książki

You are currently browsing the archive for the książki category.

Dałem się wciągnąć w tę zabawę. Najpierw czternaścioro krytyków zapytano, kto z polskich pisarzy dostanie Nobla do roku 2040 (czy o coś z grubsza takiego). Z odpowiedzi ułożono listę dziesięciorga pisarzów, no i teraz, poczynając od końca, czyli miejsca dziesiątego, publikowane są wywiady z nimi, przeprowadzane przez kobiety (jak dotąd; w liczbie: Doroty Wodeckiej [6 razy], Agnieszki Wolny-Hamkało [1 raz], Katarzyny Surmiak-Domańskiej [1 raz] i Violetty Szostak [1 raz]) lub oddelegowanych do niszy (Wojciech Orliński [1 raz]).

Dałem się wciągnąć i niniejszą notką kroczącą będę śledzić. Nie ze względu na Nobla, oczywiście, wisi nam Nobel (zapewne dla wywiadowanych około-czterdziestolatków Nobel jest synonimem starości i zmumienia, także). Tylko tak, w ogóle, ciekawi mnie, jak mówią i jakie (cudze) książki (stała rubryka) polecają.

I tak, od końca:

Wojciech Kuczok

ego-trip.

Mikołaj Łoziński

nudziarz, który postarał się o maksymalne zabłyszczenie swoją francuską hm-egzotyką, w ogóle świeci światłem odbitym.

Mariusz Sieniewicz

normalnie, jak człowiek mówi, aż trochę pocytuję:

Tymczasem przejęcie to świadome, czasami pełne grozy otwarcie się na rzeczy, które mnie przerastają, ale każą wziąć udział, opowiedzieć się, zareagować. Przejęcie literaturą to dla mnie forma jedynej dostępnej mi ostateczności, która pyta mnie: żyjesz czy imitujesz życie?

Literatura to samowystarczalny kosmos, w którym rzeczywistość wisi jak planeta.

oraz:

„Podoba” w Polsce rymuje się chyba tylko z „przyroda”.

Julia Fiedorczuk

między innymi poważna refleksjapodludzkim wymiarze bycia kobietą.

Upokorzenie jest istotnym elementem doświadczenia każdej kobiety. Zaczyna się to już w momencie dorastania, kiedy ciało dziewczynki staje się obiektem drwin, przede wszystkim ze strony kolegów, ale także ze strony koleżanek, które chętnie wchodzą w sojusz z patriarchatem, bo można na tym wiele ugrać – zawsze to lepiej być kwiatkiem do fallusa niż niczym.

Jacek Dehnel

mam do niego tym większy dystans, im mniejszy on sam ma do siebie:

Nigdy nie brałem narkotyków, ale nie dlatego, że jestem taki święty, tylko dlatego, że mam sam z siebie intensywne przeżywanie świata, z kolorami, dźwiękami, smakami. I tak samo intensywnie i blisko odczuwam pomysły na książki, nie muszę sobie tego podkręcać. Jeśli obmyślam sobie Javiera Goyę, to mam go pod skórą.

A ten fragment, z którego wyjęto tytuł wywiadu, brrr („Że chce nam się być lepszymi.”). Wieczne Dehnelowe rozpięcie między prymusem a belfrem. Ma 30 lat na zmianę, nie skorzysta.

Jacek Dukaj

uznałbym go za skrajnie zimnego typa (a z drugiej strony: przyjemności czysto intelektualne mogą być bardziej intensywne od tego emo, które się zwyczajowo przeciwstawia intelektowi), pasują do tego takie wypowiedzi:

Gdy konstruuję światy, w ogóle nie zastanawiam się, czy chciałbym w nich żyć – obchodzi mnie tylko, czy trzymają się one kupy, czy działają literacko i czy wyprowadziłem je z sensem z nauki i naszych realiów. Taka czy inna wymowa wychodzi przy okazji.

...gdyby nie fatum, które pokarało go stolarzem. Każdy jakoś cierpi.

Justyna Bargielska

kokietka

Ale jest tak: czuję się raczej młodo, raczej niedojrzale. Na dorobku raczej się czuję.

Michał Witkowski

od lat, od samego początku, to facet, który ma dominującą świadomość, że rynek, że marketing, że lans. W tym wywiadzie dorabia sobie racjonalizacje spod palca „tak trzeba”:

Uważam, że kultura wysoka, która jest niegatunkowa, będzie traciła ze swojej atrakcyjności właśnie dlatego, że nie ma zasad. Czytelnik nie wie, czego się może po niej spodziewać. Nie wie, czy dostaje prozę poetycką bez akcji, czy wspomnienia, czy nie wiadomo co. Nie wie, co dostaje do czytania. Jeśli chcę żyć z pisania i jeśli chcę mieć prawdziwych czytelników na dłuższą metę, to muszę pisać literaturę gatunkową. Owszem, z wyższymi ambicjami, ale gatunkową.

...ale, cóż, jest mi ten autor doskonale zbędny, książki Witkowskiego – może, sam Witkowski – w życiu.

