December 2010

You are currently browsing the monthly archive for December 2010.

Jak zwykle, zamiast noworocznych życzeń, powiąszowań i podziękowań wierszyk.
Tym razem cyniczny, świeży, zimowy, boczny i (w zasadzie) nieważny kawałek Dariusza Sośnickiego.

Trzy gawrony

(główny, dwa liniowe)
zajęły szczyt niedokończonej
budowy i mówią:
folia schodzi płatami
z grzbietu tego zwierzęcia w dole,
wiatr je podrzuca jak uszy spaniela w biegu
i widzimy żebra;
niech świat nie udaje Greka!
Każdy ma w sobie kościotrupa, 

a śnieg to skrzep,
a nie cukier puder.

2010

1 osoba uznała, że da się to czytać

o niczym

Taki moment, że różne i różni robią teraz podsumowania mijającego roku, dla niepoznaki udając, że chodzi o muzykę filmy podróże rozwój duchowy i czy się ktoś przeprowadził, albo ile razy coś. Rok mnie męczy od dawna, gdzieś od kwietnia, a blog ostatnio, to pomyślałem sobie, że też podsumuję i ulży. Trzeba się tylko solidnie poautolinkować, tak przynajmniej wynika z tych raportów wykonania, co od nich zacząłem. Ale ze znanych mi awatarów tylko mrw wie dokładnie, o czym pisał nawet lata temu, albo ma asystentkę, którą pyta:

– Mam notkę o tym biskupie, który ukradł włosy Sinéad O’Connor?

I asystentka łapie co trzeba na lasso, koniec linki doręcza. Albo mówi: „oj, nie masz” i wtedy zaczynamy odliczanie do nieuchronnego końca świata.

Więc się zacząłem przymierzać, co by tu na lasso, i okazało się, że padłem ofiarą oszustwa. Bo mam ten indeks, ktoś tam zajrzy i myśli „aha, porządek jest, porządny blog, naści browca” albo „co za nuda”, czyli daje się oszukać, że tu się o czymś jakimś pisze, a nie o niczym albo przypadkiem. Sam się tak oszukałem. Bo tak naprawdę to od lasa do lasa (sasów sasów nie / arystokracje i dynastie / obrzydzają mnie).

Jak z tego miszmaszu raport o wykonie zrobić, nie wiem. Sierpień był fajny, tematyczny, dużo było o tym, że czarny się jeszcze utrzyma, a szkoda, bo śmierć może być tuż tuż albo koniec świata. Ale z sierpnia już zrobiłem zestawienie.

Z tego wszystkiego wyszło mi, że może lepiej postanowić coś noworocznie. Przestawić się na trombienie? Milczeć z godnością (albo bez, kto to sprawdzi)? T. jest za. Przestawić się na czytanie? Read-only, foka nietykalności. Normalnie, rozdroże.

cyborg

Ostatnio spotkałem się z zarzutem (diagnozą?), że jestem cyborgiem, w sensie: zamiast wzruszać się, oddać się emocjom, sercem nie szkiełkiem itd. – analizuję na zimno, co jest (abstrahując oczywiście od trafności tych analiz, zawsze są subiektywne) Nie Takie. Ograniczające, niepełnowymiarowe i co tam jeszcze można dopisać.

A przecież jedno drugiego nie wyklucza. Myślę też, że w sieci zbyt wiele jest emo-uniesień, które mogą tak naprawdę interesować jedynie krewnych-i-znajomych.

Oceny estetyczne typu podobamisię (i na tym koniec) też raczej mijam obojętnie, no, chyba że w tle jest jakaś beczka soli.

Najżywsze moje odczucie związane z (właśnie obejrzanym) filmem (500) Days of Summer to niejakie zdziwienie, że wzbudził w swoim czasie dość żywe emocje. Pan Marceli był na nie, MRW był na tak; pod obydwoma notami toczyły się nie takie znów letnie spory, a linki z nich prowadzące pokazywały, że i szerzej odbiór 500 był podzielony.

W warstwie dosłownej film jest o wakacyjnej miłości.

Chłopak

skończył szkołę, przymierzył się do studiowania architektury (ale mu nie wyszło) i robi sobie (ostatnie) długie wakacje przed hm, no – właściwie życiem. Wakacyjna posada–staż w bardzo, ale to bardzo pobocznej Fabryczce Marzeń, słuchawki na uszach, social contacts – none, nie licząc dwóch stereotypów męskich i rezolutnej młodszej siostry; nic dziwnego, że podatność na wakacyjną miłość ma przeogromną.

