o-pisanie

You are currently browsing the archive for the o-pisanie category.

Po lekturze tej bardzo ciekawej rozmowy lepiej rozumiem, o co mogło chodzić Arturowi Żmijewskiemu, gdy robił Mszę (co mu jednak, moim zdaniem, nie wyszło). Wygląda on na twórcę lokującego się na antypodach nierefleksyjnej sieci neuronowej (jak Masłowska), wygląda na osobę poddającą intensywnemu namysłowi sztukę, w ogóle i własną, politykę i rzeczywistość społeczną. Sam przez dłuższy czas śledziłem blog Izy Kowalczyk Straszna sztuka (niekiedy nawet aktywnie), póki nie zniechęcił mnie pewien niedobór autorefleksji u artystów i krytyków biorących udział w tamtejszych dyskusjach; pod tym względem Żmijewski nie rozczarowuje:

Najdłuższą i najważniejszą tradycją sztuki nie jest bunt, a konformizm. Postawy konformistyczne, artystyczne lojalki podpisywane przez artystów należały do mainstreamu sztuki. To, co wydaje się w sztuce najważniejsze: bunt, niezgoda, kontestacja — jest jej marginesem. Dzisiaj sztuka jest raczej narzędziem, które ludzi konformizuje, zmusza do lojalności wobec własnych reguł. Regułą jest np. że między ludźmi sztuki rozmawia się zawsze o krzywdzie społecznej takim lewicowym językiem współczucia. Zawsze zakładamy, że artysta chce temu innemu pomóc, że kurator najbardziej na świecie chce wolności słowa, itd. Ten język zamazuje podziały polityczne i jest po prostu konformizmem. Czytałem jakiś czas temu recenzję z targów sztuki, gdzie napisano, że artyści i galerie przedstawili rozmaite ciekawe prace, w tym wiele wrażliwych na krzywdę społeczną. Pomyślałem, co by było gdybyśmy zmienili tylko język i napisali: „Na targach sztuki spotkali się ludzie czynnie wspierający kapitalizm i zainteresowani czerpaniem profitów z komercjalizacji wypowiedzi o krzywdzie społecznej”. To jest obsceniczna podszewka sztuki, tak jak obsceniczną podszewką artystycznego języka współczucia są np. sympatie skrajnie prawicowe, czy neoliberalne wśród ludzi sztuki. Podobnie obsceniczny jest oportunizm artystów działających w polu opisywanym jako miejsce kontestacji i buntu.

To mówi na wstępie, później jest coraz ciekawiej. Jest paralela artysta – polityk:

Artyści mają dostęp do uruchamiania tej samej, co politycy sekwencji wydarzeń: w pierwszym ruchu pobudzenie aktorów pola, w drugim rozgrywanie ich aktywności. Do pobudzenia aktorów pola artyści, inaczej niż politycy, używają paradoksów, eksponują sprzeczności, wybierają strategie kontestacji, lub ekspozycji tajemnicy, której horyzontem jest kolejna tajemnica. Efektem jaki osiągają jest swoiste rozproszenie, szok kognitywny, który upośledza działanie. Widz zastyga w kontemplacji tajemnicy. Zwykłą reakcją na propozycje artystów są rozpoczynane przez dziennikarzy, a dzisiaj także przez polityków, medialne egzorcyzmy. I status artysty nie gra tutaj wielkiej roli, gra ją raczej brak wiedzy operacyjnej: jak zrobić ten drugi krok, jak rozgrywać różne stawki w pobudzonym polu? [tu i wyżej podkr. moje – n.]

...jest o Pawle Althamerze i Grzegorzu Kowalskim, o „języku wizualności”, o BerkuKatastrofie, o działaniu artystycznym jako anegdocie-dowcipie, o charakterze Berlina, i nie tylko.

Inna rzecz, jak się ma samorefleksja Żmijewskiego do jego osiągnięć artystycznych, tu można mieć pewne wątpliwości (jak z Mszą: domyślamy się celu, widzimy raczej porażkę). Na przykład ewolucja postaci (typo)graficznej pisma „Krytyka Polityczna” od czasu, gdy Żmijewski został dyrektorem artystycznym KP. Przywiązanie do swego rodzaju „surowości” manifestowało się tam od zawsze, pod Żmijewskim różne (przypadkowe, przyznaję) elementy wystroju uległy redukcji, ale efekt obecny to surowość bezpłciowa, bez wyrazu, forma sucha (i nudna), co gorsza utrudniająca lekturę, monotonna. I znowu: zamysł się rozumie, ale efekt nie przekonuje.

