December 2011

You are currently browsing the monthly archive for December 2011.

Przeczytałem początek Witkowskiego Drwala (demo, wala się w sieci), przynudziaste, uwagę przyciągnęły na chwilę stada wczesnozimowych ciemnych, kraczących ptaków (wron? kruków? gawronów? – zastanawia się metronaturalny narrator, bo przecież nie wie, nic nie wie ta rozedrgana kupka frazesów z osiową fiksacją na własnej, nudnej osobie), wyobraziłem sobie, że tak wyglądają traumy naszych szerokości geograficznych, tysiące krukowatych, niby bez ładu krążące nad nami, a jednak co i raz obsiadające człowieka całym zorganizowanym stadem, jak księża tłumnie wypuszczeni z koszar czy gdzie tam ich trzymają, gaszący czernią sutann wielobarwność człowieczą. Szczególnie w pewnych okresach roku.

Dopiero teraz widzę w pełni, jak szczęśliwe miałem dzieciństwo, przynajmniej pod jednym względem. Zero religii, zero katechez, zero bierzmowań, komunii, ba, nawet zero chrztu. Oczywiście wiedziałem, że tak-a-tak, za oknem ludzie (z dość jednak tajemniczych powodów, no bo po co?) robią sobie te wszystkie rzeczy, morze powszedniej egzotyki, nad którą jednak nie warto się zastanawiać, jedni mają książki w domu, inni nie, u jednych oleodruk na ścianie, u innych kwiatki, zwykły rozrzut różnic, a na ulicach wszyscy wyglądają względnie podobnie. Obco.

Tylko jedno było: choinka. Zazwyczaj skromna, niewysoka, ten sam co roku zestaw lampek i zwierzątek powycinanych kiedyś przez mamę z kolorowego kartonu (w ramach terapii), kilka bombek. Parę prezentów pod, nie przelewało się, więc bez żadnych orgii, ale jednak także do zabawy, nie tylko tzw. praktycznych.

Czasem na wigilię przychodzili znajomi rodziców, w liczbie kilku co najwyżej sztuk, z kulinariów pamiętam jedynie jakąś sałatkę, może szynkę, wódkę/wino dla dużych, sok dla małych. Ciasto. Siedzieli i gadali, na szczęście prezenty były wcześniej i można było zaraz po zjedzeniu czegoś odejść od tego stołu i zająć się wreszcie poważnymi sprawami.

Kiedy zasypiałem, lampki na choince świeciły jeszcze, podobnie jak w wielu oknach bloku naprzeciwko. Religia w moim domu pojawiała się często, przeważnie pod postacią Bacha, panbuk – nie, podobnie jak wampiry musiałby być imiennie zaproszony. Pod pewnymi względami miałem szczęśliwe dzieciństwo.

16 razy uznano, że da się to czytać

Niniejsza blogonota jest w ramach pokłosia poprzedniej (za której przydługie kroczenie przepraszam przy tej okazji).

plan był taki

żeby zacząć od antyduszystowskiego poglądu, że ludzie to zasadniczo automata, tyle że dość skomplikowane i naumiewające się. Osadzić się szybkim linkiem w pewnej tradycji (szczypać się przy tym mocno po nogach na każdą chętke rozwijania tematu) i przywołać metaforyczną różnicę między sieciami neuronowymi a innymi modelami AI (opartymi, pokrótce mówiąc, na pewnej zaszytej wiedzy). Sieć w każdym swoim szczególe jest nieinteligentna, a jednak – jako całość – potrafi robić wiele „inteligentnych” rzeczy, rozpoznawać wzorce, przetwarzać sygnały i różne inne. Człowiek ma w głowie real sieć neuronową, no i sami wiecie (jaki efekt).

Potem planowany był akapit o twórcach. Że generalnie od muzyków (czy to kompozytorów, czy interpretatorów, czy w ogóle) albo plastyków – tych, co zasadniczo obywają się bez słów – nie wymagamy ani rozumienia tego, co robią, ani umiejętności wnikliwego/inteligentnego/whatever opowiadania o swoim dziele. Od refleksji są odbiorcy lub krytycy, sam artysta może być (nawet) idiotą, a i tak jego dzieło może powalić na kolana, a w każdym razie wykazywać się quality niezależną od „jakości” swego twórcy jako podmiota refleksyjnego.

