak wyżej). Mało tego, nawet nie lubię mieszać słów do muzyki, bo są albo miałkie i wcale nie chce ich się słyszeć, albo, przeciwnie, choć wyjątkowo rzadko, robią jakąś synergię z muzyką, która porusza i wytrąca z równowagi, a nie po to się słucha (tak na co dzień), żeby samego siebie wytrącać z równowagi.

Krótko mówiąc, trzymam muzykę w bezpiecznym rezerwacie sztuk asemantycznych, a samego siebie – w rezerwacie niedzisiejszości.

* * *

Z tego rezerwatu wychynąłem dzięki notce mrwMarinie and the Diamonds. Choć tak naprawdę jest to opowiadanie nie o Marinie, a o słuchaniu/oglądaniu Mariny. Takie jak trzeba, zwięzłe, z narracją, flowem, stosownie osobiste, stosownie dygresyjne i kumulujące (narzekałem ostatnio na niekumulatywność w sieci, ale, oczywiście, pojedynczy a konsekwentny autor może się autoskumulować w stopniu, jak mrw, wybitnym). Oblazłem wszystkie zamieszczone linki, obejrzałem wszystkie cztery zamieszczone teledyski. Parę razy.

Sprawozdaję: ze wszystkim, co mrw napisał, się zgadzam. Rzeczywiście, pierwszy teledysk zbyt holywoodzki; zresztą, zawsze wolę rozmaite indies od mainstreamów. Rzeczywiście, Marina ślicznie się uśmiecha w Obsessions i, rzeczywiście, jest coś niesamowitego w kawałku robocim. No i, bez dwóch zdań, teledysk Mowgli’s Road zrobiony jest genialnie, choć na (genialnie) prostym pomyśle oparty. Nawet refleksje wokołowalijskie kupuję bez zastrzeżeń. (Siła flowu.)

* * *

To co o chodzi? Jak dotąd nie napisałem niczego, co usprawiedliwiałoby zabieranie wam czasu.

Ano o to, że postanowiłem zrobić próbę ślepego i posłuchać tych kawałków bez obrazu. Też parę razy. I widzę, że subiektywna jakość (muzyczna) spadła na łeb. Nie miałbym żadnego odruchu wrócenia do Mariny po przypadkowym usłyszeniu w radiu (no, może z wyjątkiem I am not a robot: tu się rzeczywiście dzieje). Czysto muzycznie: wracam do rezerwatu.

A morał? Nie miałem pojęcia, w jak niesłychanym stopniu warstwa wideo uatrakcyjnia!

Jest odwrotnie, niż myślałem: to nie obraz (słowa) rozpraszają, odrywając od słuchania, to obraz sprawia, że muzyka jest słuchable. Teraz pięć razy pomyślę, zanim kliknę play jutuby.

o poezji

1

Siedem miesięcy temu, niemiłosiernie choć krótko meandrując (co się poniekąd opłaciło w komentarzach), zwierzyłem się ze znaleziska:

Znalazłem bloga-potwora,
który mnie wessał jak nora.

Ale się nie podzielę, bo... i tak jest za dużo do czytania, za dużo.

Jedna osoba napadła mnie później mailem i dostała namiar na bloga-potwora (no bo czemu nie?); może nie odniosła jakichś poważniejszych szkód mentalnych. Sam bowiem miałem problem z tym blogiem, nieogarniętym, mrocznym chaosem nieporządnie wklejonych na-pisanych i prze-pisanych tekstów, pływającym w drugim chaosie setek (tak, setek) obrazków. Był w tym pewien porządek, którego wykrycie raz wydawało się na wyciągnięcie ręki, a raz – złudą, niczym nie usprawiedliwiającą ogromu inwestycji lekturowej. Słowem, było jak u Chandlera:

Zbudowali piramidy i znudzili się nimi, i zburzyli je, i zmełli kamień na asfalt, żeby zbudować tamę, zbudowali ją i napuścili wody, i z wody zafundowali sobie potop.
[Żegnaj, laleczko, przeł. Ewa Życieńska]

2

Z tego właśnie bloga-potwora pochodzi poniższy cytat, który od razu po przeczytaniu odłożył się w pamięci jako „materiał do późniejszego wykorzystania”:

[...] nie jestem znawcą poezji ani jej żarliwym (poza kilkoma poetami) czytelnikiem. Poezja jest dla mnie przede wszystkim teatrem spojrzeń, grą spojrzeń między językiem a poetą i dalekim widzem. Grą pary aktorów. Reżyserią chwili wymiany spojrzeń. To gra prawdomówności, iluzji, kłamstewek. To w tej właśnie przestrzeni rozgrywa się osobliwy przypadek miłości na scenie, gdy – idąc za słowami Kafki  – aktorka potrafi darzyć fałszywym uśmiechem swego kochanka, posyłając jednocześnie ukradkiem szczególnie podstępny uśmiech jakiemuś wybranemu widzowi z ostatniej galerii.
[stąd; podkr. moje]

A okazją do wykorzystania tego materiału stała się dyskusja pod blogonotą Kocie pióro na blogu mrw, której uczestnicy – w większości – też uznają za stosowne podkreślanie nieznania się na poezji.

3

Tak jakby trzeba było się znać, by zabierać głos. No i co to znaczy „być znawcą”? Chodzi o cenzus akademicki? A może o fakt oddalenia: „nie znam się na poezji” jest wstydliwym synonimem „nie czytuję wierszy, nie interesują mnie”. Ale – znowu – czego tu się wstydzić?

4

Powyższy cytat z bloga-potwora równie dobrze można by zastosować do literatury w ogóle. Autor, jego tekst, prywatne i półprywatne teatrzyki dla znajomych lub bardziej „wtajemniczonych” (powieści z kluczem itp.). Jak kto nie ma realnego, może zawsze sobie sprokurować wymyślonego „kochanka na galerii”, na przykład siebie.

Tak by było, gdyby nie jedno słowo: chwila, ta z „chwili wymiany spojrzeń”. Wiersz jest punktem, „jednym hapsem” (mrw w dyskusji; celnie!), całością, jedną pojedynczą wymianą spojrzeń z czytelnikiem. Nie do końca co prawda wiadomo, z kim wymienia się to spojrzenie; istnienie autora jest niekonieczne, wystarcza tekst. Powinien wystarczać tekst, a czasem – musi.

5

Choćby dlatego stanowisko braineatera, że w poezji idzie o problem „wierzysz autorowi, albo nie”, o problem „autentyczne spojrzenie na świat (autora)” kontra „puste zabawy w lepienie słów” (to nie literalne cytaty a streszczenia), wydaje się nieco obok. Wydaje się raczej polemiczne niż „konstytutywne”. Z drugiej jednak strony, esencjonalistyczny pomysł łowienia „istoty poezji” jest pomysłem prowadzącym jedynie do straty czasu (por. jeszcze raz powyższy cytat z Chandlera).

6

Więc zmieniam tryb, wyłączam mod polemiczno-nawiązujący, i powiem, co misię.

Przede wszystkim, mam gdzieś poezję, a już zwłaszcza Poezję. Podobnie jak nikt normalny nie pisze wielką literą Prozy i nie zastanawia się (co w dyskusjach o „poezji” jest nagminne) nad naturą Prozaika, och.

(Faktem jest, że prozaikom należy się z punktu większy szacunek, niż hm, poetom: żeby napisać powieść, trzeba się przyłożyć, przez wiele miesięcy siedzieć pracowicie na dupie i tworzyć świat. Ale potocznie pokutuje i przyciąga mit „poety przeklętego”, choć przecież szeroka publiczność przeniosła zainteresowanie na „przeklętego rockersa” or whoever.)

A więc przedmiotem (mojego) zainteresowania jest jedynie wiersz, mała forma literacka. „Mała” jest umowne.

7

Szukając dobrego wyjaśnienia, czym jest (powinien być) wiersz, sięgnijmy do dziedziny programowania. Wiersz jest programem, czymś, co „wykonane” (przeczytane) robi z czytelnikiem różne rzeczy.

Podstraja pole skojarzeń. Uruchamia wyobraźnię pewnej (możliwej albo zarysowanej wprost) historii, skrytej w wierszu. Wytrąca z przyzwyczajeń językowych, „otwiera”. Porusza, w sensie: uruchamia emocje. Jeśli zdarza się, że są to rzeczy, których zrobienie-z-czytelnikiem autor sobie zamierzył, to dobrze. Gdy takie (podobne) doświadczenia dzieli wielu czytelników – jeszcze lepiej: wiersz-program działa w społecznej przestrzeni komunikacyjnej.

