February 2012

You are currently browsing the monthly archive for February 2012.

Tekst Kai Mikoszewskiej zajawiony tutaj wzbudził spory (zwłaszcza nostalgiczny) rezonans. W dominującej części autobiograficznej brzmi szczerze (szczegóły się zgadzają, a autorka – jeśli to nie wyrafinowana ironia – nie boi się zwierzać z niegdysiejszej naiwności [*]) i to ten wymiar porusza współświadków epoki, choć ma to wyznanie również aspekt ideologiczny czy nawet (miejscami) ton manifestu. Inna rzecz, że termin „manifest” jest ostatnio zawłaszczany przez (również szeroko dyskutowany) artykuł Piotra Czerskiego, więc późniejszy (w sensie daty publikacji) tekst Kai czytany jest głównie pod innym kątem. No i – nic dziwnego, to streszczenie Moje dwadzieścia parę lat nerdyzmu – jest kopalnią tematów, gdyby komuś się chciało.

Co odnotowawszy, zatrzymam się u samego credo–istycznego początku.

Rodzice mówili, kiedy tylko przestali się bać, że mamy nieograniczone możliwości i wszystko zależy od nas. Zatem tworzyliśmy nasz świat – w tym to, co teraz znajdujecie w internecie. Byłam za młoda, żeby mieć wpływ na jego konstrukcję, ale ja go zapełniałam.

Jest więc taki jak ja. Należy go wietrzyć, nadawać kierunek, nie da się go zatrzymać. Potrzebne są zasady, ale prawie niczego nie da się zabronić, na wszystko znajdę sposób. Będzie robił to, co chcę, a nie chcę niczego złego.

Sieć to moja domena, ja wiem, jak działa. Pomogę, wytłumaczę. Ale nikt, kto nie wie, jak działa, nie będzie mi mówił, czego nie wolno.

Ludzkość od zawsze „zapełnia świat” (nazywamy to kulturą, w tym: tzw. materialną). To, co się przede wszystkim kumuluje – sztuka, nauka, technologia – jest na bieżąco dziełem reprezentantów (ludzkości), dziełem niektórych. Wszyscy (w jakimś stopniu) współtworzą język (powszedni), obyczaj, kulturę materialną, gusta epoki, trendy polityczne; piszą niekiedy listy czy pamiętniki, robią fotografie i amatorskie filmy. Ale ta część dzieła zapełniania świata jest na ogół (na przestrzeni dziejów) ukryta. Po latach przychodzą archeologowie (antropolodzy) kultury i zbierają materiały np. do serii „historia życia codziennego”. Pojawienie się masowych mediów (wcześniej druku) sprawę ułatwiło: to jakościowy skok w ilości i dostępności źródeł. Ale dotarcie do nich nadal było zapośredniczone przez hm, jakichś specjalistów.

Pokolenia sieci to pierwsze pokolenia w historii ludzkości, dla których „zapełnianie świata” odbywa się wraz z współbieżnie z tym zapełnianiem istniejącą i powszechnie dostępną „archeologią”.

Zbiorowa i nadążna, powszechnie dostępna pamięć, to wydaje mi się najważniejsze.

I powiedzmy sobie jasno: samo to jest przestępstwem wobec władzy (każdej; każda władza bowiem alienuje, technologia każdej władzy polega na kontroli i manipulacji, choćby miała ta władza gębę pełną inaczej brzmiących deklaracji).

Jednak również deklaracja z cytowanego tekstu: „a nie chcę niczego złego” jest w skali powszechnej kłamstwem. Świat jest zapełniany (w ramach ogólnego Zapełniania) przez ciągle te same i zawsze nowe formy zła. Sieć również jest ich pełna.

A puenta tego credo, cóż. Co zrobi Kaja Mikoszewska, gdy spotka kogoś, kto wie jak działa sieć, i powie jej, że jednak tego-a-tego nie wolno?


[*] pisze na przykład: „Na grupach dyskusyjnych dowiaduję się, że część książek, które czytam, to fantastyka i science fiction”, ojej, do rozpoznania gatunku czytanych książek trzeba aż Usenetu?

10 razy uznano, że da się to czytać

Miałkość poglądów redaktora Szostkiewicza, jego intelektualny konformizm, zniechęca do zabierania głosu – co przeczytam jakiś jego felieton w „Polityce” (autodiagnoza: najwyraźniej z nudów), którego zawartość budzi sprzeciw, to mi chwilę później opada, takie to mdłe i mydłowate. Tym razem jednak (pomyślałem) nada się redaktor na odmrożenie bloga (blogi, widzę po okolicy, w ogóle źle znoszą uporczywie niskie temperatury).

