o-pisanie

You are currently browsing the archive for the o-pisanie category.

Na przykład autor pocztówek z paranoi wcale nie ukrywa podmiotu czytającego, który przez nagromadzenie gorących akcji językowych – śmieje się, zestrasza, wzwodzi, szamańczo wieszczy, wypuszcza na ulice lektur tłum ziomów z wielgimi, różnokolorowymi pałkami, płacze, obrusza się, w-dreszcz-wstępuje (że tak pojadę pantaleonem) – z pewnością jest rodzajem podmiotu lirycznego. Czyta się na ogół świetnie, ale jest jeden feler: przeważnie nie znam książek (nowiutkich), o których pisze, i trudno mi się odnieść do relacji, ocen i prezentowanych uczuć.

Ha, ha, ha! – zaraz zaśmieje się tłum szyderczych wujów, chyba cię pogięło. Po to są recenzje, żeby przedstawić odbiorcy najświeższy towarek, zalecić albo zganić, podreklamować albo opluć. To jest, chłopie (mówią już spokojniej), art of teasing, sztuka stręczenia, żadnych zdjęć, żadnych spoilerów, idź, zapłać, poużywasz sobie (albo i nie).

Sam oglądam tylko filmy z wczoraj, bo nie chodzę do kina (więc mija minimum 3/4 roku, zanim), a kiedy coś o takim napiszę, ludzie robią #stare-było, ten konsumerystyczny gest odczyniania uroku, chroniący przez dżumopodobnym stanem nie-bycia-na-czasie (czyli na absolutnie bieżących usługach rynku, ryneczku).

To w tym tkwi smutek recenzji: albo dotyczą nieznanego, albo przebrzmiałego. Nie pogadasz.

Jest jedna enklawa wyjątków. To kraina małych, bezpośrednio dostępnych form. Zacytuj wiersz, embednij wideo, zamieść fotę albo reprodukcję object of art. I zaraz potem można recenzować, bo czytelnikowi/widzowi dano naocznie recenzji przedmiot. Ale pomyślcie: jak to mało (wobec).

Żeby czymś zrekompensować powyższe marudzenie, kradnę z najnowszego dwutygodnika (gratulacje, numer znowu zasadniczo nudny) dwa wierszyki Katarzyny Zdanowicz (już tu bywała):

liczydło

ciężarna biała kotka topi się ze śniegiem
kociąt – liczyłam wczoraj –
było w niej prawie siedem

stars

zamknęli ją w szpitalu
– tam wreszcie się otworzyła
żyletka jak spinka we włosach
– jak dobrze że je rozpuściłaś
pan doktor więc zdecydował
– ścinamy na oddziale włosy
dziewczęta nie śpią – żyletki
tną i świecą im w oczy

Bezrecenzyjnie; przepełnia mnie smutek.

1 osoba uznała, że da się to czytać

žižkiański

Nie jest ustalone znaczenie tego przymiotnika, o Žižku mówi się tyle bzdur (nic dziwnego w naszym bzdurą stojącym kraju), że właściwie samo gołe słowo ewokuje jakiś rodzaj „hipsterskiej prowokacji”, kwitowanej wzruszem ramion, po którym następuje rutynowe poszukiwanie nożyczek, aby było czym odciąć kuponik od tak okazanej wyższości. Można by na tym poprzestać, wychodząc z założenia, że – aha! – taka hipsterska prowokacja warta jest wkurwu (jaki wywołuje), w kraju bzdurą stojącym kopanie w jaja każdej formy mentalnej mieszczańskości jest wartością per se.

Ale też można podejść na serio i, uznawszy, że žižkianizm wart jest mszy, oddać się poszukiwaniom właściwego rytu: sama figura tego historyczno-literackiego (Henryk z Nawarry) odniesienia poświadcza świadomość zakresu dokonywanej transakcji.

