hidee

You are currently browsing the archive for the hidee category.

bajki sieciowe

Do napisania tego tekstu skłoniły mnie dwa komentarze pod poprzednią blogonotą: tenten. Ostrzegam, że poniżej nie ma nic odkrywczego, a nawet – ciekawego. Miałem jakąś potrzebę napisania tego i tyle.

wizja 0

Radykalnie uproszczony obraz sieci (taka cyberpunkowa wizja poziomu 0) polega na tym, że są węzły i są połączenia między nimi, po których lata se informacja – Lem mógłby dodać:

tam i sam

Z tego wynika poniekąd, że w węzłach informacja jakby się zatrzymuje, stoi (albo: leży; tak to się zresztą zleksykalizowało – to-a-to leży na serwerze). Nie jest to układ odosobniony, skądeś się ta informacja musiała w sieci wziąć (nie licząc tej generowanej automatycznie), no i przez kogoś/coś spoza sieci jest konsumowana (i znowu: rosnąca masa informacji jest konsumowana wewnątrzsieciowo, służąc samopodtrzymaniu czy ekspansji).

A więc jedni piszą, drudzy czytają, jedni nagrywają, drudzy oglądają i/lub słuchają, itd. A poza tym jedni to ci sami – ogólnie rzecz biorąc – co drudzy; ważne, że są „w sieci”, choć dla części bardziej dinozaurzej właściwsze nadal byłoby określenie: „przy sieci”.

I, całkiem podobnie jak w Końcu wieczności Asimova, gdzie były wieki energii i wieki materii, różniące się zasadniczo wyborem strony równania E=mc2, tak i sposoby widzenia sieci są radykalnie dwa: skoncentrowane na węzłachskoncentrowane na połączeniach między nimi, a właściwie na fenomenie przepływu informacji.

władza węzłów

Hipertekst jako koncept, potem zelefantniony do WWW, wywodzi się z paradygmatu odsyłaczy. Prawdziwym mięsem są teksty, odsyłacze je tylko (ciągle na nowo) re-organizują; są czymś wtórnym. To optyka węzłocentryczna. W niej władzę sprawują Serwery, te węzły węzłów, tezaurusy gromadzące teksty (czy w ogóle: informację).

I do tej władzy udaje się siecionauta (z samej nazwy: wędrowiec) po prośbie: daj łaskawie, Serwerze, to-a-to; podobno to Przechowujesz.

Ta męcząca czynność chodzenia po prośbie (ongiś idiotycznie nazywana „surfowaniem”) kosztowała sporo wysiłku. Rychło więc pojawiły się Szukacze, które z plotki czy prywatnie nabytej informacji „podobno to przechowujesz” uczyniły główny zasób własnych Serwerów (a właściwie Metaserwerów); idea Biblioteki domknęła się o Katalog i wszyscy przez krótką chwilę byli zadowoleni. Wydawało się, że Teksty się kumulują i indeksują, że serwery są wieczne, że Szukacze prowadzą swą niestrudzoną działalność dla Czystego Dobra Ludzkości (i nie ustaną), że wreszcie zgromadzona w sieci Informacja jest warta tego wysiłku. Jak widać, tylko ślepy nie widział powodów nieuchronnego rozczarowania. A na domiar złego liczba aktywnych dostarczycieli informacji rosła w tempie megaGębonów rocznie.

Sieć węzłocentryczna ugina się pod problemem selekcji pozytywnej (gdzie pójść po prośbie? jak w morzu śmiecia wyczaić to właśnie, co jest mi potrzebne, albo okaże się potrzebne? – i dziesiątki podobnych pytań).

niewola przepływu

Sieć widziana jako nieustannie szumiący w tle, pokrętny, dendryci i właściwie choatyczny przepływ informacji też ma swoje krytyczne pytania. Mniej myślimy o Serwerach i ich władzy, bardziej interesuje nas gdzie się dossać? do czego podłączyć? jak naostrzyć grabki do łowienia w tym wszechomywającym nurcie potencjalnie interesujących nas znalezisk (a właściwie: wyłowisk)?

Prototypami „narzędzi przepływu” były Usenet, listy mailowe i – wreszcie – kanały [channels] (to prehistoryczna nazwa na rozmaite RSSy, podcasting itp.).

