[...] przyśniło mu się, że jego stryj, Cenander, zakradł się do stolicy, korzystając z ciemności, okryty czarną opończą, i krąży ulicami w poszukiwaniu popleczników, aby zawiązać ohydny spisek. Z piwnic wyłaziły szeregi zamaskowanych, a było ich tylu i taką przejawiali żądzę królobójstwa, że Murdas zadrżał i przebudził się z wielkiego strachu. [...] Gdy jednak po całodziennym mozole znów ułożył się na spoczynek, ledwo zadrzemawszy, ujrzał królobójczy spisek w pełnym rozkwicie. A doszło do tego tak: kiedy Murdas przebudził się ze spiskującego snu, uczynił to niecały; śródmieście [król bowiem rozbudował swoje elektroniczne jestestwo na całe miasto, by „ukryć się wszędzie” przed zamachem na fizyczną osobę robocią – przyp. n.], w którym ulągł się ów antypaństwowy sen, wcale się nie ocknęło, lecz nadal spoczywało w jego koszmarnych uściskach, a tylko król na jawie nic o tym nie wiedział.

Lem, poza cytowaną wyżej Bajką o królu Murdasie (1964), ponownie „wymyślił” IncepcjęBajce o trzech maszynach opowiadających króla Genialona (1965), w opowieści o królu Rozporyku z Gwintanów i Chytrianie Cybernerze, który zbudował maszyny do śnienia dla króla, a ten, umknąwszy pomniejszych pułapek w snach poniekąd fabularnych, wreszcie został na zawsze uwięziony we śnie „Mona Liza”, polegającym na tym, że król podłącza się do śniącej szafy i śni mu się, że... podłącza się do śniącej szafy, i...

* * *

Incepcję łyknąłem z zaskoczenia: wczoraj 5 minut po północy pojawiła się jako nieujawniona wcześniej z tytułu „noworoczna niespodzianka” w HBO. Po ponad pięciu kwartałach zdążyłem zapomnieć, że był taki film i że budził tak gorące spory, ale dość szybko zorientowałem się, co oglądam. Po projekcji film nie śnił mi się, co można potraktować jako zapowiedź tego, że teraz, rano, nie odczuwam żadnej potrzeby choćby wyobrażonego podłączenia się do wspomnianych żywych dyskusji (które wówczas oczywiście omijałem).

Owszem, wrażenie robiła scenografia (mówiąc umownie), a zwłaszcza pierwsza scena instruktażu Ariadne (kawiarniany stolik i miriady kawałków, na które malowniczo rozpryskuje się rzeczywistość), owszem, suspens trzymał, choć nie w stopniu maksymalnym (czyli „zapominamy zamknąć paszczę”). Starałem się, niejednokrotnie zbesztany za niewyłączanie modułów analizy podczas oglądania filmów, przeżywać, smakować, dawać wiarę, poddawać się nolanowskiej logice. I zapewne udało mi się to w stopniu wystarczającym, by – właśnie – oddalić jako niezbyt istotne niegdysiejsze (cudze) pytania, typu „ej, a dlaczego tylko raz postać we śnie robi pstryk! i znikąd pojawia się wyrzutnia rakiet zamiast przewidzianego w scenariuszu snu karabinu maszynowego”.

* * *

Ta kwestia czy dotłumaczenie senno-fizycznej mechaniki kicku są drugorzędne. Dla mnie na pierwszym planie jest podstawowe założenie: że – za pomocą magii ucieleśnionej w box z guzikiem i odpowiednią liczbę przewodów – można sny dzielić. I to tak, że mają swojego „śniącego-prowadzącego”, który, choć nieświadomy (Cobb: specjalnie nieświadomy) zaprojektowanych szczegółów sennego dziania się, jednak w jakimś sensie decyduje (po reżysersku) o zakresie ról pozostałych współśniących. Choć nie ma kontroli ani nad własną podświadomością, ani nad cudzymi – a wszystkie one plotą się w liniową [zasadniczo ciągłą] fabułę. I wszyscy śniący (poza „inceptowanym”) zachowują własną świadomość, tę warstwę, która niezależnie od poziomu głębi snu, wie, że to (tylko/aż) sen.

Odpowiedź na te podstawowe wątpliwości jest trywialna. Tylko tak, domniemujemy, sen może być śniony wspólnie. Chociaż dzielona jest wyłącznie, hm, fabuła snu, bo przecież nie punkty widzenia (odrębne), ani sprawczość (rozdelegowana wg specjalności), ani podświadomości (które są czymś w rodzaju generatorów sub-fabuł, doskonale liniowych i doskonale logicznych).

