October 2010

You are currently browsing the monthly archive for October 2010.

czyli druga przygoda z Piotrem Wojciechowskim (pierwsza: z Kamiennymi pszczołami)
[spoilery? tak; wszystkie cytaty bez wskazania źródła pochodzą z wydania podanego w teaserze]

1. scena

Były to Listy o metafizyce wysp lorda Nevershire, po niemiecku. Zagłębiłem się w rozdział Cejlon, Tasmania, Sardynia – byty przywierzchołkowe, statyka i dynamika Ciągu Południowego (Südflucht).

Jest trochę tak, jakby Wojciechowski zaczął od farsy, a potem powtórzył (tę) historię na poważnie. O prądzie, porywającym ludzi i zdarzenia w dół mapy, na południe, już wspomniałem; w Czaszce potężnieje, to główny nurt, docierający odnogą aż do Antarktydy (a nawet dalej). Wymieniłem też jedyną datę obecną w Kamiennych pszczołach (styczeń 1946); teraz nie ma już żadnej. Czas zdarzeń Czaszki kłębi się i pętli na przestrzeni co najmniej półwiecza.

Rozszerzona macierz zmyśleń, wojskian, odmienia i postacie: noszą te same nazwiska (czasem i role, jak archetypiczna Mata Hari, Tamara Znicz), ale dostają inne biograficzne przydziały. Narrator, łazarz nieb (Łazur), zostaje wskrzeszony, by roił tak samo (o kobietach, o Czynie i Sensie, o udziale), ale z inną obsadą i w panoramicznie powiększonej dekoracji.

2. uwiedzenie

Szpary w świecie, który się kruszył wokół mnie, łatałem cudzą mądrością z bibliotecznych szaf w gabinecie mojego ojca, mądrością Ossendowskiego, Dickensa, Turgieniewa, Weyssenhoffa-Czarnockiego, Sergiusza Piaseckiego.

Pamiętasz kanonika Szawła? [...] Mówił: „Nietzsche i Fichte jedna sitwa”. Ty wiesz, ja się zapisałem na wykłady Fichtego, bywałem na obiadach u Privatdozenta Twillighta, a Twillight korespondował wtedy z Jamesem i Husserlem.

Myślę, że dominujący scenariusz uwiedzenia przez Wojciechowskiego (znam jednak osoby, które nie dały się uwieść) zaczyna się od zwięzłego i mocnego języka, prowadzi przez potężniejące memetyczne pole nostalgii, a pełen sukces [consummatum est] osiąga w rozpoznaniu „czułej i bezczelnej dezynwoltury”, z jaką pisarz miesza w chronologii (sprawdźcie daty dotyczące postaci wymienionych w powyższych cytatach), geografii, historii, kulturze.

Czytelnik zrazu się opiera. Szpera po słownikach i encyklopediach, po gruzowisku własnej, przeważnie przypadkowej wiedzy, i sprawdza. Mnóstwo rzeczy uparcie się nie zgadza, a czasem – zaskoczenie – to, co wydaje się zmyślone, okazuje się jak najbardziej realne. Ale te splątane cumy, wiążące balon narracji Wojciechowskiego z naszą historycznie zaszłą rzeczywistością, to dopiero wstęp. Bo i historia „wewnętrzna”, losy samego Łazura, miejsca, zdarzenia – jest pełna luk, niekonsekwencji i sprzeczności.

Kiedy zaczyna ci się, czytelniku, roić potrzeba lektury wspartej szczegółowymi notatkami, potrzeba odtworzenia pełnej opowiadanej historii, stworzenia kompendium (czegoś na kształt The Complete Wojciechowski Companion), wtedy, ostrzegam, jest ostatni moment na zatrzymanie się. Powiedz raczej jakieś magiczne zaklęcie (na przykład palimpsest!) i daj sobie spokój z rekonstrukcjami. Raczej zastanów się, po co on to robi, w jakim celu cię uwiódł.

3. alternatywna historia?

