May 2011

You are currently browsing the monthly archive for May 2011.

Jest co najmniej 1093857 kwestii, co do których nie mam zdania, bo nawet o nich nie słyszałem (podana liczba jest przybliżeniem).

Jest natomiast kilka kwestii, o których bardzo głośno, budzących kontrowersje, a ja nie mam o nich zdania, bo nie mam o nich praktycznie żadnej wiedzy.

Na przykład GMO.

Jedni ludzie, których postawę poznawczą szanuję, są za. A znowuż inni ludzie, których postawę itd. – są przeciw. Na poziomie odruchów miałem raczej odruch przeciw (bo ponuryzm patentowania technologii w służbie wielkiego biznesu, bo pomarańczowa twarz Monsanto, bo nieszczęśni Hindusi, bo „zasada przezorności”), ale budowanie opinii na odruchach jest mocno nieteges. Więc siedziałem cicho, na zasadzie: jeśli nie masz porządnego zdania, to przynajmniej nie odzywaj się.

Niniejszym donoszę, że postanowiłem się nieco odstrusić (chodzi o położenie głowy) i nieco rozejrzeć.

Ten sajt chyba tylko udaje bezstronny, ma działy „Naukowcy za GMO” i „Naukowcy przeciw GMO”, ale w dziale „za” znajduję link do tekstu (2008) dyrektora Instytutu Genetyki i Biotechnologii UW, który to tekst zaczyna się od argumentum ad Łysenkum, prowadzi przez listę demagogicznych (tak na oko) hm, argumentów, na przykład:

Wiele obaw związanych z GMO wynika z irracjonalnego podejrzenia, że geny znajdujące się w pokarmie mogą „przeskoczyć” do człowieka. Już uczeń szkoły podstawowej powinien wiedzieć, że jest to niemożliwe. Od tysięcy lat jemy wołowinę i nikomu z tego powodu nie wyrosły rogi (a przecież u bydła są geny odpowiedzialne za powstawanie rogów).

...a kończy się na argumencie z autorytetu – „moi koledzy naukowcy myślą tak jak ja”, szkoda tylko, że jeden wymieniony to „urządzacz lasów” (Borecki), a drugi to specjalista w mechanice/informatyce (Kleiber), zapewne zacni i kompetentni w swoich dziedzinach ludzie.

Widać więc, że podrzucanie takiego linka źle świadczy o obiektywizmie sajtu: nie można było znaleźć czegoś poważniejszego?

Ale może sam jestem stronniczy. Bo zanim tam trafiłem, przeczytałem dwa inne teksty, które wydały mi się poważne. Rzeczową rozmowę z Katarzyną Lisowską i (wymagające jednak czujności) credo Ludwika Tomiałojcia.

Nadal nie mam wyrobionego zdania, w miarę wolnego czasu będę odstrusiał się dalej.

Zostawiam tę blogonotkę jako przestrogę: nie ma lekko. Z tymi przekonaniami budowanymi na (zdobywanej) wiedzy.

9 razy uznano, że da się to czytać

Choć tę blogonotę autor, Krzysztof Nawratek [dalej: KN], umieścił w kategorii „moje awantury”, szybko stała się przedmiotem awantury (no, awanturki) publicznej, lokalnie (dyskusja w komentarzach) i szerzej (różne blogo-blipowe echa).

Notka ma charakter mglisto-insynuacyjno-uogólniający, do dwóch ostatnich członów zgłoszono pretensje, do pierwszego – jakby mniej. A przecież kategoria „nowy racjonalizm”, której egzemplifikacją ma być ostrzeliwany przez KN ttdkn, nie została jakkolwiek scharakteryzowana konstruktywnie, inaczej niż przez mgliste aluzje. Jeden Fronesis zdaje się rozpoznawać zakres pojęciowy „nowego racjonalizmu”, ale też tylko przez przeciwstawienie mu:

„starego racjonalizmu” w stylu racjonalista.pl czy wczesnego „Bez Dogmatu”

co sugerowałoby, że „nowy” nie ogranicza się do klasycznego „humanistyczno-świeckiego ateizmu/antyklerykalizmu”, że ma inny zakres (lub wręcz inne „tezy założycielskie”), które Fronesis w linkowanej wyżej notce nawet próbuje rekonstruować (póki nie ugrzęźnie w zmontowanej przez KN pułapce „mglisto o rewolucji”), co jednak prowokuje KN do riposty:

mieszasz naukę i politykę [...] ale ja stawiam pytanie o konsekwencje nowego racjonalizmu na wybory polityczne — i jak na razie nic nie przeczy mojej tezie, że nowy racjonalizm to polityczne liberalne (socjaldemokratyczno-konserwatywne) centrum

See? KN nie miesza, pytając o konsekwencje „nowego racjonalizmu” dla postaw politycznych jego (postulowanych) animatorów.