* * *

I tak oto dotarliśmy do sedna (mojej) niewiary i (mojego) braku zainteresowania dla tego filmu jako epistemologiczno-cyberpunkowej propozycji do rozważenia. W tym sednie siedzi podświadomość jako taka sama (co do istoty) świadomość, tylko poza (sprawczą) kontrolą jej „nosiciela”. Liniowa, logiczna, dekonstruowalna ze względu na emocje i motywy. Coś zupełnie jak z amerykańskiego podręcznika „internetowego kursu psychoanalizy I stopnia”. I mimo całego sztafażu skomplikowanych mechanizmów, głębokich konieczności (narkoza, ucho wewnętrzne, synchronizacja) itd. nie wykracza Incepcja – co do koncepcji – poza bajkowy poziom historii Lema.

5 razy uznano, że da się to czytać

Przeczytałem początek Witkowskiego Drwala (demo, wala się w sieci), przynudziaste, uwagę przyciągnęły na chwilę stada wczesnozimowych ciemnych, kraczących ptaków (wron? kruków? gawronów? – zastanawia się metronaturalny narrator, bo przecież nie wie, nic nie wie ta rozedrgana kupka frazesów z osiową fiksacją na własnej, nudnej osobie), wyobraziłem sobie, że tak wyglądają traumy naszych szerokości geograficznych, tysiące krukowatych, niby bez ładu krążące nad nami, a jednak co i raz obsiadające człowieka całym zorganizowanym stadem, jak księża tłumnie wypuszczeni z koszar czy gdzie tam ich trzymają, gaszący czernią sutann wielobarwność człowieczą. Szczególnie w pewnych okresach roku.

Dopiero teraz widzę w pełni, jak szczęśliwe miałem dzieciństwo, przynajmniej pod jednym względem. Zero religii, zero katechez, zero bierzmowań, komunii, ba, nawet zero chrztu. Oczywiście wiedziałem, że tak-a-tak, za oknem ludzie (z dość jednak tajemniczych powodów, no bo po co?) robią sobie te wszystkie rzeczy, morze powszedniej egzotyki, nad którą jednak nie warto się zastanawiać, jedni mają książki w domu, inni nie, u jednych oleodruk na ścianie, u innych kwiatki, zwykły rozrzut różnic, a na ulicach wszyscy wyglądają względnie podobnie. Obco.

Tylko jedno było: choinka. Zazwyczaj skromna, niewysoka, ten sam co roku zestaw lampek i zwierzątek powycinanych kiedyś przez mamę z kolorowego kartonu (w ramach terapii), kilka bombek. Parę prezentów pod, nie przelewało się, więc bez żadnych orgii, ale jednak także do zabawy, nie tylko tzw. praktycznych.

Czasem na wigilię przychodzili znajomi rodziców, w liczbie kilku co najwyżej sztuk, z kulinariów pamiętam jedynie jakąś sałatkę, może szynkę, wódkę/wino dla dużych, sok dla małych. Ciasto. Siedzieli i gadali, na szczęście prezenty były wcześniej i można było zaraz po zjedzeniu czegoś odejść od tego stołu i zająć się wreszcie poważnymi sprawami.

Kiedy zasypiałem, lampki na choince świeciły jeszcze, podobnie jak w wielu oknach bloku naprzeciwko. Religia w moim domu pojawiała się często, przeważnie pod postacią Bacha, panbuk – nie, podobnie jak wampiry musiałby być imiennie zaproszony. Pod pewnymi względami miałem szczęśliwe dzieciństwo.

16 razy uznano, że da się to czytać

Niniejsza blogonota jest w ramach pokłosia poprzedniej (za której przydługie kroczenie przepraszam przy tej okazji).

plan był taki

żeby zacząć od antyduszystowskiego poglądu, że ludzie to zasadniczo automata, tyle że dość skomplikowane i naumiewające się. Osadzić się szybkim linkiem w pewnej tradycji (szczypać się przy tym mocno po nogach na każdą chętke rozwijania tematu) i przywołać metaforyczną różnicę między sieciami neuronowymi a innymi modelami AI (opartymi, pokrótce mówiąc, na pewnej zaszytej wiedzy). Sieć w każdym swoim szczególe jest nieinteligentna, a jednak – jako całość – potrafi robić wiele „inteligentnych” rzeczy, rozpoznawać wzorce, przetwarzać sygnały i różne inne. Człowiek ma w głowie real sieć neuronową, no i sami wiecie (jaki efekt).