Niemniej, linkowaną rozmowę z Joanną Warszą bardzo warto przeczytać.

2 razy uznano, że da się to czytać

Żeby wyrazić swój (niechętny) stosunek do formy opowiadania, będzie najlepiej (i najuczciwiej) odnieść się do tekstu prezentującego stanowisko odmienne. Podjąć może nie tyle dyskusję z doceniającymi ten gatunek prozy, ile wyrazić osobisty powód, dla którego ja sam, czytelnik kapryśny i nieokrzesany, opowiadań nie cenię, albo, łagodniej, cenię w znacznie mniejszym stopniu od powieści.

Znalazłem taki tekst (nie było trudno, wiedziałem, czego szukać), ukradłem, odkurzyłem i prezentuję: oto Olgi Tokarczuk pochwała opowiadania. Idźcie a przeczytajcie, bo, po pierwsze, warto, a po drugie – nie będę tu streszczać, co najwyżej zacytuję drobne fragmenty.

Już? To jedziemy. Dzięki tekstowi Olgi Tokarczuk moje zadanie staje się proste. Dwa jej kluczowe (wg mnie) oświadczenia są moim niedrogowskazem:

Powieść służy wprowadzeniu w trans, opowiadanie – oświeceniu.

Pisanie opowiadania jest odrzucaniem tego, co zbędne, zmaganie się ze wszelkim nadmiarem: słów, obrazów, pokus autoprezentacji i wymądrzania się. To głęboki wgląd w temat i umiejętność zwerbalizowania tego wglądu. To ciągłe zadawanie sobie pytania: „O co mi chodzi?” i pracowite znajdowanie możliwie najoczywistszej i najdoskonalszej formy ekspresji. W dobrych rękach treść opowiadania sama wyznacza jego formę. To haiku prozy. Wydestylowany duch narracji. [podkr. moje – n.]

Dla mnie powieść służy wprowadzeniu w świat, uczestniczącym wprowadzeniu. I tego przede wszystkim oczekuję od prozy – świata, innego niż mój, albo podobnego, zmyślonego całkowicie, albo dającego pozór rzeczywistości, poddanego zespołowi rozpoznawalnych reguł, albo takiego, w którym reguły trzeba dopiero odkryć. Po którym mógłbym się poruszać samodzielnie, a nie – prowadzony przez niechby najczulszą czy doskonale ukrytą rękę autora.

Czy głębokie, przełamujące opór, wciągnięcie w (cudzy) świat ma coś w sobie z transu? Tak, nic w tym złego. To w-rzecz-wstąpienie, oszałamiająca (oby) eksploracja, podróż – ale moja, własna. To możliwość podjęcia pracy, którą najbardziej sobie (subiektywnie) cenię: pracy śledztwa. Dano mi wolność wyboru, także – wolność błądzenia i pomyłki, ale i szansę na (mój!) wgląd.

W drugim cytowanym fragmencie Tokarczuk potwierdza istnienie tego opowiadaniowego pytania: „o co mi chodzi”. O co chodzi jej, ogólniej: autorowi. Nie ufam oświeceniom, bo podejrzewam, że stoją za nimi tezy, zapewne – okruchy wglądów autora. Im doskonalszy jest sposób, w jaki opowiadanie werbalizuje ów „wgląd w temat” autora, tym mniej miejsca na autonomię mojego wglądu; im więcej tezy, tym mniej świata do odkrycia.

Oczywiście, za dobrym opowiadaniem kryje się (jakiś) świat. Ale ta forma oferuje czytelnikowi rodzaj „wycieczki ze światłym przewodnikiem”, tyle mi tylko opowie, ile trzeba dla wyrażenia (jawnego czy częściej – nie) tezy, wglądu-poglądu, autorskiego kąta widzenia. Pisanie opowiadania jest odrzucaniem tego, co zbędne – mówi Tokarczuk. Zbędne ze względu na co? Na jaki cel? Oto pytanie, które ustanawia teleologiczny aspekt opowiadania, aspekt poniekąd dominujący.

Wyostrzam i kręcę nosem z wielką (zapewne) przesadą. Ale też nikomu nie narzucam swoich odczuć, to tylko zwierzenie kapryśnego i nieokrzesanego czytelnika.

