hidee

You are currently browsing the archive for the hidee category.

Ten postulat poszerzenia zakresu edukacji o trzy przedmioty: filozofię, zdrowie, religioznawstwo brzmi jak oczywista oczywistość. Choć nieźle byłoby też wskazać drugą ręką projekt uszczuplenia obecnego programu szkolnego, i tak bodaj przeładowanego rzeczami zbędnymi, z których na czoło wysuwa się katecheza (zwana religią) – nie tylko zbędna, ale wręcz szkodliwa, co sam autor przekonująco uzasadnia (nie żeby takie uzasadnienie było trudne).

Nie od rzeczy też byłoby usunięcie sprzeczności (w jaką autor wpada na przestrzeni dwóch sąsiadujących zdań:

Wprowadzenie filozofii, zdrowia lub religioznawstwa do szkół nie jest projektem konfrontacji z religią. Chodzi o to, żeby naprawić to, co religia napsuła, ustanawiając monopol na zabieranie głosu w sprawach moralności i ducha.

zapewne z grzeczności). Żartuję; chodzi o dwa znaczenia wyrazu: „religia” (per se) versus „religia” (= praktycznie obowiązkowa katecheza szkolna).

Co prawda ta pierwsza również bywa uznawana za szkodliwą, ale sąd taki jest dziś odsyłany do kategorii „sądów subiektywnych”, które nie powinny być wmontowywane w państwową aksjologię (co warto także rozszerzyć, to oczywiste, na zaprzeczenie tego sądu).

Rodzice nie dawali znaku życia. Mimo to myślałem, że nie od rzeczy będzie zmykać przed wściekłością ojca, skończonego idioty i katolika. Wróciłem chyłkiem do willi, żeby zabrać odpowiednią ilość pieniędzy. Pewien, że będą mnie szukać wszędzie, tylko nie tu, zanurzyłem się w pokoju ojca. Zabawiłem we wsi do dziesiątej wieczorem, zostawiając na matczynym sekretarzyku te słowa:

„Bądźcie łaskawi nie wysyłać za mną policji. Zabieram rewolwer. Pierwsza kula trafi w żandarma, druga we mnie”.

Nigdy nie zależało mi na tym, co nazywają pozą. Chciałem tylko nastraszyć rodzinę, śmiertelnego wroga skandalu. Ale lekką ręką, nie bez uśmiechu, napisawszy te słowa, uznałem, że niezgorzej będzie wsunąć do kieszeni rewolwer ojca.

Trzeba mieć nie po kolei, żeby powyższy fragment Historii oka Georges’a Bataille’a czytać jako tekst polityczny. Ale nakonsumowałem się ostatnio tekstów przed-2-turą-wyborczych, tych głównie, które ustosunkowują się do dylematu „olać czy wybrać mniejsze zło pod groźbą nawrotu szaleństwa IVRP”.

Na przykład tekst nieznanego mi bliżej Michała Zygmunta (jak wynika z podlinkowanej noty – osobowości rozedrganej) w formie Listu do Sebastiana, tekst będący rodzajem „lamentu osieroconego”, tłumaczy decyzję „olać” niedostatecznym, wręcz żadnym, otwarciem Komorowskiego na (cytuję) „trzydziestoprocentową grupę wyborców oczekujących od państwa otwartości i pomocy”.

W tej metaforze wszystko to, co głęboko podszywa symboliczną tożsamość „obozu Kaczyńskiego”, wrzucam do figury matki (matki-Polski, która „jest najważniejsza”, matki opiekuńczej, matki skrzywdzonych, częściowo zdewociałej, częściowo szalonej, matki w żałobie, matki-wzywającej-synów-aby; itd. – można tę część metafory ukonkretniać bardziej, aż po obraz matki-złożonej-chorobą, który stanowi ostateczne sedno ich symboliczno-propagandowego „bądź wierny, idź”).