Potem planowany był akapit o twórcach. Że generalnie od muzyków (czy to kompozytorów, czy interpretatorów, czy w ogóle) albo plastyków – tych, co zasadniczo obywają się bez słów – nie wymagamy ani rozumienia tego, co robią, ani umiejętności wnikliwego/inteligentnego/whatever opowiadania o swoim dziele. Od refleksji są odbiorcy lub krytycy, sam artysta może być (nawet) idiotą, a i tak jego dzieło może powalić na kolana, a w każdym razie wykazywać się quality niezależną od „jakości” swego twórcy jako podmiota refleksyjnego.

Wyjątkiem są pisarze. Nie wiedzieć czemu wymaga się od nich rozumienia tego, co robią w swojej słownej glinie, a nawet – sensownego opowiadania o tym. Dlaczego, pytam się, dlaczego?! No i

tak to miało iść

Byłem już po zgrzytozębowej lekturze marketingowej zajawy wywiadu z Masłowską (zob. poprzednia nota) i pobieżnej lekturze (komuś przez ramię nieomal) tekstu wydrukowanego na papierze, plan się krystalizował, macałem w myślach ostatnie zdanie – Masłowska jest taką siecią neuronową, nie oceniajcie jej prozy po wywiadach – zastawiając się, czy przywołać program telewizyjny chyba po Nike 2006 (pamiętam Żakowskiego i wręczanie jakichś gadżetów na koniec każdej rozmowy), w którym Masłowska chichotała (nie zmyślam) dość głupio i zasadniczo nic ciekawego nie powiedziała, a więc czy przywołać ten program, bo pamiętam też, że na serio wówczas rozważałem hipotezę w rodzaju: „ojej, jaka ona jest fajna, jak ich [Żakowskiego et al. + widzów] robi w kosmicznego konia”.

Ale sporo osób zaczęło jechać na Masłowską za te gupoty (nie aż tak głupie, o czym może kiedy indziej), co je wygadywała w wywiadzie o panubuku, religii itd. Mnie akurat najbardziej zaciekawiło to:

Nie wiem, czy to mi jest potrzebne, urodziłam się z poczuciem tego istnienia [Boga]. Czasem przymierzam się do myśli, że może nic nie być poza materią, biologią, reakcjami chemicznymi, i mój umysł tego po prostu nie kupuje.

Pierwsze zdanie jest z porządku AI-symbolicznej (tej z zaszytą wiedzą), ewidentne przy tym kłamstwo (gdy brać dosłownie), albo dęty frazes (gdy brać za wartość metaforyczną). Ale drugie? Aha! Sieć neuronowa zna swoje ograniczenia. No i ten właśnie trop

samoświadomości

spowodował, że postanowiłem poczekać na pełen e-tekst wywiadu (gdyby nie dobrzy ludzie, czekałbym sobie dalej).

I co czytamy? Oto:

Do napisania Wojny... uruchomiła mnie obsesyjna fascynacja Anaïs Nin i Henrym Millerem. Byłam zarażona takim rodzajem pisania prawie bezmyślnego, prawie nieświadomego, nieograniczonego logiką i zasadami.

albo:

Najważniejsza jest ekstatyczna, dziecięca przyjemność, którą mi sprawia pisanie: eksperymentowanie, poszerzanie pola walki. [no proszę, nawet Houellebecqa tu przemyciła – n.]

[...] dużo bardziej paraliżująca potrafię być dla siebie ja. Chcę, by każda kolejna rzecz forsowała moje ograniczenia, szła gdzie indziej.

czy wreszcie:

Figura poprzeczki, która się przewija przez tę rozmowę, nie jest głównym motywem mojego życia twórczego czy umysłowego. Po prostu mam w sobie jakiś przedziwny aparat i strasznie interesują mnie jego możliwości, kręcenie gałkami...

[Dorota Wodecka:] Aparat do składania słów?

Tak. I lubię się nim bawić, przy nim dłubać. Nie ma w tym chorobliwej chęci nakręcania go do niemożliwości, na pogranicze wybuchu. Cieszy mnie, że coś takiego mam i że on mi trochę pomaga przeżywać swoje istnienie, pomaga mi w pewnej higienie duchowej.

