By “postironic” I don’t mean “earnest.”
Innocence lost cannot be reclaimed so simply.
This is more than a simple backlash.
Our culture has become so saturated with ironic doubt that it’s beginning to doubt its own mode of doubting.
[...]
Postironists create their own sets of serviceable realities and live in them independent of any facets of the outside world that they choose to ignore.
Ironic advertising is becoming irrelevant because in the new postironic mind-set irony itself is the base condition; it is beside the point.
Practitioners of postironic consciousness blur the boundaries between irony and earnestness in ways we traditional ironists can barely understand, creating a state of consciousness wherein critical and uncritical responses are indistinguishable.
Postirony seeks not to demystify but to befuddle, not to synthesize opposites but to suspend them, keeping open all possibilities at once...
Postirony is ironic earnestness.
[Alex Shakar, The Savage Girl (2001); podkr. moje – n.]
You are currently browsing the monthly archive for January 2011.
Problem polega na tym, że sukces liberalnej ironistki przesuwa ją w stronę ambiwalentnej pozycji establishmentu i jest to zasadniczo ruch bezpowrotny.
Wesoła i krecia
robota liberalnej ironistki polegała na tym, że gdy przychodził poważny pan z teczką i wyciągał z niej jakąś wielką narrację [wstępunio], ironistka mówiła: „oh, really?”, po czym wyłuszczała powody, dla których nie jest w stanie – nawet gdy z żalem – brać na serio (serio-serio) zawartości teczki. Przyboczna psina liberalnej ironistki, suka Dekonstrukcja, bebeszyła teczkową kiełbasę (ujawniając paskudny skład chemiczny, interesy producentów, patos, pedofilię, i co tam jeszcze), a wyłuszczane powody składały się w mniejsze (siłą elementarnej logiki tego procesu) i alternatywne narracje, samoświadome swojej nieabsolutności. Zgoda na ich współistnienie korelowała z liberalnym kręgosłupem ironistki.
Postmodernistyczny nieabsolutyzm
narracyjny napotkał (oczywiście) opór, ale różnej siły w różnych domenach. Na przykład akademicy starszej daty (mówię o duchu, nie ciele; ci od frazesu, że cała filozofia to przypisy do Platona) walczą do dziś poprzez zamknięcie oczu. Nie znają tych tekstów i ignorują je, nazywając a priori „bełkotem”. Średni opór stawia władza (jako warstwa), z jednej strony poręczny kij ideologii został podgryziony przez tę złą sukę, z drugiej – ko-symbiotyczne media są (jako całość) postmodernistyczne (tak? no tak, różnorodność jest per saldo lepszym interesem). „Cywilizacja życia” oczywiście toczy piany z pysków, tego nic nie zmieni.
Tak czy inaczej,
krecia (subwersywna) i niekrecia (mnożąca gry i zabawy narracyjne) robota liberalnej ironistki jest z natury (tej konstrukcji) reaktywna. Ironistka nie mówi „oh, really?” pierwsza, czy sama – solo na publicznej scenie – z siebie. Co się więc dzieje, gdy „ironistka wchodzi do zarządu”? To znaczy, gdy zeitgeist liberalnej demokracji czyni z postmodernistycznego nieabsolutyzmu dyskurs dominujący? (A czyni, tym bardziej, im bardziej żyjemy w ponowoczesnej mediokracji.)
Wtedy albo figura liberalnej ironistki degraduje się samozwrotnie do figurki hipstera (to taki wycofany ironista, który zadaje pytanie „oh, really?” samemu sobie [*]), albo też powstaje, jak to ujął w komentarzu inż. Mruwnica, „dziura w dyskursie”.
Liberalna ironistka w zarządzie
nie ma bowiem interesu w tym, żeby pozycję zarządu podgryzać. Nadal deklaruje przygodność i nieabsolutyzm wszelkiej pozycji, ale ponieważ jej własna pozycja jest całkiem-całkiem, to deklaracja ta aż się prosi o powrót suki D. (ze schroniska), niech obwęszy byłą panią. A z drugiej strony, ironistka nadal daje, hm, odpór panom z metafizyczną czy fundamentalistyczną teczką, bo – nie łudźmy się – są wiecznieżywi, gorzej, że coraz częściej przyłapujemy ją chyba na dawaniu odporu po prostu jakimkolwiek przeciwnikom zarządu. I na tym polega wspomniana na wstępie ambiwalencja.
Ciąg dalszy może nastąpi.
przypisy:
[*] Odpowiedź brzmi: nie. Coś trzeba zmienić.