[...] wielki i ociężały, niedbale ubrany człowiek o mądrych oczach, kontrastujących z odpychającym grymasem na nalanej, bezbarwnej twarzy. [...] cały chodnik zapisany był zamaszyście znakami algebraicznymi, zachwyciła mnie kształtność liczb i liter. Zrobiłem krok w lewo i klęczący wykaligrafował błyskawicznie obaloną ósemkę, dopisał kończącą dowód łacińską formułę i podpisał się: Nikola Bourbaki.

Czaszka w czaszce jest pełną opowieścią o alternatywnej historii: oto gdzieś około końca XIX wieku dzieje rozminęły się tak dalece ze znaną nam historią, by możliwa była cała ta absurdalna fabuła ze śledztwem w Górach Kebabczerskich. [vauban]

Powiem krótko: nie, nie sądzę, byśmy mieli do czynienia z „alternatywną historią”. To nie opowieść o [odmiennych] dziejach, to raczej opowieść o tym, że historia (również jednostkowa) jest mitem, że (ponadto) historia jest stwarzana przez mit. A Wojciechowski postępuje według znanej formuły: „fikcja jest prawdziwsza od prawdy”, choćby dlatego, że uwalnia nas od szantażu koniecznością. Bourbaki ma mądre oczy i nalaną twarz.

4. mit

Wiadomości o Ziemi Ciepłej i jej kolonizacji były skąpe [...]. W „Wiadomościach Ziemskich i Zbożowych” natknąłem się na rycinę wyobrażającą marynarzy z „Adelajdy”, wkraczających do doliny ocieplonej ugiętymi magnetycznie promieniami słońca. Na pierwszym planie brodacze w foczych kurtkach, w beretach z pomponami, a w głębi łagodna przełęcz ujęta w ramę bujnych drzew eukaliptusowych i korkowych. [...] Poczułem silną tęsknotę [...] do tych nie tkniętych jeszcze pługiem i siekierą nowin i ostępów za białymi lodami Antarktydy.

Przyznam się, że miałbym ochotę pogrzebać w mitotwórczych cechach wojskianu. Pokrótce: byłoby o dystansie (plan Prawdziwych Zdarzeń, które zahaczyły – właściwie przypadkiem – Łazura, jest dostępny przeważnie jedynie w introspekcji i retrospekcji: fragmentaryzacja jako czynnik stwarzania tajemnicy, a więc i ciekawości). O tęsknocie i niespełnieniu (kobiety Łazura: zawsze niedostępne, utracone, niemożliwe). O tym, jak się z tego wyłania arkadia, ten mit założycielski konserwatysty. I jakie są jej obrazy (delikatny dziewczęcy profil; konie, mundury, konie; „serdeczność prostych ludzi”; silne osobowości jakże różnorodnych przyjaciół, których lojalność nigdy nie redukuje się do zera). Jak się z tego składa nostalgia i za czym woła.

W poprzedniej nocie padły już pewne domysły (dot. „nieobecności PRL-u” i jej powodów). Czaszka w czaszce była gotowa w 1970, natężenie duchoty „małej stabilizacji” osiągało maksimum, pisarz wchodził w wiek chrystusowy (rocznik 1938). To ułatwia zrozumienie, dlaczego owa nostalgia woła za wojną.

5. wojna

My z portowej bandy kochaliśmy wszyscy wojnę, kochaliśmy ją pomimo głodu i strachu o los rodzin. Ona rzucała nam pod nogi wypatroszony świat. Wieloznaczność bytu uporczywie wpajana nam w szkołach okazywała się blagą, liczyła się po prostu siła, ważne było kto kogo [...]. Przyszłość nie była już zagadkowym rozdrożem, świat kończył się konsekwentnie i logicznie, a do tego bardzo ciekawie i malowniczo.

Potem przewaliły się ofensywy, wybuchł pokój i szerzył się jak nowa religia, zdobywając kraje i gubernie, kraje i gubernie jedne za drugimi. Fala eszelonów demobilizacyjnych wyrzuciła mnie [...]

