z językiem

You are currently browsing the archive for the z językiem category.

błąd

Najpierw pisze tak (ale zanim napisze, daje tytuł, który brzmi Popieram błędy, brzmi bardzo poważnie, jak deklaracja przedwyborcza, albo jakieś credo, i oczywiście zastanawiam się, czy taka oschła i mocna deklaracja nie jest błędem, a jeśli jest, to czy popiera ją jako błąd czy jako credo; potem jednak myślę, że to był błąd: przykładać takie dziwne kategorie do tekstu):

adam pisze w mejlu, że popiera błędy, bo w błędach jest o wiele więcej seksu niż gdzie indziej i ciężko mi się z nim nie zgodzić; wychodzę; system staje na chwilę, ponieważ tramwaj znów się spóźnia

To „najpierw” jest ważne, bo to pierwszy wpis na tym blogu, choć nie jest to pierwszy blog i pewnie ci, co go znają z poprzednich miejsc i poprzednich lektur, wcale nie są zdziwieni, że później opisuje, jak czeka na tramwaj, używając 15 razy słowa „miło”, a potem opisuje, jak wsiada do zatłoczonego tramwaju, który wreszcie (choć właściwie w samą porę) przyjechał, i jedzie tak jak zwykle, a opis zawiera powtórzone 7 razy słowa „te same”, bo ta podróż nie jest niczym niecodziennym, dopóki jakaś dziewczyna nie zacznie go ocierać sobą, specjalnie to robi, sobą, sterczącymi piersiami, które nie są w żadnym sensie te same, bo nie jest mu miło; chciałby wysiąść

ale jeszcze jeden przystanek

Konstrukcja tego małego labiryntu jest bez zarzutu, maleńka wyżymaczka na dzieńdobry bloga, myśl teraz, czytelniku, czy jeśli w błędach jest więcej seksu niż gdzie indziej, to czy w seksie jest też sporo błędu. I czyjego. I o innych rzeczach myśl też.

A długo potem na blogu pojawia się wpis, w którym znowu coś się rozważa (tym razem nie streszczam), jest tam zamieszczony rysunek Kiry Pietrek (nie wiem, kim jest Kira Pietrek, ale dobrze, że jest, bo rysunek – świetny), i jest też przypis odsyłający do niedoczytania.pl, gdzie pośród dwóch innych jest wiersz Wartości rodzinne:

Wsiadam do tramwaju, który jedzie na Ogrody.
Stojąc na przednim pomoście
przypomina mi się twarz matki, nie matka,
sama twarz jedynie, która śniła mi się całą noc.

Na głowie nie miała ani jednego włoska.
Patrzyła mi w oczy, chciała mówić, nie poruszając ustami.
Jej głos usłyszałem w głowie: „Synku,
jestem pusta w środku. Rozumiesz, synku? Pusta!”.

Nie rozumiałem, nie chciałem rozumieć.
Zostawiłem ją za sobą. Następnego dnia
zaraz po przebudzeniu, wystukałem numer do domu.
Po dwóch sygnałach odebrała siostra.

„Daję mamę, wiedziała, że będziesz dziś dzwonił.”
Od razu zapytała, czy przyjadę na święta, bo jak tak,
to kupi mi mały prezent, a jak nie, to nie
będzie sobie głowy zawracać. Ma teraz tyle spraw do załatwienia.

Odpowiedziałem, że tak, choć chciałem powiedzieć, że nie.
Chyba nie uwierzyła, dopytywała kilka razy.
Chyba z pięć. Tłumacząc się: „Słuch mi się pogorszył”.
Prawie jej nie rozumiałem.

To zupełnie inny tramwaj, pojawia się tylko na chwilę, i zanim czytający zastanowi się, czemu w ogóle ten tramwaj się pojawił, wiersz przechodzi szybko do innych spraw, o których opowiada się w sposób prosty, choć eluzywny (tym anglicyzmem daję do zrozumienia, że trzeba sobie przetłumaczyć te sprawy i sposób o nich opowiadania).