W paradygmacie przepływu nie chodzi się po prośbie o informacje, informacja ma psi obowiązek przyjść do nas sama (ale: trzeba się we właściwy sposób przyssać).

Ale znacznie ważniejszym przesunięciem paradygmatu (w stosunku do węzłocentrycznej wizji) jest zmiana w Konsumencie. Który przestał być pajączkiem z latarką w odnóżu, co biega z linka na link, oświetlając zawartość napotkanych węzłów (a jak się znudzi lub znajdzie to coś konkretnego, czego szukał, to wstaje od komputera i idzie oglądać telewizor albo papier). Teraz Konsument jest wielotorową maszyną pochłaniającą naraz wiele różnorakich strumieni informacji (w tym tych, które sam – wespół ze swym „otoczeniem sieciowym” – produkuje, np. w interakcjach, albo pisząc blożek, albo publikując foty z wakacji etc.).

Siedzi taki basza w fotelu, mruczy „daj mi!” i jedynym jego problemem – ale za to poważnym – jest selekcja negatywna. Co pomijać, jak odfiltrowywać bombardujace go kęsy informacji, jakiej przepycharki użyć do zatkanego tysiącem nie przeczytanych RSS-ów czytnika). To jakościowo inna sytaucja niż sytuacja wygłodzonego wyżła, co biega z nosem przy linkach od węzła do węzła.

trzeba sobie pomagać

Social networks typu fejsbuk, twitter czy blip to (poza innymi funkcjami, np. integracyjnymi) zaawansowane „narzędzia przepływu”. Ich główną ideą jest rekomendacja, a głównym mechanizmem – negatywna selekcja informacji.

Basza wybiera zatem osoby czy instytucje, co do których wie (lub podejrzewa), że informacja przefiltrowana przez nie będzie użyteczna, ciekawa, zabawna. Z wodospadu stale napływających blipów czy twitów wybiera tylko niektóre „cieki” – przez obserwowanie tylko niektórych osób czy przez dyskryminację via tagi. Obfanowuje ciekawe dla siebie persons lub pages w fejsbuku: a one, w jednolity formalnie sposób (to ważne!) karmią go ciurkiem kontentu: co kto ciekawego napisał i gdzie, co X powiedział o Y, gdzie i o której jest impreza, gdzie jest fantastyczny film do ściągnięcia/obejrzenia.

sieć wiara sieć mara

W wieku węzłów walutą był wysiłek poszukiwań, w wieku przepływu walutą jest czas, tracony na ssanie i zatrzymywanie pożywnego planktonu w fiszbinach filtrów swoich. Wiara w niezniszczalne trwanie Serwerów i altruizm Szukaczy jest niczym wobec strzelistych aktów zawierzenia w trwałość Kranów i altruizm Przemysłu Czasu Wolnego i Kultury.

Ale jakoś to się toczy: technologia zmienia paradygmaty zachowań ludzkich (i wzajemnie), wiara napędza biznes, a nad wszystkim unosi się duch nieosiągalnej, choć tak pożądanej Selekcji.

pytanie

Od pewnego czasu intrygowało mnie pytanie, czemu www Krytyki Politycznej nadal stoi na jakiejś archaicznej Joomli (np. nie obsługującej Unicode), od lat mają tam problem z logowaniem do komentowania (stąd stały ciurek komentarzy „ten wyżej to nie ja pisałem, co jest!”) – i nic z tym nie robią, no i czemu w tychże komentarzach do tekstów odzywa się stale jedynie pięciu emigranckich świrów (w tym: dwóch na „pro”, trzech na „contra”), no i Tomasz Piątek, który też się daje rozpiąć na osiach świrstwa i emigracji (wewnętrznych: obie osie związane są z nabytym ewangelickim sednem osobowości), a jak się odezwie ktoś jeszcze, to znaczy, że w redakcji popełniono jakieś poważne wykroczenie (przeszczepiono Michalskiego, albo poparto Bochniarz itp.).

Odpowiedź jest banalna, choć jej uzyskanie wymagało nieco sieciowych wędrówek; całe szczęście, że nie wstydzę się swojej naiwności i skłonności do zadawania głupich pytań.

oczywiście #1

Oczywiście. Facebook. Tam Krytyka Polityczna ma 5000 friendsów (i to jest, proszę państwa, osiągnięty limit; co innego, gdyby KP postawiła na fanów, taka Wyborcza przekroczyła 10000 & still growing, ale cóż, młoda lewica jest przyjazna z natury, błąd, choć sympatyczny), a Nowy Wspaniały Świat – prawie 2500. I oni się wpisują ze swoimi „podobałosię”, i zostawiają uwagi, i widzą siebie nawzajem, i wiążą ich wielorakie więzy społeczne, znaczy, żywe życie żyje tam.