Dziewczyna

z kolei (o – doprawdy! – łopatologicznym imieniu Summer) też zrobiła sobie urlop na posadce w tejże Fabryczce Marzeń, bo najwyraźniej nie ma pomysłu na życie. Choć, w odróżnieniu od chłopaka, ma już jakąś biografię złożoną ze związków towarzysko-erotycznych, z wycieczek dosłownych (nawet zagranicznych) i w przenośni (w poszukiwaniu życia wewnętrznego, wśród symboli kultury). Ale jakoś nic z tego (jeszcze) nie wynikło, więc bez pośpiechu, ale jednak wchodzi (w końcu są wakacje) w relację z chłopakiem. Póki wreszcie się nie zorientuje, że chłopak utknął na tym etapie (nie)dojrzałości życiowej, który ona ma już za sobą – scena ze sceną z Absolwenta przypiera nawet najbardziej odpornego (na rozumienie) widza do ściany.

Historia

kończy się stereotypowo: chłopak dostaje kopa i od tego wakacje mu się kończą (rzuca Fabryczkę Marzeń, wraca do myślenia o architekturze i – koniec lata, idzie semestr jesienny), pora wziąć się do roboty. Jakoż i pojawia się nowa, właściwsza na nowy etap życia, dziewczyna o – doprawdy! – łopatologicznym imieniu Autumn.

A lato, tzn. Summer, też kończy stereotypowo: pomysł na życie? Yes! I want to be a wife! Go for it, girl! Nie ma co tu wchodzić w szczegóły (czego zatem film nie czyni).

W warstwie niedosłownej film jest persyflażową bajką o

romansie z popkulturą

On jest z ponadczasowych (i komiksowych) lat pięćdziesiątych. Stylizowany na fajtłapę (kamizelka, krawacik, obowiązkowa torba przez ramię), wypisz wymaluj poczwarcza forma superhero (plus dwóch kumpli-prymitywów, obowiązkowa „mądra kobieta” z jej światłymi wskazówkami, tu – persyflażowo – odegrana przez młodszą siostrzyczkę), klisze „jak radość, to musical right down on the street”. Lecz gdy próbuje sprostać roli i wali (scena w barze) w szczękę proto-figurę Złego, to nie dość, że obrywa znacznie mocniej, ale jeszcze Ratowana Kobieta robi focha.

Nic dziwnego, jest przecież z lat sześćdziesiątych, make love not war, kloszowane sukienki, Tajemnice Wschodu w kadzidełku i łabądkach-origami, plus odświeżacz powietrza marki Magritte. Tak naprawdę do lat pięćdziesiątych podchodzi jedynie ironicznie (sceny z Ikei). Jedyne, co mogą mieć wspólnego, to trochę podkładu muzycznego.

W tej warstwie pan reżyser postarał się znacznie bardziej, niż w dosłownej i doprawdy!-owej historii. Siejąc tym (powiedzmy) dualizmem pewne zamieszanie w szeregach widzów i krytyków.

Jeśli jednak dualizm przemianujemy na

pęknięcie

albo: rozjazd, to – doprawdy! – nic dziwnego, że dotrwałem do końca właściwie tylko z poczucia obowiązku wobec przeczytanych ongiś dyskusji w sieci.

Oficjalne ideolo panów (i pań) w neoliberiach (Gucci, Armani itd.) jest takie, że Aaaaa, własność prywatna! – bo konkurencja, efektywność i zarządzanie; bogactwo urośnie, a rozwój się rozwinie. Jak poskrobać – co zrobił na przykład Eli Wurman w dwóch ciekawych notach – to okaże się, że raczej tylko bogactwo się ubogaci, a inne strony tego (społecznego) równania mogą sobie pooglądać przysłowiowy kaczan. Logika kasyna, nastawienie na krótkoterminowe zyski i „wolna amerykanka” powodują jednak także rozległy (a ukryty) pozafinansowy uszczerbek cywilizacyjny.

Nie znam się na technicznej stronie ekonomii, więc mogę zaproponować tylko parę obrazków dla ilustracji.

punkt wyjścia

Powiedzmy, że jest kilka firemek, które działają w tej samej niszy, powiedzmy w jakichś szybko rozwijających się technologiach (IT czy telekom, whatever). W każdej iluś ludzi rozpoznało dziedzinę, nabyło jakieś narzędzia, nabudowało na nich swoje aplikacje, wdrożyło jakiś model obsługi i – nie zajmujemy się bankrutami – zagospodarowało jakąś bazę klientów.

