książki

You are currently browsing the archive for the książki category.


Ze strony czwartej francuskiego tłumaczenia: Un crâne dans un crâne (1988).

Kiedy po godzinie wychodziłem z kasyna, chwiałem się nieco na nogach, ale wiedziałem wszystko o korpusie ekspedycyjnym. Wiedziałem, że zostaną na bocznicy za Suchą w swoich czterystu wagonach, zostaną tam jeszcze parę tygodni, bo zarządzono im kwarantannę. Nie można ich było inaczej zatrzymać ze względu na sojusz z Francją, konwencję Bordona-Genneta, dotyczącą formacji ochotniczych, i poparcie, jakie okazywała akcji interwencyjnej mafia dworska, zwana „lożą baronowej M.”. Nie można też było dopuścić ich na Bałkany ze względu na nieoczekiwaną poprawę stosunków z Sułtanatem, interpelację posła cygańskiego w Trzeciej Izbie oraz podejrzenie, że wśród kadry oficerskiej korpusu ukrywają się pod przybranymi nazwiskami montenegryjscy i pelagońscy fanatycy – młodzi arystokraci umieszczeni w Ecole de Saint Cyr przez Nikołę Cetyńskiego.
Piotr Wojciechowski, Czaszka w czaszce, wyd. 2, PIW, Warszawa 1974, s. 112.

1

Ze słowa Mitteleuropa powstaje w mgnieniu oka – ot tak, w reakcji na dźwięk – cała cholerna budowla, zrobiona z małych narodów pochowanych między górami, rozległych a kruchych imperiów, swiatych połonnych owiec i czarciej kozy, wąsów i epoletów, czterech religii dużopsich i mnóstwa jamniczych, krynolin i burek, butelek z rakiją i operetki, taborów (wojskowych i cygańskich), golemów i jesziw, parowozów sapiących jak wielojęzyczna klientela burdeli, wiedeńskiego koła i lwowsko-warszawskiej szkoły, dumek w stepie i cekhausow. I tak dalej.

Mitteleuropa to chwiejna katedra z różanej konfitury, pordzewiałych szabel i łemkowskich dębów, której nawa – inaczej niż w Europie zwykłej, tym wyrzuconym na atlantyckie plaże Azji wielorybie – położona jest na osi północ-południe.

Mitteleuropa jest modelem i treścią Europy: nienazwanym centrum (w odróżnieniu od wzdłużrównoleżnikowych kresów: celtyckiego i scytyjskiego).

2

Już wspomniałem (tromba #4), że Kamienne pszczoły (1967) Piotra Wojciechowskiego to książka założycielska. W znacznie mocniejszym sensie, niż tylko jako debiut, początek cyklu obejmującego zwłaszcza Czaszkę w czaszce (1970), zbiór opowiadań Ulewa, kometa, świński targ (1974), Wysokie pokoje (1977) i Obraz napowietrzny (1988).

Miałem problem, czy i jak pisać; czy – na przykład – po 43 latach od wydania przejmować się spoilingiem? Okazało się, że kto się uprze / zachce, może kupić na allegro czy gdzie tam. Więc lepiej nie: a nuż. Z drugiej strony proza Wojciechowskiego jest taka, że ledwie jakiś drobny ułamek przyjemności czytania polega na zaskoczeniu. (Może to w ogóle cecha dobrej literatury, że przy drugim czytaniu jest nawet lepsza niż przy pierwszym, itd.)

Z trzeciej strony, Wojciechowski jest niestreszczalny.

3

Co jest – gdy się o tym wreszcie pomyśli – zdumiewające, to fakt, że Pszczoły napisał człowiek dwudziestodziewięcioletni. Język jest pierwszorzędny. Książeczka malutka, skomponowana na 42 listy, jakie narrator-demiurg Dymitr Łazur pisze do swoich świadków i obiektów stworzenia. Ale konstrukcja, montaż, brawura zygzakowania wśród tropów (których dziesiątki zdołał pomieścić na tak małej przestrzeni). Ale wyczucie stylów. Kontrapunkt śmiechu:

Tabidze zmęczonym krokiem podszedł do dziwacznej konstrukcji zajmującej chyba ćwierć hali, konstrukcji z surowych belek, żelaznych prętów, resztek stylowych mebli [...] manewrował podzwaniając łańcuchami [...]. W końcu maszyna skrzypiąc ruszyła, przypominała teraz diabelski młyn, który zamiast wagoników ma barłogi pod wystrzepionymi baldachimami, wysłane nie powleczonymi pierzynami hamaki, powozy bez kół wymoszczone grochowinami i derkami. Wykonawszy ociężale mniej niż ćwierć obrotu, konstrukcja znieruchomiała, praporszczyk podszedł do niej i szarpnąwszy za firankę osłaniającą jeden z barłogów ryknął ochryple: — Hej, baby! Jest tam która? — Dopiero teraz zrozumiałem. Machina, którą miałem przed sobą, była legendarnym łożem małżeńskim Tabidzego, jego haremem. Spod derek zamigotały jakieś światełka i głęboki śpiewny alt odpowiedział na głos chorążego: — Paszoł won, we woza gramy!

Wspomniany już (w linkowanej wyżej trombie #4) rzeźbiarz Fufajka dostaje blok cudownego marmuru, z którego ma stworzyć scenę Herakles i Dejanira. Jest geniuszem dłuta i geniuszem w ogóle: jest zimno, więc rzeźbi (wszyscy wiedzą, że na najwyższym poziomie mistrzowskiego realizmu) tę mitologiczną scenę wewnątrz kamiennego bloku. Że zaś jest mikrego wzrostu, nikt poza nim nie wpełznie do środka, by dzieło móc zobaczyć.

4

Świat powieściowy Kamiennych pszczół osadzony jest – niby – w powojennej Polsce, pojawiają się znane wszystkim miasta: Wrocław, Kraków, Sanok. Jest Przemyśl i (mniej oczywista) Bircza, itd. Pada jedna data: styczeń 1946. Ale poza tym nic się nie zgadza. Nic.