Czymże są przy tym jakieś nieistotne komentarze na rodzonym portaliku, zwłaszcza że trzeba by pogrzebać w mechanizmach, a na fejsbuku wszystko się samo kręci, nie trzeba inwestować, engine Facebook (c) 2010 załatwia.

oczywiście #2

Co prawda, jak się przyjrzeć bliżej, okazuje się (też: oczywiście), że w jakiejś części fejsbuk to lipa. Bytuje tam mnóstwo postaci urojonych czy „podszytych”. Przyjmijmy za jednostkę stado (= 150 fejs-osób; 150 to taka stała antropologiczna, tylu członków miewało stado pierwotne, z tyloma mniej więcej znajomymi da się jeszcze utrzymywać niemarkowane kontakty). Osoby popularne mają mniej więcej 2 stada friendsów.

Karol Maliszewski (nastolatek z Chełma, jeśli wierzyć opisowi) ma 1,17 stada, w sporej części to znane w polskim światku literackim nazwiska, bo K.M. został (zapewne) zidentyfikowany przez nie jako znany krytyk literacki i sam poeta. Wśród friendsów tego chłopca znajdziemy Jarosława Lipszyca, ważnego sieciowca – ponad 11 stad! – no, też poetę. Którego łączy z Jackiem Powieściopisarzem Królem („Powieściopisarz” to chyba drugie imię), lyteratem z Toronto, wspólne friendshipNetystami (to tacy sieciowi anarchiści, ale mają tylko ciut ponad 2 stada).

Tomasz Piątek ma 1/3 stada friendsów, ale wygląda na to, że widzi, z kim się „zaprzyjaźnia”. Człowiek starej daty? Nie, pracował w reklamie, nie daje się nabrać.

oczywiście #3

Trzecie „oczywiście” jest takie: co będzie, gdy Facebook (w sensie: biznes) dupnie? Gdy staną znienacka serwery i cała ta, hm, tkanka społeczna weźmie w łeb? Znam odpowiedź: to się nie zdarzy, a jeśli się zdarzy, to nie znienacka. „Się przeniesiemy”, będzie dokąd. Mało kto bierze na serio taką apokaliptyczną wizję, zostaję więc z kolejnym naiwnym, choć dla mnie oczywistym pytaniem: „czy słusznie”, które – w ramach sympatii – przekazuję gratis Krytyce Politycznej.

druga strona mocy

Marta Klimowicz, inna ważna sieciowica (4,5 stada obserwujących na blip.pl, 11. miejsce w rankingu), zdechła swojego bloga poświęconego „socjologii internetu”, zamurowała się na fejsbuku (nie sposób jej znaleźć, a jak się jednak znajdzie, to zero informacji o friendsach czy fanach, po prawdzie mówiąc, okrągłe zero dla nie dopuszczonych: patrzcie i uczcie się!). Za to na goldenline.pl bez zahamowań pokazuje całe 3 stada znajomych, ważnych osób z biznesu (a tu wyjaśnienie). Wśród których zwrócił moją uwagę pan P.Sz., Prezes Zarządu, Klaster Przemysłów Kultury i Czasu Wolnego, ze względu na piękną i bezwstydnie szczerą nazwę biznesu, jaki reprezentuje.

Jak się więc ustawić, by nie zjechać z własnej iluzji „żywego żyjącego życia” na poziom bezwolnego mięsa armatniego do przeróbki przez Przemysł Czasu Wolnego? Oto jest pytanie, na które nie mam odpowiedzi. Zapewne jest ono głupie.


DODANE
Okazało się, że niektórzy wykazali się czujnością, lepiej późno, niż... (dzięks)

Nie jestem feministką. To proste stwierdzenie faktu: nie jestem feministką, bo jestem feministą. Co to znaczy? To znaczy co najmniej tyle, że rozumiem i wspieram minimum feministyczne:

1. Znacząca społecznie grupa ludzi jest dyskryminowana / doznaje różnorakich krzywd tylko dlatego, że ci ludzie są kobietami.
2. Należałoby coś z tym zrobić.