Może nawet nie była to tęsknota za moją byłą żoną, ale za tym, czym mogło być nasze życie, gdyby pokój nie wybuchł tak nagle.

Pokój wybucha, a życie zastyga. Stare cesarstwo, dyktatura, regencja, nowe cesarstwo, spiski, koterie, zmieniane alianse, wielkie i małe emigracje, korpusy ekspedycyjne i ligi narodów – to wszystko są drobne fluktuacje erozji. Wojciechowski patrzy na historię (na mit) jak geolog. Wiem, że to uproszczenie, ale – z drugiej strony – znajdujące spektakularne potwierdzenia, np. w tytułowej tajemnicy czaszki ludzkiej pomieszczonej wewnątrz czaszki końskiej. I zwróćmy też uwagę na cesarzewicza przynależnego, tak naprawdę, do dynastii Gondwanidów.

6. realne

przyjechawszy do Paryża zastałem słynną wieżę Eiffla skróconą do jednej trzeciej „ze względu na bezpieczeństwo zeppelinów”.

Skażona brodawką u nasady nosa linia prawego profilu, porowata, lekko łuszcząca się cera, setki czerwonych żyłek na krawędzi chrap, piersi za duże i za miękkie, duchowa obcość. To wszystko pomyślałem sobie w wąskiej jak krawędź ostrza chwili pomiędzy miłosnym trudem i upojeniem a snem zaspokojonego zwierzęcia, w pierwszą noc naszego małżeństwa.

Muszę kończyć, choć nie udało mi się zawrzeć w tej nocie nawet połowy rozmaitych przemyśleń i domysłów. Ale żadna długość (mam praktycznie pewność) nie zdoła pomieścić zapisu tej przygody czytelniczej. Może jeszcze zdołam coś dodać w komentarzach, a może przyjdzie okazja podczas zwiedzania Wysokich pokojów.

Na razie dopadło mnie realne: na parapecie usiadł ptak skurkuć z wiadomością w dziobie, pilącą do podjęcia natychmiastowych działań. Zostawiam więc was z tą chwilą kobiecej realności, Łazura szczelinie w nostalgii, zaburzeniu podobnie mikroskopijnym co książki Wojciechowskiego czyniące drobny wyłom w nierealnej codzienności tego-co-za-oknem.


Ze strony czwartej francuskiego tłumaczenia: Un crâne dans un crâne (1988).

Kiedy po godzinie wychodziłem z kasyna, chwiałem się nieco na nogach, ale wiedziałem wszystko o korpusie ekspedycyjnym. Wiedziałem, że zostaną na bocznicy za Suchą w swoich czterystu wagonach, zostaną tam jeszcze parę tygodni, bo zarządzono im kwarantannę. Nie można ich było inaczej zatrzymać ze względu na sojusz z Francją, konwencję Bordona-Genneta, dotyczącą formacji ochotniczych, i poparcie, jakie okazywała akcji interwencyjnej mafia dworska, zwana „lożą baronowej M.”. Nie można też było dopuścić ich na Bałkany ze względu na nieoczekiwaną poprawę stosunków z Sułtanatem, interpelację posła cygańskiego w Trzeciej Izbie oraz podejrzenie, że wśród kadry oficerskiej korpusu ukrywają się pod przybranymi nazwiskami montenegryjscy i pelagońscy fanatycy – młodzi arystokraci umieszczeni w Ecole de Saint Cyr przez Nikołę Cetyńskiego.
Piotr Wojciechowski, Czaszka w czaszce, wyd. 2, PIW, Warszawa 1974, s. 112.

