z językiem

You are currently browsing the archive for the z językiem category.

Flejming to dyskusja powracająca farsą.

Przyjeżdża na szynach niezgody na fakty i niezgody na interpretacje. Nowoczesny flejming dąży do bycia pojazdem jednoszynowym.

Jego zwierzęciem jest wypchana Pardwa, ulubionym kolorem – bury, topologią – zbiór Cantora, patronem – św. Bourdieu.

Każdemu człowiekowi dobry Niewidzialny Różowy Jednorożec przyznaje pewien limit udziału we flejmingach. Po jego wyczerpaniu zapada się na ząb zombie.

W 2008 WHO uznała ząb zombie za nieuleczalne schorzenie o podłożu cywilizacyjnym. Jak zwykle, myliła się.

Z luźnej rozmowy o tym, czy należy przekładać (na polski) w tekście literackim stopy kwadratowe na system metryczny, zrodził się pomysł, że należałoby coś zrobić z czasem.

Z powodów astronomicznych ciężko ruszyć dobę i rok; tygodnie i miesiące są jawnie konwencjonalne, niech sobie zostaną. A więc ograniczmy się do wnętrza doby.

Po podzieleniu na 10 odcinków mielibyśmy:

doba = 10 lemurów
1 lemur = 144 minuty, czyli prawie 2 i 1/2 godziny [na stare]

Skąd nazwa? Bo brzmi leniwie i sympatycznie. Czas nie powinien zachęcać do pośpiechu, bo się wtedy szybciej zużywa.

Zobaczmy, jak to działa. Na przykład, doba (wg zaleceń lekarzy i różnych tam dietetyków) to:

3 lemury snu [najważniejsze!]
3 lemury pracy
3 lemury wypoczynku
i – uwaga! – 1 lemur ekstra!!!

Dodatkowy lemur można przeznaczyć na sprawy nieprzewidziane: seks, ciężką pracę fedrowania sieci i inne takie, co nie poddają się łatwo klasyfikacji sen–praca–wypoczynek.

Pomyślcie, z samej nieprzystawalności 10 i 3 (w sensie wspólnych dzielników) wychodzi dodatkowe (prawie) 2 i 1/2 godziny bonusu.

Ile to 3 lemury? 432 minuty [stare], czyli 7 godzin i 12 minut. Czas pracy zostałby urealniony, a jeśli komuś za mało tyle snu, niech sobie urwie od lemura dodatkowego.

Idźmy dalej. Lemura podzielimy na 100.

1 lemur = 100 chwil
1 chwila = 86,4 sekundy, czyli prawie 1 i 1/2 minuty [na stare]

To mniej więcej czas najkrótszego stosunku seksualnego, ugotowanie jajka na miękko wymaga 2–3 chwil (zależy, czy chce się wiedeńsko, czy molle, z półpłynnym żółtkiem), herbatę parzymy stanowcze 3 chwile, przeciętny videoklip zajmuje także 2–3 chwile. Bardzo rozsądna jednostka czasu i, co więcej, zgodna z naszymi przyzwyczajeniami językowymi!

Zauważmy też, że jednostka pośrednia:

10 chwil = 1/10 lemura

to coś bardzo zbliżonego do [starego] kwadransa. (Chwilowo nie mam nazwy. Jakieś propozycje?)

Przyspieszamy.

1 chwila = 100 migów
1 mig = 0,864 sekundy [na stare]

Każdy, kto z napięciem spogląda na sekundnikową wskazówkę zegara, nie mogąc się doczekać, z ulgą przyjmie wiadomość o nieznacznym, ale istotnym skróceniu dystansu. Czy może tylko mnie sekunda wydaje się idiotycznie za długa?

Przy okazji, obecny rekord świata w biegu na 100 metrów wynosi w tym przeliczeniu 11,215 migów. Yeah, znowu jest od czego urywać!