Więc parę zdań wprowadzających w Žižka (z Žižek. Przewodnik KP):

Atrakcyjność książek Žižka wynika częściowo z tego, że kusi nas analizami kultury popularnej i codziennych doświadczeń. Jak wyznaje, jego „argumentację teoretyczną wspierają liczne przykłady zaczerpnięte z kina i kultury popularnej, z dowcipów i politycznych anegdot momentami niebezpiecznie zbliżających się do granicy dobrego smaku”. Tego rodzaju podejście mocno kontrastuje z tymi odmianami filozofii, które opiewają w dość sztywnym i bezbarwnym tonie śmierć i ekstrema wysublimowanej poezji.

Mamy więc popkulturę i pole doświadczenia powszedniego...

Słowo „niemal” w przytoczonym powyżej zdaniu funkcjonuje zatem jako coś, co nazywa on fetyszystycznym zaprzeczeniem – Žižek wie, że to, co powiedział, było „zbyt nachalne”, a jednak i tak to mówi. Istnieje figura retoryczna podobna do takiego zaprzeczenia, którą nazywa się apofazą. Pozwala ona na wspomnienie o czymś za pośrednictwem stwierdzenia, że akurat o tym nie będziemy mówić – na przykład „pod żadnym pozorem nie wspomnę tu o niewierności pana ministra”. Apofaza wyraża zatem swoistą dziurę w wypowiedzi. Mówiąc, że nie będziemy o czymś mówić, zarysowujemy kontur tego, o czym nie wspomnimy. Można powiedzieć, że kreślimy granice lub horyzont naszej przemowy. Teoretyzując na temat kultury popularnej i tego, co można by nazwać mniej wyszukanymi aspektami życia, Žižek zbliża się do granic tradycyjnej filozofii. Ona powiedziałaby, że nie będzie mówić o masturbacji czy Melu Gibsonie.

...pewien (atrakcyjny, bo żywy, bo prowokujący) sposób mówienia....

Apofaza filozofii, dziura w jej dyskursie, nie jest zatem dziełem jej samej, ale naszym. Zanieczyszczając filozofię nieustannymi odniesieniami do kultury popularnej, Žižek tak naprawdę oczyszcza ją z „oficjalnych” uprzedzeń jej czytelników. Dodaje jej wigoru za pomocą entuzjazmu, który nie cofnie się przed niczym. W tym sensie wywrotowy charakter Žižkowskiej teorii bierze się stąd, że jest ona bardziej ortodoksyjna niż sama ortodoksja. Žižek traktuje filozofię poważnie, a jego rozważania o przelotnych zjawiskach w kulturze są właśnie znakiem tej nieubłaganej powagi.

...i stojąca za tym wszystkim chłodna (chciałoby się powiedzieć: śmiertelna) powaga.

Tak mi się rysuje ten kościół (popkultura, niskość), materia rytu (bluźnierstwo) i jego sens (poważka, pszepaństwa, poważka).

poeta

Ludzie, jak ja nie znoszę tego rzeczownika! A właściwie quasi-esencjalnej funkcji, w jakiej bywa (nad)używany. Poeta, literalnie, to ktoś, kto nieokazjonalnie pisywa wiersze. I tyle. (Podobnie prozaik pisywa prozę.)

Ale w kraju bzdurą stojącym, z tradycją (starą) poety romantycznego i (nowszą) poety przeklętego, myśli się, że „bycie poetą” to jakaś szczególna własność osoby ludzkiej. No i jednych to kręci, a innych brzydzi. Darujmy sobie to wszystko; powiedzieć o kimś, że jest „poetą takim-a-takim”, będzie (dla mnie) oznaczać tylko tyle (i aż), że wiersze tego ktosia bywają (nieprzypadkowo) takie-a-takie. Nic ponadto.

žižkiańska poetka

Muszę i nad tym się zatrzymać. Do tej pory, w rodzaju męskim, udawaliśmy, że mówimy uniwersalnie, o ludziach, kulturze i wierszach wewogle. Jest jasne (žižkiańskie), że należy podgryźć tę defaultową pozycję. Czego jednak w szczegółach robić nie będę; poprzestanę na przypomnieniu figury rortiańskiej ironistki, często goszczącej na tym blogu. Žižkiańska poetka jest bardziej.

wiersz

Tezę „Podgórnik jako poetka žižkiańska” rozpatrzymy na przykładzie poniższego wiersza Marty Podgórnik (pozdrawiam).