Ignacy Karpowicz

właściwie to go nie znam specjalnie, w żadnym sensie, może z jednej książki, ale to mało, zważywszy (po rozmowie) jak bardzo mu się w głowie kłębi, siedzi na tym swoim zadupiu, pisze minimum dwie powieści naraz, a w głowie mu się kłębi. Milczący gaduła. A tak o Kinderszenen, tłumacząc, czemu poleca:

Swoista beletryzacja Powstania Warszawskiego, powieść, która niczym przewodnik pokazuje mi, jak nie chcę myśleć, jakim człowiekiem nie chcę być i w jakim świecie nie chcę żyć. Rymkiewicz jest dla mnie tym, czym jest Nergal dla trzęsipośladków pokroju Terlikowskiego — fałszywym cieniem Apokalipsy.

Dorota Masłowska

tak, to było do (łatwego) przewidzenia. Ale nie dowiemy się na razie (poza marketingową zajawą) zbyt wiele. Tak więc lista książek (autorów) polecanych nadal nie jest kompletna. W papierowej Wyborczej listy polecanek Masłowskiej też nie ma.

[dopisane 7.12:]
Do dziś nie ma w sieci pełnego tekstu rozmowy z Masłowską. Już go znam (może będzie nocia), na razie mogę powiedzieć tyle, że Wyborcza zrobiła autorce dość poważną krzywdę tą swoją durnowatą taktyką i samym wyborem fragmentu do wspomnianej wyżej zajawy.

książki polecane

Ograniczę się do autorów (każdemu pisarzowi wolno było wymienić 3 książki):

Bator (2 razy)
Bierut
Gren
Huelle
Kaźmierski
Keff-Umińska
Kłos
Koterski
Kruszyński
Masłowska (2 razy)
Myśliwski
Pankowski
Parnicki
Pilch
Różycki
Rymkiewicz
Szczygieł
Tokarczuk (5 razy)
Tulli (2 razy)
Twardoch

salonik odrzuconych

Papierowa Wyborcza podała listę pisarzów, którzy byli proponowani, ale nie zmieścili się w dziesiątce:

Magdalena Bielska
Elżbieta Cherezińska
Tadeusz Dąbrowski
Agnieszka Drotkiewicz
Konrad Góra
Roman Honet
Aleksander Kościów
Angelika Kuźniak
Kaja Malanowska
Zygmunt Miłoszewski
Tomasz Piątek
Małgorzata Rejmer
Maciej Sieńczyk
Marta Syrwid
Krzysztof Siwczyk
Filip Zawada
Jakub Żulczyk

Tym razem podaję też imiona, bo sporo tu osób pierwsze-słyszę.

9 razy uznano, że da się to czytać

Kochaj i rób Kingi Dunin to książka ważna. A ściślej: powinna być ważna, na co ma szansę, oczywiście, tylko wtedy, gdy będzie czytana.

Podobnie jak parę wcześniejszych publikacji, jest to również składanka tekstów wcześniej drukowanych, przede wszystkim w „Wysokich Obcasach”. Tym razem jednak pojawia się nowa jakość, a nawet dwie.

Po pierwsze, owe teksty poprzedzone są długą rozmową o charakterze, powiedzmy, biograficznym. Tu Dunin jest odpytywana przez Sierakowskiego, a że dzieli ich różnica generacji, to dodatkowym wymiarem staje się ogląd tego herstory przez osobę, która w ’89 miała 10 lat. Herstory, trzeba dodać, bez grama brązu (w sensie: pomnikowy stop metali, barwiący zbyt często autobiografie). Ta część dociera do 1989 i konkluduje tak:

No i potem pytanie, co dalej? I odpowiedź w trzech emblematycznych postaciach. Antoni Macierewicz – mocny, nacjonalistyczny projekt, który ma zastąpić dawny ład. Jeden mocny porządek, zastąpiony nowym, równie ideologicznym. Adam Michnik – gracz w pokera, niespodziewanie wysoko wygrał i wycofał się z gry. Już nie ma odwagi postawić. Broni status quo przed każdą zmianą. Jacek Kuroń – próbuje zrobić coś w nowych warunkach, ale widzi, jak nowy ład, petryfikując się, znów staje się niewystarczający, opresyjny. I zaczyna go kontestować, i znowu wierzy w możliwość zmiany, choć wydaje się ona nierealna.

[Sierakowski:] Po 1989 twoja przygoda z opozycją zaczyna się od nowa? Wybierasz postawę Kuronia?

Tak. Kiedyś, pewno jeszcze w latach 70., zapytałam Jacka żartem: „Co będziesz robił w wolnej Polsce?” „Będę w opozycji” – odpowiedział.

Po czym wskakujemy w opowieść o etyce, moralności, wyborach światopoglądowych, o życiu wspólnotowym, polityce, obyczajach i religii. Bo te teksty, i to jest wspomniana jakość druga, któreśmy traktowali (głównie) jako felietony z niszowego dodatku (dla kobiet!) Wyborczej, wchodzą ze sobą w synergię, okazując się częściami większej całości. Bardzo serio.

