blo

You are currently browsing the archive for the blo category.

Nie jestem dziećsieć #dzieci-sieci, więc moja główna (i absurdalna) pretensja do sieci jest taka, że nie kumuluje. Doświadczenie jednostkowe (jakoś tam) kumuluje, księgozbiory czy płytozbiory kumulują, nawet poglądy. Następne ma się jakoś do poprzedniego, jakoś z niego wynika (albo mu zaprzecza). Raz przeszedłszy jakąś drogę do pewnego X, nie musisz jej nieustannie powtarzać, nie krążysz po świstaczemu w świecie preX, już jesteś postX, skumulowało ci się.

Sieć nie kumuluje. Chwilowe spotkania, nietrwałe plemiona, doraźne koalicje, leibnizowskie nisze z oscylującymi fazami osmozy. Linki w twoich starych blogonotkach więdną, czernieją embednięte tubki. Cienkie linie porozumienia wiją się jak trajektorie brownowskich cząsteczek, aż pojawia się bifurkacja i fru. Furkot bifurkacji, masowe i niszowe odloty, niegdysiejsi rozmówcy obsiadają jakieś lokalne grzędy skwaszeńców i zoilują, udając, że się świetnie bawią. Ptasiość, wyspy guana, migracyjne szlaki. Innych znowuż porywa z sieci lajf, pojedynczo albo zbiorowo (co jest poniekąd gorsze, bo wracają do sieci jakieś cielesne odgłosy, gdy się socjalizują, obżerają, chleją i kopulują, nieusuwalnie bladawczy gatunek).

No i segmentacja. Ten się sfejsbuczy i poznika zewsząd indziej, a tamtego znowuż Cukierman wypieprzy na pysk i się automatycznie zdekumuluje tym na przykład ludziom, którzy zakopali (na rdzę, na próchno) stare karabiny rss-ów, zapominając o wszelkim oporze wobec przemysłu globalnego zombizowania. Ale, aby nie było, że to tylko oni, wpadnie na bloga lurker i komentarzem pełnym wyrzutu (np. blipzabijablogi) przypomni ci, że jeśliś smutny, to sam pełen winy.

* * *

Takie oto myśli krążyły mi po głowie, gdy nadziałem się blogonotkę, która (była piąta rano po półbezsennej nocy, mrok i dark jazz, pora, gdy nawet kraczące krakauery kreczują) ożywiła mnie językowo.

Człowiek, z którym scementował mnie jego (świetny) tekst o jedynej i niepodważalnej, wyjątkowej wielkości Bacha (i który tego teksta – nie uwierzycie! – wziął i z sieci wykasował), pisze tak:

Berlin zbankrutował dawno temu, ale próbował trzymać fason. Teraz jest kryzio i zbankrutowało wszystko, łącznie z fasonem. Trudno. Takie życie.

Kryzio. Automagicznie widzę natychmiast jakąś mglistą postać z twarzą exprezydenta Kwaśniewskiego (prezia), która coś lepkimi łapkami pod jakimś stołem majdruje, a nad stołem zwiniętą w trąbkę paszczą wygulguje z siebie jednostajny ciurek frazesów.

Albo pisze tak:

[...] widok dziuń, które odchodziły od drzwi [...]! Ten bazylich, którego mi sprzedały widząc, że zmierzam tam ubrany w marynarkę – bezcenny!

„Dziunia sprzedała mu bazylicha”. Lubię takie, jest w tym Chabon, jest w tym blask. A niech się tam panu, panie Trzyemski, bajty darzą!

* * *

Tymczasem zaś zrobił się dzień, wiosna, więc trochę już pogodzony z bifurkacją, segmentacją, śmiercią, zauważam, że (no tak) sieć nie kumuluje. To przygodność. I co jej powiedzieć? Może: ahoj?

9 razy uznano, że da się to czytać

Portalik 300polityka.pl (już tutaj pobieżnie obnocony) wyraża głębokie zadowolenie, że

Kancelaria Prezydenta zaczyna chwytać, o co chodzi w social media

bo

Dziś na profilu prezydent.pl na Facebooku pojawił się sześciominutowy klip – mini dokument zrealizowany w czasie wizyty prezydenta Komorowskiego w Afganistanie.

