z językiem

You are currently browsing the archive for the z językiem category.

Wiersz Edwarda Pasewicza, niech brzmi, zagadkuje; niech przystańcie.

[zaraz pojawią się]

Zaraz pojawią się owadzie skojarzenia,
wapno przyjdzie i drętwe modlitwy
złuszczą się i spadną jak ciasto francuskie.
A Pan w drelichu powie: spadaj stąd,
są linie papilarne i genetyczny kod.
Kto był obecny?
Huknąłem o podłogę i rozsypałem się
jak ryż z pękniętej torby.
Chwile półmroku bez głosu i ruchu.
Przemienne formy na owocowej paterze.
Czasoprzestrzenny loop, owdowiały scratching
korzeń i owoc w jednym momencie.
„Pozostaniesz, Reczungu,
w bezpiecznej twierdzy niezrodzonej pustki?”

[z tomu Th (2005)]

Obok patafizyki powinna się czasem manifestować patalingwobioantropo— czy coś. A zatem wiersz Tomasza Gerszberga.

podejdź ufnie Rousseau

toż tak trochę przeniewierzyawszy
błystki, poundy i kije samobije,
wewszecznie myśl składając ikrze horyzontu
spadłem na padół, we wnidół i bez marginesu,
już bez asekuracyjnych linków, intedentów behapu,

siem złapałem w pułapkę, cipkę czasu i niebytu,
koląc oko, rwąc włoski
i hiszpański ołtarzyk,
skąposzczetnie i przywilnie mając rzeczy za nic:

tryumf, tryumf, tryumf
i pończocha trufli, dwa funty poziomek,
którymy koń beka... goń, goń, goń króliczka
w polowaniu na lisy.

i przeto na zawżdy mnię coś tu ujęło,
musiał to być orgazm, albo rodzaj wzdęcia,
od samego początku, szczęścia i dreszczuni
szedłem w dym jak w ogień.
hop, hop, sobie powiedziawszy, ciamkając
gumkę w majtosiech już bezzezębną szczęką
pojąłem że vita jest la bamba, jerychońska tromba.
więc chcę świszczeć i popierdywać,
jak z rozwiązanym ustnikiem

w powietrze wypuszczony balonik.

[z tomu Pies, który zakochał się w tęczy, 2009]

flejming

Flejming to dyskusja powracająca farsą.

Przyjeżdża na szynach niezgody na fakty i niezgody na interpretacje. Nowoczesny flejming dąży do bycia pojazdem jednoszynowym.

Jego zwierzęciem jest wypchana Pardwa, ulubionym kolorem – bury, topologią – zbiór Cantora, patronem – św. Bourdieu.

Każdemu człowiekowi dobry Niewidzialny Różowy Jednorożec przyznaje pewien limit udziału we flejmingach. Po jego wyczerpaniu zapada się na ząb zombie.

W 2008 WHO uznała ząb zombie za nieuleczalne schorzenie o podłożu cywilizacyjnym. Jak zwykle, myliła się.

Z luźnej rozmowy o tym, czy należy przekładać (na polski) w tekście literackim stopy kwadratowe na system metryczny, zrodził się pomysł, że należałoby coś zrobić z czasem.

Z powodów astronomicznych ciężko ruszyć dobę i rok; tygodnie i miesiące są jawnie konwencjonalne, niech sobie zostaną. A więc ograniczmy się do doby.

Po podzieleniu na 10 odcinków mielibyśmy:

doba = 10 lemurów
1 lemur = 144 minuty, czyli prawie 2 i 1/2 godziny [na stare]

Skąd nazwa? Bo brzmi leniwie i sympatycznie. Czas nie powinien zachęcać do pośpiechu, bo się wtedy szybciej zużywa.

Zobaczmy, jak to działa. Na przykład, doba (wg zaleceń lekarzy i różnych tam dietetyków) to:

3 lemury snu [najważniejsze!]
3 lemury pracy
3 lemury wypoczynku
i – uwaga! – 1 lemur ekstra!!!

Dodatkowy lemur można przeznaczyć na sprawy nieprzewidziane: seks, ciężką pracę fedrowania sieci i inne takie, co nie poddają się łatwo klasyfikacji sen–praca–wypoczynek.

Pomyślcie, z samej nieprzystawalności 10 i 3 (w sensie wspólnych dzielników) wychodzi dodatkowe (prawie) 2 i 1/2 godziny bonusu.