Zwłaszcza pierwsza połowa (rozdziały II: Empatia, cierpienie i nadmiar rozkoszy, III: Kochaj i rób co chcesz oraz IV: Wspólnota i fiu bździu) dotyka kwestii zupełnie zasadniczych, często w sposób poniekąd zaskakujący.

Na przykład w sprawie „empatycznego” kryterium rozróżniania postaw „lewicowych” i „prawicowych”. Dunin nie odbiera prawicy zdolności empatycznej, co więcej, podchodzi poważnie do tych uczuć, które my na co dzień (oj, wiecie, jakich „my” mam na myśli) kwitujemy jako zupełnie niepojętą hipokryzję (np. emo-związek Gowina z zarodkami). Co jednak nie znaczy, że oddaje choć centymetr kwadratowy pola (zasadniczego) sporu o sposób urządzenia spraw wspólnych, publicznych. Chodzi o przyrost precyzji (w powyższej, przykładowej kwestii konkluzja brzmi: „Prawica jest zdolna do empatii. Wobec siebie [ludzi sobie podobnych]”).

W ogóle precyzja tych pozornie lekkich tekstów to kolejny mocny punkt do przywołania w niniejszej quasi-recenzji. Naprawdę przyjemnie popatrzeć, jak bezlitośnie (a zarazem rzeczowo i spokojnie) punktuje np. zarzuty Gadomskiego o „ideologiczność”, adresowane do jej tekstu Podatki są fajne. I jak obnaża wszechobecną ideologiczność właśnie, podszywająca opinie Gadomskiego, które tak by chciał przedstawić w kostiumie „obiektywnej słuszności”. No, niestety (panu już dziękujemy).

Takich zaskoczeń i takich przyjemności jest w tej książce dużo, dużo więcej. Że zaś zakres merytoryczny jest (doprawdy) imponujący, na dziś stać mnie jeszcze tylko na jedno: na polecenie w stopniu (dla tego bloga) maksymalnym.

Kupujcie koniecznie, i czytajcie.

16 razy uznano, że da się to czytać

Na blogu po sąsiedzku atakuje swoim odmiennym rytmem stara polszczyzna w sprawie pozytywistycznej i czułostkowej, a w komentarzach, gdy się po raz setny i nudny zwierzę, że mnie ten odmienny rytm zasadniczo tak, to oczywiście dostaję Masłowską. Już wiele razy dostałem Masłowską, czasem sam nią biję, uważam, że to mocna laska w obu znaczeniach, i mam tu na myśli podpierak oraz dziewczynę, a nie to trzecie, choć może też w jakimś sensie. W związku z tym ja was proszę, tych osób, które mają opinię, ale czytały to tamto, tylko nie to albo Pawia. A weźcie wreszcie.

Tekst nielegalnie skopiowałem z nielegalnego znalezionego w sieci, czyli proszę nie mówić, że trzeba kasy na całość, gdyby się komuś odblokowało. Więc.

Wojna polsko ruska.

Ja wtedy trochę dostaję nerwów.

Ona zgłupiała do reszty? – krzyczę, bo to już mnie doprowadza do ostateczności, do zupełnej utraty równowagi umysłowej. Zgłupiała całkiem do reszty? Czy ona chce mi koniecznie problemy zrobić? Suki na chatę sprowadzić? Przecież jak czasem, to ten dom skrzypi, taki jest pełen amfy. Przecież on jest wytynkowany amfą. A ta idiotka sobie tu seanse samobójcze urządza, myśli sobie, że tu i teraz można bezpiecznie wyłączyć komputer, proszę uprzejmie, przytułek dla samobójców, dom pobytu dziennego dla denatów, państwo z niedrogą eutanazją sobie znalazła, ona sobie raz wreszcie powinna pomyśleć poważnie i uzmysłowić, jaka jest umowa, że w tym domu może być, owszem, ale tylko żywa najwyżej, a jak chce sobie samobój strzelać, to gdzie indziej. Za furtką, ale ani milimetra bliżej.

Natasza w tym czasie, gdy ja mam to załamanie, tą histerię, ze znudzoną miną przeprowadza na Andżeli eksperymenty naukowe. Zagląda jej do ust, trochę się krzywiąc, maca jej po zębach, co sobie potem rękę wyciera o spodnie. Grzebie jej w kieszeniach spodni, grzebie jej w torebce i wywleka jakieś papiery, szpargały, jakieś kartki.

Weź się uspokój, bo jak dobrze pójdzie, to jeszcze zrobimy na niej jakąś kaskę mówi do mnie. Jedno papierzysko to ksero dyplomu z obozu wędrownego w Bieszczadach za zajęcie drugiego miejsca w biegu na orientację. To Natasza od razu drze, podarte wtyka Andżeli do kieszeni i mówi: jak się ta wymokła księżniczka zbudzi ze swego wiecznego snu, to pomyśli, że ostro się wkurwiła i sama sobie podarła. Wtedy jeszcze wysmarkane dwie chusteczki, co wyciera nimi Andżeli usta z pyłu i tego białego jadu, i również wtyka do kieszeni i na koniec jakiś większy halun, listy jakieś. Myślę tak sobie, co za idiotka z tej Andżeli, żeby najpierw nosić niewysłane listy w torebce, a potem dostawać zgona przy Nataszy, zero instynktu samozachowczego, naprawdę.