Żeby jednak nie zostać z pustymi rękami po tej blogo-wycieczce, proponuję upomnienie się o szerszy kontekst.

Moja intuicja jest taka, że kategoria „nowy racjonalizm” została zassana z sufitu. Jest natomiast sens mówić o kategorii bardziej pierwotnej i – według niektórych przynajmniej – posiadającej nieprzeoczalny, tłusty i głośny desygnat, mianowicie:

nowy irracjonalizm

„Stary” irracjonalizm (mówię skrótami) ma charakter tradycjonalistyczny: religie, myślenie magiczne, „gusła i zabombony”, medycyna ludowa, horoskopy, stereotypy, ksenofobie, mitologie – cały ten kulturowo dziedziczony bagaż. „Stary” również w sensie do niedawna praktykowanej kohabitacji (cesarskie sobie, boskie sobie; wiara sobie, rozum sobie; wizyta u pediatry sobie, syrop z cebuli sobie).

Jednak każdy, kto zetknął się z naszą (na przykład) polską Otchłanią – od antyszczepionkowców po „teorie smoleńskie” – czuje, że o jakiejkolwiek kohabitacji nie ma już mowy.

Jakie czynniki wyznaczają jakościowo nowy charakter „nowego irracjonalizmu”? Zaryzykujmy hipotezę, że dwa (a właściwie dwa w jednym). Po pierwsze

„zemsta boga”

czyli

znaczące zmiany w strukturze, doktrynalnej orientacji i procesach konsolidacji ruchów religijnych owocujące daleko posuniętą radykalizacją ich działań; w efekcie prowadzącą do swoistego renesansu zaprzeszłych idei i praktyk

Ta diagnoza Kepela z książki o tymże tytule odnosi się, między innymi, do:

nawrócenia „świadomości peryferyjnej” stłamszonej wymogami podlegania władzy świeckiej nowoczesności (bądź to importowanej z centrów Zachodu, na odległe peryferia innych kręgów kulturowych, bądź też z metropolii na prowincję, w obrębie tej samej kultury), jest odrzucenie i krytyka świeckiego ładu społeczno-politycznego.
[ten i poprzedni cytat stąd]

Także i w Polsce, mimo że możliwość jasnego wyodrębnienia „władzy świeckiej nowoczesności” jest mocno dyskusyjna (z oczywistych powodów), nietrudno znaleźć przykłady potwierdzające powyższą diagnozę. Najbardziej, zdawałoby się, cywilizowany z nich, tj. „republika proboszczów” lansowana przez środowiska „Teologii Politycznej”, budzi dreszcz zgrozy. A stałą obecność w dyskursie publicznym fundamentalistycznych terlikoidów można już (niestety) traktować jako normę.

Drugi wymiar „nowej irracjonalności” (który wszakże – już to sygnalizowałem, pisząc „dwa w jednym” – nie jest niezależny od pierwszego) to skutki

ponowczesnej globalizacji

owocującej m.in. oderwaniem perspektyw życiowych milionów ludzi od osadzenia w (tradycjonalnym, tradycyjnym) społeczeństwie „zorientowanym terytorialnie”. Procesy uruchomione przez globalny (i globalizujący) kapitalizm spowodowały – czy to paradoks? – radykalny przyrost peryferiów także wewnątrz [dotychczasowych] centrów. Tu wyraz „irracjonalizm” nabiera nieco innego znaczenia: na przykład wykluczeni z beneficjów balcerowiczowskiej transformacji, ich pretensje i resentyment, mogą wpaść w szufladę „irracjonalizm” o tyle, o ile sama transformacja jest przedstawiana jako – właśnie – proces racjonalny (w swej konieczności lub odwrotnie).

polska Otchłań

jest heterogeniczną magmą – wypadkową obu (w jednym) wymiarów „nowego irracjonalizmu”. Jeśli podchodzi się do niej bez żadnych narzędzi obserwacji i opisu, zostaje się z mgłą w rękach i nieporozumieniami stukającymi do drzwi.

Na zakończenie tych dygresji chciałbym się odnieść do dyskutowanej ostatnio – również w związku z omawianym blogonotami – kwestii, czym jest TTDKNczym się zajmuje. Moja wersja odpowiedzi brzmi tak: TTDKN nie istnieje, albo też istnieje o tyle, o ile zajmuje się

memetyczną kontrofensywą

Nie będę tego rozwijać, bo mi notka zesłoniowacieje bez reszty, podam tylko przykład „memetycznej ofensywy”: oto antyszczepionkiści rozpowszechniają „Russellowski mem o odszczepionkowej lobotomii”. A TTDKN reaguje.