Pisze tak:

Nie jestem apostatą ani nie zamierzam nim być. Ale uważam, że każdy ma prawo być apostatą, wierzącym albo ateistą. Z tym, że chyba w tych polskich apostazjach nie o to chodzi, by raz na zawsze zatrzasnąć za sobą drzwi, lecz częściej chodzi o kasę.

Za czym rozwija, że to kasa polskich katolików w Niemczech, którzy nie chcąc płacić obowiązującego tam podatku kościelnego, próbują wystąpić z KK. Owszem, zauważam, że ubezpiecza się słówkiem chyba, ale oznacza to, tym bardziej, że to zkciukassane fantazje redaktora, nie poparte żadnymi twardszymi danymi. Jest też w tym podtekst osądu moralnego: widzicie? nie chodzi o żadne tam względy ideowe, a o kasę: a fe.

Otóż żadne „a fe”. Jeśli uważamy, że podatki są fajne [*], to kwestia ich płacenia jak najbardziej dotyczy względów ideowych. W Polsce, niestety, płaci się na rzymskokatolickiego pasożyta niezależnie od wyznania, na pomysł (dość banalny), by skorzystać z płatniczych wzorców niemieckich, hierarchowie standardowo wstrząsani są książęcą zgrozą.

Na insynuacje redaktora odpowiedź winna więc brzmieć: wszystkim nam, dymanym polskim obywatelom, powinno chodzić o (tę) kasę. Jest jednak i inny, bardziej podstawowy wymiar tej sprawy: kwestia praw obywatelskich. Szostkiewicz niechętnie przyznaje:

Oczywiście są u nas także apostaci ideowi. Niektórym z nich zależy, by po nich w Kościele nie został najmniejszy ślad. Żądają nawet wygumkowania siebie z ksiąg chrzcielnych. Ale to chyba apostaci ekstremalni (mają swój portal apostazja.pl), którzy chcą innych do apostazji namawiać, a nie tylko rozstać się z Kościołem prywatnie i na tym poprzestać.

Ten cytat sponsoruje słówko nawet. Żądają nawet..., bezczelni. Sytuacja jednak jest taka, że się traktuje (pełnoletniego obywatela, wyposażonego w pełnię przysługujących mu praw) jako zakładnika woli jego rodziców sprzed co najmniej 18-tu lat. Niemowlak nie był zdolny wyrazić woli przystąpienia do organizacji wyznaniowej, a jeszcze do tego – dożywotniego. Kiedy już obywatel po skończeniu 18 lat może uzewnętrznić w pełni swój prywatny stosunek do uczestniczenia (w jakiejkolwiek formie) lub nieuczestniczenia w związku wyznaniowym (prawo gwarantowane przez, haha, konstytucję), słyszy: „a kuku, twoje dane osobowe i domyślne zaliczenie w poczet katolików, na imperialną chwałę KK, będą pokutować w księgach parafialnych po wieki wieków, i co nam zrobisz?”.

Nie w tym problem, że się KK upiera przy swoim, powołując się na wewnątrzorganizacyjne instrukcje, a w tym, że państwo mu na to pozwala. Dane osobowe gromadzone wbrew wyraźnej woli obywatela przez ponadnarodową korporację wyznaniową nie podlegają ochronie GIODO:

W końcu kilka spraw skończyło się w sądzie. Występujący procesują się jednak nie z proboszczami, ale właśnie z GIODO, który twierdzi, że na przeprowadzanie inspekcji w kościołach i związkach wyznaniowych nie zezwala mu ustawa o ochronie danych osobowych.

A im bardziej społecznie umacniany jest pogląd, że dochodzenie tych praw obywatelskich to postawa ekstremalna, tym mniejsza szansa na uporządkowanie prawa w tej dziedzinie. Dzięki m.in redaktorowi Szostkiewiczowi z jakoby lewicującego tygodnika „Polityka”.


[*] Chciałem zalinkować tekst Dunin pod tym tytułem, GW z 2007 roku, lecz zniknął z archiwum Wyborczej jak sen jaki złoty, search w archiwum niby go znajduje, ale kliku-klik i... 404; na szczęście jest w polecanej już tu książce.

17 razy uznano, że da się to czytać