A mnie ten wiersz, który za mniej więcej miesiąc pojawi się wydrukowany w tomie Luźne związki, jakoś zirytował. Bo nie popieram błędów, może nie wszystkich, takich prostych błędów językowych nie popieram, bo je szybko dostrzegam i mnie irytują; zaraz zaczynam się zastanawiać, dlaczego, czasem po co, i nie znajduję (przeważnie) odpowiedzi, a porządek świata zostaje nieodwołalnie zmierzwiony.

„Stojąc na przednim pomoście / przypomina mi się twarz matki”, która stoi na przednim pomoście, twarz stoi, nie matka. Tramwaj znowu, po prawie dwóch latach, wiezie błąd. I nie ma w nim żadnego seksu, a celu też nie widzę.

p-sny

1

Patafizycy i oulipianie podgryzają korzonki bloga tego, niekiedy ze świadomego zamysłu autora (czyli: mnie), a niekiedy znienacka, jak choćby w tym komentarzu Marcelego. Błądzą zatem po blogu Queneau i Gondowicz (zob.), których afiliacji nie trzeba pokazywać palcem. Ale – post factum – muszę uznać, że zarówno przypadek litery p u Samuela Orgelbranda, jak i urojone wyrojenie Budyniów, via dzieło Józefata Bolesława Ostrowskiego, również są z ducha pata/ouli. A może i nie tylko. Nie da się ukryć: działa tu jakaś patafizyczna grawitacja.

2

Nie ma przypadków, albo – los nielosowo losuje. Odczuwając potrzebę zacytowania fragmentu Życia. Instrukcji obsługi Georges’a Pereca, wybieram poniższy:

Następnie zapalił reflektorek na suficie i w jego blasku otworzył kasetę: na jaskrawoczerwonej wyściółce spoczywał płaski, złoty brzeszczot w kształcie sierpa, osadzony w gładkiej, jesionowej rękojeści. „Czy pan wie, co to jest?” – zapytał. Valène uniósł pytająco brwi. „To jest złota ciosła, ktorej używali galijscy druidzi do ścinania jemioły”. Valène spojrzał na Grifalconiego pełen niedowierzania, ale stolarz nie wydawał się zbity z tropu: „Rękojeść oczywiście sam dorobiłem, ale brzeszczot jest autentyczny; znaleziono go w okolicach Aix; wszystko wskazuje na to, że to robota salicka”. Valène obejrzał rzecz z bliska: po jednej stronie ostrza wyryto siedem maleńkich przedstawień, ale niestety, nawet przy pomocy mocnego szkła powiększającego, nie udało mu się ich odczytać; dostrzegł tylko, że na niektórych powtarza się prawdopodobnie kobieta z bardzo długimi włosami.

[przeł. Wawrzyniec Bobrowski; w sprawie „roboty salickiej” zob.]

Wybieram dlatego, że grube tomiszcze otworzyło mi się właśnie na tej stronie. Ale przecież dlatego, że ciosła jest najgłówniejszym rekwizytem (prawie osobą!) w Przemianach Harry’ego Mathewsa, którą to wspaniałą historię czytałem jakieś 8321 dni* temu (to pierwsze chude wydanie, które potem ktoś pożyczył i – oczywiście; co, głupi ten ktoś? – nie oddał).

3

A zatem: jak to jest ze snami?

Sądzę, że wynalazek snu to fajna oulipiańska wewnątrzgłowna ruletka: nie ma co się podniecać (to znaczy, niezdrowo podniecać, zdrowe podniecenie jest w porządku). Sny przynależą do literatury; kto sądzi inaczej, nie ma czego szukać na tym blogu, a zwłaszcza u jego korzeni. (Bez urazy.)

Z tego punktu widzenia, tacy panowie jak Jung są po prostu nieświadomymi patafizykami. Zresztą, kto ich tam wie.

4

Polskich onirystów łączy tajemne porozumienie, jest ich też znacznie więcej, niż wynikałoby z oficjalnych komunikatów prasowych. Głównych onirystów ofiarnych (którzy odwracają uwagę opinii publicznej od rozmiarów zagrożenia) jest trzech: to Henryk Bereza, Adam Wiedemann i Maciej Gierszewski (zwany gierą). Nie trzeba dodawać, że tworzą układ dynastyczny, z ducha salicki.