3 razy uznano, że da się to czytać

Kochaj i rób Kingi Dunin to książka ważna. A ściślej: powinna być ważna, na co ma szansę, oczywiście, tylko wtedy, gdy będzie czytana.

Podobnie jak parę wcześniejszych publikacji, jest to również składanka tekstów wcześniej drukowanych, przede wszystkim w „Wysokich Obcasach”. Tym razem jednak pojawia się nowa jakość, a nawet dwie.

Po pierwsze, owe teksty poprzedzone są długą rozmową o charakterze, powiedzmy, biograficznym. Tu Dunin jest odpytywana przez Sierakowskiego, a że dzieli ich różnica generacji, to dodatkowym wymiarem staje się ogląd tego herstory przez osobę, która w ’89 miała 10 lat. Herstory, trzeba dodać, bez grama brązu (w sensie: pomnikowy stop metali, barwiący zbyt często autobiografie). Ta część dociera do 1989 i konkluduje tak:

No i potem pytanie, co dalej? I odpowiedź w trzech emblematycznych postaciach. Antoni Macierewicz – mocny, nacjonalistyczny projekt, który ma zastąpić dawny ład. Jeden mocny porządek, zastąpiony nowym, równie ideologicznym. Adam Michnik – gracz w pokera, niespodziewanie wysoko wygrał i wycofał się z gry. Już nie ma odwagi postawić. Broni status quo przed każdą zmianą. Jacek Kuroń – próbuje zrobić coś w nowych warunkach, ale widzi, jak nowy ład, petryfikując się, znów staje się niewystarczający, opresyjny. I zaczyna go kontestować, i znowu wierzy w możliwość zmiany, choć wydaje się ona nierealna.

[Sierakowski:] Po 1989 twoja przygoda z opozycją zaczyna się od nowa? Wybierasz postawę Kuronia?

Tak. Kiedyś, pewno jeszcze w latach 70., zapytałam Jacka żartem: „Co będziesz robił w wolnej Polsce?” „Będę w opozycji” – odpowiedział.

Po czym wskakujemy w opowieść o etyce, moralności, wyborach światopoglądowych, o życiu wspólnotowym, polityce, obyczajach i religii. Bo te teksty, i to jest wspomniana jakość druga, któreśmy traktowali (głównie) jako felietony z niszowego dodatku (dla kobiet!) Wyborczej, wchodzą ze sobą w synergię, okazując się częściami większej całości. Bardzo serio.

Zwłaszcza pierwsza połowa (rozdziały II: Empatia, cierpienie i nadmiar rozkoszy, III: Kochaj i rób co chcesz oraz IV: Wspólnota i fiu bździu) dotyka kwestii zupełnie zasadniczych, często w sposób poniekąd zaskakujący.

Na przykład w sprawie „empatycznego” kryterium rozróżniania postaw „lewicowych” i „prawicowych”. Dunin nie odbiera prawicy zdolności empatycznej, co więcej, podchodzi poważnie do tych uczuć, które my na co dzień (oj, wiecie, jakich „my” mam na myśli) kwitujemy jako zupełnie niepojętą hipokryzję (np. emo-związek Gowina z zarodkami). Co jednak nie znaczy, że oddaje choć centymetr kwadratowy pola (zasadniczego) sporu o sposób urządzenia spraw wspólnych, publicznych. Chodzi o przyrost precyzji (w powyższej, przykładowej kwestii konkluzja brzmi: „Prawica jest zdolna do empatii. Wobec siebie [ludzi sobie podobnych]”).

W ogóle precyzja tych pozornie lekkich tekstów to kolejny mocny punkt do przywołania w niniejszej quasi-recenzji. Naprawdę przyjemnie popatrzeć, jak bezlitośnie (a zarazem rzeczowo i spokojnie) punktuje np. zarzuty Gadomskiego o „ideologiczność”, adresowane do jej tekstu Podatki są fajne. I jak obnaża wszechobecną ideologiczność właśnie, podszywająca opinie Gadomskiego, które tak by chciał przedstawić w kostiumie „obiektywnej słuszności”. No, niestety (panu już dziękujemy).

Takich zaskoczeń i takich przyjemności jest w tej książce dużo, dużo więcej. Że zaś zakres merytoryczny jest (doprawdy) imponujący, na dziś stać mnie jeszcze tylko na jedno: na polecenie w stopniu (dla tego bloga) maksymalnym.

Kupujcie koniecznie, i czytajcie.

