October 2011

You are currently browsing the monthly archive for October 2011.

Nie jestem w stanie pojąć zamysłu Artura Żmijewskiego (i Teatru Dramatycznego), by wystawić Mszę. Bo chyba tylko Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które sfinansowało ten teatralny projekt, mogło się nabrać na „oficjalną” wykładnię programową:

Ta długa, romantyczna tradycja łączenia teatralności z religijnością uległa w okresie żałoby po katastrofie smoleńskiej radykalnemu zawieszeniu. Na czas żałoby teatry zamknięto na głucho, a kościoły otwarto dla wiernych i niekończącej się modlitwy.

Wygląda na to, że wyłącznie religijny rytuał może wyrazić ból wspólnoty. Nie tylko ból, ale i wszelką zadumę, i wszelką radość. A także wszelkie wołanie. Skoro jest tak ważny i uniwersalny, to teatrowi nie wolno tego rytuału przemilczeć. Przenosimy go więc z pietyzmem i szacunkiem na scenę. Robimy to z nadzieją, że nauczymy się, jak teatr może stać się jeszcze bardziej uniwersalnym medium, które w przypadku następnej żałoby będzie już mogło wyrażać troskę i żal wspólnoty. Inscenizujemy mszę, żeby stać się mądrzejszymi i światlejszymi niż jesteśmy – czerpiemy wiedzę z najlepszego wzoru. [tu i niżej podkr. moje – n.]

To kpina czy quo vadis (o-drogę-pytanie)? Z pewnością biskupów-wkurwianie, ale ten efekt – choć miły z estetycznego punktu widzenia – można osiągnąć tańszymi środkami (MKiDN rozdysponowuje pieniądze podatnika); biskupów, wiemy o tym, wkurwia byle co, zawsze są gotowi lać żółć i kwas solny.

Premierę relacjonuje Jakub Majmurek. Potwierdza, że spektakl to „odtworzona w skali 1:1 w przestrzeni widowiska teatralnego katolicka msza, ze wszystkimi jej częściami i rytuałami”, ale zaraz dodaje, że szło o widownię, o wciągnięcie jej do czynnego uczestnictwa w spektaklu mszy, pozbawionej jednak urzędowej pieczęci „potwierdza się obecność sacrum”. Efekt był taki sobie:

większość publiczności nie wyszła z roli widza teatralnego, nie śpiewała pieśni, nie odpowiadała na słowa kapłana, tylko część wrzuciła pieniądze „na tacę”, dwie osoby zdecydowały się przystąpić do komunii. Większość wybrała bezpieczną obserwację

Majmurek nim stał się (świadomym) ateistą, przeszedł katolicką lekcję gięcia karku, w swej recenzji relacjonuje dokładnie etapy musztry i przyjęte sakramenty. Opiera się na tym (powszechnym w Polsce) doświadczeniu, formułując taką oto tezę-pytanie:

ewangelia jest rewolucyjna, samo dziedzictwo chrześcijańskie zawiera w sobie wielkie społeczne, rewolucyjne energie, zbyt cenne by zostawić je prawicowym fundamentalistom. Na razie ujawniają się one w karykaturalnych formach – np. ludzi pod krzyżem pod Pałacem Prezydenckich wygrażającym biskupom, ale być może można rozbudzić je w inny sposób, może tu leży podstawowa prawda, jakiej moglibyśmy nauczyć się od religii, od katolickiej mszy? Być może między totalnością katolickiego rytuału zawłaszczającego całość przestrzeni publicznej, a pozycją solipsystycznego, indywidualnego wycofania na pozycje oświeceniowego podmiotu jest dla polskiej wspólnoty jakaś trzecia, postsekularna droga? Msza nie pokazuje, jak droga ta miałaby wyglądać, ale z wielką mocą stawia ten problem, w porządku sztuki i reprezentacji, jako palący problem polityczny

Przeczytajcie ponownie te cytowane zdania. To nie dziedzictwo chrześcijańskie zawiera „wielkie społeczne, rewolucyjne energie”, energie te uruchomiło przesłanie ewangelii, lecz ich dziedzictwem jest opresywna instytucja polityczna, która w przeciągu parunastu stuleci bardzo wiele zrobiła, by przeciwstawiać się wszelkiej (społecznej, rewolucyjnej) opozycji. Nie zawsze z powodzeniem: antypapistowski sprzeciw reformacji zaowocował protestantyzmem, protestem skutecznym, ideologicznie mocującym się wprost w ewangelii właśnie. Zdemontowano garnizony (diecezje) „okupanta”, gdzieniegdzie całkowicie, gdzie indziej częściowo, powołano własne; armie (kleryków) musiały (częściowo) ustąpić, powołano nowe.