Latynoskie Odcinki

Jej serce pęka na każdym zakręcie.
każde przyjęcie zmienia się w harmider
rozczarowania.
o co cały ten hałas? 

Jej serce ma miejsce w legendzie.
z odcinka na odcinek hartuje się metal
i żelbetowe pręty tną ją na pohybel. 

zewsząd wystają metalowe pręty 

ktoś ordynarnie strzepuje na dywan
popiół z jej ręki 

kiedyś miała zabawkę magiczne trójkąty
coś w rodzaju
popularna czeska 

zabawka z początku lat dziewięćdziesiątych. 

w dół ale nie tędy
tak ładnie prosił szybko 

potem długo płakała paląc papierosy na schodach przeciwpożarowych 

uniknąć starych błędów 

robi nowe błędy

Co my tu mamy? Mamy tu pigułkowe przedstawienie telenoweli, popkulturowej i niskiej formy, rytualnie ćwiczącej romanse, uwiedzenia i porzucenia, dramatyczne zwroty akcji, mnóstwo łez, tanie, do bólu ograne rekwizyty. Mamy trochę wyraźnych aluzji kulturowych, jakże sprytnie (oszczędność środków!) wmontowanych w tę niby prostą narracyjkę (podświetlę dla przykładu Jak hartowała się stal Ostrowskiego: socrealizm, All that jazz Fosse’a: musical; jakże boli mnie świadomość, że poza tymi i nie wymienionymi przykładami jeszcze jest to i owo schowane, a ja nie widzę! och!).

To jest wyraźny žižkiański trop. Pole. Gdzie bluźnierstwo? No jak to, przecież sam pomysł, żeby bohaterką wiersza uczynić heroinę południowoamerykańskiej telenoweli, i jeszcze tak tanio-dramatycznymi chwytami ją uchwycać, te przeszywania prętami, te łzy nad papierosem, ta kompletna nijakość (wydmuszkowatość, pustka) owego portretu – no przecież tak się (już) nie pisze wierszy, co to ma być?! Jest zagadka, ale jej proste, podsuwane na tacy rozwiązanie właściwie obraża nas-jako-czytelników.

Ale też nie trzeba jakiejś nadludzkiej przenikliwości do zauważenia, że ta panna tragiczna i łzawa, zamknięta w nieprzełamywalny kołowrót dramatycznych błędów, to panna literatura. A „latynoskie odcinki” to fragment jej najświeższej historii. Bo owszem, „magiczne trójkąty” i „czeska zabawka” sugerują powikłania łóżkowe (trójkąt nie wymaga objaśnień, czeski błąd: przestawka, osoba na boku staje się osobą główną; zdrady, pomyłki, Pali się, moja panno, no pewnie, papieroska). Ale także: strukturalizm, trójkąty (jeden z pierwszych: trójkąt kulinarny Lévi Straussa), magia obiecywana przez te kuszące wyjaśnienia, Praska Szkoła Lingwistyczna, Mukařovský. A potem cóż, kicha, poststrukturalizm, postmodernizm, zjazd w dół, zawiedzione nadzieje, płacz na tyłach budynku. Albo „ordynarne strzepywanie na dywan popiołu z jej ręki”. To deklaracja antywajdyzmu? Diagnoza spłaszczenia oryginalnego Popiołu i diamentu przez celuloidową wersję? (Komu mało, niech dołoży Popioły Żeromskiego, hihi.)

Poważka, pszepaństwa. Tylko od razu dodam, że wiersz to nie tom historii (krytyki) kultury. To co najwyżej okruch tekstu wyzwalający obraz, uczucie; podsuwający kod, zakreślający jakiś rejestr emocjonalno-poznawczy.