Wszyscy trzej uprawiają oniryzm towarzyski: śnią się im głównie znajomi z małą domieszką nieznajomych. Wymaga (twierdzą niektórzy) wielu lat treningu takie stematyzowanie snów.

———
[*] mogę się mylić

Tam nie dopisałem, dopiszę tutaj. Napisałem, że poniższy fragmentu wiersza Krzysztofa Świerkosza recenzent marnie wykpiwa, stosując złe metody w słusznej sprawie:

płatek śniegu kocie pióro czeska mapa

Tę frazę recenzent (Paweł Kozioł) charakteryzuje tak:

trudno się przy tej poetyce ustrzec kiksów, takich jak powołanie do życia nowej odmiany ssaków opierzonych. Poucza o tym nastrojowa wyliczanka skierowana do ukochanej kobiety: [i tu cytowana wyżej szóstka wyrazów]

Recenzencie, czyś ty na głowę upadł?! Wiersz to nie podręcznik zoologii! W wierszu mogą się przechadzać okazy fauny dziwniejsze niż wszystko, co wymyślił Celnik Rousseau. Jeśli tylko (teraz mówię o dobrych wierszach) niosą na grzbiecie znaczenie, skojarzenie, obraz; cokolwiek, co robi coś niesztampowego z czytelnikiem.

Próbę obrony argumentem „z realizmu językowego” podjął mrw, pisząc:

„Kocie pióro” jest w moim słowniku: mówię tak na kosmyki futra wyrastające z uszu rasowych (i nie tylko) kotów; mówi się tak też na latające kocie kłaczki

Ale niepotrzebnie: piszącego wiersz nie krępuje dyrektywa, że ma się ograniczać do językowego realizmu (tj. nie wykraczać poza utarte zwroty). Gdyby zastosować taką – hm, socrealistyczną – dyrektywę do wierszy Kozioła, miałby się z pyszna, obrywając za pijaną flagę (tkaniny nie doznają upojeniu alkoholowego, nie jest to też zwrot zleksykalizowany) czy za liczyć coś w cyfrze śniegu (no przecież absurd; Kozioł „powołuje do życia nowy rodzaj” arytmetyki?!) itd.

To dlatego te kpiny są marne; złe to metody.

Ale wspomniałem też o słusznej sprawie. Jakiej?

Piętnowania sztampy, nieoryginalności, banału. Nie że zaraz pręgierz czy stos całopalny. Krytyka.

„Płatek śniegu kocie pióro”. Śnieg, biały puch, pióro – banalny ciąg skojarzeń. „Kocie” – kot, miękki, puchaty, zwinny, przemykający wśród przedmiotów bez ich potrącania; delikatny dotyk kociej łapki; łaskotanie kocim wąsem jak łaskotanie piórem (czy źdźbłem trawy) – no, dziesiątki tropów prowadzących od pióra do kota (i odwrotnie), zwłaszcza w erotyku lub utworze erotyko-podobnym (co nie jest jednak, poza recenzencką wzmianką o „nastrojowej wyliczance skierowanej do ukochanej kobiety”, potwierdzone). Banał.

Znacznie łatwiej byłoby się przyczepić do czeskiej mapy. Co to jest? Z czym ma się kojarzyć? Czy mylenie kota z czymś opierzonym jest rodzajem „czeskiego błędu” (zamiana sąsiadujących w wyrazie liter) na „mapie skojarzeń”? O co tu chodzi?

Nie wiemy: fraza została wyciągnięta z kontekstu. A kontekst jest bardzo ważny, powiedziałbym: kluczowy.

Jak inaczej czytałoby się wierszyk rozbierany na części w poprzedniej blogonocie, gdyby na przykład nosił tytuł Córka nie odbiera moich telefonów.

Niniejsza blogonota jest mocno powiązana z wpisem o poezji, sugeruję lekturę obu przed skomentowaniem (gdyby się komuś chciało).


A teraz przejdźmy do konkretów. Powiedzmy „sprawdzam” tekstowi Pawła Kozioła z Lampy, od którego wszystko się zaczęło.