Bo jesteśmy w podwójnie zmyślonej Mitteleuropie, przemierzanej przez agentów Cesarstwa i Sułtanatu. Z dala od metropolitalnych centrów działa Podhalańska Akademia Wiedzy w Rakuszanach, do której zjeżdżają się goście z najdalszych stron świata, by dyskutować Migusa Hipotezę Dziewczyny Totalnej (dała jej początek jakoby Tamara Znicz, szpieg różnych rządów, kochanka Fufajki, występująca w Rotterdamie i roztrzaskująca swoją gitarę w Świsnej, w Dzień Katastrofy). W Akademii żywo dyskutuje się także zagadnienie Żółwia Archimedesa, choć pomysł, że można by spróbować jego eksperymentalnego potwierdzenia, wielu wydaje się niestosowny.

Czarni Żandarmi wysłani przez praporszczyka Tabidzego aresztują Henry’ego Dutha, walijskiego gościa PAW i przyjaciela Dymitra. Sam Łazur, współautor wystawionego na Wyspach Brytyjskich musicalu historycznego Call me Didi [o Dioklecjanie], pędzący życie sekretarza mistrza Fufajki, odpowiedzialnego za jego korespondencję, jest tygodniami przetrzymywany w pałacu w Zamurszanach, kwaterze Tabidzego, co więcej, nie jest tym specjalnie zdziwiony. (O porwaniu w Orient Expressie nie ma co wspominać, ciekawsze jest śródziemnomorskie spotkanie z Apollem Orwiczem, arystokratycznym adiutantem Vassila Murawy, legendarnego dowódcy Sotni, w której – za młodu – walczył Dymitr.)

Powtórzę: nic się nie zgadza. Nic. Powtórzę: Wojciechowski jest niestreszczalny.

5

Można książkę uznać za wesołe i brawurowe zmyślenie (tak pisał o niej Drawicz), można też uznać za dokument swoistego eskapizmu. Rzeczywiście, nie ma w niej rzeczywistości peerelowskiej, została ona tak dokładnie wyrugowana z wojciechowskiej Mitteleuropy, że wspomnienie Dymitra o krwawej jatce pod Żmigrodem, zgotowanej Sotni Murawy w grudniu ostatniego roku wojny, wślizguje się w czytelnika bez oporu; ta mitteleuropejska wojna trwała jakoś inaczej i gdzie indziej. I codzienność Łazura – krążącego między Birczą, Paryżem a Kjusterdżali (na południe od Modeku, u podnóża gór Kababczer); zaangażowanego w powołanie Instytutu Balneologii pod egidą PAW i zamiast korespondencji Fufajki piszącego listy w sprawie kotłów dla Betoniarni (czy może Destylarni?) – i ta codzienność jakaś inna i skądinąd. Gdy się kocha – a kocha się nieprzytomnie w wielu naraz – to kocha się w Belli córce Debory Sklein i w Nice Jaskólskiej (a może to Swietłana Orwiczanka, krewna z hrabiowskiego rodu Apolla Orwicza?), w Tamarze Znicz, austriackiej Białorusince, kto wie – może Cygance.

Nieobecność PRL-u jest (gdy się wreszcie o tym pomyśli) tak totalna, że aż podejrzana. Widzi się, czytając kolejne listy, że Dymitr Łazur jest sprawnym konfabulatorem: potrafi te same fakty różnym adresatom przedstawić zupełnie inaczej, zawsze jednak przekonująco, dobierając właściwe słowa i właściwy rytm (ach, pięknie to P.W. robi). Może zatem Regułę Urajania zastosować pro toto, do całej książki, szukając możliwej transformaty gęstej legendy mitteleuropejskiej na realia (czy atmosferę) Polski późnych lat sześćdziesiątych, okresu ciszy przed krachem małej stabilizacji?

Melodia grana pauzami i rytmem przemilczeń, piosenka nudy i stłamszenia. Choć przecież – nie do końca. Bo jest ten dwudziestodziewięciolatek, co napisał książkę i nawet dostał za nią nagrodę.

6

Mitteleuropa Wojciechowskiego zrobiona jest z klocków dwudziestolecia międzywojennego. Wszystko, co wyżej wymieniłem, od Podhalańskiej Akademii, przez zakochania w córce rosyjskich Żydów Skleinów czy potomkini hrabiów Orwiczów, europejskie wojaże ze i za sztuką, zbiorowe inicjatywy przedsiębiorców (Instytut Balneologiczny na birczańskich źródłach mineralnych) i towarzyszące im szwindle – wszystko jest stamtąd.

Poza wojną, oczywiście. Całe Kamienne pszczoły rozgrywają się na tle, którym jest legenda Sotni Vassila Murawy, zaginionego, może zmarłego, może – jak wielu innych – uniesionego prądem, którym ludzie i sprawy spływają w dół mapy, na południe. W opisywanym czasie Dymitr styka się już tylko z groteskowo-potwornym praporszczykiem Tabidze, który bodaj cel swego życia widzi w naśladownictwie (nieosiągalnej wielkości) Murawy. Jest tak jak trzeba: wojenna legenda wobec skarlałej teraźniejszości.

Mało tego, ta legenda rozrasta się, rozkrzewia, ogarnia nie tylko całą rzeczywistość (jej interpretację), ale wystaje sponad niej – w metafizykę. Mit wspólnoty osiągalnej jedynie w walce, która zresztą jest już jedynie wspomnieniem, a może tylko możliwością.

W Kamiennych pszczołach Wojciechowski jest zbyt młody i zbyt inteligentny, by nie brać tej swojej osnowy w cudzysłów. (Zobaczymy później, jak ten cudzysłów się przeciera.)

Oto Łazur (przeżywszy jatkę pod Żmigrodem) pomieszkuje w Krakowie, niebawem uzyska małą maturę. Jego pierwsza dziewczyna rzuciła go na rzecz barczystego instruktora szermierki z „Sokoła”. Studiuje zatem pilniej.

[...] wracałem do topologii. Nie rozumiałem poszczególnych twierdzeń i dowodów, setki razy wracałem do pierwszego rozdziału, gubiłem się w zawiłościach, a jednocześnie rosła we mnie wiedza o władzy nad przestrzeniami, którą daje ta nauka. [...]