Lecz co się już stało, to się już nie odstanie, Natasza rozdziera zębami koperty i leci do dużego, co ja lecę za nią, siadam na tapczanie i zaglądam jej przez ramię. Natasza czyta głośno i z trudem pierwszy list. Tam jest napisane tak. Szanowni państwo, droga dyrekcjo. Głośno i stanowczo wnoszę protest i sprzeciw przeciwko powstawaniu w Polsce ogrodów zoologicznych oraz cyrków. Głośno postuluję uwolnienie z nich zwierząt i ich ekstradycję ojczystym krajom. Głośno postuluję uwolnienie nieletnich dzieci od obowiązku zwiedzania w ramach wycieczek czy to szkolnych, czy niedzielnych, tych miejsc kaźni, okrucieństwa, niezawinionego cierpienia. Moim mottem jest w życiu: chcesz, by twoje dziecko zobaczyło ból, zaprowadź je do cyrku. Jestem uczennicą trzeciej klasy liceum ekonomicznego. Moim hobby są między innymi zwierzęta. Razem z przyjaciółmi założyłam organizację animacji ekologicznej, której jestem przewodniczącą. Nie grozimy, lecz ostrzegamy. Z poważaniem uczennica klasy trzeciej liceum ekonomicznego numer dwa, Andżelika Kosz, lat siedemnaście.

Ona się nazywa: Kosz? – pyta Natasza, patrząc niedowierzająco. Po czym bierze długopis z podłogi i swoim analfabetycznym pismem pisze tak. Pe es. Zróbcie nam wszystkim laskę. Napisałabym może i więcej, lecz teraz idę do piekła, czastalawista, zabijemy was.

Po czym śmieje się szatańsko i kawałkiem gumy wyjętym z buzi na powrót zakleja kopertę. Potem są dwie następne. Ten sam list odbity przez kalkę, w tym jeden do Jolanty Kwaśniewskiej, a drugi do ogrodu zoologicznego w Ostrowcu Świętokrzyskim. Na pierwszym Natasza dopisuje: pe es. W razie dalszego powstawania obozów koncentracyjnych na potrzeby niemieckich turystów, mój kumpel Silny zabije ciebie, twego męża i dzieci. Do zobaczenia w piekle. A na drugim znowu to o lasce. Wtedy wraca do pokoju mojego brackiego, a ja za nią. Andżela jakby trochę się przebudziła i przez chwilę martwię się, że słyszała przez ścianę moje z Natasza przeczytanie jej korespondencji. Natomiast Natasza nie widzi w tym zero problemu. Andżela, obróć się na chwilę na bok do ściany, co? – mówi i kiedy Andżela patrzy na nią bezrozumnie i bezrozumnie się obraca, to Natasza wtyka jej na powrót te listy do torebki.

1 osoba uznała, że da się to czytać

Będzie o powieści China’y Miéville’a Miasto i miasto (Zysk 2010, tłum. Michał Jakuszewski).
W trzech kawałkach. Uwaga, kto chce czytać książkę bez psujów i powidoków cudzych lektur, niech poprzestanie na kawałku pierwszym.

1

[BEZ SPOILERÓW]

To pierwsza książka Miéville’a, jaką czytałem. Mignął mi wcześniej w okolicach steampunk club, gdzie wyczytałem taką oto uwagę o Dworcu Perdido:

Miasto Miéville’a to jeden z nielicznych plusów tej powieści. Gdyby nie te wszystkie brudne uliczki, futurystyczne budowle i labirynty, nie doczytałabym książki do końca. Nowe Crobuzon to żyjący organizm, nie jest tłem opowieści, ale pełnoprawnym bohaterem i szkoda, że fabuła nie potrafiła temu dorównać.

Uwaga niezbyt zachęcająca. Ale potem spotkałem go u pana Marcelego i dałem zarobić swojej parafialnej księgarence.

Wydawca (krwiopijca, każący sobie płacić cztery dychy za 392 strony rzeczy niedbałej edytorsko i z redakcją podejrzewaną o niechlujność) zamieścił na tyle okładki cytat z „Guardiana”, gdzie stoi:

Powieść Miasto i miasto [...] kojarząca się nieodwołalnie z Franzem Kafką, Phillipem K. Dickiem i Raymondem Chandlerem, jest kryminałem wyniesionym na zdumiewające wyżyny metafizyczne i artystyczne.

Niby wiadomo, że te blurby są na ogół kompletnie od czapy, ale widzę, że niektórzy się nabrali i po lekturze Miast nadal powtarzają, że Kafka, że Chandler, że Dick. Jakoś tam trafiony jest Dick, bo rzeczywiście u niego często pracuje motyw drugiej (i ew. następnych) rzeczywistości, skrytej za zasłoną pozorów – która się czasem drze jak papierowa tapeta, w tych czy innych technicznych (drugs, amnezja) okolicznościach.