Często dodaje się punkt 3, postulujący, że same kobiety powinny coś z tym robić. I tu dopiero pojawia się pewna różnica między –tka a –ta, którą polecam wyobraźni czytelników, a sam idę dalej: feminizm jest oczywistą składową bycia cywilizowanym człowiekiem, podobnie jak np. antyrasizm. Kto sądzi inaczej, staje się przedmiotem szyderczego (ale bardzo, wbrew pozorom, głębokiego) bonmotu, który już cytowałem:

Feminizm to radykalne przeświadczenie, że kobieta jest człowiekiem.

Dopóki równanie włączające kobietę do gatunku ludzkiego uważane jest za stanowisko radykalne, dopóty feminizm jest oczywistością.

Biegnę w siedmiomilowych butach, skrótami, bo te sprawy naprawdę były tłumaczone tysiące razy, a sam fakt, że nadal wymagają tłumaczenia, oznacza, że feminizm jest koniecznością. Sprowadza się on – na początek – do dwóch kwestii:

1. równego traktowania
2. prawa wyboru

Pojawienie się tekstu, z którego wynika jawne niezrozumienie powyższych oczywistości, spowodowało, że odezwałem się pod blogonotką drakainy i to (według niej) nieuprzejmie i sarkastycznie (przepraszam). Rzeczywiście, po raz tysięczny i pierwszy łapię się na niejakim szoku poznawczym i reakcji poniekąd emocjonalnej, bo:

Osoba odczuwająca potrzebę podkreślania, że „nie jest feministką”, z mojego punktu widzenia oznajmia: „nie jestem cywilizowanym człowiekiem”.

Drakaina poczuła się urażona zestawieniem jej wyznania z poglądami popularnymi w kręgach korwinistów i dopisała do blogonotki wyjaśnienie. Dobre choć tyle, że odczuwa dyskomfort po takim (moim zdaniem uzasadnionym) porównaniu. Ale pisze w tym dodatku na przykład:

najlepszą metodą na propagowanie większego udziału kobiet w życiu publicznym jest dawanie dobrego przykładu poprzez konkretne działania i współzawodnictwo z mężczyznami

ilustrując tym sprzeciw wobec idei parytetów. Jednak nie widać żadnego powodu, dla którego kobiety miałyby rywalizować z mężczyznami. To znaczy, w idealnym, postulowanym świecie. Nie jest żadną oczywistością konieczność takiej rywalizacji (w sprawach publicznych: niech rywalizują programy i dokonania, nie płcie), to zresztą jedna z głównych przesłanek idei parytetów.

Powtórzę: od bez mała dwudziestu lat w Polsce kwestie powyższe są omawiane i wyjaśniane. Pora by wreszcie przezwyciężyć lenistwo i skonfrontować się z leżącymi na ulicy argumentami. Bo inaczej drakaina, która – jak sama pisze – mogłaby ze względu na życiorys być „ikoną feminizmu”, nadal będzie mylona (po swoich wyznaniach w temacie) z barbarzyńskimi, niesprawnymi umysłowo i nieempatycznymi korwinistami.

Powody powstania niniejszej blogonoty podane są w tym komentarzu do poprzedniej (i komentarzy następujących po nim).

1

Na czym polega Makuszyński? Makuszyński polega na trzech sprawach.

Po pierwsze, społeczeństwo jest jak wielka rodzina, która wszakże czasem zapomina o swojej roli i tożsamości. Członkowie rodziny, jak wiadomo, są bardzo różni: biedni i bogaci, mający dzieci albo samotni, ważniejsi (społecznie) i ci mniej ważni. Ale zasadniczo wspierają się wzajemnie i kochają. Gdy ktoś zapomina o swoim rodzinnym obowiązku, powinien zostać ocalony.