Zływiersz to (na przykład) taki, który usiłuje opowiedzieć o emocjach autora, ignorując kwestię programowania uczuć czytelnika; złewiersze powstają nagminnie w okolicznościach nastoletnich i emocjonalnych (z najczęstszym motywem erotyczno-zakochaniowym).

8

Krytyk bardzo często zajmuje się zupełnie czym innym niż „prosty” odbiorca. Czytelnik (ten „prosty”) jest przedmiotem oddziaływania wiersza-programu, krytyka interesuje „jak to zostało zrobione”, „jak się ma do innych/podobnych/odmiennych” kawałków.

9

Jeśli wiersz jest programem, to może być pisany w asemblerze, kodem „zwięzłym jak dupa komara” [to chyba cytat z fajnego opowiadania sf Press enter, ale głowy nie dam]. A może wykorzystywać „znane biblioteki” form, skojarzeń itd. Formy sylabotoniczne, rymy/rytmy/asonanse – są tego tony. „Muzyczność” wiersza jest poważnym atraktorem, ale – bywa też ograniczeniem, nie zaskakuje, nie otwiera; program jest jednym z tysięcy podobnych.

Wiersze pochodzące z tzw. poezji współczesnej – jeśli nie brać pod uwagę „szkół przełamywania”, typu oharyzm, banalizm i dziesiątki im podobnych – są trudne, bo są właśnie „asemblerowe”. Satysfakcja z ich lektury jest zbliżona do satysfakcji deszyfrantów, archeologów odtwarzających cały język z pojedynczych zapisów; paleontologów, co to z jednej kostki całego dinozaura bum.

A że ten dinozaur jest w zasadzie wirtualny (istnieje tylko po stronie czytelnika w liczbie egzemplarzy: raz)?

Dla mnie to zaleta, wymiana spojrzeń, spotkanie.

pif paw

Chciałbym poprzeć jakiegoś potencjalnego kandydata na prezydenta.
Tylko kogo?
Czy wąsatego myśliwego z PO?
Czy gładko wygolonego i przylizanego do tyłu myśliwego z lewicy?
Czy rustykalnego, acz przebranego w garnitur, myśliwego z Peeselu?
Czy uzbrojonego w wibrator i sztucer myśliwego medialnego?
A czy w ogóle są jacyś politycy nie myśliwi?

W społeczeństwie jeden myśliwy przypada na 360 obywateli. W sejmie na pięciu. Tak, to nie pomyłka. Nie na pięciuset, nie na pięćdziesięciu, tylko na pięciu.

Rozwiązanie (?) tej zagadki w tekście Tomasza Matkowskiego (autora Polowaneczka), a w komentarzach bohater (komentarzy do) blogonoty jeść trupa, Tomasz Piątek, dzikanin.

O Polowaneczku krążą opinie, że demagogia, ostre emo itd. Ale przyznam, że nie miałem pojęcia, że co piąty/a poseł/posłanka to morderca, i że brak póki co niemorderczych kandydatów na prezydenta.

Pisze Matkowski:

Ruch antymyśliwski w Europie jest coraz silniejszy. Pasja myśliwska jest marginalizowana, wyśmiewana, odsuwana do lamusa. Kandydat-myśliwy na prezydenta w krajach starej Unii nie miałby szans. Prasa od razu by mu to wytknęła, a obywatele, których zdecydowana większość jest przeciwko temu „sportowi”, nie głosowaliby na takiego „hobbystę”.

Nie wiem, czy to prawda. Aż tak się ucywilizowali?

recykling

Już sama idea mi się podoba. Oczywiście wiem, że pomysł, aby kultura (ten zbiór tekstów) również w mikroprzejawach wykazywała się siłą kumulatywną, jest utopijny. Na przykład w sieci; zwłaszcza w sieci.

Powiedzmy, że trwa jakaś dyskusja, padają argumenty i kontr. Ustala się jakieś stanowisko, choćby w tym sensie, że pewne argumenty dochrapują się uzasadnień i uspójniają wzajemnie w przyzwoite, robocze stanowisko, punkt wyjścia do dalszych ocen, diagnoz, rozumienia czegośtam. A kontrargumenty okazały się cherlawe, z-palca-ssane, do odrzucenia: nie sprawdziły się. Ale czy sprawę można odfajkować jako „załatwione”?

