November 2010

You are currently browsing the monthly archive for November 2010.

Było tak, że wyraziłem się (krótko) na blipie, że „dubbing to Absolutne Zuo”, a komcionauta janekr (tożsamy z bliponautą ^ja54tymy) wezwał mnie do zrobienia blogonoty, coby se pod nią podyskutować. No to zrobiłem, tak a vista referując odczucia serca mego podklejone poglądem o charakterze estetycznym; całość noty osadzona była w wąskim kontekście polskim. Dyskusja ten kontekst nieco poszerzyła, zwrócono mi też uwagę, że „kino familijne” to odrębny marsjański świat, czemu przyznałem rację. Inni dyskutanci też w zasadzie pozostali przy swoim; ot, jeszcze jedna cegiełka do klasycznego neverending flejmu.

Temat jednak odrodził się u pana Marcela, który – po największym krótce streszczając – zeznał, ze napisy są najmniejszym złem, bo najmniej okaleczają oryginalny komunikat (jakim jest film), a minimalizacja skutków okaleczania (nieuchronnego w procesie przybliżania oryginału innojęzycznemu odbiorcy) jest wartością-samą-w-sobie. Zgadzam się z tym poglądem bardzo.

Na ten teoretycznokulturowy pogląd napadł komcionauta mdh serią przeraźliwie długich i ogólnikowych komentarzy, kontrując „wymogami rynku, który dopasowuje postać dystrybucji filmów do wymogów mas”. Masy są zasadniczo prymitywne i domagają się dubbingu i lokalizowania dowcipasów:

Taki film jest dla mas, masy z definicji są przeciętne, obdarzone przeciętnym gustem, przeciętnie rozgarnięte i takie tam. Ci ludzie nie idą do kina kierując się wysublimowanym gustem. Chcą żeby było prosto i naturalnie (czyt. zrozumiale), zabawnie. Chcą mentalnej gumy do żucia/krówki mordoklejki. Dubbing + lokalizowanie dowcipasów (proszę o werble) sprawdza się! Klient jest zadowolony. Jak klient jest zadowolony i pójdzie na następną cześć to i DreamWorks jest zadowolony, i dystrybutor jest zadowolony.

Pomyślałem (nie będąc chyba wyjątkiem): co za #smutnepie—enie. Ale byłem zajęty czymś innym i dopiero dziś przyszedł moment na „sprawdzam!”.

Otóż nieprawda. Powyższy pogląd mdh nie jest prawdziwą i uniwersalną charakterystyką problemu. Masy zachowują się bardzo różnie, zależnie od lokalnej tradycji, od poziomu analfabetyzmu, od intensywności kulturowego nacjonalizmu (we Włoszech: poczynając od faszystowskiego okresu za Mussoliniego), od siły (lokalnego) lobby dubbingowego, od stopnia dialektyzacji języka etnicznego na danym terytorium itd., itp.

Prawdziwą kopalnią szczegółów w tej kwestii jest bardzo przyzwoita nota (przyzwoita na tle innych edycji językowych) w angielskiej wikipedii, skąd pochodzi też poniższa mapka (lekko przekolorowana, bo ten żółty gryzł mnie w oczy).
mapa dubbingu w Europie
Nie będę tego streszczać, choć to nieco nieuprzejme wobec nieanglojęzycznych czytelników. Powiem tylko tyle, że to skandal, że kolejny raz, przy okazji Harry Pottera 7/1, po polskim internecie biegają wkurwieni wannabe–widzowie, pytając z rozpaczą, gdzie jest najbliższe kino, w którym mogliby usłyszeć oryginalną ścieżkę dialogową (bo już, doprawdy, znieść nie mogą tych [cyt.] „sztucznych głosików”, i kto, #dkn, uznał HP7/1 za film familijny!).

W najbliższym wielkim mieście, jak będziecie mieć szczęście. A tzw. prowincja jest (według dystrybutorów) zamieszkana przez mdh–owską prymitywną masę, która będzie przecież szczęśliwa, obcując z Jonaszem Tołopiło (HP) i Joanną Kudelską (HG).