Widzicie już, do czego zmierzam. Masłowska pisząc Wojnę polsko-ruską... czy Pawia królowej nie musiała do końca wiedzieć, co właściwie robi (zrobiła). Nawet i dziś nie musi, choć – z powyższych cytatów sądząc – wydaje się wiedzieć o sobie i swoim pisarstwie więcej, niż wielu naładowanych frazesami gości. Jest siecią neuronową łapiącą językową rzeczywistość swoich czasów i przekształcającą ją w Formę, którą ja na przykład (już to wyznawałem) bardzo doceniam.

Jeszcze z wywiadu:

Zazwyczaj poruszamy się np. po mieście i słyszymy bełkot, ambient. A jak się w to wsłuchać, to język zebrany w ciągu miesiąca z tramwajów, z pociągów i centrów handlowych jest pełnym wyciągiem, wymazem z rzeczywistości. Jest w nim teraźniejszość, przeszłość, a co najciekawsze – także przyszłość. Ja uprawiam taką językową socjologię śmietnika, wróżenie z fusów.

co im zrobiłaś

Masłosko, tym gnypom z Wyborczej, że tak cię źle traktują? Wystawiają na zajawę ostatnich pięć najmniej ciekawych pytań, ukrywają przed siecią resztę wywiadu, gdy pełne teksty rozmów z pozostałą dziewiątką wiszą od dawna. O co tu chodzi?

Nie pojmuję.

11 razy uznano, że da się to czytać

Dałem się wciągnąć w tę zabawę. Najpierw czternaścioro krytyków zapytano, kto z polskich pisarzy dostanie Nobla do roku 2040 (czy o coś z grubsza takiego). Z odpowiedzi ułożono listę dziesięciorga pisarzów, no i teraz, poczynając od końca, czyli miejsca dziesiątego, publikowane są wywiady z nimi, przeprowadzane przez kobiety (jak dotąd; w liczbie: Doroty Wodeckiej [6 razy], Agnieszki Wolny-Hamkało [1 raz], Katarzyny Surmiak-Domańskiej [1 raz] i Violetty Szostak [1 raz]) lub oddelegowanych do niszy (Wojciech Orliński [1 raz]).

Dałem się wciągnąć i niniejszą notką kroczącą będę śledzić. Nie ze względu na Nobla, oczywiście, wisi nam Nobel (zapewne dla wywiadowanych około-czterdziestolatków Nobel jest synonimem starości i zmumienia, także). Tylko tak, w ogóle, ciekawi mnie, jak mówią i jakie (cudze) książki (stała rubryka) polecają.

I tak, od końca:

Wojciech Kuczok

ego-trip.

Mikołaj Łoziński

nudziarz, który postarał się o maksymalne zabłyszczenie swoją francuską hm-egzotyką, w ogóle świeci światłem odbitym.

Mariusz Sieniewicz

normalnie, jak człowiek mówi, aż trochę pocytuję:

Tymczasem przejęcie to świadome, czasami pełne grozy otwarcie się na rzeczy, które mnie przerastają, ale każą wziąć udział, opowiedzieć się, zareagować. Przejęcie literaturą to dla mnie forma jedynej dostępnej mi ostateczności, która pyta mnie: żyjesz czy imitujesz życie?

Literatura to samowystarczalny kosmos, w którym rzeczywistość wisi jak planeta.

oraz:

„Podoba” w Polsce rymuje się chyba tylko z „przyroda”.

Julia Fiedorczuk

między innymi poważna refleksjapodludzkim wymiarze bycia kobietą.

Upokorzenie jest istotnym elementem doświadczenia każdej kobiety. Zaczyna się to już w momencie dorastania, kiedy ciało dziewczynki staje się obiektem drwin, przede wszystkim ze strony kolegów, ale także ze strony koleżanek, które chętnie wchodzą w sojusz z patriarchatem, bo można na tym wiele ugrać – zawsze to lepiej być kwiatkiem do fallusa niż niczym.

Jacek Dehnel

mam do niego tym większy dystans, im mniejszy on sam ma do siebie:

Nigdy nie brałem narkotyków, ale nie dlatego, że jestem taki święty, tylko dlatego, że mam sam z siebie intensywne przeżywanie świata, z kolorami, dźwiękami, smakami. I tak samo intensywnie i blisko odczuwam pomysły na książki, nie muszę sobie tego podkręcać. Jeśli obmyślam sobie Javiera Goyę, to mam go pod skórą.

A ten fragment, z którego wyjęto tytuł wywiadu, brrr („Że chce nam się być lepszymi.”). Wieczne Dehnelowe rozpięcie między prymusem a belfrem. Ma 30 lat na zmianę, nie skorzysta.