16 razy uznano, że da się to czytać

Na przykład autor pocztówek z paranoi wcale nie ukrywa podmiotu czytającego, który przez nagromadzenie gorących akcji językowych – śmieje się, zestrasza, wzwodzi, szamańczo wieszczy, wypuszcza na ulice lektur tłum ziomów z wielgimi, różnokolorowymi pałkami, płacze, obrusza się, w-dreszcz-wstępuje (że tak pojadę pantaleonem) – z pewnością jest rodzajem podmiotu lirycznego. Czyta się na ogół świetnie, ale jest jeden feler: przeważnie nie znam książek (nowiutkich), o których pisze, i trudno mi się odnieść do relacji, ocen i prezentowanych uczuć.

Ha, ha, ha! – zaraz zaśmieje się tłum szyderczych wujów, chyba cię pogięło. Po to są recenzje, żeby przedstawić odbiorcy najświeższy towarek, zalecić albo zganić, podreklamować albo opluć. To jest, chłopie (mówią już spokojniej), art of teasing, sztuka stręczenia, żadnych zdjęć, żadnych spoilerów, idź, zapłać, poużywasz sobie (albo i nie).

Sam oglądam tylko filmy z wczoraj, bo nie chodzę do kina (więc mija minimum 3/4 roku, zanim), a kiedy coś o takim napiszę, ludzie robią #stare-było, ten konsumerystyczny gest odczyniania uroku, chroniący przez dżumopodobnym stanem nie-bycia-na-czasie (czyli na absolutnie bieżących usługach rynku, ryneczku).

To w tym tkwi smutek recenzji: albo dotyczą nieznanego, albo przebrzmiałego. Nie pogadasz.

Jest jedna enklawa wyjątków. To kraina małych, bezpośrednio dostępnych form. Zacytuj wiersz, embednij wideo, zamieść fotę albo reprodukcję object of art. I zaraz potem można recenzować, bo czytelnikowi/widzowi dano naocznie recenzji przedmiot. Ale pomyślcie: jak to mało (wobec).

Żeby czymś zrekompensować powyższe marudzenie, kradnę z najnowszego dwutygodnika (gratulacje, numer znowu zasadniczo nudny) dwa wierszyki Katarzyny Zdanowicz (już tu bywała):

liczydło

ciężarna biała kotka topi się ze śniegiem
kociąt – liczyłam wczoraj –
było w niej prawie siedem

stars

zamknęli ją w szpitalu
– tam wreszcie się otworzyła
żyletka jak spinka we włosach
– jak dobrze że je rozpuściłaś
pan doktor więc zdecydował
– ścinamy na oddziale włosy
dziewczęta nie śpią – żyletki
tną i świecą im w oczy

Bezrecenzyjnie; przepełnia mnie smutek.

1 osoba uznała, że da się to czytać

žižkiański

Nie jest ustalone znaczenie tego przymiotnika, o Žižku mówi się tyle bzdur (nic dziwnego w naszym bzdurą stojącym kraju), że właściwie samo gołe słowo ewokuje jakiś rodzaj „hipsterskiej prowokacji”, kwitowanej wzruszem ramion, po którym następuje rutynowe poszukiwanie nożyczek, aby było czym odciąć kuponik od tak okazanej wyższości. Można by na tym poprzestać, wychodząc z założenia, że – aha! – taka hipsterska prowokacja warta jest wkurwu (jaki wywołuje), w kraju bzdurą stojącym kopanie w jaja każdej formy mentalnej mieszczańskości jest wartością per se.

Ale też można podejść na serio i, uznawszy, że žižkianizm wart jest mszy, oddać się poszukiwaniom właściwego rytu: sama figura tego historyczno-literackiego (Henryk z Nawarry) odniesienia poświadcza świadomość zakresu dokonywanej transakcji.

Więc parę zdań wprowadzających w Žižka (z Žižek. Przewodnik KP):

Atrakcyjność książek Žižka wynika częściowo z tego, że kusi nas analizami kultury popularnej i codziennych doświadczeń. Jak wyznaje, jego „argumentację teoretyczną wspierają liczne przykłady zaczerpnięte z kina i kultury popularnej, z dowcipów i politycznych anegdot momentami niebezpiecznie zbliżających się do granicy dobrego smaku”. Tego rodzaju podejście mocno kontrastuje z tymi odmianami filozofii, które opiewają w dość sztywnym i bezbarwnym tonie śmierć i ekstrema wysublimowanej poezji.