Wierszyk Krzysztofa Świerkosza:

noc dziś ciepła jak na tę porę roku
zasłania się miasta witrażem – rozmarzona kotka
ciekawe
kogo dzisiaj spotkam

kogo
spotka ona
z kim śpi moja była żona

Wysunąłem hipotezę, że wiersz programuje czytelnika, sprawdźmy, jak działa powyższy programik.

noc dziś ciepła jak na tę porę roku

Wiosna albo jesień. Latem takich rzeczy się nie mówi, zimą brzmiałoby absurdalnie. Obstawiam wiosnę (potwierdzenie w następnym wersie: „rozmarzone kotki” to figura wczesnej wiosny). Kto to mówi? Zapewne facet (zbadałem hipotezę, że to kobieta, której poprzedni związek z inną się skończył: wysoce nieprawdopodobne po polsku, wysoce nieprawdopodobne u męskiego autora).

Skąd wie, że „noc ciepła”? Najprostsze rozumowanie jest takie, że szykuje się do wieczornego wyjścia „w miasto”, otworzył okno i, podziwiając panoramę miasta, czuje ciepłe wieczorne podmuchy.

zasłania się miasta witrażem – rozmarzona kotka

Musi mieć niezły widok, może nie od razu Empire State Building, ale coś w rodzaju warszawskiego mostu świętokrzyskiego z podświetlonym olinowaniem. Obrazek jest bombonierkowy, jeśli jeszcze nie jesteśmy w klimacie komedii romantycznej, to „rozmarzona kotka” jest kropką nad i.

W przyrodzie nie ma rozmarzonych kotek, to zwierzęta konkretne, skupione na sobie, zawijające wokół siebie czasoprzestrzeń; błysk bursztynowego (zielonego) oka jest – realnie – światełkiem z wewnątrz tajemniczego tunelu Obcości i SamoSobieWystarczania.

„Rozmarzona kotka” to figura popkultury: kobieta miękko spoczywająca na (wybaczcie) łożu nocy, błądząca myślą po Kosmosie Kobiecości, czekająca na Niego. Noc jako rozmarzona kotka. Oto Obietnica dla samca, oto i on nadchodzi.

ciekawe

W oddzielnym wersie. Narrator nadal stoi przed obiecującą panoramą (możliwości), ale wraca myślą do siebie. Spokojnie. Wyrównany oddech, pewność siebie, gotowość & wiara.

kogo dzisiaj spotkam

Ani mu przez głowę przemknie pytanie, czy spotka. Się zastanawia tylko nad tym, kogo.

A co to znaczy poza sygnałem pełnej wiary, że Obietnica się ziści, sygnałem pewności siebie? Ano to, że jest free, singiel, nocny łowca, Sex and the City w wersji soft męskiej. Dlaczego soft? Bo nie robi wiochy a la Świetlicki [to żart], nie zastanawia się „kogo dziś przelecę”, nie, jest elegancki, stonowany i dyskretny. Komedia romantyczna.

kogo

Znowu w wydzielonym wersie, echo pierwszego „kogo”, aż się widzi, jak mózg pracuje. Od „ja spotkam kogoś” (for sure) do „spotykania kogoś” w ogóle, do refleksji, że (ojej!) ludzie się spotykają, tak to już jest (nadal spokojnie, no bo przecież: Taka. Jest. Kosmiczna. Reguła).

spotka ona

Jaka „ona”? Chodzi o „noc” (vel „rozmarzoną kotkę”)? A może o kobietę, o której wie narrator, że będzie jego Darem Nocy? Nielogiczne, przecież ta, którą spotka on, wzajemnie i symetrycznie – spotka jego. To przesądzone. Wkrada się tajemnica. O kim teraz on mówi?

z kim śpi moja była żona

What’s up, doc? Ona = była żona? (Potwierdzałby to najbanalniejszy z możliwych rymów, nieprawdaż.) Ale jak to? „Kogo spotka” w czasie przyszłym (znaczy, jeszcze nie spotkała), a „z kim śpi” – w teraźniejszym?

A może to nie jest jedno pytanie, a dwa niezależne, choć w tym samym temacie? Jego była żona z kimś śpi (z automatu uogólniamy do „sypia”, znaczy teraz z jednym-z-wielu, albo „jest związana do seksu włącznie” w ramach serial monogamy z kimś jednym, choć nieznanym byłemu mężowi), ale może to nie oznacza jeszcze, że spotkała (już).