Ojciec, „skończony idiota i katolik” (z Bataille’a), robi interesy, poluje, spotyka się z ważnymi personami w miasteczku (ksiądz, naczelnik policji, właściciel browaru), prawi dusery, w rączkę całuje, szczypie służące i rozczłapanemi pantoflami rozdeptuje.

Tacy rodzice, z punktu widzenia lewicowego wyborcy, zaiste „nie dają znaku życia” (Bataille), bo ich istnienie (z tegoż punktu) realizuje się wyłącznie na planie symulakrycznym. A więc – w pewnym sensie sieroctwo.

Taka rodzina, „śmiertelny wróg skandalu” (Bataille), uważa jednak (i tym razem zgodnie), że głosować trzeba, że synowie i córki powinni wybrać między matką a ojcem. (Wariantywnie zapisane pytanie-zmora „kogo kochasz bardziej?” brzmi tutaj: „kogo mniej się boisz?”) Odmowa dokonania takiego (idiotycznego, nieprawdaż) wyboru – to skandal.

Banalna jest odpowiedź na pytanie, co/kto w dzisiejszych realiach pełni rolę żandarma. Pierwszą kulą jest niniejszy tekst. Skutków drugiej nie zobaczycie.

piękne gadanie

W Józefie i jego braciach, powieści zbyt rozległej i powolnej, by chciało się ją czytać współczesnemu czytelnikowi, Thomas Mann przywołuje – i wykorzystuje – pojęcie pięknej rozmowy, czyli dialogicznego snucia narracji o sprawach znanych, po to, by czerpać zadowolenie i naukę z formy opowiadania i struktury wydarzeń, których sens tym bardziej się ujawnia (aż do epifanicznego przeżycia tych-to właśnie, znanych w tradycji i tradycję fundujących morałów), w im mniejszym stopniu opowieść jest zakładnikiem suspensu. Piękna jest rozmowa, w której dzielenie się truizmami potwierdzone zostaje blaskiem zadowolenia w oku rozmówcy, zadowolenia moszczącego się w gnieździe uwitym ze Znanego.

I takim właśnie „pięknym rozmowom” oddają się autorzy tekstów publikowanych na łamach internetowej Kultury Liberalnej.

Pisze na przykład Maciej Zięba (tak, ten oddany idei liberalnej zakonnik) w tekście Szukając prawdziwej jedności:

Istnieje jednak inny rodzaj jedności, który nazwałbym jednością głęboką. Wynika ona z poszanowania drugiej osoby jako istoty posiadającej niezbywalną godność. Tego rodzaju jedności nie burzą naturalne różnice w poglądach na kwestie społeczne, kulturowe, ekonomiczne, czy polityczne. Sprawia ona, że można się różnić, zarazem nawzajem się szanując.

Aż się ciśnie na usta określenie „pięknie się różnić”. Ale dominikanin dopowiada w następnym zdaniu:

To przekonanie wpisane jest w kulturę chrześcijańską – taki właśnie szacunek mamy na myśli, mówiąc, że każdy człowiek jest naszym bliźnim.

I natychmiast, automatycznie, zastanawiam się, jakie to (perswazyjne) „my zbiorowe” ma na myśli. Czyżby to samo polskie „my”, o którym kłamie w jednym z następnych akapitów:

Momenty śmierci ważnych społecznie osób – jak na przykład śmierć Jana Pawła II, która była dla wszystkich Polaków trudnym przeżyciem, czy katastrofa smoleńska – również miały moc budowania jedności ponad podziałami.
[to podkreślenie, i wszystkie następne, moje – n.]

Może nawet w to wierzy – podobnie jak biblijni bohaterowie Manna. Powtarza zatem, mimo wielokrotnej jego dekonstrukcji [*], stary mit „jednościowy”:

Prawdziwie głęboką jedność udało nam się zbudować na przykład w czasach pierwszej „Solidarności”. Bardzo odmienne grupy, różniące się wiekiem, wykształceniem, poglądami społeczno-politycznymi, potrafiły rozmawiać wtedy razem i przekraczać dzielące je bariery. To przykład już klasyczny, ale jedność można budować zawsze.