Ludzie-którzy to taka zabawa w performatyw predykatu. Bierze się jakąś własność (powiedzmy) punktową, np. „gryzienie marchewki”, i robi się z tego predykat ludzie-którzy-gryzą-marchewkę. Następnie należy go wykonać.
To, że jakieś istnienie poszczególne gryzie (sobie, choć niekoniecznie) jakieś poszczególne warzywo, jest zdarzeniem ginącym w morzu zdarzeń, o których (w większości) się nie mówi, bo i po co. Oczywiście, na każdym takim zdarzeniu można zbudować wypowiedź, teorię, prąd kulturowy, domenę pracy badawczej stu trzynastu laboratoriów, albo bramkę przepuszczającą do rozległych dominiów (pop)kultury (Królik Bugs gryzie marchewkę). Ale żeby bawić się w zabawę ludzie-którzy, potrzebujemy jednak tego wstępnego i mocnego określenia dziedziny predykatu: „ludzie”, bo inaczej performatyw będzie kulawy, niepełny, nie samozwrotny itd.
Czy ja sam gryzę („gryzywam”, jak w: „pogryzam”) marchewkę? Zdarza mi się to czy raczej nie? Co może oznaczać taka kategoria opisowa? Czy odpowiada jej stosowna hipoteza esencjonalności (ludzie-którzy-gryzą-marchewkę są istotowo odmienni od tych, którzy nie)? Kto (i dlaczego) mógłby uznać za konieczne/właściwe/możliwe wytknięcie palcem takiego gryzienia? A kto, przeciwnie, ujawni się również jako ludzie-którzy-gryzą-marchewkę, a może nawet oznajmi po kiplingowsku „jestem jednej krwi z tobą”, tzn. „bracie! siostro! w marchewki-gryzieniu”)?
To właśnie ten strumień pytań, jaki zaczyna – całkiem automatycznie, a może nawet po części nieświadomie – szumieć w głowie, a także pochodny strumień odpowiedzi, hipotez, przymiarek itd., to właśnie one są treścią owego performatywu i sensem tej zabawy.
* * *
Dawno, dawno temu nadziałem się (a może sam to wymyśliłem, już nie pamiętam) na zdanie, że w sieci tylko dwie rzeczy są prawdziwe: teksty i uczucia. Dziś stanowczo poszedłbym dalej: w ogóle tylko te dwie rzeczy są prawdziwe. Co znaczy (tu) „prawdziwe”? Takie, których realności nie można zaprzeczyć. Co znaczy „realność”? A ićpanw... Jeszcze jakieś pytania?
Jest to, tak mi się zdaje, dobry punkt wyjścia do zbadania kwestii postironii. Dlaczego ta kwestia powinna być zbadana? A czemu nie.
* * *
Na razie jestem ludzie-którzy-nie-napisali-notki-o-(ludzie-którzy-mówią-o-sobie-„jestem-postironistą”)-choć-mieli-taki-zamiar.
DOPISANE 28.1.2011, ciemną nocą
Mocny akcent marchewkowy, wymaga (to nie będzie proste) dekonstrukcji. Dziękuję Autorowi za zgodę na zamieszczenie. Chrup.
Odczułem pewien dyskomfort poznawczy podczas lektury długiej noty Biurowa klasa średnia kontra młodzi wykształceni z wielkich miast cześćjacka. Dyskomfort nie jakiś radykalny, raczej średni czy może „średni”, bo polegający również na uwikłaniu w opisywany tam meme-clash pojęcia „klasa średnia”, którą nadal uważam za kategorię humbugiczną, rozciągliwą, felietonową i – per saldo – szkodliwą, skoro raczej zaciemnia niż rozjaśnia rzeczywistość, łatwo przyciągając przy tym do siebie różne ideololo nadbudówki.
Główny problem jest taki, że obydwa twory, BKŚ i MWzWM, to projekty ideologiczne, mające zamknąć przeciwnika (ideologicznego czy kulturowego [estetycznego?]) w łatwym do bicia chochole stereotypu. Widać wyraźnie wolę, by kryła się za nimi jakaś namacalna rzeczywistość („wróg realny” czy może „realność wroga”), bo to przydawałoby im wagi, a razem nią – diagnozom opartym na tych konstruktach.