Po drugie, rodziny (ani swego losu) się nie wybiera: rodzinę się wspiera, a los – znosi pogodnie. Dlatego powieści Makuszyńskiego pełne są postaci ubogich jak myszy kościelne, ale patrzących na życie z uśmiechem. Klepiąca biedę para starszych aktorów, dziwaków, ale zacnych aż do bólu – z Awantury o Basię. Zastępy wesołych (choć przymierających głodem) przedstawicieli bohemy. Jeszcze liczniejsze zastępy ubogich krewnych (modelowa pod tym względem jest mało znana powieść List z tamtego świata). Protegowani tytułowej bohaterki z Szaleństw panny Ewy. Ta wielka społeczna rodzina Makuszyńskiego to społeczeństwo harmonijnie klasowe, w którym klasy niższe nie buntują się przeciw swemu położeniu, a klasy wyższe – gdy zostaną ocalone do miłości rodzinnej – udzielają niższym wsparcia.

Po trzecie, kluczową rolę w koniecznym dziele ocalania do miłości rodzinnej pełnią dzieci. Do której to kategorii pasują dorastające panienki; dziecinny status zapewnia im społeczna nieważność. Basia (z Awantury) „swata” imienników, zasług panny Ewy nie sposób wyliczyć (m.in. ocala oschłego bogacza Mudrowicza), w Liście z tamtego świata dochodzi wręcz do zbiorowego ocalenia.

Makuszyński to krzepiąca opowieść o klasowym społeczeństwie, które dzieci, niedorośli, nieważni ocalają do miłości rodzinnej, pozwalając przejść na stopień wyższy: społeczeństwa klasowego harmonijnie. Ramą kategorialną jest rodzina, kluczem do zmian – opiekuństwo i miłość, a rolę ocalającą pełnią kobiety, najskuteczniej – w wersji niedojrzałej, bo ta pozwala przełamywać sztywne struktury i konwenanse społeczne.

2

Na czym polega Zły Tyrmanda? Zły Tyrmanda polega na trzech sprawach.

Po pierwsze, społeczeństwo jest rozległą siecią bardzo zróżnicowanych indywidualności, pełniących różnorodne role w walce o byt. Nie jest to rodzina, choćby potencjalna (jak u Makuszyńskiego), jednak nadal możliwe jest ocalenie przed złem (jawnym w świecie Tyrmanda). Funkcję ocalającą pełni „idea ogólnoludzka”, złożona z klasycznych wartości, takich jak wolność, prawda, przyjaźń, cnota, miłość, męstwo.

Po drugie, ocalająca idea ogólnoludzka ma szanse w walce (ze spontanicznie organizującym się złem), gdy wcieli się w oddolnie organizującą się konfederację jednostek (ale, tym samym, również różnych warstw i klas społecznych), które utworzą ponadjednostkową „sieć dobra”. Inaczej mówiąc, społeczeństwo w Złym jest zdolne do samoocalenia, jeśli się zorganizuje do współdziałania. Reprezentatywnie i oddolnie; powodowane wartościami, scalone potrzebą. Z tła tej wizji społecznej przeziera społeczeństwo harmonijnie klasowe w potrzebie: model powstańczy, konspiracyjny.

Po trzecie, w indywidualistycznej wizji Tyrmanda niezbędny jest katalizator, przykład, wódz. Tę rolę wypełnia tytułowy Zły; jest niezbędny, bo inaczej rozproszone jednostki wystawione na siły zorganizowanego zła nie utworzą sieci, nie widząc możliwości wygranej.

Oczywiście, Tyrmand musiał iść na koncesje i ostatecznie „powstańcze siły dobra” zostają podporządkowane idei sprawiedliwości instytucjonalnej. Niemniej, nadal jest to krzepiąca opowieść o możliwości „brania spraw we własne ręce” i o katalitycznej roli anonimowego sprawiedliwego, który rzuci wyzwanie zastygłej skorupie status quo, tolerującego zło. Ramą kategorialną jest samoorganizacja, kluczem do zmian – pakiet wartości składających się na „ideę ogólnoludzką”, a rolę ocalającą pełni katalitycznie samotny (początkowo) bohater, rozsadzający zastygłe struktury poprzez czynny sprzeciw.

3

Podobieństwa tych dwóch prawicowych wizji widoczne są gołym okiem.

Podobnie krzepiące są również owoce. Biedni nakarmieni, zło ukarane, miłość potężniejąca, nowe małżeństwa zawarte, dzieci zaopiekowane. I wszyscy z nowym zapałem wypełniają swoje role w ramach nienaruszonej struktury społecznej. Harmonia na wyciągnięcie ręki.