K-hm-skiego kandydatura
perspektywa to ponura
a K-hm,hm-skiego głos na
perspektywa to żałosna

Nigdy się nie dowiemy, co by było, gdyby Jarosław Kaczyński wygrał wybory prezydenckie 2010. Czy sprawdziłaby się prognoza Kingi Dunin, wyrażona na przykład w rozmowie z nią Mazurka (16 lipca)? Jest tam przypomnienie, że już tak było (rząd Platformy, Kaczyński na prezydenturze – tylko ten drugi), oraz wskazanie na możliwość samodestrukcji PiSu odpępionego od Wodza. Poza prognozą jest tam też diagnoza, że wybieranie między panami K. to sytuacja zwana w teorii gier adnochujstwienno. No i to pytanie Mazurka: „Czy wolałabyś iść na kolację z Komorowskim czy Kaczyńskim?”, na które odpowiedź wciąż jeszcze nieodpłatnie wisi w Rzepie.

Dziś widać, że Komorowski nadal nie istnieje, a z Kaczyńskiego „wylazł potwór jeszcze gorszy od ropuchy” (że zacytuję K.D.); czekam kolejne symboliczne 4 i pół roku, wiedząc w głębi duszy, że prędzej z tego czekania umrę niż wyemigruję, i mając wewnętrzną pewność, że niczego by w tym nie zmienił odmienny wynik wyborów.

Treści we wspomnianej rozmowie były, jak sądzę, w sporej części reaktywne, wynikające z wcześniejszej holland-wajdowskiej histerii, do której przyłączyła się między innymi Agata Bielik-Robson. Trzy tygodnie przed powyższym wywiadem współpodpisała (26 czerwca) apel wzywający do głosowania na Komorowskiego, bo każde inne zachowanie będzie wsparciem Kaczyńskiego, czyli nieszczęściem; po raz setny po ’89 uruchomiono doktrynę mniejszego zła.

Po tym przypomnieniu faktów wracamy do tematu, czyli najpierw do tezy, jaką ABR wygłosiła w rozmowie, której poświęciłem poprzednią blogonotę:

Poza tym widzę, jak moi lewicowi studenci myślą z sympatią o Kaczyńskim, wiem, że na niego głosowała połowa „Krytyki Politycznej”!

Od razu wydała mi się podejrzana ta „wiedza” (czego ślad jest w tekście blogonoty); względnie szybko mogliśmy też przeczytać, co o tym sądzi Dunin. I wszystko byłoby fajnie, zawisła sobie ta lekko oldskulowa polemika pro forma (no bo fakty, wiecie, przypomniałem je powyżej), gdyby nie komentarz podpisany abr, który pojawił się pod tym tekstem:

Hej, droga Kingo! Po co cały ten zbędny formalizm? Przecież w tej samej Rzepie kilka miesięcy temu zapewniałaś czytelników, że wolałabyś kolację z Jarosławem. Coś jednak było na rzeczy w tym liście do KP, podpisanym między innymi i przeze mnie. W pewnej mierze pomogliście J.K. w jego udawanym i fałszywym „otwarciu na lewo”.

* * *

Nie zwróciłbym uwagi na ten komentarz, gdyby nie donośne zatrombienie inżyniera Mruwnicy. Po oczywistym zastrzeżeniu (no bo nie wiemy, czy abr to hm, prawdziwa ABR) pisze:

Nie wiem jak to otagować. #Złamanie-decorum #O-tempora-o-mores-o-kurwa #Co-ja-czytam. To są intertuby, FFS! Przecież to jakby serio zostawić anons towarzyski na ścianie w kiblu.

I ja bym się bardzo chętnie odniósł do tego (popierająco!), bo wydaje mi się, że ta kwestia jest o wiele ciekawsza od kwestii wyrażonej w (marnym) czterowierszu powyżej.

Polemizować ze sobą tekstami w portalu KP. Od biedy – poprzez wywiady w „Rzeczpospolitej” (no bo skoro „GW” raczej nie, raczej nie chce? w telewizji byłoby fajnie – tak? w której?). Ale robić taki myk z komentarzem niepewnego autorstwa?

Kto czyta komentarze?

