September 2010

You are currently browsing the monthly archive for September 2010.

Jakoś tak niepostrzeżenie od 10 sierpnia zrobił mi się na blogu cały cykl not poświęconych (nomen omen) instalacji katolicyzmu instytucjonalnego w Polsce:

Ich generalny wydźwięk nie jest zbyt optymistyczny. Deinstalacja nie będzie ani łatwa, ani szybka; tak naprawdę nie wiadomo, czy możliwa. Przynajmniej w takiej perspektywie czasowej, która co starszych, a więc tym samym co niecierpliwszych, może zadowolić.

Pora zatem na zajęcie się mniej ponurymi tematami. Ale na zakończenie chciałbym jeszcze skonfrontować dwie postawy. Oto w „Gazecie Wyborczej” po raz kolejny czytam opinię skonstruowaną na trosce o „jakość wiary” młodego pokolenia, skatechizowanego szkolnie.

W prasie katolickiej jakoś jednak nie strzelają korki od szampana. Wygląda na to, że religia w szkole nie wychodzi na dobre wspólnocie Kościoła. Widać dziś gołym okiem, że młodzież przestaje praktykować. Proboszczowie zauważają, że już po Pierwszej Komunii wyraźnie zmniejsza się liczba dzieci przychodzących na niedzielną Eucharystię. A bierzmowanie, sakrament dojrzałości chrześcijańskiej, nazywany jest „sakramentem pożegnania z Kościołem” — pisze Cezary Gawryś w „Tygodniku Powszechnym”. Jego zdaniem katecheza szkolna nie spełnia swojej podstawowej funkcji: nie formuje w młodych ludziach wiary. Z kolei dla wielu katechetów wedle Gawrysia lekcja religii to istna droga krzyżowa.

Publicystka „Wyborczej”, skądinąd jedna z rozsądniejszych, niby tylko relacjonuje. Ale mam jakieś takie dziwne wrażenie, że przyłącza się do tych utyskiwań, że widzi wartość w (zagrożonej) autentycznej religijności młodego pokolenia. Kończy:

Na razie dla Episkopatu ważniejszy jest dialog z kolejnymi rządami, by religia rosła w siłę. Ale wciąganie jej do średniej ocen czy na maturę to za mało, by odtrąbić sukces.

...jakby przestrzegając biskupów: „nie tędy droga”. Jakby ubolewała, że wytłuszczona przeze mnie diagnoza Gawrysia jest słuszna.

Zostawmy jednak (fałszywą?) troskę „Wyborczej”. Zgoła inną diagnozę, mianowicie zasadniczy związek szkolnej katechezy z sukcesem KK w instalowaniu państwa wyznaniowego, formułuje w „Krytyce Politycznej” socjolog Tomasz Warczok. Pisze:

Rytuał katechezy szkolnej uczy szczególnego pojmowania miejsca Kościoła w życiu codziennym i jego relacji z państwem nie tyle przez swą treść, ile raczej przez formę. Ideologiczny przekaz nie musi być wyrażany wprost, ale „komunikowany” bywa poprzez odpowiednią manipulację przestrzenią i czasem.

Czego zatem dowiaduje się uczeń już od pierwszych dni swoje edukacji? Że w instytucji państwowej, będącym dla dziecka Państwem samym (bo nie ma bezpośredniego kontaktu z innymi jego instytucjami) Kościół i religia są „naturalnym” elementem, wpisanym w niekwestionowany porządek rzeczy. Nieusuwalne i trwale zakorzenione dwie godziny lekcyjne w szkole — kontrolowanej przez państwo przestrzeni publicznej – zajmuje katecheza, a więc sama instytucja Kościoła. W ten sposób — dzień po dniu — niewyrażony komunikat mówi, że Państwo i Kościół to instytucje zrośnięte do tego stopnia, że nie sposób wyobrazić sobie nawet ich rozdziału. Do tego dochodzą pomniejsze, lecz istotne elementy, takie jak kolonizacja szkoły przez Kościół za sprawą swych symboli (krzyże w każdej klasie). Znowu dziecko widzi, że nie tylko porządek czasu, ale i przestrzeni publicznej jest w dużej mierze porządkiem religii i Kościoła. Porządek ten wzmacniany jest przez obecność samego księdza, odgrywającego w tym przedstawieniu rolę nauczyciela, a więc osoby, za którą stoi i która wyraża autorytet Państwa. [...]

Jak pokazują przeprowadzone dwa lata temu ogólnopolskie badania, Polacy są niechętni katechezie szkolnej. 51% respondentów oczekiwało powrotu lekcji religii do sal kościelnych, a za ich pozostawieniem w szkole opowiadało się 35% badanych (ARC Rynek i Opinia dla dziennika „Polska” z dnia 21 września 2008). [podobne dane w blogonocie 31625 – przyp. n.]