Co tu się dzieje? Ano, chyba to (piszę „chyba”, bo to hipoteza opierająca się na uspójnieniu pozornej nielogiczności i niespójności czasów gramatycznych, ale przecież nie można wykluczyć, że autorowi się omskło [*]), że działa tu ta sama ideolo-podszewka, co w Sex and the City. Że owszem, free sex jest OK, ale pod swobodą życiową i obyczajową kryje się komedio-romantyczna tęsknota za Spotkaniem przez wielkie S.

[*] nie powinno się tak zakładać, wariant „omskło się” (znaczy: autor sam nie wie, co pisze) to ostateczność, do utworu trzeba podchodzić z maksimum dobrej woli (albo – wcale)

 
Zarzut Pawła Kozioła brzmiał:

Wciąż dobrze trzyma się szkoła, według zasad której wiersze, zwłaszcza kiedy dotyczą układów miłosnych, odczuwania przyrody i innych takich kwestii, powinny sycić pięknem i ociekać słodyczą. To, że czytelnik czegoś takiego prędzej zrobi się wściekle ironiczny niż tak szczęśliwy, jakby mu gębę przytkać cukierkiem potocznie nazywanym mordoklejką, słodzącym autorom z reguły do głowy nie przychodzi.

Czy wierszyk pod wyimaginowanym tytułem Pan kot idzie zdobywać noc jest przesłodzony i budzi wściekle-ironiczne instynkty?

Częściowo tak: jest przesłodzony i budzi średnio ironiczne instynkty.

Na plus autorowi – lekkość. Na minus – banał i fikcyjność psychologiczna narratora.

Całość nadaje się na kartkę walentynkową, na której romantyczny rozwodnik pod czterdziestkę dopisze własną ręką: „To Ty, to Ciebie – wreszcie – Spotkałem”.

Kozioł częściowo zrehabilitowany.

 

Może tu jeszcze dopiszę coś o wykpiwaniu przez Kozioła frazy:

płatek śniegu kocie pióro czeska mapa

marnym wykpiwaniu. Ujmę to inaczej: złe metody w słusznej sprawie. Ale na razie muszę zająć się czym innym.

o poezji

1

Siedem miesięcy temu, niemiłosiernie choć krótko meandrując (co się poniekąd opłaciło w komentarzach), zwierzyłem się ze znaleziska:

Znalazłem bloga-potwora,
który mnie wessał jak nora.

Ale się nie podzielę, bo... i tak jest za dużo do czytania, za dużo.

Jedna osoba napadła mnie później mailem i dostała namiar na bloga-potwora (no bo czemu nie?); może nie odniosła jakichś poważniejszych szkód mentalnych. Sam bowiem miałem problem z tym blogiem, nieogarniętym, mrocznym chaosem nieporządnie wklejonych na-pisanych i prze-pisanych tekstów, pływającym w drugim chaosie setek (tak, setek) obrazków. Był w tym pewien porządek, którego wykrycie raz wydawało się na wyciągnięcie ręki, a raz – złudą, niczym nie usprawiedliwiającą ogromu inwestycji lekturowej. Słowem, było jak u Chandlera:

Zbudowali piramidy i znudzili się nimi, i zburzyli je, i zmełli kamień na asfalt, żeby zbudować tamę, zbudowali ją i napuścili wody, i z wody zafundowali sobie potop.
[Żegnaj, laleczko, przeł. Ewa Życieńska]

2

Z tego właśnie bloga-potwora pochodzi poniższy cytat, który od razu po przeczytaniu odłożył się w pamięci jako „materiał do późniejszego wykorzystania”:

[...] nie jestem znawcą poezji ani jej żarliwym (poza kilkoma poetami) czytelnikiem. Poezja jest dla mnie przede wszystkim teatrem spojrzeń, grą spojrzeń między językiem a poetą i dalekim widzem. Grą pary aktorów. Reżyserią chwili wymiany spojrzeń. To gra prawdomówności, iluzji, kłamstewek. To w tej właśnie przestrzeni rozgrywa się osobliwy przypadek miłości na scenie, gdy – idąc za słowami Kafki  – aktorka potrafi darzyć fałszywym uśmiechem swego kochanka, posyłając jednocześnie ukradkiem szczególnie podstępny uśmiech jakiemuś wybranemu widzowi z ostatniej galerii.
[stąd; podkr. moje]

A okazją do wykorzystania tego materiału stała się dyskusja pod blogonotą Kocie pióro na blogu mrw, której uczestnicy – w większości – też uznają za stosowne podkreślanie nieznania się na poezji.