Jak z domu niewoli wyprowadzał mnie [major Kovacs, teoretyk artylerzysta, matematyk, profesor Akademii Berlińskiej] z suchej, nudnej trójwymiarówki powiatowych geometrów w świat, w którym interferują mgliste i niemetryczne przestrzenie psychiczne, w których nierzadko skala ocen moralnych jest tak samo dobrą osią współrzędnych, jak każda inna. [...]

Mówiliśmy „wydzielenie podzbiorów ze zbioru”, a znaczyło to podzielenie Sotni na dwie Sotnie lustrzane, identyczne strukturą. Mówiliśmy „psychogeometryczne zrelatywizowanie wewnętrznego i zewnętrznego”, a znaczyło to, że na podżmigrodzkich wzgórzach Sotnia ma samą siebie zdławić w pierścieniu okrążenia, zapewniając każdemu ze swych żołnierzy pewną i sławną śmierć za Sprawę.

7

Powiedziałem wcześniej, że Kamienne pszczoły to podwójne zmyślenie. Raz, że składają z klocków międzywojnia Mitteleuropę, pewną jej wersję, sadzając je na osnowę wojennej legendy-zmyślenia. Dwa, dlatego, że relacja Dymitra Łazura jest migotliwa i niepewna, z listu na list powiększając nie tyle liczbę możliwych wariantów opowiadanej historii, ile raczej – jej wymiarowość.

Ale na tym nie koniec. Bo Pszczoły można też oglądać jako macierz zmyślenia (matematyczny zapis transformacji), widzimy, czytając, proces jej układania i strojenia. Ten operator działać będzie w późniejszych fabułach Wojciechowskiego, w których, owszem, spotkamy znajome postacie, ale jakieś zgoła odmienione, jakby tę macierz zmyślenia zastosowano do innej nieco przestrzeni (realnej?), by uzyskać odmienną wyjściową przestrzeń mityczną.

Ten operator zmyślenia pozwalam sobie ochrzcić wojskianem, bo „wojciechowszczan” czy „wojciechowskian” są długie i niezgrabne. A wojskian – co ważne – będzie i nazwą przypominać, że choć według Lema [Cyberiada] „wojskowość jest lokalnym odchyleniem od kosmicznej zasady cywilności”, to jednak w mitycznej prawicowej (no przecież!) przestrzeni książek Wojciechowskiego zasada walki jest ceną za przyjemność (i smutek) indywidualizmu.

8

Czegoś tu jednak brak. Gdy zastanawiam się, jaka (w końcowym końcu) rzeczywistość kryje się za piętrowym zmyśleniem Kamiennych pszczół (zawsze jakaś się kryje), przychodzą mi na myśl dwie rzeczy. Ćwiczenie: pióra i wyobraźni. Wojciechowski jest niespełnionym (w zasadzie, mimo że wylądował ostatecznie jako wykładowca scenariusza w łódzkiej PWSFiT) człowiekiem filmu, a Pszczoły, macierz zmyśleń, można też czytać jako generator fabuł dla pewnej niewąskiej klasy filmów. Również montaż i ekspozycja zdradzają swoistą filmowość tego ćwiczenia.

A po drugie – romans jako kategoria epistemologiczna. Intensywność wzruszeń (i urojeń), „ja” w centrum uwagi, niespełnioność aktu nie tylko wobec (wymienionych) kobiecych postaci Pszczół, ale wobec każdego istotnego węzła w tym poznawczym splocie wyobrażenia świata. Mitteleuropa jako przedmiot kapryśnego zakochania, samozapętlone przebiegi wewnątrz głowy narratora jako właściwy podmiot i przedmiot opisu.

9

Kamienne pszczoły odległym susem kojarzą mi się z jedną z najlepszych książek, jakie czytałem: z Małym palcem Buddy (oryg. Czapajew i Pustota) Wiktora Pielewina (1996), w której działa podobna macierz zmyśleń. Podobieństw jest więcej: pielewinowski Czapajew jest niemal równie mityczną postacią, co Vassil Murawa, a wzmianki o wygwizdanym publicznym czytaniu pierwszego utworu Dymitra Łazura Podróżni w wilczych czapkach jakoś korespondują ze scenami z kabaretu literackiego „Muzyczna tabakierka”, w którym wiersz swój recytuje poeta, bohater Małego palca (a kończy strzałem z mauzera); ta krótka lista nie wyczerpuje paralel.

Pustka, centralny przedmiot opisu Pielewina, jest jednak użyta do rozległej diagnozy rosyjskości nie tylko z epoki czapajewowskiej, ale i współczesnej. Wojciechowski w Pszczołach dopiero ostrzy narzędzia, za pomocą których będzie w nastepnych książkach snuł swoją mglistą i zakamuflowaną diagnozę.

I dobrze. Bo gdy wreszcie wypowie ją wprost, publikując w 1995 Szkołę wdzięku i przetrwania i rozpoczynając w tymże roku sześcioletnią karierę felietonisty „Gościa Niedzielnego”, starzy czytelnicy będą już tylko żałować.

Niemniej, zostało jeszcze kilka książek (wymienionych w punkcie 2) do przeczytania.

10

Ta blogonota to tylko (może) początek czytelniczych przygód z wojskianem.

1 osoba uznała, że da się to czytać

Powody powstania niniejszej blogonoty podane są w tym komentarzu do poprzedniej (i komentarzy następujących po nim).

1

Na czym polega Makuszyński? Makuszyński polega na trzech sprawach.

Po pierwsze, społeczeństwo jest jak wielka rodzina, która wszakże czasem zapomina o swojej roli i tożsamości. Członkowie rodziny, jak wiadomo, są bardzo różni: biedni i bogaci, mający dzieci albo samotni, ważniejsi (społecznie) i ci mniej ważni. Ale zasadniczo wspierają się wzajemnie i kochają. Gdy ktoś zapomina o swoim rodzinnym obowiązku, powinien zostać ocalony.

