reranie

You are currently browsing the archive for the reranie category.

Powody powstania niniejszej blogonoty podane są w tym komentarzu do poprzedniej (i komentarzy następujących po nim).

1

Na czym polega Makuszyński? Makuszyński polega na trzech sprawach.

Po pierwsze, społeczeństwo jest jak wielka rodzina, która wszakże czasem zapomina o swojej roli i tożsamości. Członkowie rodziny, jak wiadomo, są bardzo różni: biedni i bogaci, mający dzieci albo samotni, ważniejsi (społecznie) i ci mniej ważni. Ale zasadniczo wspierają się wzajemnie i kochają. Gdy ktoś zapomina o swoim rodzinnym obowiązku, powinien zostać ocalony.

Po drugie, rodziny (ani swego losu) się nie wybiera: rodzinę się wspiera, a los – znosi pogodnie. Dlatego powieści Makuszyńskiego pełne są postaci ubogich jak myszy kościelne, ale patrzących na życie z uśmiechem. Klepiąca biedę para starszych aktorów, dziwaków, ale zacnych aż do bólu – z Awantury o Basię. Zastępy wesołych (choć przymierających głodem) przedstawicieli bohemy. Jeszcze liczniejsze zastępy ubogich krewnych (modelowa pod tym względem jest mało znana powieść List z tamtego świata). Protegowani tytułowej bohaterki z Szaleństw panny Ewy. Ta wielka społeczna rodzina Makuszyńskiego to społeczeństwo harmonijnie klasowe, w którym klasy niższe nie buntują się przeciw swemu położeniu, a klasy wyższe – gdy zostaną ocalone do miłości rodzinnej – udzielają niższym wsparcia.

Po trzecie, kluczową rolę w koniecznym dziele ocalania do miłości rodzinnej pełnią dzieci. Do której to kategorii pasują dorastające panienki; dziecinny status zapewnia im społeczna nieważność. Basia (z Awantury) „swata” imienników, zasług panny Ewy nie sposób wyliczyć (m.in. ocala oschłego bogacza Mudrowicza), w Liście z tamtego świata dochodzi wręcz do zbiorowego ocalenia.

Makuszyński to krzepiąca opowieść o klasowym społeczeństwie, które dzieci, niedorośli, nieważni ocalają do miłości rodzinnej, pozwalając przejść na stopień wyższy: społeczeństwa klasowego harmonijnie. Ramą kategorialną jest rodzina, kluczem do zmian – opiekuństwo i miłość, a rolę ocalającą pełnią kobiety, najskuteczniej – w wersji niedojrzałej, bo ta pozwala przełamywać sztywne struktury i konwenanse społeczne.

2

Na czym polega Zły Tyrmanda? Zły Tyrmanda polega na trzech sprawach.

Po pierwsze, społeczeństwo jest rozległą siecią bardzo zróżnicowanych indywidualności, pełniących różnorodne role w walce o byt. Nie jest to rodzina, choćby potencjalna (jak u Makuszyńskiego), jednak nadal możliwe jest ocalenie przed złem (jawnym w świecie Tyrmanda). Funkcję ocalającą pełni „idea ogólnoludzka”, złożona z klasycznych wartości, takich jak wolność, prawda, przyjaźń, cnota, miłość, męstwo.

Po drugie, ocalająca idea ogólnoludzka ma szanse w walce (ze spontanicznie organizującym się złem), gdy wcieli się w oddolnie organizującą się konfederację jednostek (ale, tym samym, również różnych warstw i klas społecznych), które utworzą ponadjednostkową „sieć dobra”. Inaczej mówiąc, społeczeństwo w Złym jest zdolne do samoocalenia, jeśli się zorganizuje do współdziałania. Reprezentatywnie i oddolnie; powodowane wartościami, scalone potrzebą. Z tła tej wizji społecznej przeziera społeczeństwo harmonijnie klasowe w potrzebie: model powstańczy, konspiracyjny.

Po trzecie, w indywidualistycznej wizji Tyrmanda niezbędny jest katalizator, przykład, wódz. Tę rolę wypełnia tytułowy Zły; jest niezbędny, bo inaczej rozproszone jednostki wystawione na siły zorganizowanego zła nie utworzą sieci, nie widząc możliwości wygranej.