3

Tak jakby trzeba było się znać, by zabierać głos. No i co to znaczy „być znawcą”? Chodzi o cenzus akademicki? A może o fakt oddalenia: „nie znam się na poezji” jest wstydliwym synonimem „nie czytuję wierszy, nie interesują mnie”. Ale – znowu – czego tu się wstydzić?

4

Powyższy cytat z bloga-potwora równie dobrze można by zastosować do literatury w ogóle. Autor, jego tekst, prywatne i półprywatne teatrzyki dla znajomych lub bardziej „wtajemniczonych” (powieści z kluczem itp.). Jak kto nie ma realnego, może zawsze sobie sprokurować wymyślonego „kochanka na galerii”, na przykład siebie.

Tak by było, gdyby nie jedno słowo: chwila, ta z „chwili wymiany spojrzeń”. Wiersz jest punktem, „jednym hapsem” (mrw w dyskusji; celnie!), całością, jedną pojedynczą wymianą spojrzeń z czytelnikiem. Nie do końca co prawda wiadomo, z kim wymienia się to spojrzenie; istnienie autora jest niekonieczne, wystarcza tekst. Powinien wystarczać tekst, a czasem – musi.

5

Choćby dlatego stanowisko braineatera, że w poezji idzie o problem „wierzysz autorowi, albo nie”, o problem „autentyczne spojrzenie na świat (autora)” kontra „puste zabawy w lepienie słów” (to nie literalne cytaty a streszczenia), wydaje się nieco obok. Wydaje się raczej polemiczne niż „konstytutywne”. Z drugiej jednak strony, esencjonalistyczny pomysł łowienia „istoty poezji” jest pomysłem prowadzącym jedynie do straty czasu (por. jeszcze raz powyższy cytat z Chandlera).

6

Więc zmieniam tryb, wyłączam mod polemiczno-nawiązujący, i powiem, co misię.

Przede wszystkim, mam gdzieś poezję, a już zwłaszcza Poezję. Podobnie jak nikt normalny nie pisze wielką literą Prozy i nie zastanawia się (co w dyskusjach o „poezji” jest nagminne) nad naturą Prozaika, och.

(Faktem jest, że prozaikom należy się z punktu większy szacunek, niż hm, poetom: żeby napisać powieść, trzeba się przyłożyć, przez wiele miesięcy siedzieć pracowicie na dupie i tworzyć świat. Ale potocznie pokutuje i przyciąga mit „poety przeklętego”, choć przecież szeroka publiczność przeniosła zainteresowanie na „przeklętego rockersa” or whoever.)

A więc przedmiotem (mojego) zainteresowania jest jedynie wiersz, mała forma literacka. „Mała” jest umowne.

7

Szukając dobrego wyjaśnienia, czym jest (powinien być) wiersz, sięgnijmy do dziedziny programowania. Wiersz jest programem, czymś, co „wykonane” (przeczytane) robi z czytelnikiem różne rzeczy.

Podstraja pole skojarzeń. Uruchamia wyobraźnię pewnej (możliwej albo zarysowanej wprost) historii, skrytej w wierszu. Wytrąca z przyzwyczajeń językowych, „otwiera”. Porusza, w sensie: uruchamia emocje. Jeśli zdarza się, że są to rzeczy, których zrobienie-z-czytelnikiem autor sobie zamierzył, to dobrze. Gdy takie (podobne) doświadczenia dzieli wielu czytelników – jeszcze lepiej: wiersz-program działa w społecznej przestrzeni komunikacyjnej.

Zływiersz to (na przykład) taki, który usiłuje opowiedzieć o emocjach autora, ignorując kwestię programowania uczuć czytelnika; złewiersze powstają nagminnie w okolicznościach nastoletnich i emocjonalnych (z najczęstszym motywem erotyczno-zakochaniowym).