No i nadal jest zagadka. Bo zdublowana panna, cielesna i literaturowa, ciągle budzi pytanie o sens i powód. Mamy narzędzie, sposobność jest oczywista – gdzie jest motyw (że odwołam się do poetyki śledztwa)?

motyw

Rezydencję surykatek (tomik, z którego pochodzi powyższy wiersz) czytałem na wakacjach, ukradkiem.

W środku nocy, gdy pokryte potem ciała dziewcząt sprzęgały się kontrapunktem miarowych oddechów, wymykałem się z namiotu, mijałem opiaszczonego dżipa, przemykałem się dalej obok prowizorycznych szałasów tragarzy, i wreszcie dopiero parędziesiąt metrów poza okręgiem zeriby ośmielałem się roztworzyć książkę, oświetlając jej tajemnicze wersy miniaturową latarką. Ulotne, pociągające chwile, jak śnieżny błysk zębów spod kaptura, jak opadające na sekundę ramiączko, jak śmierć błyskająca z odwrotnej strony liścia, na moment podniesionego przez wiatr.

To wtedy, jednej z tych nocy, gdy w krzewach opodal dopalała się perforacja zebry, zrozumiałem.

Ona rozpatruje hipotezę, że sama-na-siebie patrzy jak na pannę literaturę. Narratorka, oczywiście.

9 razy uznano, że da się to czytać

Chciałem powiedzieć, że dyskusje trwające ostatnio na sąsiadujących z moim blogach (ale i na społecznościówkach) popadają w rytualny chaos, jednak najprawdopodobniej nie zostałbym właściwie zrozumiany. Więc najpierw trochę wstępu [*].

trochę wstępu

[diagram za: Czyżewski, Kowalski, Piotrowski (red.), Rytualny chaos. Studium dyskursu publicznego]

Kluczowa, jak widać, jest kategoria „przekładalności perspektyw”, oznaczająca domniemanie, że ludzka wiedza praktyczna, wynikająca z socjalizacji jednostki i jej doświadczeń życiowych, warunkująca sposób widzenia świata, relacji międzyludzkich i społecznych, zasadniczo jest (lub może być) dzielona między jednostkami. Że, na przykład, ktoś, kto trawi życie na wskaźnikach makroekonomicznych i szuflowaniu środków między jedną przegródką budżetu państwa a drugą, jest w stanie pojąć związek tych ruchów z taką a nie inną sytuacją życiową innego kogoś, z rzadka posługującego się terminem budżet, a i to tylko wobec ponurej sytuacji comiesięcznego drastycznego niedoboru.

Orientacja A umożliwia kompromis, porozumienie; prowadzi do (realnego lub pozornego) zażegnania konfliktu. Orientacja B prowadzi do ujawnienia rozmiarów konfliktu (oto jeszcze inny przykład nieprzekładalności perspektyw: „niech jedzą ciastka”), może prowadzić do przełomu, ale też i do klinczu.

Cztery są (potęgi dwójki nastrajają ufnie, w sprawie kompletności) podstawowe mechanizmy dyskursu publicznego:

  • porozumienie – to produktywna ścieżka orientacji A; strony zawierają jakiś rodzaj ugody roboczej, co umożliwi im podjęcie praktycznych działań, oznaczonych tu jako projekt;
  • ceremonia – odnosi się do sytuacji, w której z dyskursu wykluczane są głosy ujawniające czy podkreślające różnice stanowisk, dzięki takiej kontroli dyskurs ogranicza się do ceremonialnego performowania ładu i zgody; klasycznym przykładem mogą być cenzurowane media państw totalitarnych czy totalizujących, ale i w demokracjach ceremonialne fasady skrywają (próbują skrywać) głębokie konflikty;
  • dramat społeczny – to w dyskursie spektakl w czterech aktach: wyartykułowanie konfliktu, jego eskalacja, opanowywanie (twórcze opracowanie napięć; propozycje rozwiązania, inicjatywy) i zakończenie, które może polegać albo na jakimś rodzaju porozumienia roboczego, albo też na stabilizacji poprzedniego stanu rzeczy, na innym – jednak – poziomie społecznej samowiedzy; spójrzcie na przykład na dramat społeczny pt. „równouprawnienie a kobiety w polityce”, kwoty jako porozumienie robocze, nie przesuwające bardzo granic status quo ante, ale wyraźnie przesuwające granice świadomości społecznej – czy realna, czy świadomościowa, zachodzi jakaś przemiana;
  • rytualny chaos – to dyskurs poniekąd zdegenerowany, w którym ostentacyjnie łamie się i lekceważy orientację na przekładalność perspektyw, w rezultacie niechęci do kompromisu dyskurs rozpada się na rytualnie skonwencjonalizowane monologi, zostaje praktycznie zablokowany, i zamiast możliwości produktywnego przepracowania konfliktu mamy stan chaosu komunikacyjnego przy pozorach stabilności sytuacji (tak w Polsce wygląda św. konflikt PO – PiS, tak wygląda dyskurs aborcyjny); przedłużający się stan rytualnego chaosu, gdy nie jest niwelowany innymi mechanizmami, prowadzi do anomii, która owocuje frustracją, wkurwieniem, emigracją i innymi ponurymi zjawiskami, z samobójstwami włącznie.

Duży napis „inscenizacje / komentarze” przypomina o materii dyskursu publicznego, o tym, że żyjemy w społeczeństwie spektaklu. Płynie stąd praktyczny wniosek taki, żeby nie zajmować się jednocześnie funkcjonalną rolą / skutkami wypowiedzi w dyskursie oraz intencjami jego aktorów. (Intencje w ogóle należą do porządku narracji sentymentalnej.)

trochę zakończenia

Chciałem właściwie powiedzieć tylko jedno zdanie, ale że już je powiedziałem na samym początku blogonoty, to zmierzam do zakończenia.

Główną siłą w Polsce, która notorycznie olewa zasadę przekładalności perspektyw, jest katolicyzm (zinstytucjonalizowany i upolityczniony). Świeżą ilustrację znajdziemy w notce Telemacha o dwójjęzyku wokołoaborcyjnym, w której analizuje się podstawowy element dyskursu publicznego: język. Jednak stałych czytelników niniejszego bloga nie trzeba przekonywać: dostawy przykładów trwają 24/7/365.

Ale ostatnio zajmował nas inny temat: „terrorysta Andrzej Ż.”. Bez żadnego wprowadzenia (szczegóły znajdziecie w zalinkowanych niżej notkach) wskoczmy w środek rzeczy.

Oto premier odwiedza w szpitalu odratowanego przed całkowitym samospaleniem Ż., a nawet składa jakąś obietnicę „ponownego zbadania spraw(y)”. Mniejsza o detale. Dlaczego Tusk to robi? Żeby w gorącym przedwyborczym okresie ujawnić się jako Harun al Raszyd („tak, krążę między wami i obserwuję wasze sprawy; dziś zdejmuję kaptur, ujrzyjcie moją empatię”; por. 1001 nocy).

W GW Sroczyński reaguje notką, w której przedstawia Andrzeja Ż. jako terrorystę, zagrażającego „umowie społecznej”.

W rzeczywistości GW (nie po raz pierwszy, nie po raz ostatni) tym głosem Sroczyńskiego broni pewnej fasady: państwo prawa, procedury odwoławcze itd.; zasadniczo jest OK. Rozpoznajemy taki głos w dyskursie jako ceremonialny, zwłaszcza że dziennikarz przesadza w perswazyjnej retoryce (przemoc symboliczna), sugerując po pierwsze, że idea państwa prawa jest również w każdym swoim (często ponurym) praktycznym aspekcie popierana przez ogół obywateli, że to zatem „umowa społeczna”, i że, po drugie, Ż. jest winien aktu „terroryzmu” (obnażającego, przecież widzimy, pozorność tego równania).