Oczywiście, Tyrmand musiał iść na koncesje i ostatecznie „powstańcze siły dobra” zostają podporządkowane idei sprawiedliwości instytucjonalnej. Niemniej, nadal jest to krzepiąca opowieść o możliwości „brania spraw we własne ręce” i o katalitycznej roli anonimowego sprawiedliwego, który rzuci wyzwanie zastygłej skorupie status quo, tolerującego zło. Ramą kategorialną jest samoorganizacja, kluczem do zmian – pakiet wartości składających się na „ideę ogólnoludzką”, a rolę ocalającą pełni katalitycznie samotny (początkowo) bohater, rozsadzający zastygłe struktury poprzez czynny sprzeciw.

3

Podobieństwa tych dwóch prawicowych wizji widoczne są gołym okiem.

Podobnie krzepiące są również owoce. Biedni nakarmieni, zło ukarane, miłość potężniejąca, nowe małżeństwa zawarte, dzieci zaopiekowane. I wszyscy z nowym zapałem wypełniają swoje role w ramach nienaruszonej struktury społecznej. Harmonia na wyciągnięcie ręki.

4

We wcześniejszych książkach (a zwłaszcza w sfilmowanych powieściach cyklu Żaby i anioły z bohaterką Judytą) Grochola wypełniała wzorzec makuszyński, w podobnej strukturze komedii romantycznej.

Judyta znalazłszy się na życiowym zakręcie musi uruchomić w sobie „makuszyńską dziewczynkę”, której niedojrzałość pomoże jej pokonać bariery w zbudowaniu sobie życia na nowo. Ta sama niedojrzałość (odnowiona spontaniczność, naiwność itp.) roznieci także opiekuńczo-miłosny zapał u Nowego (Wspaniałego) faceta. I rzeczywiście: czytelnik może sądzić, że Judyta jest koncertową idiotką, gdy tymczasem ona jedynie dziewczynkowacieje (jej piętnastoletnia córka Tosia wydaje się znacznie dojrzalsza społecznie). I dobrze na tym zdziewczynkowaceniu, koniec końców, wychodzi. (Co musi podobać się czytelniczce.)

W najnowszym Kryształowym Aniele rzeczy mają się już inaczej. Nie chce mi się streszczać, zarys fabuły można pobrać z krótkiej notki. Chcę tylko rzucić trochę światła na makuszyńsko-tyrmandzie pokrewieństwa.

Po pierwsze, nieustająco ramą kategorialną jest rodzina, a dobrem głównym – miłość. Niższość społecznej pozycji kobiet nie jest kwestionowana (podobnie u Makuszyńskiego), zostaje wręcz bogato zilustrowana (opis wielorakiego stłumienia Sary, bohaterki Anioła, na przestrzeni całego życia). Jednak nadal zostaje podtrzymana (obecna i u Makuszyńskiego) tradycjonalna teza o kobiecie-szyi (która zarządza życiem usuwając się w tło, by mężczyźni mogli mieć iluzję władzy, bycia „głową”).

Po drugie, życiowy kryzys Sary wymaga samoocalenia. To już wystaje poza makuszyński schemat, jesteśmy jedną nogą u Tyrmanda. Sara całe życie była „udziewczynkowiona”, ale w realistycznym (w patriarchalnym społeczeństwie) sensie: podległa, nieasertywna, nie realizująca aspiracji. Już nie wystarczy ocalić do miłości kogoś innego, albo pójść „na spontan” i znaleźć Nowego Wspaniałego faceta. Ten stary, zdradzający, okazał się równie stłumiony w ekspresji swoich potrzeb, co ona. Coś jest nie tak systemowo. Współczesna odpowiedź na klasyczne pytanie „o co chodzi, gdy nie wiadomo, o co chodzi?” brzmi – o komunikację. A właściwie jej brak.