Ile to 3 lemury? 432 minuty [stare], czyli 7 godzin i 12 minut. Czas pracy zostałby urealniony, a jeśli komuś za mało tyle snu, niech sobie urwie od lemura dodatkowego.

Idźmy dalej. Lemura podzielimy na 100.

1 lemur = 100 chwil
1 chwila = 86,4 sekundy, czyli prawie 1 i 1/2 minuty [na stare]

To mniej więcej czas najkrótszego stosunku seksualnego, ugotowanie jajka na miękko wymaga 2–3 chwil (zależy, czy chce się wiedeńsko, czy molle, z półpłynnym żółtkiem), herbatę parzymy stanowcze 3 chwile, przeciętny videoklip zajmuje także 2–3 chwile. Bardzo rozsądna jednostka czasu i, co więcej, zgodna z naszymi przyzwyczajeniami językowymi!

Zauważmy też, że jednostka pośrednia:

10 chwil = 1/10 lemura

to coś bardzo zbliżonego do [starego] kwadransa. (Chwilowo nie mam nazwy. Jakieś propozycje?)

Przyspieszamy.

1 chwila = 100 migów
1 mig = 0,864 sekundy [na stare]

Każdy, kto z napięciem spogląda na sekundnikową wskazówkę zegara, nie mogąc się doczekać, z ulgą przyjmie wiadomość o nieznacznym, ale istotnym skróceniu dystansu. Czy może tylko mnie sekunda wydaje się idiotycznie za długa?

Przy okazji, obecny rekord świata w biegu na 100 metrów wynosi w tym przeliczeniu 11,215 migów. Yeah, znowu jest od czego urywać!

No i powoli zbliżamy się do końca listy jednostek podstawowych:

1 mig = 10 mrugów

Źródła podają, że mrugnięcie powoduje zamknięcie oka na mniej więcej 0,15 sekundy. Myślę, że dziś akceleracja dotyka i fizjologii; 0,086 sekundy (czyli 1 mrug) brzmi rozsądnie.

Jeśli ktoś mruga wolniej, niech ćwiczy w ramach bonusowego lemura.


DODANY PLON

1 lemur =
10 koali =
100 chwil / momentów =
1000 ? [decychwil / mililemurów] =
10000 migów =
100000 ? [decymigów] =
1000000 mrugów / okamžików [mikrolemurów]

Pawianowi (zdrowia)
 

1

Tendencja jest taka, żeby spłaszczać i upraszczać.

W chłodny wtorkowy poranek 9 grudnia 1997 roku marabutowie z RJP spotkali się na plenarnym posiedzeniu. Byli bladzi, a z oczu wyzierał im niczym nie maskowany strach. Prawdziwy wstrząs przyszedł z pierwszą przerwą w obradach. Nie wiadomo, kto pierwszy odważył się na wyznanie, ale już po paru minutach wiedzieli wszyscy: każde z nich (tak, każde) znalazło, budząc się, odciętą głowę gęsi we własnej pościeli. I ulegli, a z oczu wyzierał im już niczym niemaskowany strach. Uchwała, którą podjęto na tym posiedzeniu, do dziś uchodzi, i słusznie, za Himalaje wieloznaczności.

Nie wykluczając zasadniczych zmian w przyszłości w polskiej ortografii, Rada Języka Polskiego podejmuje decyzję pozytywną co do łącznej pisowni nie z imiesłowami odmiennymi z dopuszczalnością świadomej pisowni rozdzielnej.

Problem ortograficzny przerodził się w problem filozoficzny. Jak ustalić, kiedy piszący świadomie rozdziela? Pytań jest więcej. Kto (i dlaczego) mógł wcześniej obawiać się, że marabutowie – kto wie – jednak wykluczą zasadnicze zmiany w przyszłej polskiej ortografii? Czemu uznali oni za stosowne podkreślenie, że nie wykluczają? Czy mają w ogóle aż taką władzę, by móc wykluczyć? Czemu nie spróbowali? Strach przed – tym razem – głowami kaczymi? I co wynika z tego niewykluczania? Do dziś nie wiadomo. Uchwała jest arcydziełem, to strzelista wieloznaczność wcielona w ledwie parędziesiąt słów.

2

Krwawi spiskowcy zrobili swoje, odtąd – mówili, gratulując sobie śmiałej Rejowskiej reinterpretacji Ojca chrzestnego – będzie łatwiej.