1 osoba uznała, że da się to czytać

W tym wierszu Stanisława Barańczaka jest mnóstwo zabawy (czy raczej walki!) ze słowem, z tego między innymi jest znany, za to podziwiany.

Tu ta walka nie bawi: przejmuje; prowadzone z nieukrywanym wysiłkiem mikroprzesunięcia – od słowa do słowa, od brzmienia do brzmienia – kierują się nieuchronnie w stronę, którą obchodzi się ostrożnymi kręgami, tam nie ma co się spieszyć. Wielki wiersz, trudno go nie czytać biograficznie, ale nawet z tego kontekstu wyjęty – produkuje ciarki & dreszcz.

Powiedz, że wkrótce

Powiedz krtani, że wkrótce. I powiedz powiece,
tej kołdrze z piaskiem pod nią, księżniczce, nad ranem
drażnionej ziarnkiem grochu. (Bo późno: po trzeciej). 

W... no, to słowo, też na wpół martwe... w „powiecie”?
W powiecie skóry wszyscy znają się nawzajem.
Powiedz krtani, że wkrótce. I powiedz powiece. 

Wieści krążą tu, z ust do własnych ust, powietrze
przez magnetofon tętnic przewija nagrane
pogłoski: ziarnka gromu. Już późno, to przecież 

prawie świt. Stań w łazience, patrz z bliska w powierzchnię
lusterka. Nie w twarz na dnie. W to, co zezna na niej
pyłek, rysa szkła. Powiedz krtani. I powiece. 

Po pierwsze, że już wkrótce. Po drugie – po jeszcze
bardziej pierwsze – że całą widzianą na jawie
ciemnością ziarnka grobu, choć późno, poprzecie 

właściwą stronę skóry, tę, gdzie się po wieczne
mgnienie skupiło Wszystko znane, nienazwane.
Którą? Wiesz przecież. Powiedz krtani. I powiece
na tym jej ziarnku globu, za późno: Po trzecie –
1 osoba uznała, że da się to czytać

Fame (2009). Niestety, widziałem (i to parę razy) oryginał Alana Parkera z 1980. I nie da się go odwidzieć.

Krótko: remake to porażka. Komp-let-na.

Książka Stiega Larssona dzieje się w ponowoczesności zaludnionej przez sympatycznych, jeśli nie młodych, to w tzw. sile wieku, zdrowych i zdrowożyjących wyluzowanych Szwedów, których na wiele stać (na gadżety, przyjaźń, wielokątne związki, lojalność, idee, popełnianie błędów). Ma ona, ta ponowoczesność, także warstwę reliktową, złożoną z resztówek plutokracji, różnej maści i generacji nazistów oraz postzimnowojennej biurokracji. Jest rodzima i zglobalizowana przestępczość, zawsze na czasie, jak zwykle powiązana z reliktami. Jest też awangarda: cyberpunkowa subkultura marginalnych, samowykluczających się z mainstreamowego optymizmu (i zapieprzu), albo wykluczonych niekoniecznie z własnej woli.

Tkankę tego świata stanowią bez widocznej reszty rozmaite urządzenia: techniczne i społeczne, drobiazgowo opisywane przez Larssona, jakby chciał przez te szczegóły dotrzeć do wymykającego się sedna. Metoda dziennikarskiego śledztwa: zbieraj wszystko, co można zebrać, a nuż wyłoni się z tego jakiś obraz albo trop.

Film (szwedzki) Millenium. Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet jest (prawie tak) odległy od książki jak tylko można. Dominują ludzie starsi, brzydcy, no, co najmniej niefilmowi w sensie holywoodzkim, krajobraz pozamiejski, zabudowania i wnętrza pochłopskie, zabałaganione nawarstwionymi pamiątkami powszedniości: smutny, dobrze z naszej perspektywy rozpoznawalny kawałek Europy. Czasem przez ten pejzaż przemknie szybki, technologicznie zaawansowany pociąg, pomalowany w niesamowicie świetnie dobraną gamę kolorów niebieskich – postindustrialny akcent współczesności – z umundurowaną i uśmiechniętą dziewczyną, która zbiera puste kubki po kawie. Ale zasadniczo rządzi relikt. Starcy.