Jacek Dukaj

uznałbym go za skrajnie zimnego typa (a z drugiej strony: przyjemności czysto intelektualne mogą być bardziej intensywne od tego emo, które się zwyczajowo przeciwstawia intelektowi), pasują do tego takie wypowiedzi:

Gdy konstruuję światy, w ogóle nie zastanawiam się, czy chciałbym w nich żyć – obchodzi mnie tylko, czy trzymają się one kupy, czy działają literacko i czy wyprowadziłem je z sensem z nauki i naszych realiów. Taka czy inna wymowa wychodzi przy okazji.

...gdyby nie fatum, które pokarało go stolarzem. Każdy jakoś cierpi.

Justyna Bargielska

kokietka

Ale jest tak: czuję się raczej młodo, raczej niedojrzale. Na dorobku raczej się czuję.

Michał Witkowski

od lat, od samego początku, to facet, który ma dominującą świadomość, że rynek, że marketing, że lans. W tym wywiadzie dorabia sobie racjonalizacje spod palca „tak trzeba”:

Uważam, że kultura wysoka, która jest niegatunkowa, będzie traciła ze swojej atrakcyjności właśnie dlatego, że nie ma zasad. Czytelnik nie wie, czego się może po niej spodziewać. Nie wie, czy dostaje prozę poetycką bez akcji, czy wspomnienia, czy nie wiadomo co. Nie wie, co dostaje do czytania. Jeśli chcę żyć z pisania i jeśli chcę mieć prawdziwych czytelników na dłuższą metę, to muszę pisać literaturę gatunkową. Owszem, z wyższymi ambicjami, ale gatunkową.

...ale, cóż, jest mi ten autor doskonale zbędny, książki Witkowskiego – może, sam Witkowski – w życiu.

Ignacy Karpowicz

właściwie to go nie znam specjalnie, w żadnym sensie, może z jednej książki, ale to mało, zważywszy (po rozmowie) jak bardzo mu się w głowie kłębi, siedzi na tym swoim zadupiu, pisze minimum dwie powieści naraz, a w głowie mu się kłębi. Milczący gaduła. A tak o Kinderszenen, tłumacząc, czemu poleca:

Swoista beletryzacja Powstania Warszawskiego, powieść, która niczym przewodnik pokazuje mi, jak nie chcę myśleć, jakim człowiekiem nie chcę być i w jakim świecie nie chcę żyć. Rymkiewicz jest dla mnie tym, czym jest Nergal dla trzęsipośladków pokroju Terlikowskiego — fałszywym cieniem Apokalipsy.

Dorota Masłowska

tak, to było do (łatwego) przewidzenia. Ale nie dowiemy się na razie (poza marketingową zajawą) zbyt wiele. Tak więc lista książek (autorów) polecanych nadal nie jest kompletna. W papierowej Wyborczej listy polecanek Masłowskiej też nie ma.

[dopisane 7.12:]
Do dziś nie ma w sieci pełnego tekstu rozmowy z Masłowską. Już go znam (może będzie nocia), na razie mogę powiedzieć tyle, że Wyborcza zrobiła autorce dość poważną krzywdę tą swoją durnowatą taktyką i samym wyborem fragmentu do wspomnianej wyżej zajawy.

książki polecane

Ograniczę się do autorów (każdemu pisarzowi wolno było wymienić 3 książki):

Bator (2 razy)
Bierut
Gren
Huelle
Kaźmierski
Keff-Umińska
Kłos
Koterski
Kruszyński
Masłowska (2 razy)
Myśliwski
Pankowski
Parnicki
Pilch
Różycki
Rymkiewicz
Szczygieł
Tokarczuk (5 razy)
Tulli (2 razy)
Twardoch

salonik odrzuconych

Papierowa Wyborcza podała listę pisarzów, którzy byli proponowani, ale nie zmieścili się w dziesiątce:

Magdalena Bielska
Elżbieta Cherezińska
Tadeusz Dąbrowski
Agnieszka Drotkiewicz
Konrad Góra
Roman Honet
Aleksander Kościów
Angelika Kuźniak
Kaja Malanowska
Zygmunt Miłoszewski
Tomasz Piątek
Małgorzata Rejmer
Maciej Sieńczyk
Marta Syrwid
Krzysztof Siwczyk
Filip Zawada
Jakub Żulczyk

Tym razem podaję też imiona, bo sporo tu osób pierwsze-słyszę.