Po drugie, rodziny (ani swego losu) się nie wybiera: rodzinę się wspiera, a los – znosi pogodnie. Dlatego powieści Makuszyńskiego pełne są postaci ubogich jak myszy kościelne, ale patrzących na życie z uśmiechem. Klepiąca biedę para starszych aktorów, dziwaków, ale zacnych aż do bólu – z Awantury o Basię. Zastępy wesołych (choć przymierających głodem) przedstawicieli bohemy. Jeszcze liczniejsze zastępy ubogich krewnych (modelowa pod tym względem jest mało znana powieść List z tamtego świata). Protegowani tytułowej bohaterki z Szaleństw panny Ewy. Ta wielka społeczna rodzina Makuszyńskiego to społeczeństwo harmonijnie klasowe, w którym klasy niższe nie buntują się przeciw swemu położeniu, a klasy wyższe – gdy zostaną ocalone do miłości rodzinnej – udzielają niższym wsparcia.

Po trzecie, kluczową rolę w koniecznym dziele ocalania do miłości rodzinnej pełnią dzieci. Do której to kategorii pasują dorastające panienki; dziecinny status zapewnia im społeczna nieważność. Basia (z Awantury) „swata” imienników, zasług panny Ewy nie sposób wyliczyć (m.in. ocala oschłego bogacza Mudrowicza), w Liście z tamtego świata dochodzi wręcz do zbiorowego ocalenia.

Makuszyński to krzepiąca opowieść o klasowym społeczeństwie, które dzieci, niedorośli, nieważni ocalają do miłości rodzinnej, pozwalając przejść na stopień wyższy: społeczeństwa klasowego harmonijnie. Ramą kategorialną jest rodzina, kluczem do zmian – opiekuństwo i miłość, a rolę ocalającą pełnią kobiety, najskuteczniej – w wersji niedojrzałej, bo ta pozwala przełamywać sztywne struktury i konwenanse społeczne.

2

Na czym polega Zły Tyrmanda? Zły Tyrmanda polega na trzech sprawach.

Po pierwsze, społeczeństwo jest rozległą siecią bardzo zróżnicowanych indywidualności, pełniących różnorodne role w walce o byt. Nie jest to rodzina, choćby potencjalna (jak u Makuszyńskiego), jednak nadal możliwe jest ocalenie przed złem (jawnym w świecie Tyrmanda). Funkcję ocalającą pełni „idea ogólnoludzka”, złożona z klasycznych wartości, takich jak wolność, prawda, przyjaźń, cnota, miłość, męstwo.

Po drugie, ocalająca idea ogólnoludzka ma szanse w walce (ze spontanicznie organizującym się złem), gdy wcieli się w oddolnie organizującą się konfederację jednostek (ale, tym samym, również różnych warstw i klas społecznych), które utworzą ponadjednostkową „sieć dobra”. Inaczej mówiąc, społeczeństwo w Złym jest zdolne do samoocalenia, jeśli się zorganizuje do współdziałania. Reprezentatywnie i oddolnie; powodowane wartościami, scalone potrzebą. Z tła tej wizji społecznej przeziera społeczeństwo harmonijnie klasowe w potrzebie: model powstańczy, konspiracyjny.

Po trzecie, w indywidualistycznej wizji Tyrmanda niezbędny jest katalizator, przykład, wódz. Tę rolę wypełnia tytułowy Zły; jest niezbędny, bo inaczej rozproszone jednostki wystawione na siły zorganizowanego zła nie utworzą sieci, nie widząc możliwości wygranej.

Oczywiście, Tyrmand musiał iść na koncesje i ostatecznie „powstańcze siły dobra” zostają podporządkowane idei sprawiedliwości instytucjonalnej. Niemniej, nadal jest to krzepiąca opowieść o możliwości „brania spraw we własne ręce” i o katalitycznej roli anonimowego sprawiedliwego, który rzuci wyzwanie zastygłej skorupie status quo, tolerującego zło. Ramą kategorialną jest samoorganizacja, kluczem do zmian – pakiet wartości składających się na „ideę ogólnoludzką”, a rolę ocalającą pełni katalitycznie samotny (początkowo) bohater, rozsadzający zastygłe struktury poprzez czynny sprzeciw.

3

Podobieństwa tych dwóch prawicowych wizji widoczne są gołym okiem.

Podobnie krzepiące są również owoce. Biedni nakarmieni, zło ukarane, miłość potężniejąca, nowe małżeństwa zawarte, dzieci zaopiekowane. I wszyscy z nowym zapałem wypełniają swoje role w ramach nienaruszonej struktury społecznej. Harmonia na wyciągnięcie ręki.

4

We wcześniejszych książkach (a zwłaszcza w sfilmowanych powieściach cyklu Żaby i anioły z bohaterką Judytą) Grochola wypełniała wzorzec makuszyński, w podobnej strukturze komedii romantycznej.

Judyta znalazłszy się na życiowym zakręcie musi uruchomić w sobie „makuszyńską dziewczynkę”, której niedojrzałość pomoże jej pokonać bariery w zbudowaniu sobie życia na nowo. Ta sama niedojrzałość (odnowiona spontaniczność, naiwność itp.) roznieci także opiekuńczo-miłosny zapał u Nowego (Wspaniałego) faceta. I rzeczywiście: czytelnik może sądzić, że Judyta jest koncertową idiotką, gdy tymczasem ona jedynie dziewczynkowacieje (jej piętnastoletnia córka Tosia wydaje się znacznie dojrzalsza społecznie). I dobrze na tym zdziewczynkowaceniu, koniec końców, wychodzi. (Co musi podobać się czytelniczce.)

W najnowszym Kryształowym Aniele rzeczy mają się już inaczej. Nie chce mi się streszczać, zarys fabuły można pobrać z krótkiej notki. Chcę tylko rzucić trochę światła na makuszyńsko-tyrmandzie pokrewieństwa.

Po pierwsze, nieustająco ramą kategorialną jest rodzina, a dobrem głównym – miłość. Niższość społecznej pozycji kobiet nie jest kwestionowana (podobnie u Makuszyńskiego), zostaje wręcz bogato zilustrowana (opis wielorakiego stłumienia Sary, bohaterki Anioła, na przestrzeni całego życia). Jednak nadal zostaje podtrzymana (obecna i u Makuszyńskiego) tradycjonalna teza o kobiecie-szyi (która zarządza życiem usuwając się w tło, by mężczyźni mogli mieć iluzję władzy, bycia „głową”).