Zabawnie też brzmi opozycja wobec „katolickiego rytuału zawłaszczającego całość przestrzeni publicznej”. Według Majmurka może to być (i jest) jedynie „solipsystyczne, indywidualne wycofanie na pozycje oświeceniowego podmiotu”. Że co? W sprawie „oświeceniowego” niechby Majmurkowi udzielił jakichś korepetycji jego żarliwie protestancki kolega redakcyjny, Tomasz Piątek. A w sprawie „solipsyzmu” może Krytyka Polityczna zafunduje recenzentowi dwutygodniowy staż na Półwyspie Iberyjskim (jechać przez Francję, nie omijać Portugalii).

Od czasu wydania książki Badiou KP zdaje się wiązać nadzieję na wytworzenie nowego, „gorącego” (angażującego emocje, w odróżnieniu od „zimnego”, proceduralnego liberalizmu, niechby nawet z socjaldemokratycznym zabarwieniem) projektu społeczno-politycznego z postsekularyzmem. Robi to, moim zdaniem, w sposób mętny i nieprzekonujący. Poznawcze zmieszanie (że tak to nazwę) Majmurka jakby potwierdza moją diagnozę.

11 razy uznano, że da się to czytać

Gdybym miał czas i talent. Gdyby się chciało. By się wierszyki o ludziach pisało i rymowało. I rapowało. Szeptem się śmiało. Niektóre słyszę, wznoszę kieliszek. Ale nie piszę. Czasowi wiszę, w robocie kiszę. Zmieniam się w myszę.


PS Ale fajna gra (angielskich) słów w tytule, nie? Kilka ścinków z notatniczka poniżej, jaki smutek, jaki żal.

*

rower kower psychoopad

*

prąciem mawia więc się stawia

*

przestrzeń wypiera wypór 5 ton
ale jest smutny pluszowy dzwon

*

chciałby cylinder a jedzie walcem
widać że nie był robiony palcem

5 razy uznano, że da się to czytać

zwycięstwo

Tak, rację miał MRW traktując atak twarzą Kondrata i jego z klasą i kulturą wypowiadanymi opiniami o życiu i świecie w przeddzień wyborów jako coś znacznie, znacznie więcej niż „jeszcze jeden wywiad ze znaną postacią, dlaczego chcecie, totalitaryści, zakazać wywiadów, skandal!!111″ (sam też miałem rację, nie biorąc udziału w przeraźliwie długim i przeraźliwie jałowym flejmie pod notą MRW).

We wstępniaczku (helou! to nie wypowiedź a vista, wywiad czy coś, tu już nie ma co tłumaczyć, że ot, tak sobie paple bez zobowiązań) naczelny „Wyborczej” cieszy się:

te wybory to zwycięstwo Polski Marka Kondrata i Kuby Wojewódzkiego, Polski ludzi bystrych i uśmiechniętych

– i zamożnych, powinien dodać, uwłaszczonych na bankach i mediach (do trzeciego filaru polskiego najlepszego z możliwych porządku zaraz przejdziemy).

Unia Demokratyczna, później Wolności, i jej medialni eksponenci, czyli tzw. środowisko GW, to główni architekci niepodzielnej od lat polskiej dwuwładzy Rynku i Boga. Nic tu się nie zmieniło, czytamy na przykład:

[...] zacytowała redaktorowi naczelnemu GW jego słowa: „Wybory sa tajne, ale jeśli pana interesuje mój osobisty głos, w swoim okręgu mam Donalda Tuska więc będę głosował na niego, a do Senatu na panią Borys-Damięcką, która jest kandydatką PO [...].”