Ową „umowę społeczną” zaatakował od strony (powiedzmy) teoretycznej Czescjacek, w piekielnie ironicznej i świetnej notce o podpalaniu demokracji, a znowuż Eli Wurman – od strony (powiedzmy) empatycznej, wskazując na pozorność fasady państwa prawa, w równie świetnej notce o opóźnionym zapłonie. Przemoc (symboliczna) dziennikarza GW została odparta.

W dwu innych notach zajęto się samym medium (które jest przekazem, wiadomo, nespa), czyli GW. Notka Fronesisa jest jakby rozwiniętą ilustracją do narzędzi opisu, które przytoczyłem wyżej, z naciskiem na powody, dla których GW tak skwapliwie staje po stronie ceremonii.

Natomiast debiutancka notka Sergia najciekawsza jest we fragmencie roztrząsającym, czemu dziennikarzom (nie tylko zresztą Wyborczej, to już mój dopisek) bardziej opłaca się (re)produkcja rytualnego chaosu. Rzeczywiście, bezczelność pracowników mediów (jak bardzo to powszechne?) bywa już dziś tak wielka, że nawet nie udają jakiegokolwiek przejęcia, hm, etosem profesji; twierdzą w żywe oczy, że skoro się (ich smutna działalność) opłaca, to nie tylko są bez żadnej winy, ale wręcz godni podziwu.


[*] aparat pojęciowy i diagram za: M. Czyżewski, S. Kowalski, A. Piotrowski, Rytualny chaos. Studium dyskursu publicznego; google it

11 razy uznano, że da się to czytać

1

Dewirtualizacja ode złego jest. I nie mam tu na myśli sytuacji 1:1, kiedy awatar S w jakimś zakątku sieci poznaje awatara H, potem się awatarzą na jeden z tysiąca sposobów, poczynając od klasycznego You’ve Got Mail czy (pochodzącej z tego samego 1998) mroczno-romantycznej wersji cyberpunkowego you can logoff, but..., o której powiedziano te celne słowa:

jak każdy dobry utwór cyberpunkowy jest znakomitym tekstem zeitgeistowym. Z czasów, kiedy sieć i real to były dwie różne rzeczy. Z czasów, kiedy sieci brakowało wszechobecności. Z czasów, kiedy w necie mogliśmy być lepsi i piękniejsi niż w rzeczywistości.

...a kończąc na – ...nie, nie da się wskazać żadnego „ostatecznego etapu”, zeitgeist miesza i będzie mieszał. Potem zaś S i H robią go real i jeśli mamy tu jakiś ciąg dalszy, to w retrospekcji i tak moment dewirtualizacji nie będzie bardzo znaczącą cezurą w długim szeregu wzajemnego odkrywania i przywracania masek. Różnych.

2

Chociaż i w takiej sytuacji można powiedzieć, że dewirtualizacja znacząco zwiększa szansę na osłabnięcie fantazmatu, wyobrażenia-o-nieznanym, siły napędowej (wzajemnego) przyciągania, bo – wbrew temu, co wyżej cytuję z MRW – w układzie dwuosobowym sieć i real to nadal są dwie różne rzeczy. Nawet jeśli się wie (gdy łuski iluzji opadną z oczu), że nie ma żadnego jednego reala (nie ma nawet dwóch: real-H i real-S); są ich warstwy i labirynty, to nie ma powrotu: procedura re-wirtualizacji wymaga znaczących modyfikacji pamięci (oczywiście, popkultura – w SF – ćwiczyła i te motywy).

Ale też nie każde przejście sieć → real zasługuje na miano dewirtualizacji. Ludzie, którzy umawiają się w sieci na spotkanie „na żywo” w jakiejś sprawie, którzy nie budują (wzajemnie) wyobrażeń na swój temat, którzy nie grają w teatr (mały lub duży, ściśle prywatny lub z publicznością) awatarów – cóż, spotkają się w realu tak jak (nadal) spotykają się wcześniej nieznajomi po rozmowie telefonicznej.