Po drugie, życiowy kryzys Sary wymaga samoocalenia. To już wystaje poza makuszyński schemat, jesteśmy jedną nogą u Tyrmanda. Sara całe życie była „udziewczynkowiona”, ale w realistycznym (w patriarchalnym społeczeństwie) sensie: podległa, nieasertywna, nie realizująca aspiracji. Już nie wystarczy ocalić do miłości kogoś innego, albo pójść „na spontan” i znaleźć Nowego Wspaniałego faceta. Ten stary, zdradzający, okazał się równie stłumiony w ekspresji swoich potrzeb, co ona. Coś jest nie tak systemowo. Współczesna odpowiedź na klasyczne pytanie „o co chodzi, gdy nie wiadomo, o co chodzi?” brzmi – o komunikację. A właściwie jej brak.

I tu, po trzecie, z siłą wodospadu pojawia się w pełni Tyrmand. Sara pracuje w radiu, choć na podrzędnym stanowisku: nie zaspokaja ono nijak jej długoletnich aktorsko-radiowych tęsknot. Więc na nocnych dyżurach bawi się wygłaszaniem do mikrofonu chaotycznych, ale szczerych monologów, strumieni świadomości, odzwierciedlających jej aktualne rozterki itd. Ale nie wie, że mikrofon jest włączony. Po pewnym czasie słucha jej cała Warszawa. Nieznany nikomu głos omawia przejmująco w nocy sprawy, które w dzień nie są obecne na antenie, uginającej się od rytualnej polityki i durnych reklam. Oto Zła, rzucająca (cóż, że nieświadomie) wyzwanie zastygłej skorupie braku komunikacji, już w wymiarze społecznym. I co się dzieje? Do chorej na raka przyjaciółki pod wpływem nocnej audycji wraca kochający facet: będzie ją wspierał (odszedł, nie wiedząc o chorobie). Modelka postanawia nie używać kosmetyków testowanych na zwierzętach. Sklepowa Anetka tak się wzrusza audycją, że jej późny klient, Józek, zakocha się w jej oczach błyszczących (od łez?) jak gwiazdy; będą żyli długo i szczęśliwie. I tak dalej. Rusza wielka fala ocalenia przez wznowioną komunikację.

5

Proste diagnozy, proste rozwiązania, radosne happy-endy. Wszystko staje się nowe i lepsze, ale nic właściwie nie trzeba zmieniać. Trzeba tylko ciut więcej miłości, odwagi, komunikacji. Wspomniany w poprzedniej blogonocie „ten segment czytelnictwa” polega na zapotrzebowaniu na taki właśnie bajkowy produkt.

Czy jeśli nadal wzruszają i pocieszają powieści Makuszyńskiego, a Zły nadal porusza wyobraźnię, to powinien tak mocno dziwić czytelniczy sukces krzepiącej Katarzyny Grocholi Tyrmand-Makuszyńskiej? Nie jest aż tak bardzo gorsza literacko, a z pewnością jest bardziej współczesna.

1 osoba uznała, że da się to czytać

W nibyrecenzjiSagi Twardokęskowej czepiałem się autorki o parę rzeczy. A tymczasem ukazał się wywiad z nią, przeprowadzony przez Wita Szostaka (tu część 2). No to się skonfrontujmy.

czep 1: O nasilające się podszywanie całkiem rozbudowanej politeistycznej (i to piętrowej) mitologii chrześcijaństwem. Pisałem:

Niektóre „teogoniczne” pomysły autorki są bardzo udaną i oryginalną kreacją (...).

Cóż stąd, gdy Brzezińska zrobiła wszystko, żeby efekt osłabić. Przez rozmnożenie opatów, proboszczów i plebanów (to z Wilżyńskiej Doliny), ambon, kleryków, klasztorów, mniszek, pokutników itd. Przez całe to kulturowo oczywiste i jednoznaczne „oprzyrządowanie”, strącające mitologiczną fantazję w świat Uogólnionego Chrześcijaństwa Wieków Średnich (i ciut Późniejszych).

A w wywiadzie:

Wit Szostak: Z jednej strony mamy świat pogański, panteon wielu bóstw, z drugiej kategorie żywcem przejęte z chrześcijaństwa: msza, chrzciny, spowiedź. Do czego potrzebny Ci był taki melanż?

Anna Brzezińska: Zaczynałam w tej opowieści od panteonu pogańskiego, który później nabierał cech coraz bardziej monoteistycznych. Religie starożytne były moją dość wczesną fascynacją, zresztą przez jakiś czas chciałam być archeologiem, a antyk stanowił jedno z moich pierwszych i bardzo jeszcze nieświadomych doświadczeń czytelniczych. Sądzę, że potrafiłabym opisać religię pogańską w sposób wybiegający nieco poza Afrodytę z wymiętym peplosie i Aresa, obitego po grzbiecie przez rozwścieczonego Hefajstosa. Ale próba opisania dramatycznego napięcia antycznych misteriów, roli przepowiedni i wreszcie wszechobecności bóstwa, tego całego półboskiego, półczłowieczego pomiotu, który czaił się w źródłach i gajach, ale i nieustającego migotania rzeczywistości, w którym rzeka jest w jednej chwili wodą, a w drugiej bóstwem, oznaczałoby dla czytelnika wejście w ogromną obcość. To kuszące i może kiedyś uda mi się jeszcze do tak przedstawionego antyku powrócić, ale tym razem, żeby stworzyć jakieś połączenie pomiędzy naszym światem, a odchodzeniem bogów Sagi, postanowiłam od pewnego momentu pogłębiać poczucie swojskościrzutować religię Krain Wewnętrznego Morza na nasze doświadczenia.
[podkr. moje – n.]

No właśnie. Zarysowywało się tak ciekawie, tak właśnie nieswojsko, tak przecież w sednie gatunku fantasy. Ale autorka oszczędziła czytelnikom „ogromnej obcości” i wybrała pochlebczą (pokupną?) swojskość.

To wyznanie jest à propos także moich kolejnych ansów, skladających się na czep 2. Dotyczących zasienkiewiczenia swojskością tym razem sarmacką. Pisałem:

Ten postsienkiewiczowsko-szlachecki sarmatyzm nudzi mnie i męczy.

[...] Po co? Dlaczego? Wreszcie: na cholerę aż tyle tego?