To jedyny (wg mnie) wspólny mianownik: reagowanie.

12 razy uznano, że da się to czytać

W dobrej notce, poniekąd na marginesie „amerykańskiego pomysłu na wojnę z terrorem” [= „wszystkim spuścić wpierdol”], pada stwierdzenie, że:

Bohaterowie komiksowi są generalnie konceptem prawicowym, dokładnie takim jak mściciel grany przez Charlesa Bronsona w „Życzeniu śmierci”. Nawet Batman [...] do problemu przestępczości w Gotham podchodzi od strony WYŁAPAĆ PRZESTĘPCÓW (w dodatku realizując prawicowy ideał milionera-dobroczyńcy: charity zamiast socjalu), zamiast zastanowić się, skąd się przestępcy lęgną.

Ależ oczywiście.

Gdy się przymierzy strukturę opowieści o superbohaterze do linijki Wurmana-Nameste (dla przypomnienia: prawicowość = normocentryzm + nieempatyczność + zachowawczość), zaraz wyjdzie, że rola superbohatera, którą jest przywracanie zagrożonego porządku, spełnia z marszu dwa z trzech czynników (normocentryzm i zachowawczość). I zostaje nam zastanowienie się nad nieempatycznością.

Nie mam w głowie pełnego przeglądu komiksowych bohaterów, ale dominują dwie narracje: bohater walczy ze złem ze względu na własną krzywdę z przeszłości (Batman, Punisher), albo dlatego, że ma-moc-i-tak-trzeba (Superman i podobni). Empatyczność oznacza zdolność emocjonalnego dzielenia losu z innymi, ale posiadanie super-mocy właśnie wyklucza superbohatera z wspólnoty słabych. Symbolicznym tego wymiarem jest częsty motyw wyrzeczenia (Supermanie, Batmanie, Spidermanie, nie dla ciebie ta-oto kobieta u boku, masz Misję i do roboty). Zabiegiem taktycznym zaś, pozwalającym odbiorcy tych historii na pozostawanie w emocjonalnym związku z bohaterem, jest myk polegający na chwilowym odebraniu mocy bohaterowi (np. kryptonit) i obiciu mu ryja, żeby poczuł to, co my wszyscy, słabi i upokarzani. Ale gdy moc mu odrośnie, bohater nadal pozostaje siłą typu SuperPolicja (czy SuperNemezis).

A nie siłą, której celem

jest organizowanie słabszych do zbiorowego wysiłku zmiany zastanego porządku, co jest sednem lewicowego stosunku do rzeczywistości, jak relacjonuje – może nieco zbyt długo – notka trzecia. W której mówi się:

superbohater łatwiej wpasowuje się w figurę świadomości fałszywej, „opium ludu”, niż jest wyrazem idei lewicowych. [...] To on/ona ma za nas rozwiązać sprawę.

„Za nas”.

Superbohater jako jednostka (niewątpliwie) wybitna jest zwieńczeniem kultu indywidualnego sukcesu i związanej z nim iluzji nadziei. Bajka u superbohaterze pracuje w samym sednie tej iluzji. Trawestując linkowaną przed chwilą Barbarę Ehrenreich:

At antiwar and labor rallies over the years, I have dutifully joined Jesse Jackson in chanting „Keep hope alive!” – all the while crossing my fingers and thinking, „Fuck hope. Keep us alive.”

...moglibyśmy powiedzieć: „Fuck Superman”, lepiej zmontujmy pozew zbiorowy przeciw korporacji, zamiast biernie czekać w nadziei, że zdążymy trafić na agendę superbohatera zanim dopadnie nas wynajęty przez korpo Chigurh.

Notka druga

w porządku chronologicznym blogodyskusji, do której się odnoszę, jest zła. Jedyną czytelną tezą, jaką tam znajduję, jest:

Bohaterowie komiksów jak Batman, Superman czy nawet Punisher nie są więc sami w sobie ani lewicowi ani prawicowi — lewicowe i prawicowe jest to, co z nimi robi scenarzysta. Na ile jego fabuła będzie się odwoływała do niewzruszonej wiary w wartości absolutne, a na ile będzie wątpić i relatywizować.

Dalej mówi się, że „najsympatyczniejsze postacie to postacie pełne wątpliwości”; oczywiście, są bardziej ludzcy (jak Superman pobity po dawce kryptonitu). Jednak w istocie chodzi jedynie o ruch norm wewnątrz (zasadniczo nietkniętego) normocentryzmu. Choćby przez to, że podlegają one nieustannej historycznej korekcie: przedwczorajszy lewicowy postulat jest dzisiejszym konserwatyzmem.