I tu, po trzecie, z siłą wodospadu pojawia się w pełni Tyrmand. Sara pracuje w radiu, choć na podrzędnym stanowisku: nie zaspokaja ono nijak jej długoletnich aktorsko-radiowych tęsknot. Więc na nocnych dyżurach bawi się wygłaszaniem do mikrofonu chaotycznych, ale szczerych monologów, strumieni świadomości, odzwierciedlających jej aktualne rozterki itd. Ale nie wie, że mikrofon jest włączony. Po pewnym czasie słucha jej cała Warszawa. Nieznany nikomu głos omawia przejmująco w nocy sprawy, które w dzień nie są obecne na antenie, uginającej się od rytualnej polityki i durnych reklam. Oto Zła, rzucająca (cóż, że nieświadomie) wyzwanie zastygłej skorupie braku komunikacji, już w wymiarze społecznym. I co się dzieje? Do chorej na raka przyjaciółki pod wpływem nocnej audycji wraca kochający facet: będzie ją wspierał (odszedł, nie wiedząc o chorobie). Modelka postanawia nie używać kosmetyków testowanych na zwierzętach. Sklepowa Anetka tak się wzrusza audycją, że jej późny klient, Józek, zakocha się w jej oczach błyszczących (od łez?) jak gwiazdy; będą żyli długo i szczęśliwie. I tak dalej. Rusza wielka fala ocalenia przez wznowioną komunikację.

5

Proste diagnozy, proste rozwiązania, radosne happy-endy. Wszystko staje się nowe i lepsze, ale nic właściwie nie trzeba zmieniać. Trzeba tylko ciut więcej miłości, odwagi, komunikacji. Wspomniany w poprzedniej blogonocie „ten segment czytelnictwa” polega na zapotrzebowaniu na taki właśnie bajkowy produkt.

Czy jeśli nadal wzruszają i pocieszają powieści Makuszyńskiego, a Zły nadal porusza wyobraźnię, to powinien tak mocno dziwić czytelniczy sukces krzepiącej Katarzyny Grocholi Tyrmand-Makuszyńskiej? Nie jest aż tak bardzo gorsza literacko, a z pewnością jest bardziej współczesna.

Kalendarzowe listy bestsellerów są nieco niesprawiedliwe. Lista taka jak za rok 2009 zestawia bowiem rzeczy wydane na początku roku z książkami, których premiera odbyła się jesienią (np. Dukaj, Tokarczuk). Bardziej obiektywne byłoby zestawienie „sprzedaż po roku od momentu wydania”.

Kto rządzi? W kategorii literatura polska rządzi Kalicińska (łącznie 300 tysięcy sprzedanych egzemplarzy, a do tego jeszcze 56 tys. w „literaturze faktu” – powieścio-wspomnienie). To chyba pani od sag rodzinnych (na podstawie jej powieści szły bodaj jakieś seriale telewizyjne, ale głowy nie dam, a sprawdzać mi się nie chce). Potem idzie Grochola (203).

Pominę kiciarzy (Janusz L. Wiśniewski*, Łysiak), garmażerkę (Chmielewska), mniejsze Kalicińskie (Szwaja) i tv-booki (produkty książkopodobne, dyskontujące popularność telenoweli, typu Jasnyk). Po tym odsianiu widzimy kryminał Krajewskiego (44), thriller moralny Tokarczuk (42), wronią bajkę Dukaja (21) i TIR-story Witkowskiego (18). Noblistka zgarnęła niecałe 42 (czyli na poziomie Tokarczuk), a Sapkowski (40) zdecydowanie prześcignął Pilipiuka (30).

W literaturze obcej zdumiewający** sukces Larssona, dwa pierwsze opasłe tomy sprzedały się w ponad 112 tys. egzemplarzy, a trzeci – od października – już zgarnął 97, pewnie dobije do poziomu poprzednich. Łącznie ponad 300.

Trzymają się kiciarze: Zafon (łącznie 285) prześcignął Coelho (218). Na szczęście tego drugiego dystansują Mikołajki (Goscinny, Sempe) – łącznie 241. Resztę sobie przemilczę, a co tam, odnotowując jedynie sukces Lektora Schlinka (66); sam kupiłem (i, tak, tak, po obejrzeniu filmu).

Tzw. literaturę faktu daruję sobie, misz-masz taki, że wnioski siwieją. Odnotuję tylko (z niesmakiem) popularność kiciarza Cejrowskiego („biały człowiek” zwiedza świat? chyba o to chodzi). Można się pocieszać obecnością Kołakowskiego, Edelmana, książki o Sendlerowej. Jeśliby ktoś pragnął pocieszenia.

* * *

Morał? Mogło być gorzej.

