June 2011

You are currently browsing the monthly archive for June 2011.

Od dyskusji pod pożywną notką odpączkował (dość kuriozalny) głos odrębny, w którym pomieszano wszystko ze wszystkim i nawet nie wiadomo, w imię czego. W skrócie chyba szło o to, że parytety na listach wyborczych (w Polsce: 35% kwoty) są złe, bo handikapują kobiety (a handicap zawsze jest zły) w imię „religii równościowej”, nie szkodząc przy tym nawet na jotę niezagrożonej pozycji patriarchatu. Oczywiście, pojawiło się również slippery slope:

parytety na listach to tylko wstęp do parytetów w organach państwowych, a potem do parytetów gdzie się da, przecież tu i ówdzie już są parytety obowiązkowe w organach i w zarządach dużych firm. I o ile w rozważaniach o polityce temat kompetencji jest dygresją i dżoukiem, to w tych następnych krokach, to już niekoniecznie będzie żart.

...choć mnie taka perspektywa wcale nie przeraża. To jest jeden z tych

merytokratycznych mitów patriarchatu

że kompetencje leżą po męskiej stronie. Chłopcy z Chicago nie występowali jako „młodzi ludzie płci obojga z Chicago”, nieprawdaż, a autor analizującej kryzys islandzki (i nie tylko) książki Kraina marzeń, Andri Snær Magnason, też nie pozostawia wątpliwości, charakteryzując etap „nadmuchiwania bańki”:

Młodzi bogaci mężczyźni zostali narodowymi ikonami – magicy, którzy w ciągu jednej nocy mogą zarobić tysiąc razy więcej, niż wynosi pensja normalnego pracownika. [...] Wypłacali sobie niebotycznie wysokie wynagrodzenia i grali w ryzykowną grę. Wybudowali gigantyczne przedsięwzięcie biznesowe na bazie długoletniej renomy Islandii jako kraju ludzi przyzwoitych i sumiennych. [...]

Ostatnie badania wykazały, że rynki giełdowe podkręcają pierwotne instynkty – szczególnie u młodych mężczyzn. Kupują akcje,a gdy idą w górę, specjalistyczne badania wykazują, że w ich ślinie znajduje się więcej testosteronu. [...] Gdy firma zatrudnia tylko młodych mężczyzn, skłonnych do podejmowania ryzyka, mamy gotową receptę na katastrofę – to zdarzyło się w Islandii, zdarzyło się gdzie indziej, i jeśli wskaźnik zatrudnienia płci w sektorze finansowym pozostanie taki sam, będzie się dziać w przyszłości.
[z: Islandia. Przewodnik nieturystyczny, Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2010, s. 157]

Magnason konkluduje:

Równość płci i bardziej zróżnicowany wiek zatrudnionych mogą przyczynić się do utworzenia zdrowszego rynku. Kiedy twoja pensja zależy od krótkoterminowego zysku, efekt jest taki sam jak w kasynie. Wydaje się, że naszymi działaniami po kryzysie daliśmy dobry przykład. Nasza nowa pani premier pojawiła się w światowych wiadomościach, ponieważ jest kobietą i pierwszą zadeklarowaną lesbijką u władzy. [tamże]

Krótko mówiąc, ktoś tym zadufanym w sobie gnojkom powinien stale dawać po łapach. W poczuciu odpowiedzialności.

Ale miałem o

edukacyjnych pożytkach

z parytetów. Nie będę się długo rozwodzić: podstawowy wymiar edukacyjny polega na podważeniu rzekomych oczywistości, takich choćby jak powyższy patriarchalny mit kompetencyjnej wyższości mężczyzn. Autora linkowanego „głosu odrębnego”, Boniego, aż otrząsa na myśl, że parytety umożliwią wejście do polityki „grupie kobiet z MMC, prących na karierę i pieniądze”. Odwieczny, naturalny porządek świata, oparty na facetach za wszelką (por. kryzys) cenę dążących do władzy i pieniędzy, nie zaburza mu spokojnego snu. Ale kobiety? Horrendum, zgroza, świństwo i koniec świata.

Jakim to dziwnym przypadkiem kobiety są tak niedoreprezentowane we wszelkich organach władzy? Czy jako społeczeństwo tracimy na tym? Z jakich powodów mogłoby tak być? Czy polityczny „szklany sufit” jest przyczyną czy skutkiem bieżącego stanu rzeczy, „domyślnej patriarchalizacji władzy”?

Czy takie pytania padały w sposób powszechnie słyszalny przed pojawieniem się politycznej kwestii parytetów?