Co oznacza, że

Kancelaria Prezydenta zaczyna rozumieć, że w social media to nie tylko tekst, ale zdjęcia i klipy wideo stanowią najpotężniejszą broń polityczną. I to zarówno infografiki, wiralne klipy, spoty czy też „zwykłe” zdjęcia są najważniejsze jeśli chodzi o przyciąganie zainteresowania i tłumaczenie problemów.

Słówko wiralny wprawia redaktora 300polityka.pl w ekstazę, najwyraźniej traktuje on „wiralność” jako cechę własną klipu, niejawnie postulując, by politycy, którym zależy na posiadaniu „skutecznej broni politycznej”, publikowali więcej wiralnych klipów. To takie proste.

A za wzór stawia Biały Dom. Serwis internetowy whitehouse.gov zamieszcza natychmiast najświeższe fotografie Obamy i w ten sposób, na przykład

gdy prezydent USA rozmawiał z Hamidem Karzajem na temat masakry afgańskich cywili, dokonanej przez amerykańskiego żołnierza, na oficjalnym koncie Białego Domu natychmiast pojawiła się fotografia pokazująca rozmowę. Foto błyskawicznie rozeszło się wśród tamtejszych dziennikarzy i komentatorów. I po sieci. W ten sposób zespół ds. nowych mediów prezydenta podkreśla powagę sytuacji i zaangażowanie administracji w załagodzeniu tej sprawy. [podkr. moje – n.]

Filmik z Komorowskim jest co prawda również (czy może: przede wszystkim) na oficjalnej wideo-stronie prezydenta, ale przecież de facto na YouTube. Redaktor 300polityki za istotne uważa wszakże, że wrzucono go na Facebooka. Z kolei foty Obamy (podkreśla redaktor) są udostępniane na Flickr i [znowu to militarne słownictwo]

stanowią oręż używany w trakcie dnia, jako taktyczne wsparcie dla komunikatów prasowych i bardziej tradycyjnych metod komunikacji

* * *

YouTube to Google. Flickr to serwis, który w marcu 2005 roku

został zakupiony przez Yahoo! i w czerwcu tego roku wszystkie zdjęcia przeniesiono z Kanady na serwery w USA, co spowodowało że od tej pory podlegają amerykańskiemu prawu federalnemu [pl-wiki]

a z kolei Yahoo! (przypomnijmy)

jest krytykowany za współpracę z rządem Chin w cenzurowaniu dostępu do Internetu oraz prześladowaniu chińskich internautów [tamże]

Gdy idzie o Facebooka (czy Google), dość powszechnie znane są kontrowersje związane z ochroną danych osobowych, handlem informacjami (reklama) itd., nie będę tego rozwijać.

I o to także „chodzi w social media”, proszę zachwyconego entuzjasty z 300polityka.pl.

Czego się czepiam? Bezrefleksyjnego stawiania znaku równości między „mediami społecznościowymi” a kilkoma globalnymi korpo, które mają o rząd wielkości mniej powodów, by wysoko na liście priorytetów umieszczać interesy obywateli, niż tzw. państwo narodowe. Obywatel może jedynie takiego korposa cmoknąć w tubkę, i tyle jego [praw]. (Ale może nie powinienem się czepiać symbionta Twittera, bo tym w gruncie rzeczy jest 300polityka.pl.)

* * *

Świeżo powstały śmieciowy portal naTemat.pl przekroczył kolejną barierę w dziele zamiany obywatela w korpobywatela. Oto jawnie i bezczelnie dokonstruował do bezmiaru swoich miałkich publikowanych treści system komentowania zintegrowany z Facebookiem. Nie masz konta na Facebooku? Nie pokomentujesz sobie na temat. (Nie żeby było jakoś szczególnie warto, to inna sprawa.)

Niektórzy uznają ten właśnie ruch zespołu Lisa za jedyny godny pochwały. Zapewne ze względu na fakt, że polityka „jawnościowa” Facebooka zmierza restrykcyjnie do sytuacji, w której fejsbukowicz znany jest z (prawdziwych) imienia i nazwiska oraz innych (skrzętnie gromadzonych) danych osobowych.

Dzięki temu (domyślamy się sensu tej pochwały) portal naTemat.pl unika ch@mstwa anonimowych komentatorów. Słyszy się też o zamiarach dot. podobnego skorpobywatelizowania klienteli innych, bardziej zasiedziałych w Polsce portali informacyjnych.