Ale Kafka? Nic z tych rzeczy. Chandler? E tam, Miéville konstruuje swojego policjanta z prostych klocków.Średni wiek; dwie kochanki (tylko deklarowane, nieobecne!); częste bezsenności; wypił dwie butelki wina (!), nie na czczo, i urżnął się jak kłoda; nie jest proregulaminowym, tępym służbistą. Klocki, z których tylko wielkie chciejstwo (ew. blurb, he, he) pozwoliłoby na sklecenie kogokolwiek Marlowe-podobnego.

Wartość artystyczna? Słaba. To nie jest literatura, to jest relacja. Nie wiem, na ile zawinił tłumacz (na ile redakcja), ale gdy czytam takie nędzne tasiemce zdań:

Gdy rozmawiałem przez telefon z Ramirą Yaszek, prosząc ją o przesłanie filmu z wczorajszego przesłuchania dzieciaków, zadzwonił do mnie na komórkę, prosząc, bym zaraz przyszedł.

Wahanie – gdy opowiadała mi o spisku, były krótkie chwile, gdy swym milczeniem próbowałem ją zachęcić, do przyznania, że się myli – przekonywało ją tylko, że się z nią zgadzam.

...mam odruch, aby to właśnie autorowi powiedzieć: „człowieku, nie umiesz pisać”. Bohaterowie? Papierowi. Psychologia? Praktycznie nieistniejąca. Język? Płaski i sprawozdawczy. Konstrukcja fabuły? No, to jedno jako-takie, ale też bez szału. Intryga? Po prawdzie, nieco pretekstowa.

Co więc zostaje? Pomysł. A właściwie: Pomysł. Ontologia tego świata koegzystujących dwóch miast. Echa, jakimi się ten pomysł odbija od różnych naszych wyobrażeń o społeczeństwach, percepcji i kulturze, etniach i religiach, wykluczaniu i wkluczaniu. Pytania (jedno, główne, pozostaje w książce nie-odpowiedziane-na), jakie generuje. Tu Miéville jest dobry, a może i więcej.

Ale że nie można mówić o Pomyśle bez spoilowania, na tym skończę część niewinną.

Jeszcze ostrzeżenie: bardzo warto przeczytać, ale lepiej pożyczyć od znajomego, albo chapnąć z wypożyczalni czy taniokupić na allegro; do tej (drogiej) książki raczej nie będzie się wracać: obstawiam, że przy ponownej lekturze czytelnik zobaczy więcej szwów niż tkaniny.

2

[UWAGA: SPOILERY]

Od starożytności idzie (odniewolnicza) tradycja, że obecność lokaja/pokojówki/whatever nie jest praktycznie żadnym zaburzeniem prywatności państwa (domu), można się przy nich myć, pieprzyć, zdradzać, omawiać sekretne sekrety itd. Albo żebracy: nie zauważa się tych, których dostrzeganie jakoś naraża. Historia wykluczania przez omijanie wzrokiem, przemilczanie, jest zarazem historią stosunków społecznych.

Pomysł Mieville’a polega na symetryzacji niewidzenia. Na tym samym terenie znajdują się dwa miasta, Besźel i Ul Qoma, konstytuowane wzajemnym niewidzeniem się mieszkańców (ale i odrębnymi administracjami). Besźelanie nie widzą (a ściślej: przeoczają) mieszkańców Ul Qomy i odwrotnie. Przeoczane są nie tylko osoby, ale i miejsca, budynki, pojazdy. Ćwierć książki poświęca autor, by uprawdopodobnić sytuację, w której granica między terytorium, materią, ludźmi, ich specyficznymi dress code, kulturą itd. jest fraktalna, może pojawić się wszędzie, między dwoma sąsiadującymi fizycznie budynkami, na środku jezdni. Przeoczanie jest wytrenowanym odruchem usuwania ze świadomości obrazów, które nie pasują do pewnego wzorca.

Pani domu nie widzi lokaja, bo jest ubrany w liberię, zachowuje się jak lokaj, chodzi innym krokiem itd. Besźelanin widzi Ulqomian tylko fizjologicznie, na tyle, by móc ich omijać, nie dopuszczając do zderzenia, ale ten fizjologiczny obraz jest natychmiast wypierany (na tym właśnie polega przeoczanie). Lokaj z państwem połączeni są zależnością funkcjonalną, idealny butler jest niewidzialny, ale sam świetnie widzi każdą z postaci państwa, a nawet odgaduje ich życzenia. Pomysł Mieville’a usuwa tę zależność; idea polega, jak już powiedziałem, na symetrii przeoczania. By móc się zobaczyć wprost, mieszkaniec jednego z tych miast musi mieć wizę i oficjalnie przejść do drugiego przez jedyny działający Checkpoint Charlie, wtedy jednak powinien zacząć przeoczać swoich „rodzonych” współmieszkańców i ich materialne otoczenie.