8

Krytyk bardzo często zajmuje się zupełnie czym innym niż „prosty” odbiorca. Czytelnik (ten „prosty”) jest przedmiotem oddziaływania wiersza-programu, krytyka interesuje „jak to zostało zrobione”, „jak się ma do innych/podobnych/odmiennych” kawałków.

9

Jeśli wiersz jest programem, to może być pisany w asemblerze, kodem „zwięzłym jak dupa komara” [to chyba cytat z fajnego opowiadania sf Press enter, ale głowy nie dam]. A może wykorzystywać „znane biblioteki” form, skojarzeń itd. Formy sylabotoniczne, rymy/rytmy/asonanse – są tego tony. „Muzyczność” wiersza jest poważnym atraktorem, ale – bywa też ograniczeniem, nie zaskakuje, nie otwiera; program jest jednym z tysięcy podobnych.

Wiersze pochodzące z tzw. poezji współczesnej – jeśli nie brać pod uwagę „szkół przełamywania”, typu oharyzm, banalizm i dziesiątki im podobnych – są trudne, bo są właśnie „asemblerowe”. Satysfakcja z ich lektury jest zbliżona do satysfakcji deszyfrantów, archeologów odtwarzających cały język z pojedynczych zapisów; paleontologów, co to z jednej kostki całego dinozaura bum.

A że ten dinozaur jest w zasadzie wirtualny (istnieje tylko po stronie czytelnika w liczbie egzemplarzy: raz)?

Dla mnie to zaleta, wymiana spojrzeń, spotkanie.

Osoby kochające namiętnie książki tworzą, nie wiedząc o tym, tajny związek składający sie wyłącznie z indywidualności. Członków związku łączy ciekawość, choć różnią się wiekiem i nigdy nie spotkają.

Ich wybory nie pokrywają się z propozycjami wydawców, to znaczy rynku. Ani z wyborami profesorów, to znaczy mędrków. Ani z wyborem historyków, to znaczy władzy.

Nie szanują gustów innych. Zamieszkują jamki, dziuple, kryją się w samotności, w zapomnieniu, na kresach czasu, w strefach cienia, w porożu kozła, w nożu ze słoniowej kości do cięcia papieru.

[Pascal Quignard, Życie sekretne, przeł. Krzysztof Rutkowski]

Francuska odmiana sztuki eseju (poniekąd prawodawcza, od pierwszych prób Montaigne’a) jest szkołą pływania w akwenie słów. W kraulu autor czerpie oddech z antynomii, poruszając się między lewym a prawym haustem; styl grzbietowy zwraca pływaka ku przestworowi, konfrontuje z pneumą, pozwalając na podglądanie od spodu Wielkiego Miechowego, zwanego mon Dieu (...Patrie, Roi, Liberte); żabka, klasycznie francuska, zniewala pływaka osią symetrii, postęp uwikłany jest w pracę ud, od kuchni po seks.

Dla porównania: anglosascy eseiści to stwory ziemne, ich zadaniem jest inwentaryzacja tak czy inaczej rozumianych włości.

Wodnym środowiskiem Quignarda jest sieć ukrytych cieków. Musi być zwrotny, egzaltację kiełzna zwięzłością. Często znika, słowa wsiąkają w milczenie. Ale – jakże francuski – niczego nie robi bez efektu.

W innym miejscu pisze:

Granie przed publicznością, tworzenie, wystawianie się, zdolność umierania niczym się nie różnią. Dlatego zresztą spotyka się osoby pełne talentów, które nastawiają się na zabijanie. Zwie się ich krytykami. Kim jest krytyk? To ktoś, kto bardzo bał się umrzeć. W wielkich stolicach zachodnich i północnoamerykańskich spotykamy twarzą w twarz tych, co mogą umrzeć i zmartwychwstać, i tych, którzy nie mogąc zmartwychwstać – zabijają. To się nazywa życiem kulturalnym. Zaznaczam, że słowo „kultura” – jest niewłaściwe. Ale podkreślam, że słowo „życie” – jeszcze bardziej.

Na krótkich odcinkach bywa kraulistą. Na dłuższych – okazuje się, że pływa ósemkami.