No i powoli zbliżamy się do końca listy jednostek podstawowych:

1 mig = 10 mrugów

Źródła podają, że mrugnięcie powoduje zamknięcie oka na mniej więcej 0,15 sekundy. Myślę, że dziś akceleracja dotyka i fizjologii; 0,086 sekundy (czyli 1 mrug) brzmi rozsądnie.

Jeśli ktoś mruga wolniej, niech ćwiczy w ramach bonusowego lemura.


DODANY PLON

1 lemur =
10 koali / krotochwil =
100 chwil / momentów =
1000 ? [decychwil / mililemurów] =
10000 migów =
100000 ? [decymigów] =
1000000 mrugów / okamžików [mikrolemurów]

Pawianowi (zdrowia)
 

1

Tendencja jest taka, żeby spłaszczać i upraszczać.

W chłodny wtorkowy poranek 9 grudnia 1997 roku marabutowie z RJP spotkali się na plenarnym posiedzeniu. Byli bladzi, a z oczu wyzierał im niczym nie maskowany strach. Prawdziwy wstrząs przyszedł z pierwszą przerwą w obradach. Nie wiadomo, kto pierwszy odważył się na wyznanie, ale już po paru minutach wiedzieli wszyscy: każde z nich (tak, każde) znalazło, budząc się, odciętą głowę gęsi we własnej pościeli. I ulegli, a z oczu wyzierał im już niczym niemaskowany strach. Uchwała, którą podjęto na tym posiedzeniu, do dziś uchodzi, i słusznie, za Himalaje wieloznaczności.

Nie wykluczając zasadniczych zmian w przyszłości w polskiej ortografii, Rada Języka Polskiego podejmuje decyzję pozytywną co do łącznej pisowni nie z imiesłowami odmiennymi z dopuszczalnością świadomej pisowni rozdzielnej.

Problem ortograficzny przerodził się w problem filozoficzny. Jak ustalić, kiedy piszący świadomie rozdziela? Pytań jest więcej. Kto (i dlaczego) mógł wcześniej obawiać się, że marabutowie – kto wie – jednak wykluczą zasadnicze zmiany w przyszłej polskiej ortografii? Czemu uznali oni za stosowne podkreślenie, że nie wykluczają? Czy mają w ogóle aż taką władzę, by móc wykluczyć? Czemu nie spróbowali? Strach przed – tym razem – głowami kaczymi? I co wynika z tego niewykluczania? Do dziś nie wiadomo. Uchwała jest arcydziełem, to strzelista wieloznaczność wcielona w ledwie parędziesiąt słów.

2

Krwawi spiskowcy zrobili swoje, odtąd – mówili, gratulując sobie śmiałej Rejowskiej reinterpretacji Ojca chrzestnego – będzie łatwiej.

Ale czy rzeczywiście łatwiej? Łatwiej się pisze (no, chyba że ktoś jest świadomy), ale czy łatwiej się czyta? Może ten niuans ortograficzny niósł na grzbiecie jakieś znaczenie? Prowokując do refleksji i rozróżniania między cechą a czynnością?

3

Wydawnictwa i (prawie wszystkie) gazety nadal – w ramach korekty – zastępują błędne „mi” na pozycji akcentowanej poprawnym „mnie”. Taki dialog nie przejdzie:

– Jasiowi chodziło o reklamę, Jackowi o kasę, a tobie o co?
– Mi chodziło o to, że...

Ale nawet ludzie z doktoratami „misiują” („Mi się wydaje...”) na piśmie, publicznie, bez wstydu. Zagadka. Mam hipotezę, ale nie wygląda mi ona na mocną. Że winne są SMS-y. Na „misiowaniu” oszczędza się dwa znaki, jest łatwiej. I stąd to poszło.

4

W wywiadach publikowanych na e-łamach niedoczytania.pl najbardziej podobają mi się nagłówki, stylizowane (chyba nieświadomie? nieee) na nekrologi: czarna ramka, imię, nazwisko i fota. Tę jawną kpinę (a może nawet autoironię) starają się chłopcy rekompensować poprawnością językową. Ale znowu coś nie gra. W wywiadzie z Jackiem Dehnelem, tekście, który udaje zapis rozmowy „na żywo”, rozmówcy mówią do siebie per „Pan”.