A zatem większość z nas „wie, że” religia w szkole to nie jest dobry pomysł, „ale mimo to”, praktykę tę realizuje. Czym innym jest bowiem „świadomość” i głęboka, często krytyczna refleksja, a czym innym praktyka oparta na zespole niekwestionowanych, dosłownie wdrukowanych w ciało, nigdy nie wypowiedzianych założeń. [podkr. moje – n.]

Polecam lekturę całego tekstu Warczoka, trafia on i w moje intuicje. Katecheza szkolna może i „nie formuje w młodych ludziach wiary” (żaden powód do płaczu, moim zdaniem), ale skutecznie realizuje lekcję gięcia karku, odwołując się do fundamentalnej dla edukacji i przez stulecia wyćwiczonej przez religie instytucjonalne techniki wdruku.

Hierarchowie doskonale o tym wiedzieli, dlatego też zajadle walczyli o obecność religii w szkole, nie przejmując się potem zbytnio treścią samych katechez.

– kończy Warczok swój tekst.

A ja kończę (choć może nie ostatecznie) z tematem religijnym. Niespodziewanie szybkie nadejście jesieni jest samo w sobie wystarczająco dołujące.

3 razy uznano, że da się to czytać

31625

W komentarzu do poprzedniej blogonoty mówi się o wskaźniku skatolicyzowania Polski:

faktycznie w Polsce uskrobie się jakieś 40 parę procent pasujących mniej więcej do wzorca „katolik”

Mamy oto kolejne potwierdzenie:

Tymczasem z sondażu przeprowadzonego dla Polskiego Radia przez Instytut Badania Opinii Homo Homini wynika, że 46 procent Polaków posłałoby swoje dziecko na lekcje religii w szkole. 15 procent respondentów wybrałoby etykę. Prezes Instytutu Marcin Duma zwraca uwagę, że aż 32 procent badanych dałoby dziecku wolny wybór. Jego zdaniem jest to swojego rodzaju ucieczka, żeby nie przyznać, że dziecka na religię się nie pośle.

W tej samej nocie znany liberał z KC, Pieronek, nostalgicznie wspomina PRL-owski ład i porządek:

Szkoła po 1989 roku zmieniła się. Panuje w niej chaos i bałagan.

i powtarza swój oszałamiający „argument bzdurę”:

Pytany o zarzuty środowisk lewicowych, które uważają, że prowadzenie lekcji religii w szkołach jest łamaniem zasady rozdziału Kościoła od państwa, odparł: „To bzdury. Te kwestie są odpowiednio poukładane i usankcjonowane. Nie ma mowy o łamaniu żadnej zasady”.

Myślałem przez moment nad jakąś gryzącą pointą, ale mi się nie chce (nie kop, bo się spocisz), zostawiam więc tylko powyższe w charakterze przypisu.

Bardzo natomiast zastanawiająca jest informacja MEN:

w ubiegłym roku lekcje religii prowadzone były w ponad 27 tysiącach szkół. To 72 procent wszystkich placówek. Lekcje etyki natomiast odbywały się w 887 szkołach. Zajęć religii ani etyki nie prowadzono w 10 tysiącach szkół.

Co to za tajemnicze 10 tysięcy szkół? Jakich?

PS W tytule blogonoty liczba (opłacanych z budżetu) katechetów.

W czasach tzw. komunizmu dwa sporty ekstremalne zyskały prawa akademickie, zaowocowały grantami, artykułami i monografiami na kredowym papierze, z podobizną smoka i autora [*] – czytanie między wierszami, czyli analiza prasy reżimowej, oraz frakcjologia, czyli identyfikowanie ukrywanych oficjalnie konfliktów między frakcjami partii komunistycznej (banda czworga kontra pragmatycy, puławianie kontra natolińczycy, łagiewnicki kontra toruński itd.).

Były to zresztą sporty powiązane: między wierszami szukano potwierdzeń dot. walk między znanymi frakcjami, a znowuż o samym ich istnieniu frakcjologia mogła wnosić głównie z twórczej interpretacji reżimowej prasy (istniał też, oczywiście, przemysł szpiegowski, ale jego produkty niekoniecznie trafiały na żerowiska akademickie, no, chyba że post factum, tj. po spaleniu / wykryciu siatki). Najbardziej znaną profesją w tych dziedzinach była kremlinologia, ale i pomniejsze domeny miały swoich klasyków: mało kto już pamięta, że Antoni Macierewicz w czasach swej trockistowskiej młodości był dla młodszych adeptów sztuki uznanym autorytetem czytania między wierszami, stworzył wręcz odrębną polską szkółkę, w której wychowało się kilkunastu przedstawicieli tzw. opozycji demokratycznej, a dziś – jak wiemy – nawet wierszy nie potrzebuje, by między nimi wyczytać.