Ale czy rzeczywiście łatwiej? Łatwiej się pisze (no, chyba że ktoś jest świadomy), ale czy łatwiej się czyta? Może ten niuans ortograficzny niósł na grzbiecie jakieś znaczenie? Prowokując do refleksji i rozróżniania między cechą a czynnością?

3

Wydawnictwa i (prawie wszystkie) gazety nadal – w ramach korekty – zastępują błędne „mi” na pozycji akcentowanej poprawnym „mnie”. Taki dialog nie przejdzie:

– Jasiowi chodziło o reklamę, Jackowi o kasę, a tobie o co?
– Mi chodziło o to, że...

Ale nawet ludzie z doktoratami „misiują” („Mi się wydaje...”) na piśmie, publicznie, bez wstydu. Zagadka. Mam hipotezę, ale nie wygląda mi ona na mocną. Że winne są SMS-y. Na „misiowaniu” oszczędza się dwa znaki, jest łatwiej. I stąd to poszło.

4

W wywiadach publikowanych na e-łamach niedoczytania.pl najbardziej podobają mi się nagłówki, stylizowane (chyba nieświadomie? nieee) na nekrologi: czarna ramka, imię, nazwisko i fota. Tę jawną kpinę (a może nawet autoironię) starają się chłopcy rekompensować poprawnością językową. Ale znowu coś nie gra. W wywiadzie z Jackiem Dehnelem, tekście, który udaje zapis rozmowy „na żywo”, rozmówcy mówią do siebie per „Pan”.

Potrafią wymawiać wielkie litery?! No, no. Chyba jednak nie o to chodzi, bo nawet „ty retoryczne” traktowane jest z tym wielkoliterowym szacunkiem:

[Dehnel:] Kiedy tracisz oddech, kiedy powietrze nie może dotrzeć do płuc — choćby wtedy, kiedy się topisz — śmierć odczuwasz bardzo blisko, cieleśnie. To co innego niż strach przed jakąś powoli pożerającą Cię chorobą; atak ma w sobie nagłość, chwyta za gardło, myślisz, że zostało Ci kilka minut, może kilkanaście sekund. I dlatego jest to doświadczenie, które tak głęboko wbija się w pamięć.

W wywiadzie ze Stasiukiem ten sam wywiadujący (Maciej Topolski) stylizuje się na szczenięcy podnóżek Mistrza (Stasiuk do niego przez minuskułowe „ty”, on do Stasiuka majuskułowym „Pan”; rozmowa jest na żywo, bo odnotowuje się „[śmiech]”). Redaktorzy niedoczytania.pl są aż tak młodzi?

5

Marabutowie czuwają, wezmą się teraz za językowe normy grzecznościowe. Strach pomyśleć, co z tego wyniknie, może niech nie nocują w domu przez jakiś czas (poprzedzający posiedzenie plenarne).

6

Ale tak naprawdę miałem o Dehnelu. W sprawie języka. Jacek Dehnel nieco mnie przeraża, m.in. swoim uregulowanym stosunkiem do życia:

tu [w Warszawie] mam, do spółki z Piotrem, nasze pierwsze własne mieszkanie, swoje ulubione ulice, którymi idę rano po bagietki i gazetę, w południe do kawiarni, a wieczorem do kina, opery czy do przyjaciół i znajomych

Przełamując ten (plebejski) strach myślę sobie, że OK, w Polsce zawsze występował (cywilizacyjny) niedostatek mieszczańskiej stabilizacji. No i Dehnel promuje także uregulowany stosunek do czasu, przeciwstawia się Chaosowi i Pośpiechowi. Więc dobrze.

Gdyby nie język, jego niespodziewana (i może nawet: nie uświadomiona) giętkość (ta ze Słowackiego), na tym poprzestałbym. Ale czytam:

to zaczęło się jeszcze w szkole średniej. Angielskiego uczyła mnie prof. Kiazimova, która ukończyła anglistykę na uniwersytecie moskiewskim, zakochała się w Polaku i przyjechała do Polski — znakomicie znała więc i angielski, i polski, którego uczyła się przez lata, i, przede wszystkim, rosyjski.

I widzę to „mnie”, pani profesor nie uczyła „nas” (uczniów tej klasy w liceum), ona uczyła konkretnego J.D.

Wtedy myślę sobie, że w jednym drobnym zaimku może się skrywać zarodek krystalizacji czegoś większego niż językowy niuans.

7

Mi się nawet podobało by, gdyby ktoś coś chciał zrobić marabutą, nie tak na prawdę tylko także by postraszyć trochę.

« Older entries