3

Powiedziawszy (za) dużo o sytuacji, której raczej nie mam na myśli w tytule tej blogonoty, przechodzę ad rem. To jest do spodwójnienia (ba, żeby tylko) egzystencji grup, czyli sytuacji, w której jakieś grono ludzi żyje sobie jakiś czas w sieci, inter-sobie-reagując takim czy innym sposobem, z celem czy pożytkiem, aż któregoś dnia pada hasło: „hej, a może byśmy się zdewirtualizowali? gdzie i kiedy? kto będzie?”, i patronat obejmuje Zły.

4

Jest coś fajnego w byciu awatarem wśród innych awatarów, to sytuacja nie tyle przekraczania jakichś (niepotrzebnych) barier, co ich – hyc! – przeskakiwania, niedostrzegania. Nie ma ograniczeń czasu, miejsca, fizyczności, uwikłania w feromony, idiosynkrazje, systemy odruchów i ocen dalece wykraczających poza główny sens (i przyjemność) z istnienia grupy: poza komunikację. Komunikowanie siebie samych, bardziej-autentycznych czy bardziej-autokreowanych – to bez znaczenia. Jak już mówiłem gdzie– i kiedy indziej, jest podstawowy budulec bycia-w-sieci: tekstyemocje. W jakimś sensie czyste.

5

I równe. Kiedy przychodzi dewirtualizacja, pojawiają się podziały. Na tych, którzy mogli być, i na tych, którzy nie. Jedni polubili się z drugimi, a znielubili z trzecimi. Jedni mają ręką podać do lokalnych (w sensie realnej geografii) skupisk możliwej dewirtualizacji, od innych wymagałoby to kosztownych podróży. Nagle „czysta” sytuacja komunikacyjna przemienia się w mętną, pełną podtekstów i zaszłości sytuację „jak z życia”.

6

A jeszcze ważniejsze jest to, że jedni zaczynają grać w sieci teatr dla drugich, w niepoznanych i wielorakich konstelacjach. Na przykład, grupa jako całość podtrzymuje z inercji wirtualny (a nawet i realny) kontakt z kimś, kto w realu okazał się chamem-i-bucem: trwa spektakl, dla części publiczności ukryty. Ten przykład jest ostry i wyrazisty, w rzeczywistości takich spektaklików granych są dziesiątki, a komunikacja w grupie staje się coraz bardziej nimi podszyta.

Aha, to się może zdarzyć i zdarza również przed-wirtualizacyjnie, pewnie. Ale nie działa z taką bezwzględnością, może się nasilać i cofać, może pozostać marginesem sieciowej egzystencji sieciowych znajomych. Kiedy raz dokona się dewirtualizacji, nic już nie powstrzyma tych procesów.

7

I wtedy niektórzy wybywają, nawet nie wiedząc jasno, czemu. Już nie jest Tak Jak Dawniej. Mówię wam, dewirtualizacja ode złego jest.

6 razy uznano, że da się to czytać

Na samym dole szumi #biały-szum ocean bitów.

A potem przychodzi człowiek i porządkuje: nadaje nazwy, wprowadza typy (danych), ustanawia porządki, żeby owego oceana uczynić użytecznym i human-readable.

Otóż nieprawda. Zawsze było odwrotnie. Od początku ludzie starają się zaprząc komputery do przetwarzania danych ludzkich, czyli takich, które to dla ludzi mają sens, to dla nich są użyteczne i dające się zinterpretować w human-oriented-categories. Tylko problemy z rafinowaniem poziomów abstrakcji (opisu) i wydolnością technologii powodują, że zdarza się nam myśleć odwrotnie.

plik

od czasów rewolucji Unixowej oznacza kawał danych o nieograniczonym (z góry) rozmiarze; wcześniej systemy operacyjne różnicowały „pliki” ze względu na dopuszczalne metody dostępu (te wszystkie tam ISAM-y itp.), pozostając na etapie bieda-baz-danych. Unix odjął systemowi operacyjnemu obowiązek wiedzy o wewnętrznej organizacji danych w pliku (niech się tym martwią producenci i konsumenci informacji, czyli wyspecjalizowane programy), choć nie do konca (zob. tzw. rozszerzenie nazwy, typu „.exe”, „.txt”), za to przydał system hierarchicznego nazywania, oferując narzędzia grupowania plików w nieograniczoną co do głębokości hierarchię katalogów (directories). Jakoś to się przekładało na fizyczne położenie danych na nośnikach.