Czy edukacja polega bardziej na odpowiedziach czy na pytaniach? Co ma większy walor edukacyjny – wąskoakademickie teoretyzowanie czy osiąganie krytycznej masy realnych, żywych i działających przykładów?

Think & discuss.


ZOB. TEŻ Komu parytety, komu

17 razy uznano, że da się to czytać

Ostatni numer dwutygodnika można potraktować jako prowizoryczną wystawę polskich lat dziewięćdziesiątych, czasu, który po smucie poprzedniej dekady wybuchł nadziejami i w którym te nadzieje zdążyły (w większości) powyzdychać. Jak pisze Bartosz Żurawiecki:

Lata 90. to nie tylko dekada marnej, często brudnej polityki. To także czas ekspansywnej, bezczelnej klerykalizacji. Czas, gdy do władzy – realnej, ale przede wszystkim symbolicznej – dorwali się ojcowie z powielacza, herosi ze styropianu, a potem ich sfrustrowane dzieci z prawego, czy raczej prawicowego, łoża. To czas, gdy z niedowierzaniem odkrywaliśmy, że bohaterowie podziemia są w wielu wypadkach zwykłymi kretynami. [...] To czas belfrów, którym etos pomylił się z ego, którzy umieli jedynie pouczać i wykluczać. Czas zapaści artystycznej (patrz: polskie kino) oraz intelektualnej.

Zdaję sobie sprawę, że mogę brzmieć jak jeden ze wspomnianych wyżej niechcianych synów Michnika, którzy z powodu frustracji i traumy odrzucenia nabawili się zaparcia w głowach. Ale ja nie jestem z tego miotu. Mnie, prawdę mówiąc, w latach 90. w ogóle mało interesowało to, co się dzieje w przestrzeni publicznej.

Obok jeden z owych „niechcianych synów Michnika”, Cezary Michalski, wspomina brulion w łotrzykowsko-romantycznym sosie – jako pismo szlachetnych, choć zwariowanych, szmuglerów przemycających do Polski zapoznane (za przyczyną smuty) elementy kultury Zachodu. W tych wspominkach znaleźli się ważni i „klasyczniejący” od połowy lat 90. „młodzi literatury” (Świetlicki, Podsiadło, Sendecki, Gretkowska, Goerke, Filipiak, Stasiuk) oraz „świrnięci” (Tekieli, Sajnóg); inni, którzy odnaleźli się we „Frondzie”, „Życiu z kropką” i pampersili walendziakowską telewizję, nie są już obecni, nie pasują do tego sosu.

Zanim jednak nastąpił wspomniany przez Żurawieckiego „czas zapaści intelektualnej”, miało miejsce ożywienie. Mówiono o „końcu centrali”, tyle rozmaitych pism powstawało (lub przechodziło do tzw. pierwszego obiegu) poza Warszawą. Ale i w samej centrali próbowano. Przez parę lat wychodził gratisowy „Ex Libris”, połączony jedynie finansami z „Życiem Warszawy”, jedno z najciekawszych pism lat 90. (dziś: trzy zdania w wikipedii), za pomocą śmiałej nachodnikowej reklamy próbowano zdobyć publiczność dla nowego dziennika – „Obserwatora” (brak hasła w wkipedii), w tych latach nawet „Gazeta Wyborcza” miała regularny dodatek o książkach w głównym wydaniu – normalnie jak w Europie czy w NYC, trudno uwierzyć.

Ale „kasa, misiu, kasa” – kto pamięta, że pierwsze numery kolorowego weekendowego dodatku „GW” (16 stron zdumiewająco dziś dużego formatu) nie miały ani jednej reklamy? Po „Ex Librisie” nie został dziś praktycznie żaden ślad w sieci, a wrocławski poznański „Nowy Nurt” – jedno z najważniejszych literackich pism połowy lat 90. – zniknął z dnia na dzień po właścicielskiej decyzji, nadanej jakoby z pokładu jachtu leniwie przemierzającego jakieś morza południowe. Co się stało z „Wyborczą” – obserwujecie sami.

Wróćmy jednak do dwutygodnikowej „muzealnej” ekspozycji. Jest tam parę jeszcze innych, ciekawych tekstów, o radiach i muzyce (ze znamiennym podtytułem: „Od chaosu do sformatowania”), o sztuce czy wreszcie o grach komputerowych.

Czy wyłania się z tych (nader subiektywnych) wspominek jakiś obraz? Sam nie wiem. Może dlatego i ta blogonota jakaś taka chaotyczna.

8 razy uznano, że da się to czytać