Czy tak jest? Trudno powiedzieć. Z komentarzy dowiedziałem się od autora, ze biurowa klasa średnia opisuje pracowników biur, z wyłączeniem sprzątaczek i ochrony; wyróżnikiem miałaby być „praca umysłowa” w odróżnieniu do „pracy robotnika”. Mnie się natomiast wydaje, że infotariat zajmujący się przeżuwaniem bitów lub zadrukowanego papieru tym mniej wykonuje jakąkolwiek „pracę umysłową”, im bardziej jego korpo molochowacieje i im bardziej wszelkie czynności podlegają regulacji Wszechwładnej Procedury. Wprowadzanej (ad absurdum) m.in. po to, aby osiągnąć pełną zamienność pracownika innym. Praca na taśmie, jednym słowem, tyle że ręce względnie czyste.
Zresztą, przyłożenie kategorii infotariatu do obu konstruktów-stereotypów daje podobnie negliżujący efekt. „Młodzi” a „klasa średnia”? Chyba może chodzić jedynie o tzw. etos, aspiracje, „lajfstajl” imitujący styl życia (to też imitacja, oczywiście) tych, którzy już się jakoś załapali na bardziej rzeczywiste znamiona niezależności finansowej, zawodowej elastyczności i życiowej stabilizacji – cech wspólnych wszelkim definicjom „klasy średniej”.
Ideologiczny projekt „wykształciuchów” odsyłał do zagubionego (a jakoby niezbędnego) zasobu wartości narodowo-religijno-rodzinnych, w tle przedstawiając konkurencyjną figurę edukacji powiązanej z co najmniej jedną z tych konserwatywnych wartości, co w efekcie owocowało mądrością i niezależną, krytyczną postawą tru inteligentsii. Projekt „lemingów” budował się właśnie na tej niedostępnej (młodym wykształconym z wielkich miast) cnocie niezależnego krytycznego osądu, zastępowanej ślepym i bezkrytycznym podążaniem za manipulatorskim wezwaniem mediów. Mówię o intencjach promowania takiego stereotypu „wroga”, bo przecież gdy się popatrzy na autorów tego projektu (w poszukiwaniu krytycznej, niezależnej hm, mądrości) – to żal.pl.
Niemniej, za tymi stereotypami skrywa się jakaś realność: lęk przed kosmopolitycznym globalizmem, przed wyzuciem ze wzorca (terytorialnej, ale nie tylko) „osiadłości”, przed mediokracją, przed postępującym rozwarstwieniem itd. Pokaż mi, jak konstruujesz wroga, a powiem ci, kim jesteś czego się boisz.
Jaka realność (zastanawiam się) schowana jest za „biurową klasą średnią”? Ani ona średnia, ani też wyłącznie biurowa, w sensie tego katalogu „biur” pokazanego w przykładach u czescjacka:
praca w agencji reklamowej, media purchasingu, biurze tłumaczeń, account management, bankowość, telekomunikacja, kupno-sprzedaż-interesy.
Ani wreszcie młoda; ile razy (choć nieczęsto się to zdarza) zaping wrzuci mnie do „Szkła kontaktowego”, tyle razy dzwoni właśnie jakiś przejęty emeryt, a częściej nawet – emerytka.
Może po prostu mem „biurowej klasy średniej” to estetyczna stygmatyzacja
ludzi takich jak my, naszych kolegów ze szkoły średniej albo studiów, z pracy
którzy – w wielkim uproszczeniu – wybrali „dziedziczenie” konformizmu, zamiast wytworzyć własny?
Właściwie to chodzi mi o uroki abstrakcyjnego rozumowania, czy może: para-rozumowania. Intuicję mam taką, że bywa to przyjemne, ale, kto wie, osadza się w kontekst trójki: lekkie, łatwe i przyjemne. A może nie? Może różnicuje się to według „jakości wykonania”?
Weźmy szkoły. Tak najogólniej, od „szkoła filozoficzna” przez „kuchnia [powiedzmy] włoska” po „tę konkretną szkołę salsy”.
Fiku-miku na patyku, abstrakcyjnie rozważmy, i – proszę bardzo – wyskakują dwie przesłanki.
1
Trudno posuwać się w głąb inaczej niż wzdłuż reguł. (Metafora: drążenie szybów bez oszalowania = zły wynik.) Szkoła jako typ szalunku, który – to nieuchronne – autotelizuje się.
2
Trudno o wiarygodne łamanie reguł bez ich znajomości. Schizmy, „ale czy potrafisz namalować konia-jak-żywego”, przewrót Kuhnowski.
wnioski
Socjologia odróżniania się (Bourdieu) uwarstwia szkołogenność. Szkoła jako najmniejszy element (atom) kultury. Ewolucja kultur a mutacje reguł. Itd.
* * *
Abstrakcja (uogólnianie) jako generator sądów: czy to zawsze droga przez banał do tautologii? Czy nie?





Recent Comments