Mamy więc popkulturę i pole doświadczenia powszedniego...

Słowo „niemal” w przytoczonym powyżej zdaniu funkcjonuje zatem jako coś, co nazywa on fetyszystycznym zaprzeczeniem – Žižek wie, że to, co powiedział, było „zbyt nachalne”, a jednak i tak to mówi. Istnieje figura retoryczna podobna do takiego zaprzeczenia, którą nazywa się apofazą. Pozwala ona na wspomnienie o czymś za pośrednictwem stwierdzenia, że akurat o tym nie będziemy mówić – na przykład „pod żadnym pozorem nie wspomnę tu o niewierności pana ministra”. Apofaza wyraża zatem swoistą dziurę w wypowiedzi. Mówiąc, że nie będziemy o czymś mówić, zarysowujemy kontur tego, o czym nie wspomnimy. Można powiedzieć, że kreślimy granice lub horyzont naszej przemowy. Teoretyzując na temat kultury popularnej i tego, co można by nazwać mniej wyszukanymi aspektami życia, Žižek zbliża się do granic tradycyjnej filozofii. Ona powiedziałaby, że nie będzie mówić o masturbacji czy Melu Gibsonie.

...pewien (atrakcyjny, bo żywy, bo prowokujący) sposób mówienia....

Apofaza filozofii, dziura w jej dyskursie, nie jest zatem dziełem jej samej, ale naszym. Zanieczyszczając filozofię nieustannymi odniesieniami do kultury popularnej, Žižek tak naprawdę oczyszcza ją z „oficjalnych” uprzedzeń jej czytelników. Dodaje jej wigoru za pomocą entuzjazmu, który nie cofnie się przed niczym. W tym sensie wywrotowy charakter Žižkowskiej teorii bierze się stąd, że jest ona bardziej ortodoksyjna niż sama ortodoksja. Žižek traktuje filozofię poważnie, a jego rozważania o przelotnych zjawiskach w kulturze są właśnie znakiem tej nieubłaganej powagi.

...i stojąca za tym wszystkim chłodna (chciałoby się powiedzieć: śmiertelna) powaga.

Tak mi się rysuje ten kościół (popkultura, niskość), materia rytu (bluźnierstwo) i jego sens (poważka, pszepaństwa, poważka).

poeta

Ludzie, jak ja nie znoszę tego rzeczownika! A właściwie quasi-esencjalnej funkcji, w jakiej bywa (nad)używany. Poeta, literalnie, to ktoś, kto nieokazjonalnie pisywa wiersze. I tyle. (Podobnie prozaik pisywa prozę.)

Ale w kraju bzdurą stojącym, z tradycją (starą) poety romantycznego i (nowszą) poety przeklętego, myśli się, że „bycie poetą” to jakaś szczególna własność osoby ludzkiej. No i jednych to kręci, a innych brzydzi. Darujmy sobie to wszystko; powiedzieć o kimś, że jest „poetą takim-a-takim”, będzie (dla mnie) oznaczać tylko tyle (i aż), że wiersze tego ktosia bywają (nieprzypadkowo) takie-a-takie. Nic ponadto.

žižkiańska poetka

Muszę i nad tym się zatrzymać. Do tej pory, w rodzaju męskim, udawaliśmy, że mówimy uniwersalnie, o ludziach, kulturze i wierszach wewogle. Jest jasne (žižkiańskie), że należy podgryźć tę defaultową pozycję. Czego jednak w szczegółach robić nie będę; poprzestanę na przypomnieniu figury rortiańskiej ironistki, często goszczącej na tym blogu. Žižkiańska poetka jest bardziej.

wiersz

Tezę „Podgórnik jako poetka žižkiańska” rozpatrzymy na przykładzie poniższego wiersza Marty Podgórnik (pozdrawiam).

Latynoskie Odcinki

Jej serce pęka na każdym zakręcie.
każde przyjęcie zmienia się w harmider
rozczarowania.
o co cały ten hałas? 