Z dwójki: Cezary Michalski i Agata Bielik-Robson – zwłaszcza Cezary rutynowo wspomina publicznie o ich związku – wolę ABR. Jest, jak sądzę, głębsza, bardziej skoncentrowana na diagnozach (a mniej na akcji, której nieobojętny i poniekąd niszczący wpływ CM przetestował życiorysowo), wreszcie – mniej żurnalistyczna. Ale i ją ostatnio na akcji przyłapano: pojawiła się na kongresie Palikota. Po czym dość szybko, wnosząc z treści, dopadła ją „Rzeczpospolita” (w osobie Piotra Skwiecińskiego; dalej jako „P.S.”) i przeprowadziła z nią wywiad (jest tu zatem bardziej żurnalistyczna niż zwykle).

W sieci wisi wyłącznie kadłubek (reszta: płatna), więc minąłbym. Ale podrażniony różnymi wzmiankami tu-i-tam skorzystałem z nadarzającej się okazji, rąbnąłem „Plus-Minus” z miejsca, gdzie czekał na makulaturowy after-life, i voila, przepisałem parę akapitów. Bo ilustrują, moim zdaniem, pewne ruchy tektoniczne wewnątrz dość sztywno wcześniej upłytowanego zeitgeistu.

katastrofa

Sprawa smoleńska spowodowała, że po raz pierwszy w Polsce doznałam głębokiego wyobcowania [to i nast. podkr. moje – n.]. Dla mnie na przykład TVN był nie do zniesienia. Całkowicie oddał się nastrojowi interesownie rozdmuchanej żałoby.

[...] Skłaniam się ku hipotezie, że za katastrofę odpowiedzialny jest Lech Kaczyński. Byłam zdumiona, gdy zobaczyłam, jak zaraz po katastrofie dziennikarz TVN, oburzony, uciął rozważania eksperta, który zaczął mówić o możliwości nacisków ze strony prezydenta. I nigdy już w mediach ta hipoteza nie wróciła.

P.S.: Odwrotnie – była i jest suflowana bez przerwy.

Znowu mówisz językiem ofiary! To wcale nie jest dominująca hipoteza. A powinna być.

[...] PiS się tego obawia. I żeby zneutralizować efekt tej hipotezy, pracuje nad budowaniem już nawet nie mitu, tylko nowej religii, religii smoleńskiej, która uniemożliwi racjonalną ocenę faktów.

Tymczasem zaś człowiek o poglądach zbliżonych do moich czuje się wyobcowany w Polsce od wielu, wielu lat: powiedzmy, około 15 (lub mniej, gdy młodszy). Nieznośność TVN przećwiczyliśmy w comarcowych, jajcarskich relacjach z Manif. Traktujemy ją jako oczywistość, gdy widzimy niezmienny klucz dobierania rozmówców do rytualnych pyskusji na wizji (jeden ksiądz-i-lub-terlikowski, dwóch-trzech aparatczyków z partyjnych wydziałów propagandy, Niesiołowski-Gowin oko w oko z Krasnodębskim-Staniszkis; paplanina, nuda, rozpacz). Nieznośność TVN strzeliła pienistym gejzerem przy okazji show „umieranie papieża”; kim trzeba być, żeby odczuć ją dopiero pół roku temu, a co więcej, głęboko się od tego wyobcować? Poza tym, ABR ma oczywiście rację.

Kaczyński

Kaczyński dostał prawie 50%, a smoleński mesjanizm ma wsparcie Kościoła. To nie jest marginalna sprawa. Jeśli na forum „Frondy” się pisze, że katastrofa to ofiara, znak od Boga, żeby reszta Polaków zrozumiała, że jej misją jest nawrócenie się, odrzucenie cywilizacji śmierci i ewangelizowanie świata [...]

Ktoś napisał we „Frondzie”: „apokalipsę czas zacząć”. A chrzanić to życie, tę pracę, te obywatelskie żmudne obowiązki, zniszczmy to wszystko!

[...] niepokoi mnie sam Jarosław Kaczyński.

P.S.: Ale on przegrał.