Metafora

folderu

wprowadziła alternatywne (wobec katalogów) systemy nazywania plików (i, trzeba dodać, również innych danych). Plik, „fizycznie” umieszczony w „C:\Document and Settings\user\MyDocuments”, nagle stawał się widoczny również w (systemowym) folderze MyDocuments. Czy (i to dosłownie widoczny) w folderze Desktop.

Pominę sieciowe generalizacje (plik uogólniony do resource, globalne przestrzenie nazw URI/URL itd.; protokoły i MIME-types), bo zasadniczo chodzi mi o wyczerpanie się możliwości opisu niesionych przez samą nazwę (z oczywistymi rozszerzeniami, do których można zaliczyć również datę-czas – np. utworzenia pliku, ostatniej modyfikacji itp.).

Sama nazwa, uznano, nie wystarcza do sensownego (ze względu na potrzeby użytkowników) opisu zawartości pliku, a co gorsza, zamieszana bywa w szczegóły techniczne (np. ścieżka w drzewie katalogów), które są bez znaczenia dla typowych sposobów operowania zawartością, na przykład odsłuchania pliku zawierającego muzykę czy przeczytania pliku zawierającego tekst.

Pojawiły się zatem

metadane

czyli dane opisujące treść danych zawartych w pliku. Foty z Berlina z wtedy-a-wtedy, muzyka z gatunku pop, o tytule takim-a-takim. Dawny binarny podział możliwości – albo oglądasz zawartość pliku (używając stosownego narzędzia oglądania, albo poprzestajesz na samej nazwie – zaczął tracić na znaczeniu, wypierany przez różnorodne mechanizmy

streszczaczy

czyli sposobów zwięźlejszego niż pełna zawartość pliku prezentowania jego treści. Streszczacze oczywiście wykorzystują intensywnie metadane, ale nie tylko. Innym ważnym mechanizmem są systemy indeksowania, które przeglądają treść pliku, przypisując mu elementy z jakiegoś zbioru symboli, np. słowa lub frazy wynalezione w pliku tekstowym.

Najbardziej (chyba) obecnie rozpowszechnionym systemem streszczaczy jest Google, które na zapytanie internauty wypluwa listę streszczeń (zawierajacych adres, wyimiki z tekstu pasujące do zapytania, jakieś daty czy odsyłacze do skeszowanej zawartości resource’a i co tam jeszcze). Ten google’owski przykład ilustruje przy okazji nędzę mechanicznych streszczeń, bo wszyscy wiemy, jak śmieciowe bywają odpowiedzi, nawet gdy pytający posiada zaawansowane gugle-fu.

Nie inaczej, zapewne, może być w przypadku lokalnym, tj. takim, w którym osoba ludzka przeszukuje własne zasoby. Żeby dostać sensowną odpowiedź, trzeba wcześniej zainwestować. W poprawne otagowanie plików muzycznych. W przemyślany sposób opisu fotografii. W jakiś system uporządkowania dokumentów tekstowych, odzwierciedlający ich zakres, tematykę, znaczenie dla autora, sposoby przeszłego i przyszłego wykorzystania. Wreszcie – last but not least – w porządek systemu nazw, czyli umiejscowienie w systemie plików: tani i wciąż jednak mocny sposób porządkowania informacji.

Dlatego do wiadomości o

śmierci pliku

podchodzę sceptycznie. Tak jak same systemy nazw nie zastąpią (coraz bogatszych) mechanizmów search & browse opartych na streszczaczach, tak też metadane i indeksowanie nie wyrugują (póki co) sensowności inwestowania w nazywanie plików. Jest sens wykorzystywać możliwości obu komplementarnych (a nie wykluczających się) podejść.

5 razy uznano, że da się to czytać

« Older entries § Newer entries »