Ale zostawmy zakonnika (z jego nie dającą się przykryć nowomową – por. „rozmawiać razem”, hm, w opozycji zapewne do „rozmawiać osobno”: czyli jak właściwie?).

Zaraz obok „pięknie” się z nim różni Hanna Świda-Ziemba, pisząc:

Komunistyczna była jedność narodu, jedność społeczeństwa, jedność partii – która nawet jeśli dzieliła się na frakcje, nie miała prawa tego ujawnić. Przed kilkadziesiąt lat klęliśmy na to i walczyliśmy o pluralizm. I właśnie to ostatnie słowo, a nie jedność, było hasłem Solidarności.

Alternatywą dla jedności komunistycznej była jedność pod znakiem Kościoła katolickiego, zgodnie z hasłem „jedna owczarnia – jeden pasterz”.

Frazes na łamach „Kultury Liberalnej” uprawiają także i ci autorzy, których – z innych wszakże źródeł – miałem przyjemność cytować na tym blogu, bo ich zdania (i zdanie) wydawały mi się cytowania godne, jak choćby Agata Bielik-Robson. Coś jest widocznie w tych łamach takiego. „Pięknego”.

Również Jan Hartman, cytowany tu wielokrotnie, nawet jeśli formułuje dość „brzydką” (względem kategorii, wokół której tu krążymy) diagnozę:

Przed dwudziestoma laty przejmująca na krótko władzę inteligencja, postanowieniem swych rządzących reprezentantów postanowiła zhołdować Polskę Watykanowi, najwyraźniej wierząc, że tylko poparcie Kościoła daje gwarancję, iż naród wytrzyma konieczne reformy. W moim przekonaniu Tadeusz Mazowiecki i jego ludzie mylili się w tym względzie, a co więcej, przypuszczam, że mocując Kościół na pozycji państwa w państwie, co potwierdzone zostało zawartym następnie konkordatem, działali w poczuciu słuszności. Od początku główną przeszkodą na drodze budowy demokracji było oddanie Kościołowi, wraz z quasi-państwową autonomią wewnętrzną i wybujałymi przywilejami materialnymi, władzy symbolicznej w państwie polskim. Państwo to stało się na wpół oficjalnie państwem wyznaniowym, a symbolika katolicka oraz katolickie poglądy w kwestiach moralnych i obyczajowych zostały jak najgłębiej uwewnętrznione przez władze publiczne na wszystkich szczeblach, wypierając niemal całkowicie ducha naszej konstytucji, która wyjąwszy nakaz zawarcia konkordatu, ma treść w pełni liberalną.

...to przecież osadza ją w kontekście „pięknym” i optymistycznym (poczynając od tytułu swego tekstu: Jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej):

Jestem, jak wi[da]ać, optymistą w ocenie postępów liberalnej demokracji i kultury liberalnej w naszym kraju. Sądzę, że za kolejne dwie dekady będziemy w podobnym miejscu, w którym dziś znajdują się, powiedzmy, Czechy.

Na uzasadnienie czego formułuje wcześniej taką oto nadzieję:

Kto wie, czy wszechobecność i dominacja Kościoła w przestrzeni publicznej i państwowej nie zacznie być wkrótce postrzegana przez Polaków jako przejaw niesłusznego uprzywilejowania Kościoła i niezgodnej z konstytucją stronniczości państwa.

której punktem centralnym jest analogiczna jak u Macieja Zięby, dominikanina, nieokreśloność podmiotu, a z konkretów ma ona: kto wie?

* * *

Jakoś więc wątpię, abym powtórzył wycieczkę do „Kultury Liberalnej”.

Jest tam dla mnie zbyt pięknie.