Wzięty tak literalnie i tak konsekwentnie poprowadzony pomysł (wzajemnej) niewidzialności przez wyparcie – oszołamia. Oczywiście pytamy o spoiwo, mechanizm zapewniający podtrzymywanie tego uwarunkowania. Dostarcza go nadpolicja, reagująca na każdy akt przekroczenia (czyli zaniedbania w przeoczaniu). Ekspozycja mechanizmu działania tej Przekroczeniówki [Breach Police] (i jej podwójnej niewidzialności) zajęła Mieville’owi sporo miejsca, nie dziwimy się zatem, że śledztwo (oś fabuły: trup, policjant, dochodzenie) tak się poniekąd ślamazarzy.

Tylko stale obecny lęk przed Sankcją może dać tak powszechny efekt wyparcia. Ten lęk jest wdrukowywany przez wychowanie, przez cały system kultury; cudzoziemcy, zanim zostaną wpuszczeni do jednego z dwóch miast, muszą przechodzić dwutygodniowy kurs „rudymentów przeoczania”. I będą, oczywiście, pod szczególnym nadzorem Przekroczeniówki.

*

To bardzo (na ile się orientuję) szczególna w literaturze realizacja orwellowskiej autocenzury, wymuszenie na obywatelu, żeby sam się kontrolował w tej aż tak bezpośrednio-zmysłowej domenie. Mieszkańcy dwumiasta selekcjonują też wrażenia dźwiękowe i zapachowe. W Besźel i Ul Qomo nie ma niewidomych.

Nie będę się zajmować ani powieściowym śledztwem, ani sytuacją polityczną w miastach, ani obecnością Zagranicy (archeologiczną, handlową itd.). Te składowe fabuły są dość wciągające i na tyle dobrze skonstruowane, że podsycają lekturową ciekawość aż do końca książki. Ale nie wydają mi się najważniejsze dla odbioru Miasta i miasta.

Ważny jest mit Orciny (trzeciego miasta, skrytego w szczelinach między dwoma), tropy prowadzące w przeszłość. Dwuistnienie Besźelu i Ul Qomy idzie w historię setkami lat, ale przecież z automatu zadajemy Orwellowskie pytanie, jakich Ministerstw Prawdy to robota. Czy wewnętrzny anachronizm artefaktów znalezionych przez archeologów Tajemnicę pogłębia czy upraszcza? W imię czego właściwie obie administracje (i żyjąca w niejakiej kosymbiozie z nimi Przekroczeniówka) podtrzymują ten dualny system wdruku umiejętności i konieczności przeoczania?

Nie przypadkiem miasta są położone w jakimś bocznym zakątku Bałkanów (a może tylko tuż obok), w jakimś (zaryzykuję:) uspokojonym Kosowie. Ale Miéville umiejętnie zaciera ślady: oba miasta są wieloetniczne, w obu pojawiają się uchodźcy z bliżej nieokreślonego Zewnątrz, których trzeba – oczywiście nie obejdzie się bez obozów przejściowych – asymilować. No i to pytanie nieodpowiedziane-na, o którym wspomniałem w części bezspojlerowej: jak w ogóle możliwy jest taki dwutwór, z fraktalną granicą wiszącą na powszechności wdruku?

Na tę chwilę, świeżo po lekturze, myśli mi się getto, które z terytorialnego staje się mentalnym: nikną mury, ale ludzie się ignorują, nie wchodzą w interakcje. A jeśli na początku, dziwnym splotem historii, mur przebiegał dokładnie przez środek? Która z dwóch połówek była miastem właściwym, a która gettem?

Tak, zdecydowanie ciekawsze są pytania i echa wokół książki (i Pomysłu), niż jej literackie mięso.

3

[LINKITROPY]

Wzmianka u Marcelego jest tutaj. Pisze on tam:

Świetna rzecz, mocno w stylu The Yiddish Policemen’s Union Chabona, tylko z większym naciskiem na rozrywę, niż rozważania o alternatywnej historii, przyjemnie ponura i noirowa,

Mam przyjemność się nie zgodzić. Sam pisałem o Chabonie (zob. osoby), a ostatnio nawet sięgnąłem znowu, żeby podelektować się językiem. Chabon to Literatura (nie tylko Pomysł, a pomysł w Związku Żydowskich Policjantów też jest przedni, choć to nie on u Chabona oszołamia).

Wzmianki czy recenzje można znaleźć u zara2stry, u ŁukaszaRadkowieckiego.

Czegoś mi brakowało w tych omówieniach, więc napisałem własne (także tylko ułamkowe). Tym bardziej jednak chętnie, że ta książka Miéville’a dziwnym zbiegiem okoliczności rezonuje ze wszystkim, o czym ostatnio pisałem.

Bałkany, Mitteleuropa w głowach i dosłowny cultural & religious clash Południa (jeszcze inny wariant nurzania się w alternatywach historii).

Miasto i miasto jest też bardzo specjalną wariacją na temat panoptikonu (który – niezależnie od Mieville’a – pojawił się przy okazji Facebooka).

Ale to chyba nie lektury (same) wybierają mnie, a raczej (wolę tak myśleć) ja je.

 

PS Tytuł jest cytatem z książki.