Nie do końca. Będą wybory samorządowe. Poza tym widzę, jak moi lewicowi studenci myślą z sympatią o Kaczyńskim, wiem, że na niego głosowała połowa „Krytyki Politycznej”!

Tu – całościowo – przyznam, że nie wiem, mam kłopot z oceną skali. Czy przedwyborcza niechęć do żałosnej kandydatury Komorowskiego nie została utożsamiona przez ABR z sympatią do Jarosława K.? W tę masowość głosowania na niego zespołu „KP” też nie wierzę; boję się, że to CM coś naplótł rozmówczyni Skwiecińskiego. Niemniej skala polaryzacji i skala zagrożenia nie są marginalne, podobnie jak nie są marginalne zagrożenia wynikające z prawie-mono-władztwa Platformy. (To przecież stara i niegłupia teza: kartofle i frytki.)

Platforma i Kościół

Platforma przestaje być liberalno-konserwatywna, staje się jednoznacznie zachowawcza, świadczy choćby o tym utrzymanie w rządzie minister Radziszewskiej.

[...] chodzi przede wszystkim o kokietowanie prawicowego wyborcy, bo postawa konserwatywna jest w Polsce masowa i naturalna. Przeciętny Polak chodzi do Kościoła, nie znosi gejów, nie ufa feministkom, uważa, że Kościół ogólnie ma rację. Kiedyś uważałam, że Kościół cywilizuje społeczeństwo.

A teraz mi się wydaje, że nie cywilizuje. Przeciwnie. Cała ta gadanina o Zachodzie jako cywilizacji śmierci to otchłanna głupota.

[...] uważam, że dziś w Polsce już się pojawiło miejsce na poważną krytykę Kościoła katolickiego jako instytucji normatywnej, jako rzekomej ostoi wszelkiej cywilizacji. Ponieważ już od jakiegoś czasu on tej funkcji w Polsce nie pełni, ta argumentacja, że musimy się z Kościołem obchodzić jak z jajkiem, ponieważ to jedyna instytucja, która Polaków wychowuje do cywilizacyjnych norm, powoli obraca się przeciwko nam. Niekrytykowany Kościół nie płaci podatków, kontroluje naukę religii w szkołach publicznych, ma monopol na tak zwaną władzę biopolityczną.

P.S.: Kościół ma władzę?

Mogę wyliczyć wiele elementów władzy, którą Kościół sprawuje nad życiem jednostki, od jej narodzin do śmierci.

P.S.: A to ciekawe, bo ja uważam, że w Polsce można żyć, w ogóle nie pamiętając o istnieniu Kościoła.

Tak? A co ma w tej kwestii powiedzieć kobieta z niechcianą ciążą albo ciążą, która zagraża jej życiu, albo bezdzietne i ubogie małżeństwo czekające na bezpłatny zabieg in vitro? [...]

No i co tu można dodać? Czemu tak późno? Ale o to już poniekąd pytałem.

Kościół a „Wyborcza” i TVN

P.S.: Powtórzę: nie słyszałem o takich problemach [z pochówkami niewierzących na katolickich cmentarzach], a gdyby takowe były, „Wyborcza” by o nich trąbiła.

Nie, bo „GW” jest dosyć neokonserwatywna.

P.S.: ?

Adam Michnik, a już zwłaszcza ci młodzi, którzy tam teraz objęli rządy, są w gruncie rzeczy z chowu noekonserwatywnego. Uważają, że jest miejsce dla religii w życiu publicznym. [...]

„Gazeta” chciała się układać z Kościołem pod warunkiem, że ten polubiłby nowoczesność. [...]

[Kościół] To potężna, zjednoczona instytucja, naprzeciw której stają rozproszeni ludzie, którzy nie stanowią żadnej wspólnoty. Przecież nie można „Wyborczej” nazwać wielką instytucją.

P.S.: GW” dyktuje dyskurs w tym kraju od 20 lat.

Już coraz mniej.

P.S.: Jeśli słabnie, to na rzecz TVN, który w tych sprawach się od niej nie różni.