[*] por. chociażby wydaną w 1990 i wznowioną ostatnio Krytykę solidarnościowego rozumu Sergiusza Kowalskiego

Informacja o tej książce wychynęła jakiś czas temu z jakiegoś zakątka sieci; już nie pamiętam, skąd dokładnie. Przyjrzałem się troszkę bliżej i wtedy – zajęła mi wyobraźnię (na podobieństwo „zajętych zatok”).

Chodzi o książkę Tomasza Rakowskiego Łowcy, zbieracze, praktycy niemocy. To nie jest reportaż o trudnym życiu bezrobotnych w paru wybranych obszarach tzw. bezrobocia strukturalnego, to zdecydowanie coś więcej: to próba kategorialnego osaczenia „przesuniętego paradygmatu” (w sensie, powiedzmy, Kuhnowskim). Rakowski jest antropologiem i postępuje w zgodzie z regułami sztuki: zanim weźmie się do opisywania innej kultury, musi stwierdzić jej istnienie. Istnienie odrębnych zwyczajów, społecznych praktyk, poczucia wspólnoty (kulturowej przynależności) – wzorca, na którym (niekoniecznie w sposób uświadomiony, o zwerbalizowaniu nie wspominając) budowana jest inna struktura sensu [egzystencji] niż ta, którą równie nieświadomie podziela społeczność Człowieka Zatrudnionego (czy szerzej: Pracującego, w ramach przezroczystego domyślnego porządku społecznego, w którym praca jest równie oczywista, jak sen, seks czy jedzenie).

Upewnia mnie o tym spis treści tego dzieła, z którego wypiszę parę haseł:

  • antropolog jako wizytator nędzy
  • kultura ubóstwa jako kultura pełnoprawna;
  • wstyd uzewnętrzniony: pusta komunikacja i wewnętrzne widowiska;
  • biedaszyby, kopacze, umiejętności: aktywna wiedza ciała;
  • „wewnętrzny obrót” i rozdrobnienie transakcji;
  • sprawcza alienacja i panowanie nad środowiskiem;
  • samowystarczalność, sub-zystencja: nagromadzenie i przetwarzanie dóbr.

No i oczywiście ta nadrzędna, wskazana już w tytule książki, kategoria praktykowania niemocy, która może okazać się nośna – przeczuwam – w odniesieniu do znacznie szerszej klasy zjawisk niż tylko zbieracko-łowieckie kultury (strukturalnego) bezrobocia.

* * *

Wśród moich znajomych (w tym: sieciowych) nie ma praktycznie nikogo, kto nie dzieli doświadczenia obcości, takiego jak opisane np. przez Olgę Tokarczuk w rozmowie pod dość żałościwym tytułem Proszę o miejsce dla odmieńców.

Jest nas cała cholerna armia ludzi czujących się obco w sferze „normalności” rozpiętej między scyllą neoliberalnego zniewolenia do konsumpcji a charybdą katolicko-narodowego świra. Ale nie mamy prasy, pieniędzy, reprezentacji parlamentarnej; nasze poglądy – nie wystające w zasadzie poza mejnstrim zachodnioeuropejski czy skandynawski – są traktowane jako dewiacja przez dominujący w polskim skansenie kołtuński religio-rynkizm.

I teraz pytanie: jak praktykujemy swoją niemoc?

Niezłe badawcze pole dla antropologa. Badacz Internetu mógłby zająć się na przykład (spod hasła: „ironia broń słabych”) mikro-pospolitymi-ruszonkami środowiska „ttdkn”, które za cel stawiają sobie „tłuczenie buca”, „strollowanie frondziarzy” i podobne akcje obśmiania mentalnego potworka rodem ze wspomnianego skansenu. Ale czy to rzeczywiście zabawne? Mnie się raczej rzuca do oczu podszewka grozy i poczucie beznadziei. Byłażby to zatem jednak jedna z „praktyk niemocy”?

* * *

Jak już mówiłem, mam zajętą wyobraźnię.