________

 * czemu tego pana honoruję podaniem pełnego nazwiska? żeby się nie mylił z innymi Wiśniewskimi
** bo to – zdawać by się mogło – „męska” lektura, a czytają, jak wiadomo, głównie kobiety

Lubiłem serial Kości (Bones) z paru powodów. Głównie ze względu na bohaterkę, antropolożkę (w sensie północnoamerykańskim: patologa od szkieletów, zwłok spalonych, zmumifikowanych itp., ale również z backgroundem antropologii kulturowej). Doktor Temperance „Bones” Brennan, która – wraz z zespołem sympatycznych, lekko (czasem ciężko) świrniętych naukowców – współpracuje z agentem FBI, Boothem, w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych. Temperance jest specyficzna: ma „odchylenie aspergerowate”, w związku z czym patrzy na sprawy ludzkie nieco jak Sacksowski Antropolog na Marsie (który przypomniał mi się ostatnio pod blogonotą Sporothrix o Temple Grandin). Co prowadzi do szeregu zabawnych dialogów i sytuacji. Tempe jest „wierzącym” naukowcem, sceptykiem, uznaje wyłącznie świadectwa materialne (fakty) i ścisłe rozumowania; nie wierzy w psychologię i temu podobne bajędy. Na jej antypodach sytuuje się Booth, ex-żołnierz (snajper), wierzący (religijnie), człowiek polegający na własnym instynkcie, tzw. znajomości ludzi & świata itd.

To dzięki właśnie temu zderzeniu kryminalistyka uprawiana przez zespół „zezulców” (jak ich nazywa Booth; jeśli ktoś zna angielski oryginał tego epitetu, niech podrzuci, pliz [thx]) jest bardziej nawet przekonująca niż w rozmaitych CSI: tam policyjne zespoły nie mają w swoich składach „irracjonalistów na kontrze”; w Kościach metody naukowe są pod swoistą presją i muszą ciągle dowodzić swojej skuteczności. Fajny jest też myk „odwróconego komiksu”, tzn. ustawianie szkieletu akcji na schemacie komiksowym (np. przewijający się przez wiele odcinków wątek spisku Gorgomonów), przy – jednak – powierzaniu rozwiązania zagadek procedurze naukowej.

Dodatkowy smak polega na opatrzeniu swoistym komiksowym cudzysłowem postaci Temperance: aż się ona pali, żeby komuś przykopać (trenuje sztuki walki), nieustająco marudzi Boothowi, że też chce strzelać do złoczyńców (parokrotnie z sukcesem), jest, słowem, rozkosznie nastolatkowata jak na bardzo poważną antropolożkę.

(W całkowitej też, dodajmy, opozycji do postaci swego pierwowzoru i imienniczki, bohaterki cyklu powieści Kathy Reichs, btw producentki serialu; czytałem pierwszą książkę cyklu, więc wiem, że powieściowa Temperance nie jest komiksowa, jest alkoholiczką po przejściach, z prawie dorosłą córką, i – rozsądnie! – boi się niekiedy jak diabli, no bo jest czego. O związku między dwoma wcieleniami Brennan opowiada tu sama Reichs.)

„Lubiłem”. Ale w ostatnią niedzielę obejrzałem w Polsacie odcinek 72 (The Hero in the Hold) i skuliło mnie. Bo do konfrontacji między racjonalistką Temperance i religijnym Boothem wtrącił się jakiś Ostateczny Scenarzysto-Producent i kazał nieszczęsnej sceptycznej Brennan na własne fizyczne oczy zobaczyć ducha, a nawet zamienić z nim parę słów. Takich rzeczy nie robi się kotu.

Chyba że to kot amerykański, wtedy, owszem, się robi i to na co dzień. Liczba amerykańskich seriali i filmów z interwencją sił nadprzyrodzonych czy paranormalnych zdolności – idzie w setki. Duchy, diabły, anioły i im podobne postacie z chrześcijańskiego bestiarium są wręcz, tak mi się zdaje, uważane za realistyczne wyposażenie fabuł.

Trzeba mocnego odejścia od tego kanonu, żeby rzecz lądowała w genre „fantastyka”. Na przykład fabuł Kinga, typu Firestarter (+ film z dziewięcioletnią Barrymore), w których rząd/wojsko/siły specjalne polują na obdarzonych niezwykłymi zdolnościami ludzi, żeby ich wykorzystać jako broń. Można by, jak sądzę, napisać pięciotomową monografię tego wątku popkultury.

Hm, popkultury? A może rzeczywistości? Zajrzałem (nie skończyłem jeszcze) do książki Człowiek, który gapił się na kozy i znowu mnie skuliło. US Army, CIA itp., itd. – te instytucje całkiem na serio traktują scenariusze powieści sensacyjnych i filmów fantastycznych. Zaangażowano dolary, politykę, życie ludzkie w rozmaite próby uśmiercenia kóz wzrokiem.