TVN to jeszcze bardziej neokonserwatywna formacja, w której zbyt miażdżąca krytyka Kościoła spotyka się z niedowierzaniem redaktorów. Ilekroć Magda Środa wypowiada tam jakiś antyklerykalny sąd, zawsze budzi to konsternację u prowadzącego.

[...] Dziennikarze TVN przejęli w sprawie smoleńskiej argumentację PiS, którą traktują jako równouprawnioną. [...] Jako osoba racjonalna szaleństwa PiS nie trawię. A TVN każe nam ten obłęd traktować na serio.

Starsi w środowisku „Wyborczej” byli naznaczeni „linią” gazety, od zarania przede wszystkim UD/UW-owską, pod wezwaniem (czy – teraz – pod maskotkami) Jana Pawła II albo Tischnera. Aborcja? – nas nie dotyczy, mawiali w połowie lat 90. Kościół? – cywilizuje (mawiali za Kołakowskim). Sklerykalizowane media (w tym: tzw. publiczne)? – przesadzacie (osadzali oponentów). Teraz tym starszym nieco drgnęła koniunktura (nie będę ryzykować domyślania się przyczyn), natomiast młodsi, cóż, ci są już wychowani przez szkołę z religią.

TVN natomiast strzelił sobie kanał religijny, a jego dyrektor, ksiądz Sowa, jest rutynowo obecny w codziennym konwentyklu dziennikarskim na antenie TVN24, prowadzonym przez red. Morozowskiego; poziom tej edycji pomysłu „koło 18-tej dziennikarze komentują newsy dnia” jest już tak marny, że widz nie ma nawet siły się wstydzić.

Palikot

Był głównym powodem dwukolumnowego odpytania ABR przez „Rzepę”. Ale nie chce mi się tego przepisywać; nie warto. Sens tego jest taki, że ABR, wyobcowana i zagrożona Kaczyńskim, nie znajdując wsparcia dla wyznawanego przez siebie (głębokiego: nie żartuję tutaj ani nie ironizuję) liberalizmu nawet w mediach znienawidzonych przez (neo)kaczyzm, sięga po jedyną, jak jej się zdaje, enklawę, która daje jeszcze jako taką nadzieję (moim akurat zdaniem – nie). Ale sięga bez zaciągania się.

blogoniusy

1000

Pan Marceli ogłosił, że stuknęło mu tysiąc blogonot. Zajęło mu to trochę ponad 40 miesięcy, co oznacza, że napisał więcej not niż było w tym okresie dni roboczych. Oczywiście, pan Marceli nie patrzy w kalendarz (mam nadzieję), podaję to porównanie dla ogarnięcia Rozmiaru Jego Dzieła, szacun, zią!

Sam dość późno podłączyłem się pod ten szamański strumień muzyki, filmów, książek i czegotamniema. Ale nie pluję sobie w brodę, bo każdą z 1000 odwiedziłem, choć większość po czasie, a z niektórych wyniknął niemały pożytek, nie mówiąc już o przyjemności.

Trochę się jednak boję #1111, żeby pan M. nie wykręcił wtedy numeru à la Bilbo.

wielkie jabłko

ożyło, pojawiła się nowa nota (nie czytałem, nie zamierzam). Archiwa, wyczyszczone na ładnych parę miesięcy, selektywnie wróciły. O co chodzi? Ano o to, że ileś blogonot weszło do drugiego, rozszerzonego wydania książki, która z tego bloga wypączkowała. Ale wchodząc do książki, z blogu zniknęły. Do jednego tekstu mocno linkowałem, cytując też fragment, a pod niektórymi innymi trochę komciowałem. Teraz link prowadzi na główną, a komcie i dyskusje poszłysię.

Więc żeby uniknąć podobnych rozczarowań w przyszłości, postanowiłem odłączyć się od wielkiego jabłka. Sorry, Kamila. (A książkę mam, niezła jest. Tylko taka jakaś obca.)

1 osoba uznała, że da się to czytać

« Older entries