Rzeczywiście tak powiedziałem – przyznał Michnik. Ale zdradził, że zmienił zdanie:

– Głosowałem nie na Donalda Tuska, a na Jacka Rostowskiego, dlatego że uznałem, że Donald Tusk i tak będzie miał bardzo wiele głosów, a zależało mi na tym, żeby wesprzeć ministra finansów, który ma rolę wyjątkowo trudną i niewdzięczną, i bym powiedział prowokującą gniew. Dobrze pamiętam te czasy, gdy hasłem pewnej części naszej sceny politycznej było „Balcerowicz musi odejść”. Byłem wtedy bardzo po stronie premiera Leszka Balcerowicza, tak teraz jestem po stronie ministra Rostowskiego. Chcę, żeby na czele naszych finansów, pani i moich, stał ktoś kto nie cofnie się przed presją demagogii, ulicy.

Zwłaszcza że narasta, i to w skali ogólnoświatowej, krytyka tego systemu uprzywilejowania, którego aktywnie bronią Balcerowicz, Rostowski i Michnik. Znany demagog (ale neoliberalny!) Gadomski, główny i uporczywy głos GW w sprawach gospodarczych, tłumaczy, że ten światowy ruch sprzeciwu (Anty-Wall Street, 99%, „oburzeni” europejscy i amerykańscy) to wyraz bezradności ludzi, którzy chcieli żyć ponad stan, a gdy nadszedł kryzys, nie mogą się pogodzić z zawiedzionymi marzeniami. Co innego ów 1%, dodam już od siebie, ci bystrzy i uśmiechnięci ludzie żyją jak najbardziej w zgodzie ze swoim (coraz to i lepszym) stanem. Jest czego bronić.

Ale wróćmy do trzeciego filaru. W linkowanym wstępniaczku znajdujemy taki komentarz:

Palikot już zażądał usunięcia krzyża z sali Sejmu, czym wywołał wielkie oburzenie. Nie przyjmuję tego oburzenia, choć rozumiem niechęć premiera Donalda Tuska do rozpętywania wojny religijnej; to oczywiste, że pragnie on stabilizacji państwa. Równie oczywiste jest to, że Janusz Palikot chce debaty na temat miejsca Kościoła katolickiego w życiu publicznym. To jego dług wobec wyborców, którym to obiecał.

To także groźne memento dla Kościoła. Radykalny antyklerykalizm okazał się drogą do sukcesu wyborczego w naszym arcykatolickim państwie. Można sądzić, że to skutek wyboru samych hierarchów. Kościół Jana Pawła II, abp. Życińskiego i ks. Tischnera przegrał w sporze z Kościołem abp. Michalika, abp. Głódzia i ks. Rydzyka.

Od końca: zauważcie, że ten „przegrany Kościół” jest tu symbolizowany przez trzech nieżyjących. Wydawszy z siebie zduszone „aha”, powiedzmy brutalnie: ta teza o dwóch Kościołach to propagandowa lipa, jeden jest KK, strzegący (nie sam, między innymi i GW pomaga) swoich interesów, a w gadanie o „liberałach w KC niech wierzy, kto chce (albo kto ma katolicką żonę).

A wcześniej pada sformułowanie „wojna religijna”. Ja myślę, że upominanie się o republikański, świecki charakter państwa musi wywołać konflikt, ale czy pasuje – do tej prowadzonej ciągle od ponad 20 lat w imię doczesnych interesów KK walki – szyld „wojny religijnej”? Czy to nie kolejny element w „Wyborczym” zarządzaniu strachem?

PS Nie mogę się oprzeć chęci oświadczenia, że nie widzę żadnej istotnej różnicy (pada takie – retoryczne bodaj – pytanie) między gazeta.pl a „Gazeta Wyborcza”. Może inne kostiumy, ale to ta sama stara dobra Agora.

11 razy uznano, że da się to czytać

sztuka mema

Po raz pierwszy od lat kupiłem papierową „Wyborczą” (nie liczę tego razu, kiedy okazało się, że nie ma żadnej makulatury, na którą można by wygarnąć zużyty żwirek z kuwety, a wybór padł na publikację najobfitszą w strony [reklam]).