* * *

Miałkie treści dla korpobywateli. Nowoorwellowska metoda na produkcję „zadowolonego niewolnika”. Czemu jednak nazywa się ewolucję w tę właśnie stronę „rozwojem mediów społecznościowych”? To jakiś mentalny wiral.

10 razy uznano, że da się to czytać

Jarosław Lipszyc odniósł się z uznaniem do tekstu Marka Beylina:

Bardzo mądry tekst Beylina o zagrożeniach związanych z rozwojem technologii w ustroju demokratycznym. W pełni podzielam te obawy. I przypominam o prawie do anonimowości, która — jak stwierdził amerykański Sąd Najwyższy w sprawie McIntyre vs Ohio Elections Commision — jest „tarczą chroniącą mniejszość przed tyranią większości”. [źródło: fejsbuk]

Co prawda, w tekście Beylina nie ma słowa o „rozwoju technologii” – choć pisze on o Internecie, to równie dobrze mógłby pisać o „opinii (czy nastrojach) ulicy” (takie sformułowania sa typowe dla reprezentowanej przez Beylina, normalka w Wyborczej, moralizującej pozycji światłego obywatela). Co prawda, uwaga o „prawie do anonimowości” nijak się ma do tez Beylina, któremu wszystko jedno, czy użytkownicy Internetu, co to mogą ustanowić „dyktaturę większości”, są anonimowi czy też nie. Co prawda, sam Lipszyc natychmiast dopisuje takie oto zastrzeżenie:

Co nie znaczy, że podoba mi się frazeologia Beylina. Nie podoba mi się, i absurdalne wycieczki na temat „chamstwa w sieci” mógłby sobie darować. Internet jest płotem, na którym pisze społeczeństwo, i jeśli spojrzeć na ten płot obiektywnie, to społeczeństwo mamy całkiem-całkiem.

I dodaje:

Ale ma rację [Beylin], że demokracja reprezentatywna jest narzędziem umożliwiającym nam podejmowanie decyzji ważnych, choć niekoniecznie popularnych. Decyzji chroniących mniejszości, wykluczonych czy po prostu słabszych. Internet może być pożytecznym narzedziem kontroli władzy i może być pożytecznym narzędziem organizowania się obywateli, ale nie jest panaceum na wszystkie problemy ustroju demokratycznego. Boję się łatwych do sfałszowania wyborów przez internet, boję się kontroli obiegu informacji i poczynań obywateli, wreszcie boję się nowych sposobów manipulacji opinią publiczną.

„Ale ma rację”. Czy ktoś jednak serio polemizuje z postulatem, aby demokracja reprezentatywna podejmowała decyzje ważne, choć niekoniecznie popularne? W sferze życzeń, mam wrażenie, panuje daleko posunięta zgodność opinii. W sferze oceny, czy istotnie [nasza, tu w Polsce] demokracja reprezentatywna takie właśnie decyzje podejmuje, jest trochę gorzej. Czy nasza demokracja po ’89 istotnie broni świeckiego państwa wbrew katolickiej większości? Albo ekonomicznie słabszych / wykluczonych? Może równouprawnienia? Szkoda miejsca na dalsze konkretyzacje, idźmy dalej.

Sam podzielam pogląd Lipszyca, ten sformułowany we fragmencie rozpoczynającym się od słów „Internet może być pożytecznym”. Czy którekolwiek z tych ważnych zastrzeżeń stało się przedmiotem refleksji Beylina? Nie.

Niemniej, to jakoby „bardzo mądry tekst”.

Otóż nie, to tekst tak zły, że nawet nie bardzo wiem, od której strony go napocząć.

Pisze Beylin:

Jeszcze kilka lat temu media co i raz publikowały informacje o tym, jak sieć ułatwia niszczenie ludzi. Nawet doprowadza do samobójstw. Zdjęcia robione komuś w intymnych sytuacjach i pokazywane masowej publiczności; słowne nagonki, wyrzucające bezbronne jednostki poza swe społeczności, kłamstwa, których nie ma jak prostować, bo rozchodzą się w sieci z błyskawiczną prędkością — pod wpływem takich wiadomości Internet zdawał się nie tylko narzędziem wolności, lecz także siłą, która z niespotykaną dotąd skutecznością może odbierać ludziom godność i rujnować życie.