Gdzie tam, wyniki dyskusji nie kumulują się. Bo przychodzi kolejny gościu z tymi samymi słabymi kontrargumentami, znowu triumfalnie nimi wymachując. I co, tłumaczyć ab ovo (czy może ad usrandum)? No przecież szkoda życia.

A skąd się biorą te słabe, ale ciągle żywotne, mimo stokrotnego utłuczenia, kontrargumenty? Powtarzające się czyjeś mikroolśnienia, domorosłe eureki? Oczywiście, nie. Z centrów memo-rozsadnictwa. Z legend, mitów, stereotypów; z podglebia kultury. Z central ideologiczno-politycznych. Z mediów. Więc jeśli nawet kultura w całości jakoś pokrętnie (bo przecież nie liniowo, w narastającym „postępie”) wykazuje się zdolnością do kumulatywności, to w codziennym „użytkowaniu” jest poletkiem syzyfowym.

Również dlatego, że w pogoni za „oryginalnością” i „świeżością” (cudzysłów uzasadniony przeważającym rozziewem między opakowaniem a treściami), lekceważy się wszystko, co miało miejsce wczoraj i przedwczoraj. Tak jakby się unieważniło, przeterminowało.

Dlatego już sama idea recyklingu idei podoba mi się.

Dobrze, że to miejsce w sieci – za którym stoi dość rzadko ukazujące się pismo o tym samym tytule – po blisko półrocznej martwocie znów drgnęło parę dni temu.

I – na przykład i między innymi – opublikowało „odzyskany” tekst z końca 2007 roku Reklamoseksizm a prostytucja. Przydałby mi się jako „rama referencyjna” w październiku zeszłego roku, gdy trwała (znowu: niekumulatywna) dyskusja o reklamie gładzi, świętoszkowatych feministkach i mrzywdzie kęskiej. Ale – jako przeciętny nieczytacz światowej prasy – i tak odnotowuję zysk: wreszcie się dowiedziałem o lex Sarkozy (po 8 latach!), według którego

każda kobieta stojąca na ulicy może być podejrzana o prostytucję i zatrzymana przez policję

a to dzięki pojęciu pasywnego zaczepiania w celach nierządu (racolage passif) – i nie dość raz podkreślić zwrot: pasywne zaczepianie.

A to tylko zawartość przypisu (#3) w tym tekście.

Portalik niedoczytania.pl nazywa się adekwatnie, rzeczywiście – jako całość – niezbyt nadaje się do czytania. Pisują tam jakieś marginalne świry, co jest, oczywiście, z założenia o wiele ciekawsze od pisaniny mejnstrimowych buców, ale też nie przekłada się z automatu na odruch regularnego sprawdzania, co tam nowego niedoczytania.

Tym razem trafiłem na tekst poniekąd okolicznościowy (śmierć Salingera), który zacząłem czytać, bo właśnie przypominam sobie, po latach, dwie książki JDS, mianowicie Wyżej podnieście ten strop, cieśle. Seymour introdukcjaFranny i Zooey, znacznie ciekawsze od Buszującego w zbożu (tej historii już nawet nie pamiętam, a zajrzawszy do wyżej wymienionych chudych tomików, stwierdzam, ze pamiętałem zaskakująco dużo).

Tekst Marcina Mutha jest przesadzony, płytki, arogancki i obliczony na wrażenie. Znaczy, felieton. Ale nie jest milusi, nie włazi czytelnikowi w dupę i, co najważniejsze, nie eksponuje natrętnie „ja” swojego autora. Może tym przede wszystkim różni się marginalny świr od mejnstrimowego buca (ostatnio mam jakiś przesyt m. b. i stąd pewnie ta jazda).

Jak bardzo marginalny jest ten marginalny świr? Swojego rzadko komentowanego (co automatycznie wzbudza moją sympatię) i prowadzonego od lat (mówiłem, że świr!) bloga ostatnio używa do prezentowania ilustrowanej powieści w odcinkach, w której – poza wszystkim innym – jest trochę z ducha Henri Michaux (czyli znowu na plus). Po ostatnie, w niniejszej błyskawicznej wycieczce, autor (podpisujący się warzywo, sympatycznie) wie, kiedy powinno się kończyć zdanie.

Nic poważnego. A może? Znaczy, poważniejszego niż na pierwszy rzut oka? Nie wiem, nie oceniam. Fajne ilustracje tam są.