9 razy uznano, że da się to czytać

Kochaj i rób Kingi Dunin to książka ważna. A ściślej: powinna być ważna, na co ma szansę, oczywiście, tylko wtedy, gdy będzie czytana.

Podobnie jak parę wcześniejszych publikacji, jest to również składanka tekstów wcześniej drukowanych, przede wszystkim w „Wysokich Obcasach”. Tym razem jednak pojawia się nowa jakość, a nawet dwie.

Po pierwsze, owe teksty poprzedzone są długą rozmową o charakterze, powiedzmy, biograficznym. Tu Dunin jest odpytywana przez Sierakowskiego, a że dzieli ich różnica generacji, to dodatkowym wymiarem staje się ogląd tego herstory przez osobę, która w ’89 miała 10 lat. Herstory, trzeba dodać, bez grama brązu (w sensie: pomnikowy stop metali, barwiący zbyt często autobiografie). Ta część dociera do 1989 i konkluduje tak:

No i potem pytanie, co dalej? I odpowiedź w trzech emblematycznych postaciach. Antoni Macierewicz – mocny, nacjonalistyczny projekt, który ma zastąpić dawny ład. Jeden mocny porządek, zastąpiony nowym, równie ideologicznym. Adam Michnik – gracz w pokera, niespodziewanie wysoko wygrał i wycofał się z gry. Już nie ma odwagi postawić. Broni status quo przed każdą zmianą. Jacek Kuroń – próbuje zrobić coś w nowych warunkach, ale widzi, jak nowy ład, petryfikując się, znów staje się niewystarczający, opresyjny. I zaczyna go kontestować, i znowu wierzy w możliwość zmiany, choć wydaje się ona nierealna.

[Sierakowski:] Po 1989 twoja przygoda z opozycją zaczyna się od nowa? Wybierasz postawę Kuronia?

Tak. Kiedyś, pewno jeszcze w latach 70., zapytałam Jacka żartem: „Co będziesz robił w wolnej Polsce?” „Będę w opozycji” – odpowiedział.

Po czym wskakujemy w opowieść o etyce, moralności, wyborach światopoglądowych, o życiu wspólnotowym, polityce, obyczajach i religii. Bo te teksty, i to jest wspomniana jakość druga, któreśmy traktowali (głównie) jako felietony z niszowego dodatku (dla kobiet!) Wyborczej, wchodzą ze sobą w synergię, okazując się częściami większej całości. Bardzo serio.

Zwłaszcza pierwsza połowa (rozdziały II: Empatia, cierpienie i nadmiar rozkoszy, III: Kochaj i rób co chcesz oraz IV: Wspólnota i fiu bździu) dotyka kwestii zupełnie zasadniczych, często w sposób poniekąd zaskakujący.

Na przykład w sprawie „empatycznego” kryterium rozróżniania postaw „lewicowych” i „prawicowych”. Dunin nie odbiera prawicy zdolności empatycznej, co więcej, podchodzi poważnie do tych uczuć, które my na co dzień (oj, wiecie, jakich „my” mam na myśli) kwitujemy jako zupełnie niepojętą hipokryzję (np. emo-związek Gowina z zarodkami). Co jednak nie znaczy, że oddaje choć centymetr kwadratowy pola (zasadniczego) sporu o sposób urządzenia spraw wspólnych, publicznych. Chodzi o przyrost precyzji (w powyższej, przykładowej kwestii konkluzja brzmi: „Prawica jest zdolna do empatii. Wobec siebie [ludzi sobie podobnych]”).

W ogóle precyzja tych pozornie lekkich tekstów to kolejny mocny punkt do przywołania w niniejszej quasi-recenzji. Naprawdę przyjemnie popatrzeć, jak bezlitośnie (a zarazem rzeczowo i spokojnie) punktuje np. zarzuty Gadomskiego o „ideologiczność”, adresowane do jej tekstu Podatki są fajne. I jak obnaża wszechobecną ideologiczność właśnie, podszywająca opinie Gadomskiego, które tak by chciał przedstawić w kostiumie „obiektywnej słuszności”. No, niestety (panu już dziękujemy).

Takich zaskoczeń i takich przyjemności jest w tej książce dużo, dużo więcej. Że zaś zakres merytoryczny jest (doprawdy) imponujący, na dziś stać mnie jeszcze tylko na jedno: na polecenie w stopniu (dla tego bloga) maksymalnym.

Kupujcie koniecznie, i czytajcie.

16 razy uznano, że da się to czytać

« Older entries § Newer entries »