Tyle że to samo można powiedzieć o sile plotki i obmowy. O nonkonformizmie, który zawsze jest wystawiony na ryzyko przemocy ze strony większości. O przemocy wobec rozmaitych mniejszości, nie równoważonej przez prawo, a zwłaszcza praktykę instytucji powołanych przez „demokrację reprezentatywną”. O masowym udostępnianiu zdjęć naruszających intymność przez papierowe tabloidy i internetowe portale (tak, panie Beylin, również te z pańskiej „rodzonej” korpo, Agory), a niekoniecznie zdziczałe w sieci osoby prywatne. Czy wreszcie o zachowaniach władzy, która (jakże często bezkarnie) dopuszcza się niczym nie usprawiedliwionej przemocy wobec „bezbronnych jednostek”.

Na czym polega mój sprzeciw? Na tym, że z jednej strony mamy społeczeństwo „całkiem-całkiem” [wg Lipszyca], a demokrację, jak trzeba, reprezentatywną, ale z drugiej strony mamy społeczeństwo pod wieloma względami paskudne, a instytucje demokracji reprezentatywnej – niewydolne albo wręcz przyczyniające się do łamania praw mniejszości, do multyplikowania wykluczonych i nie za skutecznie broniące słabszych.

Więc się pytam: co jest mądrego w selektywnym czepieniu się Internetu? Zwłaszcza gdy jego siła (i słabość) jest taka sama, jak siła (i słabość) tzw. opinii publicznej wyrażającej się innymi kanałami obiegu informacji.

I dalej pisze Beylin:

Ta wiara w sieć stowarzysza się z nasilającą się wiarą w demokrację bezpośrednią. Ludzie sami stowarzyszają się i wymuszają na władzy ustępstwa i pożądane decyzje. Ta zwielokrotniona przez Internet siła mobilizacji może być ratunkiem i błogosławieństwem dla społeczeństw. Ale kto widzi w tym mechanizmie jedynie demokratyczną sielankę, ten brnie w głupstwa. Bo cena za tą siłę budowania masowej opinii może być niebłaha. A jest nią tyrania większości. W przypadku Internetu większości tworzących się doraźnie, od sprawy do sprawy.

To jest walka z chochołem. Jakiej, na litość, większości? Kto siedzi w mianowniku, żeby powstał w tym „równaniu” ułamek większy od połowy? Miliony ludzi (nadal) bez dostępu do Internetu? Ci, którzy sympatyzują z postulatami w danej sprawie, ale ani kliknęli lajka fejsbukowego, ani wyszli na ulicę? Skąd wiadomo, ilu ich jest? A tych drugich? Przeciwników w danej sprawie?

Intelektualna zagadka tygodnia.

Beylin podsuwa (fałszywe) rozwiązanie:

Widzimy, jak w sieci traktowani są ci, którzy podpadają jakiejś społeczności. Nie mają szans, by ich wysłuchano ani by szanowano ich osobną opinię. Bo Internet w stanie zbiorowej mobilizacji nie daje przestrzeni jednostkom. Nie dba o ich wolność. Podobnie jak wzmożone zbiorową wiarą czy histerią społeczeństwo.

Gdy się poskrobie tę wypowiedź, to wychodzi na to, że Beylin jest przeciw populizmowi (ostatnie zdanie) – nic dziwnego, na tym polega rola „światłego obywatela”, żeby wiedział lepiej – a konstrukcję „jednostka kontra nie słuchająca innych opinii jakaś społeczność” próbuje podporządkować temu właśnie, populistycznemu kluczowi.

Dlaczego „jakaś społeczność” ma szanować – głupią / nierozsądną / bezczelną / jawnie fałszywą / zdekonstruowaną co do ukrytego interesu własnego (ale pretendującą do „obiektywności”) / ubabraną w ideologię (której jakaś społeczność nie podziela) – opinię?

Jakaś społeczność czy to w Internecie, czy w tzw. realnym życiu, nie ma obowiązku dbać o własną reprezentatywność ani obiektywność (o tę to w ogóle cholernie trudno). Trzeba zadać inne pytania. Jakie medium komunikacji jest najbardziej (i rzeczywiście) pluralistyczne? Internet, proszę pana. Jednostka bezbronna w jednej jakiejś społeczności, jest liderem opinii w innej.