Osoby kochające namiętnie książki tworzą, nie wiedząc o tym, tajny związek składający sie wyłącznie z indywidualności. Członków związku łączy ciekawość, choć różnią się wiekiem i nigdy nie spotkają.

Ich wybory nie pokrywają się z propozycjami wydawców, to znaczy rynku. Ani z wyborami profesorów, to znaczy mędrków. Ani z wyborem historyków, to znaczy władzy.

Nie szanują gustów innych. Zamieszkują jamki, dziuple, kryją się w samotności, w zapomnieniu, na kresach czasu, w strefach cienia, w porożu kozła, w nożu ze słoniowej kości do cięcia papieru.

[Pascal Quignard, Życie sekretne, przeł. Krzysztof Rutkowski]

Francuska odmiana sztuki eseju (poniekąd prawodawcza, od pierwszych prób Montaigne’a) jest szkołą pływania w akwenie słów. W kraulu autor czerpie oddech z antynomii, poruszając się między lewym a prawym haustem; styl grzbietowy zwraca pływaka ku przestworowi, konfrontuje z pneumą, pozwalając na podglądanie od spodu Wielkiego Miechowego, zwanego mon Dieu (...Patrie, Roi, Liberte); żabka, klasycznie francuska, zniewala pływaka osią symetrii, postęp uwikłany jest w pracę ud, od kuchni po seks.

Dla porównania: anglosascy eseiści to stwory ziemne, ich zadaniem jest inwentaryzacja tak czy inaczej rozumianych włości.

Wodnym środowiskiem Quignarda jest sieć ukrytych cieków. Musi być zwrotny, egzaltację kiełzna zwięzłością. Często znika, słowa wsiąkają w milczenie. Ale – jakże francuski – niczego nie robi bez efektu.

W innym miejscu pisze:

Granie przed publicznością, tworzenie, wystawianie się, zdolność umierania niczym się nie różnią. Dlatego zresztą spotyka się osoby pełne talentów, które nastawiają się na zabijanie. Zwie się ich krytykami. Kim jest krytyk? To ktoś, kto bardzo bał się umrzeć. W wielkich stolicach zachodnich i północnoamerykańskich spotykamy twarzą w twarz tych, co mogą umrzeć i zmartwychwstać, i tych, którzy nie mogąc zmartwychwstać – zabijają. To się nazywa życiem kulturalnym. Zaznaczam, że słowo „kultura” – jest niewłaściwe. Ale podkreślam, że słowo „życie” – jeszcze bardziej.

Na krótkich odcinkach bywa kraulistą. Na dłuższych – okazuje się, że pływa ósemkami.

Mowa stała się w końcu moim wrogiem osobistym, chociaż była nim od zawsze, od momentu, kiedy rozpoznałem ją w postaci napowietrznych szkaradnych drgań. Muzyka nie staje się życiową pasją dla kaprysu, literatura też nie. Jeśli chce się jeszcze żyć – się wie, że słowa są podejrzane, niedojrzałe, płoche.

Życie wyraża się najpierw samo.

Przejawia się ciałem, ciało je pomnaża. Ciało pozostaje prawdziwym obrazem życia. Życie może obejść się bez mowy. Mowa jest luksusem, bez którego życie jest możliwe. Kiedy mówimy, to nie źródło mowy mówi: my z niego czerpiemy, boczkiem, chyłkiem, odwracamy, wywracamy, suszymy. Nieskończoną przestrzeń oceanu zasilają małe świeże źródła odżywiane na górskich szczytach. Mowa osłabia: w słowach więdnie to, co spełnia się w dziwacznym akcie.

Z tego względu mowa jest bardziej zbędna niż szkodliwa. To oczywiste.

Galijska bezczelność Quignarda wraz z jego ósemkującym uporem działa na mnie ożywczo. Dobrze, że chrzani wydawców, profesorów i historyków. (Dobrze, że wydawcy nie odwzajemniają się tym samym.)

wynurzenie

Jak już wspominałem

wszystko, co się robi, można robić słabo albo świetnie. Wobec Pirsigowskiego Quality dziedzina nie ma znaczenia.