W epilogu

niniejszej dygresyjnej blogonoty pozostaje mi wyrazić żal, że nie widziałem jeszcze Sucker Punch. Bo jakoś po lekturze tego omówienia żywię nadzieję na (ewentualną) inną optykę wobec poetyki superhirołs i jej odniesienia do rzeczywistości społecznej.

Boję się bowiem, że przegryzienie się przez klasyczny komiks superbohaterski nie przyniosłoby (jednak) rezultatów różniących się strukturalnie od projektów społeczeństwa harmonijnie klasowego czy harmonijnie klasowego w potrzebie, tych klasycznych prawicowych narracji, jakie w swoim czasie omawiałem w blogonocie o Grocholi Tyrmand-Makuszyńskiej.


PS
Jest już piąta notka (licząc niniejszą za numer cztery).
Oraz szósta.
A także siódma.
Koniec na tym? Nieeeee, ósma.

5 razy uznano, że da się to czytać

papka

Nie chcę wszczynać flejma w kwestii, czy dobrze jest, że Amerykanie prowadząc „wojnę z terrorryzmem”, sami stosują terrorystyczne i niewiele mające wspólnego z przestrzeganiem prawa (idzie o ideę, nie literę) metody. Jeśli ktoś jeszcze nie wyrobił sobie zdania o Guantanamo, torturach, Patriot Act itd., to niech nie naprawia tego zaniedbania akurat przy okazji niniejszej blogonoty.

Mnie dzisiaj #szybka-poranna-notka interesuje informacja. Obama oświadczył:

Today, at my direction, the United States launched a targeted operation against that compound in Abbottabad, Pakistan. A small team of Americans carried out the operation with extraordinary courage and capability. No Americans were harmed. They took care to avoid civilian casualties. After a firefight, they killed Osama bin Laden and took custody of his body.

CNN dodaje:

A congressional source familiar with the operation confirmed that bin Laden was shot in the head. [...] was killed [...] along with other family members.

Tymczasem przeczytana w portalu wyborcza.pl notatka – podpisana pen, pap, więc chyba PAP-owska (z tego samego źródła intensywnie i literalnie cytuje na przykład Rzepa) – oznajmia:

Osama bin Laden nie żyje — podały amerykańskie media. Jego śmierć była wynikiem akcji amerykańskich sił specjalnych. Przywódca Al-Kaidy zginął w Islamabadzie — stolicy Pakistanu. Znaleziono tam jego zwłoki.

I rozwija tę informację:

W operacji zaatakowania domu, w którym ukrywał się Bin Laden, Amerykanie nie ponieśli żadnych strat.

Abbottabad leży o 50 km od Islamabadu. Extraordinary courage and capability polegały na zaatakowaniu domu, Amerykanie znani są z sukcesów w atakowaniu domów.

Ciało, które Amerykanie took custody of, wg PAP-u zostało znalezione (przez kogo?!) 50 kilometrów od miejsca śmierci. Dalej też nie lepiej:

Na wieść o śmierci bin Ladena kilkaset osób zgromadziło się przed Białym Domem w Waszyngtonie wznosząc patriotyczne okrzyki i flagi narodowe. Zebrani spontanicznie zaintonowali hymn USA.

„Wyrażali się niecenzuralnie i sprzeciw” – taka jakaś konstrukcja zaświeciła mi się w mózgu na „wznosili okrzyki i flagi”. Spontanicznie zaintonowali hymn USA; godne podkreślenia, zazwyczaj przecież po planszy APPLAUSE pokazywana jest plansza AND NOW IS TIME FOR THE ANTHEM. Ale rzeczywiście, CNN też podaje:

Half a world away, the scene outside the White House was of pure jubilation.

Hundreds reveled through the night, chanting „USA! USA!” Others chanted „Hey, hey, hey, goodbye!” in reference to the demise of bin Laden. Many also spontaneously sang the national anthem.

– choć jakby z większym sensem, bo w kontekście [innych] radosnych śpiewów pod Białym Domem.

Wyobrażam sobie to tak: amerykańskie agencje podają newsa. PAP go skraca, przeinacza, formułuje językiem agramatycznych bezmózgów, i puszcza do abonentów serwisu. Wyborcza – zero krytycyzmu – to przepisuje i publikuje. A polski czytelnik łyka tę PAP-kę i nawet nie wie, od czego ma niejakie mdłości.

No, chyba że sprawdzi.

8 razy uznano, że da się to czytać