DODANE: polecam też do koniecznego przeczytania komentarz Marcela

1 osoba uznała, że da się to czytać

czyli druga przygoda z Piotrem Wojciechowskim (pierwsza: z Kamiennymi pszczołami)
[spoilery? tak; wszystkie cytaty bez wskazania źródła pochodzą z wydania podanego w teaserze]

1. scena

Były to Listy o metafizyce wysp lorda Nevershire, po niemiecku. Zagłębiłem się w rozdział Cejlon, Tasmania, Sardynia – byty przywierzchołkowe, statyka i dynamika Ciągu Południowego (Südflucht).

Jest trochę tak, jakby Wojciechowski zaczął od farsy, a potem powtórzył (tę) historię na poważnie. O prądzie, porywającym ludzi i zdarzenia w dół mapy, na południe, już wspomniałem; w Czaszce potężnieje, to główny nurt, docierający odnogą aż do Antarktydy (a nawet dalej). Wymieniłem też jedyną datę obecną w Kamiennych pszczołach (styczeń 1946); teraz nie ma już żadnej. Czas zdarzeń Czaszki kłębi się i pętli na przestrzeni co najmniej półwiecza.

Rozszerzona macierz zmyśleń, wojskian, odmienia i postacie: noszą te same nazwiska (czasem i role, jak archetypiczna Mata Hari, Tamara Znicz), ale dostają inne biograficzne przydziały. Narrator, łazarz nieb (Łazur), zostaje wskrzeszony, by roił tak samo (o kobietach, o Czynie i Sensie, o udziale), ale z inną obsadą i w panoramicznie powiększonej dekoracji.

2. uwiedzenie

Szpary w świecie, który się kruszył wokół mnie, łatałem cudzą mądrością z bibliotecznych szaf w gabinecie mojego ojca, mądrością Ossendowskiego, Dickensa, Turgieniewa, Weyssenhoffa-Czarnockiego, Sergiusza Piaseckiego.

Pamiętasz kanonika Szawła? [...] Mówił: „Nietzsche i Fichte jedna sitwa”. Ty wiesz, ja się zapisałem na wykłady Fichtego, bywałem na obiadach u Privatdozenta Twillighta, a Twillight korespondował wtedy z Jamesem i Husserlem.

Myślę, że dominujący scenariusz uwiedzenia przez Wojciechowskiego (znam jednak osoby, które nie dały się uwieść) zaczyna się od zwięzłego i mocnego języka, prowadzi przez potężniejące memetyczne pole nostalgii, a pełen sukces [consummatum est] osiąga w rozpoznaniu „czułej i bezczelnej dezynwoltury”, z jaką pisarz miesza w chronologii (sprawdźcie daty dotyczące postaci wymienionych w powyższych cytatach), geografii, historii, kulturze.

Czytelnik zrazu się opiera. Szpera po słownikach i encyklopediach, po gruzowisku własnej, przeważnie przypadkowej wiedzy, i sprawdza. Mnóstwo rzeczy uparcie się nie zgadza, a czasem – zaskoczenie – to, co wydaje się zmyślone, okazuje się jak najbardziej realne. Ale te splątane cumy, wiążące balon narracji Wojciechowskiego z naszą historycznie zaszłą rzeczywistością, to dopiero wstęp. Bo i historia „wewnętrzna”, losy samego Łazura, miejsca, zdarzenia – jest pełna luk, niekonsekwencji i sprzeczności.

Kiedy zaczyna ci się, czytelniku, roić potrzeba lektury wspartej szczegółowymi notatkami, potrzeba odtworzenia pełnej opowiadanej historii, stworzenia kompendium (czegoś na kształt The Complete Wojciechowski Companion), wtedy, ostrzegam, jest ostatni moment na zatrzymanie się. Powiedz raczej jakieś magiczne zaklęcie (na przykład palimpsest!) i daj sobie spokój z rekonstrukcjami. Raczej zastanów się, po co on to robi, w jakim celu cię uwiódł.

3. alternatywna historia?

[...] wielki i ociężały, niedbale ubrany człowiek o mądrych oczach, kontrastujących z odpychającym grymasem na nalanej, bezbarwnej twarzy. [...] cały chodnik zapisany był zamaszyście znakami algebraicznymi, zachwyciła mnie kształtność liczb i liter. Zrobiłem krok w lewo i klęczący wykaligrafował błyskawicznie obaloną ósemkę, dopisał kończącą dowód łacińską formułę i podpisał się: Nikola Bourbaki.

Czaszka w czaszce jest pełną opowieścią o alternatywnej historii: oto gdzieś około końca XIX wieku dzieje rozminęły się tak dalece ze znaną nam historią, by możliwa była cała ta absurdalna fabuła ze śledztwem w Górach Kebabczerskich. [vauban]

Powiem krótko: nie, nie sądzę, byśmy mieli do czynienia z „alternatywną historią”. To nie opowieść o [odmiennych] dziejach, to raczej opowieść o tym, że historia (również jednostkowa) jest mitem, że (ponadto) historia jest stwarzana przez mit. A Wojciechowski postępuje według znanej formuły: „fikcja jest prawdziwsza od prawdy”, choćby dlatego, że uwalnia nas od szantażu koniecznością. Bourbaki ma mądre oczy i nalaną twarz.