Numer z 1–2 października 2011; chciałem zobaczyć tak intensywnie lansowane nowe strony świąteczne, co są warte i jak wyglądają.

I wiecie co? Jakoś nie chciało mi się jej otworzyć, leży na kuchennym stole utrzymując w rozwarciu grubą książkę, którą podczytuję przy jedzeniu, gdy akurat zbraknie towarzystwa do konwersacji.

Ta (dziwna) niechęć i jej niejasne powody natychmiast mi się przypomniały, gdy czytałem (świetną skądinąd) notkę MRW.

To człowiek wielu umiejętności, wymienię trzy: uprawia celny lakonizm, (choć) umie pisać b. przystępnie („cyberczwartki”) i bywa autorem mocnych memów.

W linkowanej notce (przypomniał mi się tytuł z Różewicza: Nic w płaszczu Prospera; tutaj „nic z twarzą Kondrata”) na samym początku pojawia się payperwall. Pejperwal. Papier jako płatny mur.

Ale to przecież nie jedyna interpretacja: mocny mem miewa parę den. Np. „płać (oddzielnie) od (każdego) muru”, choćby każdy z nich odgradzał od tego samego.

9 razy uznano, że da się to czytać

Pod poprzednią blogonotą odbiliśmy się od (bylejakiej) wypowiedzi Michnika, żeby (nadspodziewanie serio) pogadać o zarządzaniu wykluczeniem w sferze symbolicznej, m.in. o tym, jak wąski jest (by użyć sformułowania WO)

szlak żeglugowy między Scyllą „odrzućmy głos wykluczonych, bo Otchłanny” a Charybdą „dowartościujmy teorie spiskowe, bo to głos wykluczonych”

Osiową, choć nie do końca ujawnioną figurą tych rozważań była pozycja „światłego obywatela”, z której od 1 połowy lat 90. poucza się społeczeństwo – powołując się na lepszą, ekspercką wiedzę – o tym, co jest „racjonalnie” dla niego lepsze. Zwłaszcza podczas przedwyborczej mobilizacji mieszczańskie centrum i jego organ, „Gazeta Wyborcza”, wpadają w ton „właściciela racjonalizmu”, piętnując w mocnych słowach niedostatecznie takiemu racjonalizmowi podporządkowanych.

W dyskusji sheik.yerbouti napisał, zwracając się do mnie:

Doskonale rozumiem, dlaczego ten dyktat (uzurpacja) racjonalności Cię męczy i rodzi bunt. Tylko co jest alternatywą?

Odłożyłem sprostowanie na później, a tu tymczasem odbyły się wybory i temat przedwyborczej gorączki/histerii raptownie stracił na popularności (bo nie na znaczeniu).

Otóż nie, dyktat czy uzurpacja „światłego obywatela” nie rodzi we mnie odruchu buntu i nie angażuje mi zbytnio emo. To są rzeczy opisane i zrozumiałe, w sensie: dające się wyjaśnić, pokazać, zdekonstruować; zamiast emo-buntu lepsze jest wskazywanie palcem: o, tu i tu.

Emocje zdziwienia i niedowierzania budzi we mnie coś innego. To, że mimo tylu lat i tak wyraźnych oznak, że to postawa przeciwskuteczna, mobilizująca sprzeciw, organ mieszczaństwa i jego tuzy pozwalają sobie na tak niesłychany, protekcjonalny ton moralnej wyższości.

Jeden z głównych funkcyjnych „GW”, Piotr Pacewicz, pisze na gorąco, w godzinę po końcu tzw. ciszy wyborczej:

Spodziewając się dobrego wyniku Palikota posłałem mu w niedzielę smsa: „Może to naiwne, ale chciałbym, żeby pan okazał się człowiekiem ideowym i nie oszukał wyborców. Zresztą tylko wtedy ma pan szanse na sukces w dłuższej perspektywie”. Odpowiedział: „No tak!”.

Pacewiczu #wtf, Instancjo Moralna Ty Nasza. Najświatlejszy Obywatelu.

6 razy uznano, że da się to czytać

« Older entries