Różnią się w szczegółach, są mali, więc elastyczni, uwzględniają indywidualne potrzeby. Ze względu na skalę koszty pracy są stosunkowo wysokie, ale znowuż koszty zarządzania – niskie. Firmy są niedoinwestowane, baza klientów nie jest stabilna (tak, tu rzeczywiście jeszcze działa konkurencja), z drugiej jednak strony – elastyczność wobec potrzeb sprzyja dłużejterminowej lojalności usługobiorców. Słabość infrastruktury jest trochę równoważona kompetencjami personelu: nawet jeśli technologie są zakupione, to ich obsługa i nabudowywanie na nich aplikacji pozostaje w rękach lokalsów; pracownicy są tylko o krok-dwa w tyle za producentami technologii.

inwestycje

Kiedy ten etap zostaje mniej więcej osiągnięty, przychodzi PanKapitał z propozycją nie do odrzucenia. Zainwestujemy, obiecuje, dołożymy nowe technologie za półdarmo, rozwój się rozwinie, prezesi kupią komplet kijów do golfa (na dobry początek), słowem, będzie świetnie.

fuzja

Po pół roku kilka firemek to już składowe nowej spółki (w której większość udziałów ma PanKapitał). Jakim cudem? Ano takim, że PanKapitał złożył swoją propozycję wszystkim firemkom, a większość się zgodziła. Wdrożono już nieco korpokultury (poczynając od kaznodziejczej gadki o mission, vision, strategy), zaczyna się etap redukcji.

redukcja

Najpierw redukcja personelu, tak z 50%. Potem redukcja produktu: zamiast zróżnicowanej oferty, pokrywającej „potrzeby ludności”, będzie kilka zestandaryzowanych pudełek („produktów”) opakowanych w PR-wstążeczki, a ludność niech się dopasuje, jest to dla niej korzystne, bo będzie taniej.

sprzedaż

Po kolejnym półroczu nową spółkę kupuje GlobalKorpo#1, przeprowadza dalszą, choć już mniejszą redukcję personelu, wdraża – jako wyłączne – rozwiązania techniczne przywiezione w teczce. Dział produkcji się kurczy, wykwalifikowani nie są już potrzebni, za to rośnie BOK, zatrudniając półniewolniczych zombies do sprzedaży tych pudełek i rutynowego odpierania zarzutów, że „coś jednak, cholera, nie działa”. Jeszcze nie zredukowanych tresuje się na korpospędach integracyjnych, za to jakoś niepostrzeżenie rozrasta się kadra zarządzająca.

Po kolejnym pół roku PanKapitał odsprzedaje resztę swoich udziałów na rzecz GlobalKorpo#1, które po kolejnym kwartale odsprzedaje spółkę innemu GlobalKorpo#2, bo tylko po to przecież weszło w ten interes.

konkurencyjność

Oh, wait, co się stało z konkurencyjnością (tego fragmentu) gospodarki? No przecież jest, nie wspomniałem, że do kupna startowało także GlobalKorpo#3, ale cóż, lepszy wygrał i dzięki temu branża rozwija się kwitnąco.

bilans

Połowa wyjściowego (z czasów kilku niezależnych firemek) personelu – zwolniona. Wyżej wykwalifikowani – zbędni. Potrzeby ludności zostały opanowane: od teraz ludność ma nie to, czego potrzebuje, tylko potrzebuje to, co ma w ofercie GlobalKorpo#2. To znaczy kilka pudełek na krzyż (za to liczba wstążek do opakowania tych pudełek – czyli na przykład „promocje” [*] – wzrosła oszałamiająco).

Koszty zostały obcięte, a zatem efektywność wzrosła. Dzięki transakcjom sprzedaży PanKapitał i GlobalKorpo#1 odnotowały przychody.

Tylko z zaspokajaniem potrzeb ludności (co obiecywał, pamiętacie, choć nie wprost, mit o „prywatnej własności i dobrobycie”) jakoś nieteges. No i początkowe „będzie taniej” przekształciło się na „będzie tak drogo, jak ustalą między sobą GlobalKorpo#2, #3 i #4″: więcej graczy na rynku już nie ma.

[*] nienawidzę promocji, bo to ściema i lipa; nieustająca promocyjna rewia w rzeczywistości oznacza:
— albo dumping cenowy,
— albo finansowanie pozyskania nowych klientów z kieszeni starych,
— albo wyprzedaż wybrakowanego i/lub przeterminowanego.

1 osoba uznała, że da się to czytać

« Older entries