4

We wcześniejszych książkach (a zwłaszcza w sfilmowanych powieściach cyklu Żaby i anioły z bohaterką Judytą) Grochola wypełniała wzorzec makuszyński, w podobnej strukturze komedii romantycznej.

Judyta znalazłszy się na życiowym zakręcie musi uruchomić w sobie „makuszyńską dziewczynkę”, której niedojrzałość pomoże jej pokonać bariery w zbudowaniu sobie życia na nowo. Ta sama niedojrzałość (odnowiona spontaniczność, naiwność itp.) roznieci także opiekuńczo-miłosny zapał u Nowego (Wspaniałego) faceta. I rzeczywiście: czytelnik może sądzić, że Judyta jest koncertową idiotką, gdy tymczasem ona jedynie dziewczynkowacieje (jej piętnastoletnia córka Tosia wydaje się znacznie dojrzalsza społecznie). I dobrze na tym zdziewczynkowaceniu, koniec końców, wychodzi. (Co musi podobać się czytelniczce.)

W najnowszym Kryształowym Aniele rzeczy mają się już inaczej. Nie chce mi się streszczać, zarys fabuły można pobrać z krótkiej notki. Chcę tylko rzucić trochę światła na makuszyńsko-tyrmandzie pokrewieństwa.

Po pierwsze, nieustająco ramą kategorialną jest rodzina, a dobrem głównym – miłość. Niższość społecznej pozycji kobiet nie jest kwestionowana (podobnie u Makuszyńskiego), zostaje wręcz bogato zilustrowana (opis wielorakiego stłumienia Sary, bohaterki Anioła, na przestrzeni całego życia). Jednak nadal zostaje podtrzymana (obecna i u Makuszyńskiego) tradycjonalna teza o kobiecie-szyi (która zarządza życiem usuwając się w tło, by mężczyźni mogli mieć iluzję władzy, bycia „głową”).

Po drugie, życiowy kryzys Sary wymaga samoocalenia. To już wystaje poza makuszyński schemat, jesteśmy jedną nogą u Tyrmanda. Sara całe życie była „udziewczynkowiona”, ale w realistycznym (w patriarchalnym społeczeństwie) sensie: podległa, nieasertywna, nie realizująca aspiracji. Już nie wystarczy ocalić do miłości kogoś innego, albo pójść „na spontan” i znaleźć Nowego Wspaniałego faceta. Ten stary, zdradzający, okazał się równie stłumiony w ekspresji swoich potrzeb, co ona. Coś jest nie tak systemowo. Współczesna odpowiedź na klasyczne pytanie „o co chodzi, gdy nie wiadomo, o co chodzi?” brzmi – o komunikację. A właściwie jej brak.

I tu, po trzecie, z siłą wodospadu pojawia się w pełni Tyrmand. Sara pracuje w radiu, choć na podrzędnym stanowisku: nie zaspokaja ono nijak jej długoletnich aktorsko-radiowych tęsknot. Więc na nocnych dyżurach bawi się wygłaszaniem do mikrofonu chaotycznych, ale szczerych monologów, strumieni świadomości, odzwierciedlających jej aktualne rozterki itd. Ale nie wie, że mikrofon jest włączony. Po pewnym czasie słucha jej cała Warszawa. Nieznany nikomu głos omawia przejmująco w nocy sprawy, które w dzień nie są obecne na antenie, uginającej się od rytualnej polityki i durnych reklam. Oto Zła, rzucająca (cóż, że nieświadomie) wyzwanie zastygłej skorupie braku komunikacji, już w wymiarze społecznym. I co się dzieje? Do chorej na raka przyjaciółki pod wpływem nocnej audycji wraca kochający facet: będzie ją wspierał (odszedł, nie wiedząc o chorobie). Modelka postanawia nie używać kosmetyków testowanych na zwierzętach. Sklepowa Anetka tak się wzrusza audycją, że jej późny klient, Józek, zakocha się w jej oczach błyszczących (od łez?) jak gwiazdy; będą żyli długo i szczęśliwie. I tak dalej. Rusza wielka fala ocalenia przez wznowioną komunikację.

5

Proste diagnozy, proste rozwiązania, radosne happy-endy. Wszystko staje się nowe i lepsze, ale nic właściwie nie trzeba zmieniać. Trzeba tylko ciut więcej miłości, odwagi, komunikacji. Wspomniany w poprzedniej blogonocie „ten segment czytelnictwa” polega na zapotrzebowaniu na taki właśnie bajkowy produkt.