Młoda jest Lisbeth Salander, na tym starczym tle jest młoda tym bardziej. Jej półmagiczne hakerstwo oparte na paru rekwizytach przekonuje jeszcze słabiej niż w książce (nieco lepiej ze „zdolnością bojową”). Jej biografia wisi na włosku dopiero zarysowywanej tajemnicy (albo: znajomości książki, heh).

Z tym wszystkim (oraz dziurami w scenariuszu) radzi sobie nadspodziewanie dobrze odtwarzająca ją aktorka, Noomi Rapace-Norén.

Podobno szykuje się USAński remake Millenium. Boję się, że jak zwykle w takich przypadkach spieprzą. Dodadzą jakieś wątki od czapy, może znajdą aktorkę, która wyrobi choć 50% normy Noomi.

Na pewno bohaterowie będą młodsi, przystojniejsi. I lepiej ubrani.

Po różnych językach chodzą różne słowa związane z tłumaczeniem (translatio, traducere, transferre), etymologicznie oznaczają wszystkie czynność „prze-mieszczenia” (przeniesienia, przeprowadzenia). Semantyka tego jest taka, że jest coś po stronie języka oryginału i mamy to coś prze-mieścić, aby znalazło się po stronie języka docelowego. Im bardziej neutralny termin – „przenieść” jest mniej neutralne od „prze-transferować”, bo poniekąd domniemuje „noszenie”, „ciężar”, „przedmiotowość” obiektu translacji – tym lepiej. Dlaczego?

Dlatego, że to operacja bardzo złożona.

Tak naprawdę polega ona na wytworzeniu innojęzykowego odpowiednika owego „coś”. Tłumaczenie książki to inna książka, „t-książka”. A spełnieniu wymaganej relacji między „coś” a „t-coś” – odpowiedniości, czy mocniej: ekwiwalencji – poświęcono dziesiątki teorii dotyczących sztuki translatorskiej.

Podoba mi się bardzo nasz lokalny (czesko-polsko-ukraiński) „przekład” (za którym stoi czynność przekładania), ale zanim przedstawię powody, chciałbym podać czeskie uściślenie:

překlad je písemný převod textu z jednoho jazyka do druhého

gdzie převod to znany skądinąd перевод (превод).

Podoba mi się, choć wbrew temu, co stoi wyżej (że neutralność, afizyczność terminu oznaczającego tłumaczenie to zaleta), „przekład” jest bardzo „fizyczny”.

Coś leżało tam, po stronie języka oryginału, a t-coś przełożono na stronę języka docelowego i teraz tu leży.

Oczywiście, nie tyle leży, ile ma swoje położenie, umiejscowienie w relacji, w relacjach tamtej (źródłowej) kultury i tamtego języka. Przekład musi znaleźć tu miejsce (usieciowienie w bezlik relacji) odpowiednie, ekwiwalentne, adekwatne.

A jednak pociąga mnie bardzo idea leżenia, takiego bardziej dosłownego. Bo powstaje podprogowe skojarzenie: skoro leży, a chce się to coś (t-coś) poznać – to trzeba podnieść.

Nie ma żadnego automatyzmu, że skoro prze-mieszczono (czy nawet prze-prowadzono) cosia, to już samo działa, samo (w sobie) istnieje, samo sobie poradzi, nie trzeba palcem o palec kiwać, jest, działa i już. Nie: trzeba podnieść.

Oryginalne „coś” także leży (w swoim oryginalnym języku/kulturze). Tam też trzeba podnieść, wykonać pracę.

I stąd też moje prywatne kryterium ekwiwalentności (jakości) przekładu: „coś” i „t-coś” powinny wymagać podobnej pracy. Jeśli po stronie oryginału jest zagadka, to po stronie przekładu – też powinna być (a nie, zamiast niej, rozwiązanie). Tak bardzo z grubsza.

« Older entries