A zaczyna się niby niewinnie: od aniołków i pomocnych duchów.

Mapy inspirują. Niejasne pojęcie czeskiej mapy prowadzi (może prowadzić) do myślenia o przestawianiu i odwracaniu.

GPS [global positioning system] odpowiada na pytanie: „gdzie jestem” (no, technicznie: gdzie jest nadajnik). A odwrotnie? Gdzie jest świat?

Na przykład w kieszeni. Globusy kieszonkowe, rozpowszechnione w XVII–XVIII wieku nie miały chyba praktycznego zastosowania, z pewnością jednak inspirowały.
globus kieszonkowy
A jak się czują Antypodzianie, Australijczycy, Kiwi, Latynoamerykanie? Czy muszą przezwyciężać dziecinny lęk, że stojąc na kulistej powierzchni zawsze głową w dół – mogą odpaść?

Ciekaw jestem, czy firma produkująca globusy antypodalne zrobiła kokosy.

globus antypodalny

Na swoim starym blogu wkleiłem trzy jutuby z Rameau wg Les Arts Florissants (działają) i trzy jutuby z Tin Hat Trio (działają 2 na 3); wychodzi jedna jutubka na kwartał: mało.

W pierwszym wkleju obraz pokazywał fantastyczny balet, a w drugim – sympatyczne animacje. Więc wydała mi się uzasadniona ta ekstrawagancja (takie wkleje narażone są na erozję, bo sieć w ogóle jest erozyjna i linki, zwłaszcza do muzyki czy wideo, potrafią zdychać bez ostrzeżenia).

Nie załapałem się na MTV i pochodne. Dlatego, zasadniczo, nie lubię mieszać obrazu do muzyki (chyba że ma to jakieś uzasadnienie, jak wyżej). Mało tego, nawet nie lubię mieszać słów do muzyki, bo są albo miałkie i wcale nie chce ich się słyszeć, albo, przeciwnie, choć wyjątkowo rzadko, robią jakąś synergię z muzyką, która porusza i wytrąca z równowagi, a nie po to się słucha (tak na co dzień), żeby samego siebie wytrącać z równowagi.

Krótko mówiąc, trzymam muzykę w bezpiecznym rezerwacie sztuk asemantycznych, a samego siebie – w rezerwacie niedzisiejszości.

* * *

Z tego rezerwatu wychynąłem dzięki notce mrwMarinie and the Diamonds. Choć tak naprawdę jest to opowiadanie nie o Marinie, a o słuchaniu/oglądaniu Mariny. Takie jak trzeba, zwięzłe, z narracją, flowem, stosownie osobiste, stosownie dygresyjne i kumulujące (narzekałem ostatnio na niekumulatywność w sieci, ale, oczywiście, pojedynczy a konsekwentny autor może się autoskumulować w stopniu, jak mrw, wybitnym). Oblazłem wszystkie zamieszczone linki, obejrzałem wszystkie cztery zamieszczone teledyski. Parę razy.

Sprawozdaję: ze wszystkim, co mrw napisał, się zgadzam. Rzeczywiście, pierwszy teledysk zbyt holywoodzki; zresztą, zawsze wolę rozmaite indies od mainstreamów. Rzeczywiście, Marina ślicznie się uśmiecha w Obsessions i, rzeczywiście, jest coś niesamowitego w kawałku robocim. No i, bez dwóch zdań, teledysk Mowgli’s Road zrobiony jest genialnie, choć na (genialnie) prostym pomyśle oparty. Nawet refleksje wokołowalijskie kupuję bez zastrzeżeń. (Siła flowu.)

* * *

To co o chodzi? Jak dotąd nie napisałem niczego, co usprawiedliwiałoby zabieranie wam czasu.

Ano o to, że postanowiłem zrobić próbę ślepego i posłuchać tych kawałków bez obrazu. Też parę razy. I widzę, że subiektywna jakość (muzyczna) spadła na łeb. Nie miałbym żadnego odruchu wrócenia do Mariny po przypadkowym usłyszeniu w radiu (no, może z wyjątkiem I am not a robot: tu się rzeczywiście dzieje). Czysto muzycznie: wracam do rezerwatu.