Potrafią wymawiać wielkie litery?! No, no. Chyba jednak nie o to chodzi, bo nawet „ty retoryczne” traktowane jest z tym wielkoliterowym szacunkiem:

[Dehnel:] Kiedy tracisz oddech, kiedy powietrze nie może dotrzeć do płuc — choćby wtedy, kiedy się topisz — śmierć odczuwasz bardzo blisko, cieleśnie. To co innego niż strach przed jakąś powoli pożerającą Cię chorobą; atak ma w sobie nagłość, chwyta za gardło, myślisz, że zostało Ci kilka minut, może kilkanaście sekund. I dlatego jest to doświadczenie, które tak głęboko wbija się w pamięć.

W wywiadzie ze Stasiukiem ten sam wywiadujący (Maciej Topolski) stylizuje się na szczenięcy podnóżek Mistrza (Stasiuk do niego przez minuskułowe „ty”, on do Stasiuka majuskułowym „Pan”; rozmowa jest na żywo, bo odnotowuje się „[śmiech]”). Redaktorzy niedoczytania.pl są aż tak młodzi?

5

Marabutowie czuwają, wezmą się teraz za językowe normy grzecznościowe. Strach pomyśleć, co z tego wyniknie, może niech nie nocują w domu przez jakiś czas (poprzedzający posiedzenie plenarne).

6

Ale tak naprawdę miałem o Dehnelu. W sprawie języka. Jacek Dehnel nieco mnie przeraża, m.in. swoim uregulowanym stosunkiem do życia:

tu [w Warszawie] mam, do spółki z Piotrem, nasze pierwsze własne mieszkanie, swoje ulubione ulice, którymi idę rano po bagietki i gazetę, w południe do kawiarni, a wieczorem do kina, opery czy do przyjaciół i znajomych

Przełamując ten (plebejski) strach myślę sobie, że OK, w Polsce zawsze występował (cywilizacyjny) niedostatek mieszczańskiej stabilizacji. No i Dehnel promuje także uregulowany stosunek do czasu, przeciwstawia się Chaosowi i Pośpiechowi. Więc dobrze.

Gdyby nie język, jego niespodziewana (i może nawet: nie uświadomiona) giętkość (ta ze Słowackiego), na tym poprzestałbym. Ale czytam:

to zaczęło się jeszcze w szkole średniej. Angielskiego uczyła mnie prof. Kiazimova, która ukończyła anglistykę na uniwersytecie moskiewskim, zakochała się w Polaku i przyjechała do Polski — znakomicie znała więc i angielski, i polski, którego uczyła się przez lata, i, przede wszystkim, rosyjski.

I widzę to „mnie”, pani profesor nie uczyła „nas” (uczniów tej klasy w liceum), ona uczyła konkretnego J.D.

Wtedy myślę sobie, że w jednym drobnym zaimku może się skrywać zarodek krystalizacji czegoś większego niż językowy niuans.

7

Mi się nawet podobało by, gdyby ktoś coś chciał zrobić marabutą, nie tak na prawdę tylko także by postraszyć trochę.

Najpierw pisze tak (ale zanim napisze, daje tytuł, który brzmi Popieram błędy, brzmi bardzo poważnie, jak deklaracja przedwyborcza, albo jakieś credo, i oczywiście zastanawiam się, czy taka oschła i mocna deklaracja nie jest błędem, a jeśli jest, to czy popiera ją jako błąd czy jako credo; potem jednak myślę, że to był błąd: przykładać takie dziwne kategorie do tekstu):

adam pisze w mejlu, że popiera błędy, bo w błędach jest o wiele więcej seksu niż gdzie indziej i ciężko mi się z nim nie zgodzić; wychodzę; system staje na chwilę, ponieważ tramwaj znów się spóźnia