Wyjątkiem są pisarze. Nie wiedzieć czemu wymaga się od nich rozumienia tego, co robią w swojej słownej glinie, a nawet – sensownego opowiadania o tym. Dlaczego, pytam się, dlaczego?! No i

tak to miało iść

Byłem już po zgrzytozębowej lekturze marketingowej zajawy wywiadu z Masłowską (zob. poprzednia nota) i pobieżnej lekturze (komuś przez ramię nieomal) tekstu wydrukowanego na papierze, plan się krystalizował, macałem w myślach ostatnie zdanie – Masłowska jest taką siecią neuronową, nie oceniajcie jej prozy po wywiadach – zastawiając się, czy przywołać program telewizyjny chyba po Nike 2006 (pamiętam Żakowskiego i wręczanie jakichś gadżetów na koniec każdej rozmowy), w którym Masłowska chichotała (nie zmyślam) dość głupio i zasadniczo nic ciekawego nie powiedziała, a więc czy przywołać ten program, bo pamiętam też, że na serio wówczas rozważałem hipotezę w rodzaju: „ojej, jaka ona jest fajna, jak ich [Żakowskiego et al. + widzów] robi w kosmicznego konia”.

Ale sporo osób zaczęło jechać na Masłowską za te gupoty (nie aż tak głupie, o czym może kiedy indziej), co je wygadywała w wywiadzie o panubuku, religii itd. Mnie akurat najbardziej zaciekawiło to:

Nie wiem, czy to mi jest potrzebne, urodziłam się z poczuciem tego istnienia [Boga]. Czasem przymierzam się do myśli, że może nic nie być poza materią, biologią, reakcjami chemicznymi, i mój umysł tego po prostu nie kupuje.

Pierwsze zdanie jest z porządku AI-symbolicznej (tej z zaszytą wiedzą), ewidentne przy tym kłamstwo (gdy brać dosłownie), albo dęty frazes (gdy brać za wartość metaforyczną). Ale drugie? Aha! Sieć neuronowa zna swoje ograniczenia. No i ten właśnie trop

samoświadomości

spowodował, że postanowiłem poczekać na pełen e-tekst wywiadu (gdyby nie dobrzy ludzie, czekałbym sobie dalej).

I co czytamy? Oto:

Do napisania Wojny... uruchomiła mnie obsesyjna fascynacja Anaïs Nin i Henrym Millerem. Byłam zarażona takim rodzajem pisania prawie bezmyślnego, prawie nieświadomego, nieograniczonego logiką i zasadami.

albo:

Najważniejsza jest ekstatyczna, dziecięca przyjemność, którą mi sprawia pisanie: eksperymentowanie, poszerzanie pola walki. [no proszę, nawet Houellebecqa tu przemyciła – n.]

[...] dużo bardziej paraliżująca potrafię być dla siebie ja. Chcę, by każda kolejna rzecz forsowała moje ograniczenia, szła gdzie indziej.

czy wreszcie:

Figura poprzeczki, która się przewija przez tę rozmowę, nie jest głównym motywem mojego życia twórczego czy umysłowego. Po prostu mam w sobie jakiś przedziwny aparat i strasznie interesują mnie jego możliwości, kręcenie gałkami...

[Dorota Wodecka:] Aparat do składania słów?

Tak. I lubię się nim bawić, przy nim dłubać. Nie ma w tym chorobliwej chęci nakręcania go do niemożliwości, na pogranicze wybuchu. Cieszy mnie, że coś takiego mam i że on mi trochę pomaga przeżywać swoje istnienie, pomaga mi w pewnej higienie duchowej.

Widzicie już, do czego zmierzam. Masłowska pisząc Wojnę polsko-ruską... czy Pawia królowej nie musiała do końca wiedzieć, co właściwie robi (zrobiła). Nawet i dziś nie musi, choć – z powyższych cytatów sądząc – wydaje się wiedzieć o sobie i swoim pisarstwie więcej, niż wielu naładowanych frazesami gości. Jest siecią neuronową łapiącą językową rzeczywistość swoich czasów i przekształcającą ją w Formę, którą ja na przykład (już to wyznawałem) bardzo doceniam.

Jeszcze z wywiadu:

Zazwyczaj poruszamy się np. po mieście i słyszymy bełkot, ambient. A jak się w to wsłuchać, to język zebrany w ciągu miesiąca z tramwajów, z pociągów i centrów handlowych jest pełnym wyciągiem, wymazem z rzeczywistości. Jest w nim teraźniejszość, przeszłość, a co najciekawsze – także przyszłość. Ja uprawiam taką językową socjologię śmietnika, wróżenie z fusów.

co im zrobiłaś

Masłosko, tym gnypom z Wyborczej, że tak cię źle traktują? Wystawiają na zajawę ostatnich pięć najmniej ciekawych pytań, ukrywają przed siecią resztę wywiadu, gdy pełne teksty rozmów z pozostałą dziewiątką wiszą od dawna. O co tu chodzi?

Nie pojmuję.

11 razy uznano, że da się to czytać