A morał? Nie miałem pojęcia, w jak niesłychanym stopniu warstwa wideo uatrakcyjnia!

Jest odwrotnie, niż myślałem: to nie obraz (słowa) rozpraszają, odrywając od słuchania, to obraz sprawia, że muzyka jest słuchable. Teraz pięć razy pomyślę, zanim kliknę play jutuby.

pif paw

Chciałbym poprzeć jakiegoś potencjalnego kandydata na prezydenta.
Tylko kogo?
Czy wąsatego myśliwego z PO?
Czy gładko wygolonego i przylizanego do tyłu myśliwego z lewicy?
Czy rustykalnego, acz przebranego w garnitur, myśliwego z Peeselu?
Czy uzbrojonego w wibrator i sztucer myśliwego medialnego?
A czy w ogóle są jacyś politycy nie myśliwi?

W społeczeństwie jeden myśliwy przypada na 360 obywateli. W sejmie na pięciu. Tak, to nie pomyłka. Nie na pięciuset, nie na pięćdziesięciu, tylko na pięciu.

Rozwiązanie (?) tej zagadki w tekście Tomasza Matkowskiego (autora Polowaneczka), a w komentarzach bohater (komentarzy do) blogonoty jeść trupa, Tomasz Piątek, dzikanin.

O Polowaneczku krążą opinie, że demagogia, ostre emo itd. Ale przyznam, że nie miałem pojęcia, że co piąty/a poseł/posłanka to morderca, i że brak póki co niemorderczych kandydatów na prezydenta.

Pisze Matkowski:

Ruch antymyśliwski w Europie jest coraz silniejszy. Pasja myśliwska jest marginalizowana, wyśmiewana, odsuwana do lamusa. Kandydat-myśliwy na prezydenta w krajach starej Unii nie miałby szans. Prasa od razu by mu to wytknęła, a obywatele, których zdecydowana większość jest przeciwko temu „sportowi”, nie głosowaliby na takiego „hobbystę”.

Nie wiem, czy to prawda. Aż tak się ucywilizowali?

Portalik niedoczytania.pl nazywa się adekwatnie, rzeczywiście – jako całość – niezbyt nadaje się do czytania. Pisują tam jakieś marginalne świry, co jest, oczywiście, z założenia o wiele ciekawsze od pisaniny mejnstrimowych buców, ale też nie przekłada się z automatu na odruch regularnego sprawdzania, co tam nowego niedoczytania.

Tym razem trafiłem na tekst poniekąd okolicznościowy (śmierć Salingera), który zacząłem czytać, bo właśnie przypominam sobie, po latach, dwie książki JDS, mianowicie Wyżej podnieście ten strop, cieśle. Seymour introdukcjaFranny i Zooey, znacznie ciekawsze od Buszującego w zbożu (tej historii już nawet nie pamiętam, a zajrzawszy do wyżej wymienionych chudych tomików, stwierdzam, ze pamiętałem zaskakująco dużo).

Tekst Marcina Mutha jest przesadzony, płytki, arogancki i obliczony na wrażenie. Znaczy, felieton. Ale nie jest milusi, nie włazi czytelnikowi w dupę i, co najważniejsze, nie eksponuje natrętnie „ja” swojego autora. Może tym przede wszystkim różni się marginalny świr od mejnstrimowego buca (ostatnio mam jakiś przesyt m. b. i stąd pewnie ta jazda).

Jak bardzo marginalny jest ten marginalny świr? Swojego rzadko komentowanego (co automatycznie wzbudza moją sympatię) i prowadzonego od lat (mówiłem, że świr!) bloga ostatnio używa do prezentowania ilustrowanej powieści w odcinkach, w której – poza wszystkim innym – jest trochę z ducha Henri Michaux (czyli znowu na plus). Po ostatnie, w niniejszej błyskawicznej wycieczce, autor (podpisujący się warzywo, sympatycznie) wie, kiedy powinno się kończyć zdanie.

Nic poważnego. A może? Znaczy, poważniejszego niż na pierwszy rzut oka? Nie wiem, nie oceniam. Fajne ilustracje tam są.

wynurzenie

Jak już wspominałem

wszystko, co się robi, można robić słabo albo świetnie. Wobec Pirsigowskiego Quality dziedzina nie ma znaczenia.