4. mit

Wiadomości o Ziemi Ciepłej i jej kolonizacji były skąpe [...]. W „Wiadomościach Ziemskich i Zbożowych” natknąłem się na rycinę wyobrażającą marynarzy z „Adelajdy”, wkraczających do doliny ocieplonej ugiętymi magnetycznie promieniami słońca. Na pierwszym planie brodacze w foczych kurtkach, w beretach z pomponami, a w głębi łagodna przełęcz ujęta w ramę bujnych drzew eukaliptusowych i korkowych. [...] Poczułem silną tęsknotę [...] do tych nie tkniętych jeszcze pługiem i siekierą nowin i ostępów za białymi lodami Antarktydy.

Przyznam się, że miałbym ochotę pogrzebać w mitotwórczych cechach wojskianu. Pokrótce: byłoby o dystansie (plan Prawdziwych Zdarzeń, które zahaczyły – właściwie przypadkiem – Łazura, jest dostępny przeważnie jedynie w introspekcji i retrospekcji: fragmentaryzacja jako czynnik stwarzania tajemnicy, a więc i ciekawości). O tęsknocie i niespełnieniu (kobiety Łazura: zawsze niedostępne, utracone, niemożliwe). O tym, jak się z tego wyłania arkadia, ten mit założycielski konserwatysty. I jakie są jej obrazy (delikatny dziewczęcy profil; konie, mundury, konie; „serdeczność prostych ludzi”; silne osobowości jakże różnorodnych przyjaciół, których lojalność nigdy nie redukuje się do zera). Jak się z tego składa nostalgia i za czym woła.

W poprzedniej nocie padły już pewne domysły (dot. „nieobecności PRL-u” i jej powodów). Czaszka w czaszce była gotowa w 1970, natężenie duchoty „małej stabilizacji” osiągało maksimum, pisarz wchodził w wiek chrystusowy (rocznik 1938). To ułatwia zrozumienie, dlaczego owa nostalgia woła za wojną.

5. wojna

My z portowej bandy kochaliśmy wszyscy wojnę, kochaliśmy ją pomimo głodu i strachu o los rodzin. Ona rzucała nam pod nogi wypatroszony świat. Wieloznaczność bytu uporczywie wpajana nam w szkołach okazywała się blagą, liczyła się po prostu siła, ważne było kto kogo [...]. Przyszłość nie była już zagadkowym rozdrożem, świat kończył się konsekwentnie i logicznie, a do tego bardzo ciekawie i malowniczo.

Potem przewaliły się ofensywy, wybuchł pokój i szerzył się jak nowa religia, zdobywając kraje i gubernie, kraje i gubernie jedne za drugimi. Fala eszelonów demobilizacyjnych wyrzuciła mnie [...]

Może nawet nie była to tęsknota za moją byłą żoną, ale za tym, czym mogło być nasze życie, gdyby pokój nie wybuchł tak nagle.

Pokój wybucha, a życie zastyga. Stare cesarstwo, dyktatura, regencja, nowe cesarstwo, spiski, koterie, zmieniane alianse, wielkie i małe emigracje, korpusy ekspedycyjne i ligi narodów – to wszystko są drobne fluktuacje erozji. Wojciechowski patrzy na historię (na mit) jak geolog. Wiem, że to uproszczenie, ale – z drugiej strony – znajdujące spektakularne potwierdzenia, np. w tytułowej tajemnicy czaszki ludzkiej pomieszczonej wewnątrz czaszki końskiej. I zwróćmy też uwagę na cesarzewicza przynależnego, tak naprawdę, do dynastii Gondwanidów.

6. realne

przyjechawszy do Paryża zastałem słynną wieżę Eiffla skróconą do jednej trzeciej „ze względu na bezpieczeństwo zeppelinów”.

Skażona brodawką u nasady nosa linia prawego profilu, porowata, lekko łuszcząca się cera, setki czerwonych żyłek na krawędzi chrap, piersi za duże i za miękkie, duchowa obcość. To wszystko pomyślałem sobie w wąskiej jak krawędź ostrza chwili pomiędzy miłosnym trudem i upojeniem a snem zaspokojonego zwierzęcia, w pierwszą noc naszego małżeństwa.

Muszę kończyć, choć nie udało mi się zawrzeć w tej nocie nawet połowy rozmaitych przemyśleń i domysłów. Ale żadna długość (mam praktycznie pewność) nie zdoła pomieścić zapisu tej przygody czytelniczej. Może jeszcze zdołam coś dodać w komentarzach, a może przyjdzie okazja podczas zwiedzania Wysokich pokojów.

Na razie dopadło mnie realne: na parapecie usiadł ptak skurkuć z wiadomością w dziobie, pilącą do podjęcia natychmiastowych działań. Zostawiam więc was z tą chwilą kobiecej realności, Łazura szczelinie w nostalgii, zaburzeniu podobnie mikroskopijnym co książki Wojciechowskiego czyniące drobny wyłom w nierealnej codzienności tego-co-za-oknem.

« Older entries