To „najpierw” jest ważne, bo to pierwszy wpis na tym blogu, choć nie jest to pierwszy blog i pewnie ci, co go znają z poprzednich miejsc i poprzednich lektur, wcale nie są zdziwieni, że później opisuje, jak czeka na tramwaj, używając 15 razy słowa „miło”, a potem opisuje, jak wsiada do zatłoczonego tramwaju, który wreszcie (choć właściwie w samą porę) przyjechał, i jedzie tak jak zwykle, a opis zawiera powtórzone 7 razy słowa „te same”, bo ta podróż nie jest niczym niecodziennym, dopóki jakaś dziewczyna nie zacznie go ocierać sobą, specjalnie to robi, sobą, sterczącymi piersiami, które nie są w żadnym sensie te same, bo nie jest mu miło; chciałby wysiąść

ale jeszcze jeden przystanek

Konstrukcja tego małego labiryntu jest bez zarzutu, maleńka wyżymaczka na dzieńdobry bloga, myśl teraz, czytelniku, czy jeśli w błędach jest więcej seksu niż gdzie indziej, to czy w seksie jest też sporo błędu. I czyjego. I o innych rzeczach myśl też.

A długo potem na blogu pojawia się wpis, w którym znowu coś się rozważa (tym razem nie streszczam), jest tam zamieszczony rysunek Kiry Pietrek (nie wiem, kim jest Kira Pietrek, ale dobrze, że jest, bo rysunek – świetny), i jest też przypis odsyłający do niedoczytania.pl, gdzie pośród dwóch innych jest wiersz Wartości rodzinne:

Wsiadam do tramwaju, który jedzie na Ogrody.
Stojąc na przednim pomoście
przypomina mi się twarz matki, nie matka,
sama twarz jedynie, która śniła mi się całą noc.

Na głowie nie miała ani jednego włoska.
Patrzyła mi w oczy, chciała mówić, nie poruszając ustami.
Jej głos usłyszałem w głowie: „Synku,
jestem pusta w środku. Rozumiesz, synku? Pusta!”.

Nie rozumiałem, nie chciałem rozumieć.
Zostawiłem ją za sobą. Następnego dnia
zaraz po przebudzeniu, wystukałem numer do domu.
Po dwóch sygnałach odebrała siostra.

„Daję mamę, wiedziała, że będziesz dziś dzwonił.”
Od razu zapytała, czy przyjadę na święta, bo jak tak,
to kupi mi mały prezent, a jak nie, to nie
będzie sobie głowy zawracać. Ma teraz tyle spraw do załatwienia.

Odpowiedziałem, że tak, choć chciałem powiedzieć, że nie.
Chyba nie uwierzyła, dopytywała kilka razy.
Chyba z pięć. Tłumacząc się: „Słuch mi się pogorszył”.
Prawie jej nie rozumiałem.

To zupełnie inny tramwaj, pojawia się tylko na chwilę, i zanim czytający zastanowi się, czemu w ogóle ten tramwaj się pojawił, wiersz przechodzi szybko do innych spraw, o których opowiada się w sposób prosty, choć eluzywny (tym anglicyzmem daję do zrozumienia, że trzeba sobie przetłumaczyć te sprawy i sposób o nich opowiadania).

A mnie ten wiersz, który za mniej więcej miesiąc pojawi się wydrukowany w tomie Luźne związki, jakoś zirytował. Bo nie popieram błędów, może nie wszystkich, takich prostych błędów językowych nie popieram, bo je szybko dostrzegam i mnie irytują; zaraz zaczynam się zastanawiać, dlaczego, czasem po co, i nie znajduję (przeważnie) odpowiedzi, a porządek świata zostaje nieodwołalnie zmierzwiony.

„Stojąc na przednim pomoście / przypomina mi się twarz matki”, która stoi na przednim pomoście, twarz stoi, nie matka. Tramwaj znowu, po prawie dwóch latach, wiezie błąd. I nie ma w nim żadnego seksu, a celu też nie widzę.