Czy jeśli nadal wzruszają i pocieszają powieści Makuszyńskiego, a Zły nadal porusza wyobraźnię, to powinien tak mocno dziwić czytelniczy sukces krzepiącej Katarzyny Grocholi Tyrmand-Makuszyńskiej? Nie jest aż tak bardzo gorsza literacko, a z pewnością jest bardziej współczesna.

p-sny

1

Patafizycy i oulipianie podgryzają korzonki bloga tego, niekiedy ze świadomego zamysłu autora (czyli: mnie), a niekiedy znienacka, jak choćby w tym komentarzu Marcelego. Błądzą zatem po blogu Queneau i Gondowicz (zob.), których afiliacji nie trzeba pokazywać palcem. Ale – post factum – muszę uznać, że zarówno przypadek litery p u Samuela Orgelbranda, jak i urojone wyrojenie Budyniów, via dzieło Józefata Bolesława Ostrowskiego, również są z ducha pata/ouli. A może i nie tylko. Nie da się ukryć: działa tu jakaś patafizyczna grawitacja.

2

Nie ma przypadków, albo – los nielosowo losuje. Odczuwając potrzebę zacytowania fragmentu Życia. Instrukcji obsługi Georges’a Pereca, wybieram poniższy:

Następnie zapalił reflektorek na suficie i w jego blasku otworzył kasetę: na jaskrawoczerwonej wyściółce spoczywał płaski, złoty brzeszczot w kształcie sierpa, osadzony w gładkiej, jesionowej rękojeści. „Czy pan wie, co to jest?” – zapytał. Valène uniósł pytająco brwi. „To jest złota ciosła, ktorej używali galijscy druidzi do ścinania jemioły”. Valène spojrzał na Grifalconiego pełen niedowierzania, ale stolarz nie wydawał się zbity z tropu: „Rękojeść oczywiście sam dorobiłem, ale brzeszczot jest autentyczny; znaleziono go w okolicach Aix; wszystko wskazuje na to, że to robota salicka”. Valène obejrzał rzecz z bliska: po jednej stronie ostrza wyryto siedem maleńkich przedstawień, ale niestety, nawet przy pomocy mocnego szkła powiększającego, nie udało mu się ich odczytać; dostrzegł tylko, że na niektórych powtarza się prawdopodobnie kobieta z bardzo długimi włosami.

[przeł. Wawrzyniec Bobrowski; w sprawie „roboty salickiej” zob.]

Wybieram dlatego, że grube tomiszcze otworzyło mi się właśnie na tej stronie. Ale przecież dlatego, że ciosła jest najgłówniejszym rekwizytem (prawie osobą!) w Przemianach Harry’ego Mathewsa, którą to wspaniałą historię czytałem jakieś 8321 dni* temu (to pierwsze chude wydanie, które potem ktoś pożyczył i – oczywiście; co, głupi ten ktoś? – nie oddał).

3

A zatem: jak to jest ze snami?

Sądzę, że wynalazek snu to fajna oulipiańska wewnątrzgłowna ruletka: nie ma co się podniecać (to znaczy, niezdrowo podniecać, zdrowe podniecenie jest w porządku). Sny przynależą do literatury; kto sądzi inaczej, nie ma czego szukać na tym blogu, a zwłaszcza u jego korzeni. (Bez urazy.)

Z tego punktu widzenia, tacy panowie jak Jung są po prostu nieświadomymi patafizykami. Zresztą, kto ich tam wie.

4

Polskich onirystów łączy tajemne porozumienie, jest ich też znacznie więcej, niż wynikałoby z oficjalnych komunikatów prasowych. Głównych onirystów ofiarnych (którzy odwracają uwagę opinii publicznej od rozmiarów zagrożenia) jest trzech: to Henryk Bereza, Adam Wiedemann i Maciej Gierszewski (zwany gierą). Nie trzeba dodawać, że tworzą układ dynastyczny, z ducha salicki.

Wszyscy trzej uprawiają oniryzm towarzyski: śnią się im głównie znajomi z małą domieszką nieznajomych. Wymaga (twierdzą niektórzy) wielu lat treningu takie stematyzowanie snów.

———
[*] mogę się mylić

« Older entries § Newer entries »