Zatem, skądinąd w całkowitej zgodzie z moją teorią gier piłecznych, od czasu do czasu oglądam tenis. Przede wszystkim wielkoszlemowy, bo nie tylko są gwarantowane spotkania z jakością, ale i zdarzają się jeszcze przyjemne niespodzianki, jak wtedy, gdy Soderling wbił Nadala w kort.

Z turniejów wielkoszlemowych najsympatyczniejszy jest startujący właśnie Australian Open, bo pozwala zapomnieć o styczniowym zimnie i mroku (lub, jak tej zimy, o nadmiarze bieli). Więc jestem właśnie w tenisowym nastroju, który może się jeszcze poprawić, gdy siostry Radwańskie zostaną odesłane do domu i polskojęzyczne komentarze w Eurosporcie wyzbędą się szowinistycznych emocji (które, doprawdy, nie licują z jakością); ech, gdyby tak jeszcze zapomniano o polskim pochodzeniu Caroline Wozniacki (choć z drugiej strony, jej dialogi z tatusiem między setami... coś pięknego). Jest również dlatego

fajnie

że wróciły obydwie Belgijki, które jako jedyne właściwie mogą zagrozić siostrom Williams (nie lubię). Przy okazji odnotuję (fajne) bon-media-noty związane z Clijsters i Henin. Kim back – to nagłówek dla powracającej na kort po urodzeniu córeczki (cóż za uroczy dzieciak ;) Kim Clijsters. Rymuje się, oczywiście, z come back.

Ale że jedna Belgijka to mało, zawsze lepiej, gdy są dwie, to o kwartał późniejszy powrót Justine Henin skomentowano nagłówkami Justine time, co się rymuje z just in time („w samą porę”; i rzeczywiście, używając tenisowego żargonu, świetny timing). A skoro już wspomniałem o niechęci do sióstr Williams (niechęć ta wynika z ich – zwłaszcza Sereny – „dominatorstwa”, które zaczęło zabijać możliwość przyjemnych niespodzianek, i paskudnej twarzy pana Williamsa, któremu z oczu wyzierają zwinięte w rulon banknoty dolarowe), to przejadę się po innych nielubieniach.

nie lubię

Roddicka, bo się poci jak świnia (pot mu kapie nawet z daszka czapki, co trudno wręcz pojąć) i jest taki szastu-szastu prędki i zamaszysty, pif-paf, no, ale przy tym ocieka potem i niezrealizowanymi możliwościami. Nie lubię Nadala (też dominator; dlatego tak miło było oglądać wspomnianą akcję Soderlinga), bo jego fetysz (wyciąganie slipów z d... przed każdym serwem) jakoś nie pasuje do mojego wyobrażenia o minimum tenisowej elegancji. Nie znoszę pań tenisistek, które wyją na korcie (Szarapowa, Azarenka, parę innych), bo w tenisa nie powinno się grać paszczą.

Niezbyt lubię Murraya, bo uosabia szkocko-zblazowany, chytrawy wariant brytyjskości (więc tęsknię za, hm, pogrobowcem formy, Henmanem). Niezbyt lubię kapryśne księżniczki (na przykład dwie Serbki, Jankowić i Iwanowić), ale odpuszczam im, gdy dobrze grają. Zasadniczo nie lubię Agnieszki Radwańskiej za to, że albo nie umie, albo jej się nie chce grać.

Ale urwę tę listę, bo jest tak długa, jakbym miał prywatną kopalenkę idiosynkrazji, wspomnę tylko na koniec, że mniej lubię męski tenis, bo czołowi gracze są wyśrubowani na poziom cyborgiczny, więc jakość jakością, ale trochę to już nieludzkie. Za to

lubię

wspomniane Belgijki dwie, bo są sympatyczne i dobrze grają, lubiłem (jednak) księżniczkę Hingis za inteligencję, próby zachowania uśmiechu na twarzy (wychodziło) i próbę powrotu do czołówki (nie wyszło), bardzo lubię Mauresmo, za piękny backhand, elegancję ruchów, sympatyczną twarz (no i za to, że z klasą kontynuowała lesbijską tradycję po Navratilowej). Generalnie lubię fajterówfajterki (jak świeżo objawioną Oudin czy Suárez Navarro).

Ale najbardziej lubię tenisowy obyczaj, nakazujący publiczności milczenie w trakcie gry. Żeby jeszcze komentatorzy mniej mówili...

I na tym kończę wynurzenie i wracam do kangurów.

« Older entries § Newer entries »