Klasycznym zagadnieniem badawczym tych dwóch domen było tropienie liberałów w KC [**]. Uważano bowiem, że reżim może ewoluować w pożądanym kierunku, jeśli liberałowie w KC zyskają na sile w takim stopniu, by zneutralizować beton.

Jest jednak przeciwstawna szkoła myślenia, która twierdzi, że tropienie liberałów w KC to czynność jałowa, bo o ewolucji reżimów decydują w głównym stopniu względy zewnętrzne, poniekąd obiektywne: ekonomia, demografia, dryf kulturowy (por. np. teoria konwergencji) i im podobne, a także sama logika systemu, wobec której rozróżnienie „liberałowie” – „beton” jest jedynie maskirowką.

Przychylam się do tego drugiego stanowiska. Obserwując przez lata tropienie liberałów w episkopacie, twierdzę, że to jałowe zajęcie. Z dwóch powodów. Po pierwsze, decyduje

logika interesów

– politycznych i ekonomicznych – Kościoła, a ta jest jedna, nie dwie różne. A po drugie, jak się weźmie mniemanego liberała z episkopatu na spytki, to i tak wyjdzie na jaw beton.

Co zilustruję na przykładzie biskupa Pieronka, którego (razem z Życińskim) najczęściej wymienia się jako koronny dowód na istnienie liberałów w KC, tj., tfu, w episkopacie.

W wywiadzie dla „Rzepy”, pytany o „nocny happening na Krakowskim Przedmieściu” mówi:

Tam słyszałem krzyk rozpaczy ludzi‚ którzy chcieli pokazać swoje oblicze, a pokazali‚ że są wewnętrznie martwi. Pokazali chamstwo. Pokazali, jak nisko może upaść człowiek‚ który powołuje się na tolerancję‚ a jest po prostu chamem.

Przydałby się tu jakiś czytacz-między-wierszami, by wyjaśnić, skąd „rozpacz” (krzycząca!) u ludzi „wewnętrznie martwych” (mówiąc wprost: co to za pieprzenie, panie Pieronku?). Bo resztę tej kwestii, czyli diagnozę „chamstwa” („warchoły z Ursusa i Radomia” – por. „Trybuna Ludu” z 1976) można było przewidzieć bez odpytywania biskupa.

O zarzucie „państwa wyznaniowego” w Polsce:

Państwo świeckie jest postulowane przez Kościół‚ bo i dla Kościoła państwo wyznaniowe byłoby nieszczęściem. To zaś‚ co mówi lewica o łamaniu konstytucyjnego rozdziału państwa od Kościoła, to są bzdury. Nikt nie wymyślił lepszego sposobu ułożenia stosunków państwo – Kościół od tego, co zostało zrobione. I tak jest nie tylko w Polsce. Mnóstwo państw na świecie ma konkordaty. Za pontyfikatu Jana Pawła II zawarto ponad 100 konkordatów. Jakieś drobne mechanizmy mogą ulec ulepszeniu‚ ale generalnie formuła‚ że państwo i Kościół to są dwie wspólnoty autonomiczne i niezależne‚ czyli rządzą się własnym prawem‚ ale dla dobra wspólnego współdziałają ze sobą‚ jest formułą trudną do zastąpienia‚ niemal idealną.

Widzicie? Z góry było wiadomo, że

liberał czy nie liberał, zawsze – poskrobany – zezna,

że „jest dobrze, [prawie] nie może być lepiej”, a komunizmowi trzeba tylko nadal dawać na tacę, żeby zwyciężył w skali globu (przepraszam, jeśli myli mi się nieco terminologia dot. reżimów).

Pytany o postulat usuwania krzyży ze sfery publicznej, okazuje imperialną pychę:

Wielokrotnie zabierałem głos w tej sprawie i będę to robił zawsze‚ gdy zajdzie potrzeba. Krzyż Chrystusowy jest mocniejszy od lewicy‚ a wojny z krzyżem jeszcze nikt nie wygrał.

Bo ja wiem? Przykłady zachodniej Europy czy braci Czechów (pozdrawiam niezmiennie serdecznie i z zazdrością!), którzy w 2003 roku grzecznie powiedzieli nie, dziękujemy na watykańską ofertę konkordatu (tracąc, biedacy, szansę na „ideał”), pokazują, że może nie ma co walczyć (z krzyżem).

Wystarczy wzruszyć ramionami (ups, przepraszamy, wykażmy się „chamstwem”: rzucić wtf?) i olać. Najlepszą metodą na przykład na katechezę w szkołach jest absencja.


[*] Stanisław Lem, Cyberiada, „Wyprawa trzecia, czyli smoki prawdopodobieństwa”
[**] czyli Komitecie Centralnym; wymiennie: w BP, czyli Biurze Politycznym, różnice między nimi poprawnie oddaje analogia: episkopat – Rada Episkopatu

4 razy uznano, że da się to czytać

Newer entries »