1

Patafizycy i oulipianie podgryzają korzonki bloga tego, niekiedy ze świadomego zamysłu autora (czyli: mnie), a niekiedy znienacka, jak choćby w tym komentarzu Marcelego. Błądzą zatem po blogu Queneau i Gondowicz (zob.), których afiliacji nie trzeba pokazywać palcem. Ale – post factum – muszę uznać, że zarówno przypadek litery p u Samuela Orgelbranda, jak i urojone wyrojenie Budyniów, via dzieło Józefata Bolesława Ostrowskiego, również są z ducha pata/ouli. A może i nie tylko. Nie da się ukryć: działa tu jakaś patafizyczna grawitacja.

2

Nie ma przypadków, albo – los nielosowo losuje. Odczuwając potrzebę zacytowania fragmentu Życia. Instrukcji obsługi Georges’a Pereca, wybieram poniższy:

Następnie zapalił reflektorek na suficie i w jego blasku otworzył kasetę: na jaskrawoczerwonej wyściółce spoczywał płaski, złoty brzeszczot w kształcie sierpa, osadzony w gładkiej, jesionowej rękojeści. „Czy pan wie, co to jest?” – zapytał. Valène uniósł pytająco brwi. „To jest złota ciosła, ktorej używali galijscy druidzi do ścinania jemioły”. Valène spojrzał na Grifalconiego pełen niedowierzania, ale stolarz nie wydawał się zbity z tropu: „Rękojeść oczywiście sam dorobiłem, ale brzeszczot jest autentyczny; znaleziono go w okolicach Aix; wszystko wskazuje na to, że to robota salicka”. Valène obejrzał rzecz z bliska: po jednej stronie ostrza wyryto siedem maleńkich przedstawień, ale niestety, nawet przy pomocy mocnego szkła powiększającego, nie udało mu się ich odczytać; dostrzegł tylko, że na niektórych powtarza się prawdopodobnie kobieta z bardzo długimi włosami.

[przeł. Wawrzyniec Bobrowski; w sprawie „roboty salickiej” zob.]

Wybieram dlatego, że grube tomiszcze otworzyło mi się właśnie na tej stronie. Ale przecież dlatego, że ciosła jest najgłówniejszym rekwizytem (prawie osobą!) w Przemianach Harry’ego Mathewsa, którą to wspaniałą historię czytałem jakieś 8321 dni* temu (to pierwsze chude wydanie, które potem ktoś pożyczył i – oczywiście; co, głupi ten ktoś? – nie oddał).

3

A zatem: jak to jest ze snami?

Sądzę, że wynalazek snu to fajna oulipiańska wewnątrzgłowna ruletka: nie ma co się podniecać (to znaczy, niezdrowo podniecać, zdrowe podniecenie jest w porządku). Sny przynależą do literatury; kto sądzi inaczej, nie ma czego szukać na tym blogu, a zwłaszcza u jego korzeni. (Bez urazy.)

Z tego punktu widzenia, tacy panowie jak Jung są po prostu nieświadomymi patafizykami. Zresztą, kto ich tam wie.

4

Polskich onirystów łączy tajemne porozumienie, jest ich też znacznie więcej, niż wynikałoby z oficjalnych komunikatów prasowych. Głównych onirystów ofiarnych (którzy odwracają uwagę opinii publicznej od rozmiarów zagrożenia) jest trzech: to Henryk Bereza, Adam Wiedemann i Maciej Gierszewski (zwany gierą). Nie trzeba dodawać, że tworzą układ dynastyczny, z ducha salicki.

Wszyscy trzej uprawiają oniryzm towarzyski: śnią się im głównie znajomi z małą domieszką nieznajomych. Wymaga (twierdzą niektórzy) wielu lat treningu takie stematyzowanie snów.

———
[*] mogę się mylić

« Older entries § Newer entries »