Mam alergię na patos, trąby, tłumy, przewodnictwo kapłanów, frazesy polityków, dziennikarskie wzruszenia na wizji i pytania w stylu „Kto poleciał zamiast pana?”. Nauczony doświadczeniem po żałobnym teatrze umierania JP2, tym razem odciąłem się konsekwentnie od telewizji. Choć tragedia tej katastrofy, w odróżnieniu od tamtego naturalnego umierania, jest nie tylko symboliczna: jest realna i przejmująca.

Ale do internetu (w tym: do prasy) zaglądam, pomijając wszakże wstępniaki (por. powody alergii wyżej). I chciałbym polecić parę tekstów, na które się nadziałem.

Profesor Małgorzata Kowalska przedstawia poniekąd psychoanalitycznie zbiorową historię ostatnich dni w tekście Przerwany poród sensu, czyli od tragicznego absurdu przez majączący sens do codziennego absurdu ponurej farsy (polityki w wydaniu polskim). Pisze:

Pierwszym efektem katastrofy było więc wywołanie powszechnego odruchu „wzniosłej obłudy”, pozwalającej dotychczasowym przeciwnikom prezydentury Lecha Kaczyńskiego i realizowanej przezeń „polityki historycznej” zestroić się emocjonalnie z jego zwolennikami. Proszę mnie dobrze zrozumieć: Sensotwórczy potencjał tego fenomenu polega nie na tym, że faktycznie zaciera on polityczne i ideowe podziały (co ani faktycznie nie miało i nigdy nie ma miejsca, ani nie byłoby stanem pożądanym), lecz na tym, że odsłania najbardziej elementarny wymiar międzyludzkich relacji – wszystko jedno, czy nazwiemy go eschatologicznym, etycznym czy egzystencjalnym. A odsłonięcie tego wymiaru jest w życiu społecznym i politycznym tak rzadkie, że zasługuje na miano wydarzenia.

Wiąże ona przerwanie tytułowego „porodu sensu” z decyzją wawelską, nie inaczej niż wielu innych. Dziwne doprawdy (a może i nie dziwne, zważywszy na inne oznaki, hm, niespójności) wyznanie Magdaleny Środy:

Choć nie jestem sentymentalna, Wawel uważam za święte historyczne miejsce. [...] Kraków i Wawel to nasze dobro narodowe, serce historii Polski. [stąd]

...wyznanie nasuwające natychmiast wątpliwość, o jaki to rodzaj „świętości” może chodzić, zestawię ze znacznie bardziej odpowiadającym mi tekstem Anny Zawadzkiej Mam gdzieś Wawel, który zaczyna się tak:

Nie cierpię Wawelu. Nie cierpię tego typu miejsc bogoojczyźnianych pielgrzymek i narodowych uniesień. Nie cierpię kapiących przepychem, złotem i purpurą ołtarzy monarchii. [...]

Stiuki, wazy, gobeliny, mozaiki, rzeźby, żyrandole, portrety dam, obrazy bitew, historie królewskich rodów to przejawy epok, które je stworzyły, to zapis ówczesnych gustów, to przejaw zasobności dworu. To butne manifestacje przepaści, jaka dzieliła władających od poddanych. Wozimy tam kolejne szkolne roczniki z całej Polski. Zmuszamy dzieci, by na te widoki pokorniały. Szkolimy w podziwianiu autorytarnej, nieznoszącej sprzeciwu, aroganckiej władzy. [...] na Wawelu próżno szukać znaków, że za czasów monarchii żył — i jak żył — ktokolwiek poza rodziną królewską, dworem i obsługującymi go artystami. Nikt zwiedzającym Wawel nie powie, że w tamtych czasach nie na tron mieliby szanse, lecz na odrabianie pańszczyzny, opłakiwanie synów wcielanych do armii albo patrzenie, jak bezkarność panów niszczy życie najpierw im, a potem ich córkom. Bo na Wawelu nie ma historii choćby tych, którzy go budowali własnymi rękami. Ani tych, którzy musieli wykarmić jego dwór. Nie ma tam pamiątek po ludziach, którzy feudalizmu czcić nie mają za co. Chętniej by go przeklęli.