Zatem, skądinąd w całkowitej zgodzie z moją teorią gier piłecznych, od czasu do czasu oglądam tenis. Przede wszystkim wielkoszlemowy, bo nie tylko są gwarantowane spotkania z jakością, ale i zdarzają się jeszcze przyjemne niespodzianki, jak wtedy, gdy Soderling wbił Nadala w kort.

Z turniejów wielkoszlemowych najsympatyczniejszy jest startujący właśnie Australian Open, bo pozwala zapomnieć o styczniowym zimnie i mroku (lub, jak tej zimy, o nadmiarze bieli). Więc jestem właśnie w tenisowym nastroju, który może się jeszcze poprawić, gdy siostry Radwańskie zostaną odesłane do domu i polskojęzyczne komentarze w Eurosporcie wyzbędą się szowinistycznych emocji (które, doprawdy, nie licują z jakością); ech, gdyby tak jeszcze zapomniano o polskim pochodzeniu Caroline Wozniacki (choć z drugiej strony, jej dialogi z tatusiem między setami... coś pięknego). Jest również dlatego

fajnie

że wróciły obydwie Belgijki, które jako jedyne właściwie mogą zagrozić siostrom Williams (nie lubię). Przy okazji odnotuję (fajne) bon-media-noty związane z Clijsters i Henin. Kim back – to nagłówek dla powracającej na kort po urodzeniu córeczki (cóż za uroczy dzieciak ;) Kim Clijsters. Rymuje się, oczywiście, z come back.

Ale że jedna Belgijka to mało, zawsze lepiej, gdy są dwie, to o kwartał późniejszy powrót Justine Henin skomentowano nagłówkami Justine time, co się rymuje z just in time („w samą porę”; i rzeczywiście, używając tenisowego żargonu, świetny timing). A skoro już wspomniałem o niechęci do sióstr Williams (niechęć ta wynika z ich – zwłaszcza Sereny – „dominatorstwa”, które zaczęło zabijać możliwość przyjemnych niespodzianek, i paskudnej twarzy pana Williamsa, któremu z oczu wyzierają zwinięte w rulon banknoty dolarowe), to przejadę się po innych nielubieniach.

nie lubię

Roddicka, bo się poci jak świnia (pot mu kapie nawet z daszka czapki, co trudno wręcz pojąć) i jest taki szastu-szastu prędki i zamaszysty, pif-paf, no, ale przy tym ocieka potem i niezrealizowanymi możliwościami. Nie lubię Nadala (też dominator; dlatego tak miło było oglądać wspomnianą akcję Soderlinga), bo jego fetysz (wyciąganie slipów z d... przed każdym serwem) jakoś nie pasuje do mojego wyobrażenia o minimum tenisowej elegancji. Nie znoszę pań tenisistek, które wyją na korcie (Szarapowa, Azarenka, parę innych), bo w tenisa nie powinno się grać paszczą.

Niezbyt lubię Murraya, bo uosabia szkocko-zblazowany, chytrawy wariant brytyjskości (więc tęsknię za, hm, pogrobowcem formy, Henmanem). Niezbyt lubię kapryśne księżniczki (na przykład dwie Serbki, Jankowić i Iwanowić), ale odpuszczam im, gdy dobrze grają. Zasadniczo nie lubię Agnieszki Radwańskiej za to, że albo nie umie, albo jej się nie chce grać.

Ale urwę tę listę, bo jest tak długa, jakbym miał prywatną kopalenkę idiosynkrazji, wspomnę tylko na koniec, że mniej lubię męski tenis, bo czołowi gracze są wyśrubowani na poziom cyborgiczny, więc jakość jakością, ale trochę to już nieludzkie. Za to

lubię

wspomniane Belgijki dwie, bo są sympatyczne i dobrze grają, lubiłem (jednak) księżniczkę Hingis za inteligencję, próby zachowania uśmiechu na twarzy (wychodziło) i próbę powrotu do czołówki (nie wyszło), bardzo lubię Mauresmo, za piękny backhand, elegancję ruchów, sympatyczną twarz (no i za to, że z klasą kontynuowała lesbijską tradycję po Navratilowej). Generalnie lubię fajterówfajterki (jak świeżo objawioną Oudin czy Suárez Navarro).

Ale najbardziej lubię tenisowy obyczaj, nakazujący publiczności milczenie w trakcie gry. Żeby jeszcze komentatorzy mniej mówili...

I na tym kończę wynurzenie i wracam do kangurów.

« Older entries