Na co pada odpowiedź niekoniecznie szczera:

Literatura jest dialogiem, zresztą nie tylko z czytelnikiem, ale również ze wszystkimi istotnymi wcześniejszymi lekturami. I polskość jest tu dla mnie istotnym doświadczeniem, mimo że, nie ukrywajmy, tradycja powieściowa nie jest u nas równie olśniewająca, jak za wschodnią czy zachodnią miedzą. Mamy obecnie eksplozję historii, by nie rzec nowego patriotyzmu – nowego, bo polegającego na zabawie historią, także zabawą tematami, które do niedawna były tabu – w popkulturze. Konstruujemy na nowo swoją przeszłość i wydaje mi się godne namysłu, jakich sobie przodków tworzymy.

Ale czy takie były motywy autorki, gdy 10–7 lat temu miała już [*] cały szkielet Sagi (i mnóstwo szczegółów) w głowie? Owszem, zapewne nawet wcześniej dobrze wiedziała, że

Sarmatyzm jest niezwykle żywotną formacją kulturową, jedyną oryginalną [niestety – przyp. n.] na naszych ziemiach. Jest też formacją złożoną, wykraczającą poza bijatyki, warcholstwo, pijaństwo, popisy hippiczne i batożenie chamów.

Niemniej zarówno wtedy, jak i dziś wątpliwa jest teza o „tabu, jakie w popkulturze stanowi” ów „nowy patriotyzm”, tabu, które jakoby uniemożliwiało wesołą zabawę zakazanymi tematami.

Zwłaszcza że Saga niespecjalnie jest zabawna w rozbudowanych wątkach sarmackich. Nie jest nawet w tych wątkach zbyt oryginalna. Zapewne dlatego, że narażałoby to czytelników (znowu) na niebezpieczne wyzuwanie ze swojskości.

Na czep 3, który w mojej nibyrecenzji zogniskował się głównie na przemianie Zbójeckiego gościńcaPlewy na wietrze, zareagowała (przesadnie) spriggana, pisząc na forum Fantastyki:

A co do „Świata po brzezińsku” to ja się bardzo stanowczo nie zgadzam z opinią, że im dalej tym gorzej, i że „Plewy…” to „Zbójecki gościniec” w wersji dla idiotów.

...gdy ja tylko napisałem, że to przemiana

na łopatologiczne, dopowiadające szczegóły, schlebiające czytelnikowi (i okazujące mu brak szacunku) Plewy

...co współbrzmi z przytoczoną wyżej obawą Brzezińskiej przed narażaniem czytelnika na spotkanie z „ogromną obcością”. Gdy zaś idzie o „im dalej, tym gorzej”, sprawa jest prosta: z tomu na tom rośnie zasarmacenieuchrześcijaństwienie sagi, więc moja konkluzja nie może być inna.

Może przesadziłem z tym „brakiem szacunku” dla czytelnika? Przeczytałem już kilkanaście recenzji, do których linki regularnie prezentuje blip wydawnictwa Runa: wszystkie jednoznacznie pochlebne (moją, niejednoznaczną, podlinkował za to książkowy Poltergeist pod dziwacznym tytułem Wszystko o Twardokęsku – o samym Twardokęsku to akurat prawie nic nie napisałem; thx, anyway). Więc pewnie powinienem poprzestać na mówieniu wyłącznie o własnych odczuciach.

Tak, żałuję, że Anna Brzezińska nie naraziła mnie na spotkanie z większą „obcością”. Od namiętności do Sagi – mimo wszystkich czepów – zaczynałem, więc gdy sobie wyobrażę, co mogłoby być, to aż... milknę.


PRZYPISY

[*] podejrzewałem:

że właściwa saga „napisała się” w pierwszym pięcioleciu dekady, jaką zajęło autorce opublikowanie tych pięciu i pół książek

Brzezińska poniekąd potwierdza:

Najcięższą pracę wykonuję, zanim usiądę do pisania, bo zwykle najpierw wymyślam świat, jego historię oraz prawa organizujące tę rzeczywistość.


1 osoba uznała, że da się to czytać

Ja mam do tych książek Brzezińskiej namiętność. Tych – to znaczy do Twardokęskowych, z koniecznym uwzględnieniem Opowieści z Wilżyńskiej Doliny. Ale po kolei.

chronologia

W 1999 roku wychodzi Zbójecki gościniec. Przeczytałem. Wciągające. Szybka, pokręcona i niejasna akcja. Trochę odpowiedzi (które jednak domagają się sformułowania właściwych pytań), znacznie więcej luk, zagadek. Dwa wyróżniki, cechy szczególne: po pierwsze, „wspólnota losu”, bohaterowie zdają się niewiele więcej (od czytelników) wiedzieć o sobie, swoim przeznaczeniu i roli w tej opowieści; to jest dobre i ujmuje. Nie tylko przez bogactwo (choć często na kredyt pod zastaw przyszłych części sagi). Ale i przez otwartość: magia początków. Po drugie, coś uwiera, oznaki jakieś fundamentalnej niespójności, w tym trzecim (pierwszy: poziomy – plątane ścieżki bohaterów; drugi: pionowy – mitologia, ontologia, pytania o sens i powód) wymiarze – wymiarze w głąb tekstu, przez warstwy opowieści, język, leksykę i semantykę, zamysł. To nie musi być dobre, niepokoi.

Rok później Żmijowa harfa. Bohaterowie okrzepli i pomnożyli się o nowe postacie. Opowieść już tak nie cwałuje pospiesznym skrótem. Dwa wyróżniki: pierwszy słabnie, drugi silniejszy. Wymiar pionowy (mitologiczny; wymiar sensu i powodu) jakby się poszerza, częściowo objaśnia (zwodniczo).

W 2002 ni z gruchy, ni z pietruchy Opowieści z Wilżyńskiej Doliny. Na wspomożenie świeżo powstałej „Runy”. Niespójność w rozkwicie. I dziś widać, że już wtedy autorka miała konspekt sagi w głowie. Nie, że szczegóły czy nawet całe, później powstałe wątki. Ale szkielet – tak. I charakter, w tym trzecim wymiarze.

