Jakoś tak niepostrzeżenie od 10 sierpnia zrobił mi się na blogu cały cykl not poświęconych (nomen omen) instalacji katolicyzmu instytucjonalnego w Polsce:
- jeszcze trzy tygodnie, pliz!
- pchać, nie kopać
- ruch 0,9
- świeckie państwo, katolicka żona
- początek roku mszowego
- liberałowie w KC
- 31625
Ich generalny wydźwięk nie jest zbyt optymistyczny. Deinstalacja nie będzie ani łatwa, ani szybka; tak naprawdę nie wiadomo, czy możliwa. Przynajmniej w takiej perspektywie czasowej, która co starszych, a więc tym samym co niecierpliwszych, może zadowolić.
Pora zatem na zajęcie się mniej ponurymi tematami. Ale na zakończenie chciałbym jeszcze skonfrontować dwie postawy. Oto w „Gazecie Wyborczej” po raz kolejny czytam opinię skonstruowaną na trosce o „jakość wiary” młodego pokolenia, skatechizowanego szkolnie.
W prasie katolickiej jakoś jednak nie strzelają korki od szampana. Wygląda na to, że religia w szkole nie wychodzi na dobre wspólnocie Kościoła. Widać dziś gołym okiem, że młodzież przestaje praktykować. Proboszczowie zauważają, że już po Pierwszej Komunii wyraźnie zmniejsza się liczba dzieci przychodzących na niedzielną Eucharystię. A bierzmowanie, sakrament dojrzałości chrześcijańskiej, nazywany jest „sakramentem pożegnania z Kościołem” — pisze Cezary Gawryś w „Tygodniku Powszechnym”. Jego zdaniem katecheza szkolna nie spełnia swojej podstawowej funkcji: nie formuje w młodych ludziach wiary. Z kolei dla wielu katechetów wedle Gawrysia lekcja religii to istna droga krzyżowa.
Publicystka „Wyborczej”, skądinąd jedna z rozsądniejszych, niby tylko relacjonuje. Ale mam jakieś takie dziwne wrażenie, że przyłącza się do tych utyskiwań, że widzi wartość w (zagrożonej) autentycznej religijności młodego pokolenia. Kończy:
Na razie dla Episkopatu ważniejszy jest dialog z kolejnymi rządami, by religia rosła w siłę. Ale wciąganie jej do średniej ocen czy na maturę to za mało, by odtrąbić sukces.
...jakby przestrzegając biskupów: „nie tędy droga”. Jakby ubolewała, że wytłuszczona przeze mnie diagnoza Gawrysia jest słuszna.
Zostawmy jednak (fałszywą?) troskę „Wyborczej”. Zgoła inną diagnozę, mianowicie zasadniczy związek szkolnej katechezy z sukcesem KK w instalowaniu państwa wyznaniowego, formułuje w „Krytyce Politycznej” socjolog Tomasz Warczok. Pisze:
Rytuał katechezy szkolnej uczy szczególnego pojmowania miejsca Kościoła w życiu codziennym i jego relacji z państwem nie tyle przez swą treść, ile raczej przez formę. Ideologiczny przekaz nie musi być wyrażany wprost, ale „komunikowany” bywa poprzez odpowiednią manipulację przestrzenią i czasem.
Czego zatem dowiaduje się uczeń już od pierwszych dni swoje edukacji? Że w instytucji państwowej, będącym dla dziecka Państwem samym (bo nie ma bezpośredniego kontaktu z innymi jego instytucjami) Kościół i religia są „naturalnym” elementem, wpisanym w niekwestionowany porządek rzeczy. Nieusuwalne i trwale zakorzenione dwie godziny lekcyjne w szkole — kontrolowanej przez państwo przestrzeni publicznej – zajmuje katecheza, a więc sama instytucja Kościoła. W ten sposób — dzień po dniu — niewyrażony komunikat mówi, że Państwo i Kościół to instytucje zrośnięte do tego stopnia, że nie sposób wyobrazić sobie nawet ich rozdziału. Do tego dochodzą pomniejsze, lecz istotne elementy, takie jak kolonizacja szkoły przez Kościół za sprawą swych symboli (krzyże w każdej klasie). Znowu dziecko widzi, że nie tylko porządek czasu, ale i przestrzeni publicznej jest w dużej mierze porządkiem religii i Kościoła. Porządek ten wzmacniany jest przez obecność samego księdza, odgrywającego w tym przedstawieniu rolę nauczyciela, a więc osoby, za którą stoi i która wyraża autorytet Państwa. [...]
Jak pokazują przeprowadzone dwa lata temu ogólnopolskie badania, Polacy są niechętni katechezie szkolnej. 51% respondentów oczekiwało powrotu lekcji religii do sal kościelnych, a za ich pozostawieniem w szkole opowiadało się 35% badanych (ARC Rynek i Opinia dla dziennika „Polska” z dnia 21 września 2008). [podobne dane w blogonocie 31625 – przyp. n.]
A zatem większość z nas „wie, że” religia w szkole to nie jest dobry pomysł, „ale mimo to”, praktykę tę realizuje. Czym innym jest bowiem „świadomość” i głęboka, często krytyczna refleksja, a czym innym praktyka oparta na zespole niekwestionowanych, dosłownie wdrukowanych w ciało, nigdy nie wypowiedzianych założeń. [podkr. moje – n.]
Polecam lekturę całego tekstu Warczoka, trafia on i w moje intuicje. Katecheza szkolna może i „nie formuje w młodych ludziach wiary” (żaden powód do płaczu, moim zdaniem), ale skutecznie realizuje lekcję gięcia karku, odwołując się do fundamentalnej dla edukacji i przez stulecia wyćwiczonej przez religie instytucjonalne techniki wdruku.
Hierarchowie doskonale o tym wiedzieli, dlatego też zajadle walczyli o obecność religii w szkole, nie przejmując się potem zbytnio treścią samych katechez.
– kończy Warczok swój tekst.
A ja kończę (choć może nie ostatecznie) z tematem religijnym. Niespodziewanie szybkie nadejście jesieni jest samo w sobie wystarczająco dołujące.





Recent Comments