Jej serce ma miejsce w legendzie.
z odcinka na odcinek hartuje się metal
i żelbetowe pręty tną ją na pohybel. 

zewsząd wystają metalowe pręty 

ktoś ordynarnie strzepuje na dywan
popiół z jej ręki 

kiedyś miała zabawkę magiczne trójkąty
coś w rodzaju
popularna czeska 

zabawka z początku lat dziewięćdziesiątych. 

w dół ale nie tędy
tak ładnie prosił szybko 

potem długo płakała paląc papierosy na schodach przeciwpożarowych 

uniknąć starych błędów 

robi nowe błędy

Co my tu mamy? Mamy tu pigułkowe przedstawienie telenoweli, popkulturowej i niskiej formy, rytualnie ćwiczącej romanse, uwiedzenia i porzucenia, dramatyczne zwroty akcji, mnóstwo łez, tanie, do bólu ograne rekwizyty. Mamy trochę wyraźnych aluzji kulturowych, jakże sprytnie (oszczędność środków!) wmontowanych w tę niby prostą narracyjkę (podświetlę dla przykładu Jak hartowała się stal Ostrowskiego: socrealizm, All that jazz Fosse’a: musical; jakże boli mnie świadomość, że poza tymi i nie wymienionymi przykładami jeszcze jest to i owo schowane, a ja nie widzę! och!).

To jest wyraźny žižkiański trop. Pole. Gdzie bluźnierstwo? No jak to, przecież sam pomysł, żeby bohaterką wiersza uczynić heroinę południowoamerykańskiej telenoweli, i jeszcze tak tanio-dramatycznymi chwytami ją uchwycać, te przeszywania prętami, te łzy nad papierosem, ta kompletna nijakość (wydmuszkowatość, pustka) owego portretu – no przecież tak się (już) nie pisze wierszy, co to ma być?! Jest zagadka, ale jej proste, podsuwane na tacy rozwiązanie właściwie obraża nas-jako-czytelników.

Ale też nie trzeba jakiejś nadludzkiej przenikliwości do zauważenia, że ta panna tragiczna i łzawa, zamknięta w nieprzełamywalny kołowrót dramatycznych błędów, to panna literatura. A „latynoskie odcinki” to fragment jej najświeższej historii. Bo owszem, „magiczne trójkąty” i „czeska zabawka” sugerują powikłania łóżkowe (trójkąt nie wymaga objaśnień, czeski błąd: przestawka, osoba na boku staje się osobą główną; zdrady, pomyłki, Pali się, moja panno, no pewnie, papieroska). Ale także: strukturalizm, trójkąty (jeden z pierwszych: trójkąt kulinarny Lévi Straussa), magia obiecywana przez te kuszące wyjaśnienia, Praska Szkoła Lingwistyczna, Mukařovský. A potem cóż, kicha, poststrukturalizm, postmodernizm, zjazd w dół, zawiedzione nadzieje, płacz na tyłach budynku. Albo „ordynarne strzepywanie na dywan popiołu z jej ręki”. To deklaracja antywajdyzmu? Diagnoza spłaszczenia oryginalnego Popiołu i diamentu przez celuloidową wersję? (Komu mało, niech dołoży Popioły Żeromskiego, hihi.)

Poważka, pszepaństwa. Tylko od razu dodam, że wiersz to nie tom historii (krytyki) kultury. To co najwyżej okruch tekstu wyzwalający obraz, uczucie; podsuwający kod, zakreślający jakiś rejestr emocjonalno-poznawczy.

No i nadal jest zagadka. Bo zdublowana panna, cielesna i literaturowa, ciągle budzi pytanie o sens i powód. Mamy narzędzie, sposobność jest oczywista – gdzie jest motyw (że odwołam się do poetyki śledztwa)?

motyw

Rezydencję surykatek (tomik, z którego pochodzi powyższy wiersz) czytałem na wakacjach, ukradkiem.

W środku nocy, gdy pokryte potem ciała dziewcząt sprzęgały się kontrapunktem miarowych oddechów, wymykałem się z namiotu, mijałem opiaszczonego dżipa, przemykałem się dalej obok prowizorycznych szałasów tragarzy, i wreszcie dopiero parędziesiąt metrów poza okręgiem zeriby ośmielałem się roztworzyć książkę, oświetlając jej tajemnicze wersy miniaturową latarką. Ulotne, pociągające chwile, jak śnieżny błysk zębów spod kaptura, jak opadające na sekundę ramiączko, jak śmierć błyskająca z odwrotnej strony liścia, na moment podniesionego przez wiatr.

To wtedy, jednej z tych nocy, gdy w krzewach opodal dopalała się perforacja zebry, zrozumiałem.

Ona rozpatruje hipotezę, że sama-na-siebie patrzy jak na pannę literaturę. Narratorka, oczywiście.

9 razy uznano, że da się to czytać

« Older entries