Potem było już tylko gorzej. 2004: Letni deszcz: kielich. Nie pamiętam. Dziś, po świeżej lekturze, mam hipotezę, że po kupieniu odłożyłem. Mogłem sobie pomyśleć, że niech czeka na ostatnią część. Ale skąd wiedziałem, że już tylko jedna będzie? Czy autorka gdzieś się publicznie zwierzała z zamiarów?

2006: przepisany jako Plewy na wietrze tom I sagi. (Kupiłem w 2009 i zacząłem czytać jako ostatni, jeszcze nie skończyłem, już żałuję.)

2009: Letni deszcz: sztylet. Smutek i pustka z dawna znanych zakończeń (tak, tak, to koszt do poniesienia za „magię początków”; czy zawsze tak musi być?). Ta narracja, która mnie najbardziej interesowała i pociągała we wcześniejszych, tu wypalona na skorupę.

I teraz, po kupieniu ostatniej części, przeczytałem wszystkie od początku (ale od Zbójeckiego gościńca, Plewy dopiero czytam, śledczo, porównując zdanie po zdaniu z Gościńcem i wściekając się na autorkę, bo – jak już powiedziałem – mam namiętność do tych książek).

mitologia

Nie znam się na mitologii (ludzkiej). To znaczy – znam się nie jakoś szczególnie głęboko, ot, przeciętnie. Na tyle, żeby móc postawić pytanie o pokrewieństwo Annyonne z Inaną, nie na tyle, by móc odpowiedzieć. Jeszcze gorzej znam się na mitologiach fantastycznych. Podobnie: można stawiać pytania o zbieżności i rozbieżności między tkaniem mitologii fantastycznej ze znanych (ludzkich, historycznych) motywów powiedzmy w świecie fionavarskim Gaya Gabriela Kaya a u Brzezińskiej, ale dochrapać się odpowiedzi mogą zmotywowani komparatyści, których gatunek podziwiam (z daleka). Jak to pisała sama Brzezińska:

Rekonstruowanie sobie tego systemu wierzeń nie jest, jak sądzę, niezbędne, żeby się dobrze bawić podczas lektury.

Mnie się podobało. I bogowie o konsekwentnie aliterowanych inicjałach (może za wyjątkiem Orga Ondrelssena, którego rodowód jakby na zbyt ostentacyjnej leży patelni). I przedboscy (Stworzyciele), i klasyczno-tragiczne Strażniczki, i całe pomniejsze tałatajstwo, ze szczególnym uwzględnieniem sevri i sorelek. Niektóre „teogoniczne” pomysły autorki są bardzo udaną i oryginalną kreacją (na ile mogę to ocenić z punktu widzenia własnej komparatystycznej niewiedzy).

Cóż stąd, gdy Brzezińska zrobiła wszystko, żeby efekt osłabić. Przez rozmnożenie opatów, proboszczów i plebanów (to z Wilżyńskiej Doliny), ambon, kleryków, klasztorów, mniszek, pokutników itd. Przez całe to kulturowo oczywiste i jednoznaczne „oprzyrządowanie”, strącające mitologiczną fantazję w świat Uogólnionego Chrześcijaństwa Wieków Średnich (i ciut Późniejszych). Raz mediewistka, zawsze mediewistka?

etyka

Za to etyka nie jest tu chrześcijańska. Jest antyczno-fatalistyczna (z przepotężnym motywem semiotycznym) i ekologiczna. Zbrodnie, dowolnie ciężkie i odrażające, popełniają wszyscy. W tym świecie nie ma jednoznacznie „dobrych”, ani ludzi, ani bogów. Każdy ma jakieś swoje motywy i powody. Nie ma zbawienia, jest piętno powtarzalnego Losu. Nie ma piekła (to znaczy jest, powszednie i powszechne: na ziemi). „Dobre” są rzeczy jednostkowe i osobiste. Miłość. Lojalność. Ale i tak obrócą się wniwecz, bo to etyka bez wolności. Rządzi Fatum, personifikowane przez Grę (Interesy, Potrzeby) Innych.

Taki etyczny wymiar ogniskuje się w pięknie napisanej postaci Wężymorda.

I jeśli odsłania się przed czytelnikiem – mimo wszystko – jakaś etyka nadrzędna, to będzie ona „ekologiczna”. W której złem jest zamach na różnorodność. Żmijowie nie są ani lepsi, ani gorsi od pozostałego Stworzenia (mają swoje uwodzicielskie piękno, ale i ono owocuje zbrodniami). A jednak ich brak stanowi Lukę, wyłom w różnorodności świata; jest Zły.

ontologia: semioza

Prawdziwą Zasadą tego świata jest Opowieść. Bardziej niż u Tolkiena, gdzie Ilúvatar tworzy muzykę stanowiącą świat, bardziej niż u Kaya, gdzie Tkacz jest czymś innym od Tkanego, od Krosien. U Brzezińskiej – takie odnosi się wrażenie – Opowieść obywa się bez opowiadającego/opowiadających. To ona jest pierwsza i pierwotna. Zagarnia i podporządkowuje sobie istnienia poszczególne, żeby nimi – poprzez nie – opowiedzieć siebie samą raz jeszcze, w jakimś wariancie. Ontologia tego świata polega na semiozie: na ustaleniu znaczenia (bogów, ludzi, wszystkiego) w ramach Opowieści.

I na tym też polega znaczenie postaci Szarki. Pojawia się w sposób mglisty, potem nabiera konturów, ale przecież nie autonomicznych, a przynajmniej nie tylko: jej Opowieść wchłania, zasysa opowieści plecione (plotące się) obok; zwajecka kniaziówna, bo taki wątek przechował się w Suchymwilku? Proszę bardzo. Izolda od tego hm, mrożonego Tristana, Koźlarza, spętanego Powinnością jak baleron? Proszę bardzo. Przywódczyni dżihadu Servenedyjek? Prosz.... Hm, czemu nie, ale może innym razem.

Potem wraca w Szarce echo opowieści starszych, jakby „z poprzedniego rozdania”, których nie będę tu wymieniać. Aż wreszcie tężeje w puściejącą Formę, której głównym zadaniem jest wypełnienie przeznaczonego celu. Wtedy kruszeje, rozpada się: aby ją ocalić (jako fragment Opowieści), trzeba ją wygnać poza horyzont zdarzeń, do podstaw świata, gdzie będzie mogła znów – gdy przyjdzie czas – nabrać Słów.