Mowa stała się w końcu moim wrogiem osobistym, chociaż była nim od zawsze, od momentu, kiedy rozpoznałem ją w postaci napowietrznych szkaradnych drgań. Muzyka nie staje się życiową pasją dla kaprysu, literatura też nie. Jeśli chce się jeszcze żyć – się wie, że słowa są podejrzane, niedojrzałe, płoche.

Życie wyraża się najpierw samo.

Przejawia się ciałem, ciało je pomnaża. Ciało pozostaje prawdziwym obrazem życia. Życie może obejść się bez mowy. Mowa jest luksusem, bez którego życie jest możliwe. Kiedy mówimy, to nie źródło mowy mówi: my z niego czerpiemy, boczkiem, chyłkiem, odwracamy, wywracamy, suszymy. Nieskończoną przestrzeń oceanu zasilają małe świeże źródła odżywiane na górskich szczytach. Mowa osłabia: w słowach więdnie to, co spełnia się w dziwacznym akcie.

Z tego względu mowa jest bardziej zbędna niż szkodliwa. To oczywiste.

Galijska bezczelność Quignarda wraz z jego ósemkującym uporem działa na mnie ożywczo. Dobrze, że chrzani wydawców, profesorów i historyków. (Dobrze, że wydawcy nie odwzajemniają się tym samym.)

Zgodnie z (krzepnącą) tradycją, zamiast noworocznych życzeń i powiąszowań wierszyk. Tym razem staro-noworoczny Josifa Brodskiego, sprzed piętnastu lat.

MCMXCV

Klauni cyrk rozwalają. Słonie zbiegły do Indii.
Tygrysy na ulicy sprzedają obręcze
i pasy, pod wychudłą kopułą, jak w szafie
spod trapezu się zwiesza i wiruje
frak rozczarowanego iluzjonisty,
a koniki zrzuciwszy czapraki pozują
do portretu silnika. Na arenie
klauni toną w trocinach, wytężając siły
wymachują młotami i cyrk rozbijają.
Publiki albo nie ma, albo jej nie słychać,
bo nie bije oklasków. Tylko tresowany
piesek szczeka bez przerwy, czując, że się zbliża
do cukru: że nadchodzi i że jest już blisko,
tuż tuż tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąt pięć.

1995

[przełożyła Katarzyna Krzyżewska]

a-haha

Ksiądz Małyjanio stanął na palcach, zakołysał się, opadł na pięty i ruszył. Po kilku drobnych kroczkach rozbiegu wybił się w powietrze i zawirował. Sutanna rozkloszowała się jak w derwiszowskim tańcu, z uniesionych rąk Małegojania sypały się skry.

Zrudziałe buty księdza pewnie wylądowały na łące, w kałuży syczały odrzucone sztuczne ognie. Wyprostował się i zaczął odmawianie:

Zielona choinka
Strochata babinka
Boża krówka nówka
Iskierka parówka
Raz, dwa, trzy!...

– Wesoło coś księdzu – mruknął profesor Zjadłjad, odrywając się od obserwowania pratchawców. Jego przyrządy pomiarowe spłoszone księżowskim występem rozbiegły się i pochowały wśród trawy.

– A wesoło, wesoło. Dziś jest dobry dzień – odparł Małyjanio. – Wisi w powietrzu, wisi, że się narodzą cisi – zanucił.

– A-haha, dobhhhy, też coś – Zjadłjad dławił się suchym śmieszkiem.

Ksiądz Małyjanio sięgnął pod połę sutanny, wyciągnął skądeś flaszkę i skropił śmieszek profesora.

– Hosanna – mruknął.

Wbrew pozorom był mrukiem.

* * *

Profesor gwizdnął na przyrządy, ksiądz Małyjanio schował flaszkę, uprzednio pociągnąwszy z niej solidny łyk, i poszli. Wśród traw skakały przez chwilę echa ich litanii:

Pobielany stołek
Pod stołkiem matołek
Pasikonik zmyka
Bęc pasikonika
Raz, dwa, trzy!...

Aż ucichło. Tylko pratchawce gapiły się w gwiazdy, których blade ślepia mrugały w kosmicznym menuecie.

przypisy
1. za przypomnienie dziękuje się ztrewqowi

« Older entries