Albo takie pytanie: czy władza wywiązuje się z wymaganych prawem konsultacji we właściwy sposób? Za diabła. Powinien pan (w obronie prawa i demokracji) po rękach całować jakąś (nie twierdzę, że każdą) społeczność, że umiała przemówić głosem na tyle niepomijalnym, by władzę – nie mam złudzeń, że z powodów innych niż wizerunkowe – ocknąć.

A na koniec cytat, który może zabić (ostrzegam):

Trwają właśnie prace nad zagwarantowaniem wolności w Internecie.

Co jest warta pańska, panie Beylin, retoryka (której pustkę, co starałem się wyżej pokazać, tak łatwo obnażyć), gdy ukoronowana jest na domiar złego takim absurdalnym zdaniem?

Proszę się zastanowić. Czyjej wolności? Wolności rządu (czy korporacji) do nieustannie ponawianych prób „grodzenia” Internetu? Czy może wolności użytkowników do tego, by takich prób nie było? „Rząd pracuje nad daniem sobie po chętnych do regulowania i kontrolowania łapach”. Brawo.

A mógłby jeszcze

przy tej okazji sformułować przynajmniej kodeks dobrych praktyk internetowych

Dobra praktyka rządu to brak złych praktyk. Nie mylić z ogólnikową i nie poddaną żadnej refleksji „wolnością”.

11 razy uznano, że da się to czytać

Ta żałobna notka zawiera parę trafnych uwag, parę luk i jedną (z gruntu) płonną nadzieję (a także nieco polemiki w komentarzach). Do trafnych uwag zaliczam stwierdzenia: że żałoba (narodowa) jest spektaklem, że na rzecz żywych, że „śmierć wielu ludzi naraz” ma inny wymiar niż śmierci indywidualne (choćby ich łączna liczba powszednia przekraczała o rząd wielkości tę jednorazową zbiorową). Płonną nadzieję przywołam cytatem:

To właśnie częste wprowadzanie żałoby narodowej, która jest niczym innym jak wielkim spektaklem, w którym wielu ludzi naraz mówi: „jest mi przykro, że twoja matka nie żyje”, w połączeniu ze zdrowym merkantylizmem może doprowadzić do wykształcenia się nowej, sensownej normy, w której mówienie: „jest mi przykro”, nie będzie musiało wiązać się z panikarskimi, kiczowatymi komunikatami w mediach, zamkniętymi sklepami i odwołanym koncertem; słowem, do powstania Umiaru.

Luki zaś skłoniły mnie, aby spróbować jeszcze raz, po kolei.

powody

Zasadniczo są dwa powody ogłaszania żałoby narodowej:

  • umarł Nasz Wielki Krewny
  • napadnięto nas

W pierwszym wypadku celem żałoby narodowej jest skonsolidowanie społeczeństwa (narodu, wyznawców) jako rodziny po stracie jej wybitnego przedstawiciela. Naszym Wielkim Krewnym bywali: cesarze i królowie, prezydentowie i premierzy państw (obecni lub byli), głowy Kościołów, inni ważni politycy, osoby publiczne, wokół których zorganizowane były emocje narodowe (or compatible; a to na przykład: albańsko-indyjska Matka Teresa, australijski przyrodnik Steve Irvin, brazylijski kierowca Ayrton Senna, kanadyjski hokeista Maurice Richard, kirgiski pisarz Czingiz Ajtmatow, macedoński piosenkarz Toše Proeski, portugalska fadista Amália Rodrigues, księżna Walii Diana, węgierski piłkarz i trener Ferenc Puskas).

W drugim wypadku, napaści dokonali ludzie, poprzez: wojny (w tym: domowe), zamachy terrorystyczne – pozapaństwowe i państwowe, zamachy stanu, rzezie i masakry, zabójstwa indywidualne (np. Olof Palme). Albo żywioły. Takie jak: trzęsienia ziemi, tsunami, powodzie, pożary lasów, osuwiska ziemne i lawiny błotne, los. Ten ostatni żywioł odpowiada (zasadniczo) za wszelkie katastrofy: wahadłowców, lotnicze, pociągowe, autokarowe, górnicze, budowlane, wybuchy gazu, eksplozje w zakładach chemicznych, pożary z masową liczbą ofiar (szpitale, domy dziecka, domy opieki, kluby nocne, całe dzielnice mieszkaniowe).