Też mam gdzieś Wawel – w tym powyższym sensie (nie czas mówić o urokach prowincjonalnej architektury) – a kwestia wawelskiego pochówku jest mi zasadniczo obojętna (z dokładnością do współczucia dla Marty Kaczyńskiej, która to emocja wynika wyłącznie z wyobraźni).

Natomiast tryb podejmowania takich decyzji – już nie. W streszczeniu: Kościół przejął państwo, odtwarzając wzorzec czasów pierwszej Rzeczpospolitej (prymas interrexem etc.); klamrę domyka specjalny wysłannik BXVI, który nadleci z Rzymu, by poprowadzić msze, potwierdzając ciągłość namiestnictwa.

Do jeszcze innych wzorców „hieratycznego zastygnięcia” sięgnął Marceli w działającym na wyobraźnię komentarzu, który zaczyna się tak:

Problem nie polega na tym, gdzie zostanie pochowana pani Maria i i jej mąż, tylko na tym, że ze wszystkich patriotycznych schematów, wżartych w polski mental, zafundowano nam real life wersję Faraona by Bolko Prus. Już próbowałem o tym u WO, ale chyba za szybko, teraz drugie podejście.

Nagle, decyzją najwyższego kapłana kraju, nakazuje nam się wierzyć w nowego boga, który zgodnie ze staroegipską tradycją, zostaje pospiesznie dopisany do reszty panteonu, co jak wiadomo, wystarcza w pełni za usprawiedliwienie jego zaprzeszłych działań. Kapłan sytuacje ma o tyle ułatwioną, że splot mitologicznych skojarzeń związanych ze śmiercią faraona, bardzo ułatwia deifikację – faraon, jak tradycja nakazuje, wraz ze śmiercią pociągnął cały orszak, zginął wypełniając „obowiązek wobec ojczyzny”, odszedł egzorcyzmując „przeklętą ziemię”, a jego śmierć można uznać za symboliczne zamknięcie 70 letniego okresu smuty, gdy rządzili nami obcy faraoni, nie pozwalający mówić prawdy i narzucający swoich bożków.

Na czym się nie jednak kończy; polecam doczytanie reszty.

Ostatnie przywołanie, tym razem rozmowy z Agatą Bielik-Robson, opatrzonej tytułem Polska żałoba. Między świętem a dajanizacją. „Dajanizacja” to proces narastania zbiorowej egzaltacji (termin ukuty od wydarzeń po śmierci Lady Di). Choć wyjaśnienia ABR (za m.in. Girardem) wyglądają na proste (co nie znaczy, że fałszywe!), warto tam zajrzeć po parę przydatnych kategorii, które pozwalam sobie pogrubić w poniższym cytacie:

Jedności nie można budować na niczym innym, jak tylko na negatywnym odniesieniu. Zawsze jest wróg ukryty. Zawsze ktoś jest winien. Nie ma innych rytuałów jedności. Girard ma absolutnie rację. Każde odróżnicowanie, każde pojednanie podszyte jest wskazaniem na winnego. Na tego, który zadał ranę tej jedności, który jątrzył, na tego, który jest odpowiedzialny za konflikt. Przecież we wszystkich tych rytuałach jedności odzywa się archaiczna zasada nietolerancji na konflikt. Polska przez swoją katolickość i głęboko nieoświeceniową tradycję, przez swoje zanurzenie w iście matriarchalnym micie, ma minimalną tolerancję na konflikt, czyli na coś, co w istocie stanowi normę życia politycznego.

Właściwie każda z przytoczonych opinii może stać się punktem wyjścia do neverending dyskusji. Która może nie przystoi żałobie, a na którą – z drugiej strony – pewnie nie będzie miejsca, gdy skończy się czas pogrzebów, a wydarzenia ruszą z kopyta.


W komentarzach cytaty i linki do kolejnych, ciekawych wg mnie, tekstów.

« Older entries