Piękny (w swej strasznej, niewytłumaczalnej jawności) jest jungowski motyw nieświadomości, wcielony w jadziołka, zabójczego, jadowitego władcę snów. To taki (że błysnę mikroerudycją) Pullmanowski daimon, ale w wersji dla dorosłych, bardzo w wersji dla dorosłych. Wspaniały pomysł, świetnie też wykonany.

socjologia; historia

Świetnie też, niestety, wykonane są inne fragmenty sagi. Te ćwiczenia z (niezałganego) Sienkiewicza (ale jednak – Sienkiewicza). Sarmatyzm szlachty żalnickiej, rozwłóczone do niemożliwości fragmenty batalistyczne, życie obozowe, Twardokęsek jako mało krotochwilny zagłoba konfederatów (pod nieobecność właściwego władcy), dzielna Babka Rodu, przechowująca ducha i tradycję. Popijawy, zasadzki, warcholstwo, dzielność, bunty chłopskie, pan Krzeszcz jako łże-lirnik, i tak dalej, i temu podobne. Stylizacja językowa.

W recenzjach branżowych wdzięczni czytelnicy nie posiadają się z zachwytu, na przykład:

Najmocniejszy jest jednak język. Oczywiście nie ma w Polsce nikogo parającego się piórem, kto nie czytał był w odpowiednim czasie powieści historycznych niejakiego Henryka Sienkiewicza. Spośród współczesnych mi znanych pisarzy Anna Brzezińska z pewnością czytała go najuważniej i najwięcej się od niego nauczyła. Nie chodzi mi tu bynajmniej o imponujące słownictwo staropolskie, którym posługują się mieszkańcy uciśnionych Żalników. Nawet nie o bliźniaczą archaizację i makaronizację, ale o samą melodię języka, która – ku mojemu własnemu zdumieniu – pokrzepiła moje serce... czymś w rodzaju patriotyzmu.
[stąd]

A ja to właśnie (obok wspomnianych już wyżej „opatów, plebanów, klasztorów itd.”) mam Brzezińskiej najbardziej za złe. Ten postsienkiewiczowsko-szlachecki sarmatyzm nudzi mnie i męczy.

I nic nie wnosi, poza wariacją historyczną, rozprawką polemiczną w postaci „filmu”. Zmontowanego ze znanych, ogranych motywów, którymi (podejrzewam) autorka tanio kupuje sobie (polską) publiczność, z „krzepieniem serc” (heh) włącznie.

I jeśli stylizację chłopsko-zbójecką czy sceny z życia feudalizmu (książę, mieszczanie, cechy, sfery wpływów, warstwy utajone [„rzezimieszkowskie”, żebracze], nałożnice, intrygi, rywalizacja arystokratów) odbieram jako mocno możliwą w każdym świecie socjologiczno-historyczną narrację, z której nie trzeba się usprawiedliwiać, tym bardziej, im bardziej jest przesunięta w fantastyczne rejony smakowicie dobranym szczegółem (np. cech katowskich „powroźników”), to przygodny historycznie sarmacki wariant szlachetczyzny razi. Mnie prywatnie, rzecz jasna; zwierzam się z własnych (niechętnych) odczuć czytelniczych. Po co? Dlaczego? Wreszcie: na cholerę aż tyle tego?

I to – obok zaplątania instytucjonalnej socjologii chrześcijaństwa w religie dwunastu bogów i znacznie jeszcze bogatszą mitologię – odbieram jako poważną i niekorzystną niespójność, na którą składałem już wstępne zażalenie.

dwa podejrzenia i żal

Podejrzewam, że właściwa saga „napisała się” w pierwszym pięcioleciu dekady, jaką zajęło autorce opublikowanie tych pięciu i pół książek („pół” to różnica między PlewamiGościńcem). Że reszta napisała się z mieszaną motywacją – zabawy i przymusu (by nie zawieść czytelników i dać im obiecane ciągi dalsze i zakończenia, choć wątpliwe). Jestem przekonany, że Anna Brzezińska bawiła się w wielu miejscach podczas swojego pisania znacznie lepiej, niż większość czytelników w trakcie lektury, i że to właśnie zrównoważyło ów przymus, który trzeba było przezwyciężyć, by – po dziesięciu latach – dojść z całością sagi do jakiegoś, niechby umownego, końca.

Ale żal mi, że nie znalazł się redaktor, który powiedziałby „stop!”. Który by powstrzymał autorkę przed przerabianiem Gościńca na łopatologiczne, dopowiadające szczegóły, schlebiające czytelnikowi (i okazujące mu brak szacunku) Plewy. Również językowo poupraszczane; coś w rodzaju „lektura dla starszej młodzieży przerobiona na lekturę również dla młodszej”.

Który by powiedział autorce: dość sienkiewiczenia, pisz fantastykę, a nie historię, szukaj nowych konfiguracji, zamiast żerować na „kulturowym samograju”.

Podejrzewam także, że nawet gdyby się znalazł, wiele by nie zdziałał. Nie w sytuacji, gdy autorka współrządzi własnym wydawnictwem, gdy zainteresowania zawodowe i duch przygody (literackiej) są tak (podejrzewam) silne i (widzę) rozproszone tematycznie.

Nigdy więc nie będzie jakiejś nieco innej sagi, powiedzmy trzytomowej, zwartej, napisanej z myślą głównie o czytelniku (a mniej – o autorskiej zabawie). Książki konsekwentnie wykorzystującej ten tłum świetnych motywów, z których nieliczne doczekały się mięsistego rozwoju, pozakrywane obrazkami perfekcyjnie – imitatorskimi. Książki, która podobnie jak ta istniejąca nie musiałaby się z niczego tłumaczyć, ale w której Inność i Obcość nie musiałyby tak spektakularnie polec w konfrontacji ze Znanym i Swojskim.

Ale, z drugiej strony, nobody’s perfect, a dostaliśmy, mimo mojego żalu, całkiem solidny, twardy kęs literatury do zgryzienia.


zob. też świat po brzezińsku: konfrontacja

1 osoba uznała, że da się to czytać

« Older entries § Newer entries »