(Nawiasem mówiąc, z tego zestawienia powodów wynika poniekąd, czemu żałobę narodową ogłoszono po katastrofie smoleńskiej aż w 21 [dwudziestu jeden] państwach, gdy np. w związku z zamachem na WTC i Pentagon – w 3 [trzech] [dopisane: 8 wg innych źródeł].)

znaczenie

Poza wymiarem omówionym w linkowanej notce (rytuał pogodzenia ze śmiercią: co do zasady tożsamy z żałobą prywatną, indywidualną), zasadniczo ogłaszanie żałoby narodowej ma dwa wymiary:

  • symboliczna dystrybucja straty (i jej dolegliwości) w całym społeczeństwie (narodzie, zbiorowości wyznawców)
  • uruchomienie polowania na kozła ofiarnego

W pierwszym wymiarze chodzi o nałożenie na zbiorowość realnych (choć indywidualnie drobnych) dolegliwości, symbolicznie rekompensujących faktyczną stratę (śmierć, straty materialne, dezorganizację, chaos). Odwołać rozrywki, zamknąć sklepy itd.; zakłócić codzienność. To jest (moim zdaniem) nieusuwalny wymiar żałoby narodowej i dlatego nadzieja, że wykształci się „nowa, sensowna norma” prowadząca do Umiaru (por. cytat wyżej) jest płonna. Żałoba narodowa bez współdzielenia przykrości nie ma sensu.

Gdy idzie o drugi wymiar, sprawa jest bardziej skomplikowana. Tam, gdzie „winny” jest oczywisty (naturalna śmierć Naszych Wielkich Krewnych, napaść dokonana przez ludzi i przez wszystkie żywioły poza losem), poszukiwania kozła ofiarnego muszą być przekierowane na „kozła zastępczego”. Pierwszym i natychmiastowym kandydatem są ludzie, którzy unikają podjęcia obowiązku żałoby (por. niżej, punkt kontestacja), choć w wypadku żywiołów (naturalnych) pojawia się też katastrofa wtórna (tym razem już „los”), obejmująca całokształt przedsięwzięcia techniczno-logistycznego pn. „minimalizacja skutków i pomoc ofiarom” i otwierająca nowy obszar polowania na kozła.

Pozostaje nam więc kategoria „los” budząca też – to zrozumiałe – najwięcej kontrowersji. Czy rzeczywiście był to los, czy zaniedbanie? Kto zaniedbał? W jakich warunkach mogło do tego dojść? Itd. Polowanie na kozła ofiarnego jest tu w oczywisty sposób sprzężone z odpowiedzialnością władz (bezpośrednią czy pośrednią). Ogłaszanie żałoby narodowej jest naturalnym sposobem władz na zapewnienie sobie alibi.

„Energia szoku” społecznego jest więc przekierowywana na te dwa sposoby: obciążenie dolegliwością i spektakl polowania na kozła ofiarnego. I są to dwa (poza tym ogólnoludzkim, co do zasady tożsamym z żałobą prywatną) wymiary polityczne żałoby narodowej.

kontestacja

Ma wiele twarzy. Dwie są oczywiste:

  • to nie był nasz krewny („nie płakałem/łam po papieżu” itp.)
  • poszukiwania alibi przez władze są zbyt grubą nicią szyte

Ale pojawiają się (np. w komentarzach do linkowanej notki) inne powody, oto odebrano nam możliwość prawdziwej żałoby:

w tym konkretnym przypadku żałoba jest spektaklem na potrzeby telewizji, bo, nie oszukujmy się, poskręcane zwoje metalu i ciał są bardzo atrakcyjne wizualnie. I obuż jest na to, że Komorowski wykonujący rozkazy TV Paniki odbiera nam możliwość jakiejkolwiek żałoby. Pozostaje tylko wkurw na inflację wzruszeń i pełzającą taniość. [inż. Mruwnica]

Kochani, muszę was rozczarować. Innej żałoby nie będzie. Jeśli nie przekonuje was analiza powyżej, to dodam jeszcze następujące. Żyjemy w społeczeństwie spektaklu, a zatem spektaklu – i jego eskalacji – nie da się uniknąć. Nadto żałoba (ta „prawdziwa”) dotycząca osób, z którymi nie jesteśmy bezpośrednio emocjonalnie związani, jest trudna. Wymaga uruchomienia wyobraźni, empatii, człowieczeństwa. A one nie zatrzymują się na granicach. Dlatego nacjonalistyczny (czy wyznaniowy) charakter żałoby narodowej jest „pierworodną” skazą tego rytuału. „Prawdziwa” żałoba może się rozegrać w prawdziwych wspólnotach, opartych na realnej, a nie przygodnej czy sztucznie indukowanej („naród”) więzi.

Taka więź jednak niekiedy się pojawia. Nie warto tęsknić za prawdziwą żałobą w skali narodowej (państwowej). One się zdarzają, bo zdarzają się napaści o skali olbrzymiej. Wojny. Trzęsienia ziemi. Tsunami. Nie ma dobrych powodów, by ich nam brakowało.


PS Dane dot. liczności państw, które ogłosiły żałobę narodową w związku z katastrofą smoleńską i 9/11 – za polską wikipedią. I tam też pretensje.

9 razy uznano, że da się to czytać

Serwis 300polityka.pl ma (chyba) ciut ponad miesiąc. Pod pewnymi względami jest koszmarny, pod innymi – budzi zaciekawienie. Koszmarny jest wygląd (głównie przez użycie – na sztywno – kroju pisma, który nadaje się na wyrazisty przykład, czego nie należy używać w takim zastosowaniu). Zaciekawienie budzi skromny ilościowo skład redakcji i (odruchowo mówię: chwalebna) zwięzłość zamieszczanych materiałów.

nazwa

też jest po stronie plusów. Już po pobieżnym zbadaniu widać wyraźnie, że naturalnym środowiskiem serwisu jest twitter; 300 to 2*140 plus jeszcze trochę, jest tu więc sugestia ćwierczącej krótkości, wszakże bardziej rozbudowanej. Nazwa czytana po sieciowemu (cyfry jako litery) ujawnia się jako „zoo polityka”, co jest oczywistym nawiązaniem do arystotelesowskiego „zwierzęcia politycznego” (zoon politikon), zabarwionym jednak dawką zdystansowanego cynizmu („ależ zoo...”).

charakter

serwisu, wyjaśniony w o nas czy w FAQ-u, jest jednoznaczny: ma dostarczać pokarmu ludziom zainteresowanym technologią publicznego istnienia władzy. To optyka dziennikarska, poetyka newsroomu, dane dla profesjonalnego spinu i zawodowych czy amatorskich ćwierkaczy.

nie lubię

twittera, jego niedostatki technologiczne (i estetyczne) idą dla mnie w parze właśnie z tym typem politycznej klienteli. Mówię (brzydko), że to platforma dla spoconych facetów, spoconych, bo są w biegu, bo są niepewni siebie (więc nieustannie wysyłają sygnały potwierdzające własną ważność, a często – samo istnienie), bo jadą na sztucznie indukowanej adrenalinie, powtarzając „ważne” plotki, formułując (przeważnie durne, no bo, proszę państwa, w 140-tu to se można) opinie i pilnie obserwując, czy i kto je roznosi dalej. A facetów – sam nie wiem czemu, mam wrażenie, że klientela tamtejsza machoistycznie nadyma się i puszy, niezależnie od płci biologicznej.

Ze względu na takie przeznaczenie i charakter serwisu, skłonny byłbym uznać, że (pozostając w metaforyce karmienia) 300polityka to bardziej

lizawka

niż karmnik (czy paśnik), urządzenie pomocne w wyrównywaniu ubytku soli (np. wskutek pocenia). Czy jednak rzeczywiście? Czy klasyczne (już) medium polityczne, telewizja TVN24, gromadzące wybitnych specjalistów od nieznośnego rozwłóczania wszystkiego, by zajęło więcej czasu (a mają, niestety, 24 godziny do zapełnienia), od tanich melodram, od emo-onanizmu i polit-hucpy, od – jednym słowem – uprawiania rytualnego chaosu – czy to medium oferuje jakkolwiek treściwszą paszę? Nie.

Skoro jest więc to samo a krócej, czy nie opłaca się bardziej śledzenie tego zoo w 300polityka? Do rozważenia.

Chyba że chce się myśleć o uprawianiu polityki, a zwłaszcza o jej głębszym śledzeniu – inaczej. Jak? Może kiedy indziej.

4 razy uznano, że da się to czytać

« Older entries § Newer entries »