September 2010

You are currently browsing the monthly archive for September 2010.

Mój ulubiony kościelny liberał Pieronek znowu został przyłapany bez spodni (a właściwie z zadartą sutanną).

W krótkim wywiadziku, przeprowadzonym przez nieznaną mi Małgorzatę Skowrońską (co do której nie wiem, czy jest makiaweliczną prowokatorką, czy typową dla „Wyborczej” żurnalistką w służbie bezmyślnego podtuczania i tak nieźle się mających memów), powiada:

Instytucje kościelne działają w dobrej wierze. Mają prawo domagać się zagrabionego majątku. W tej sprawie korzystały ze sprawnego prawnika. Istnieje stare prawo, które każe na grabież odpowiedzieć grabieżą. Oczywiście, dziś mamy bardziej cywilizowane sposoby załatwiania sporów, ale zadośćuczynienie wciąż obowiązuje. [tu i dalej podkr. moje – n.]

To, oczywiście, w związku z tzw. Komisją Majątkową; biskup się nie patyczkuje i nazywa rzeczy po imieniu. Co prawda, później usiłuje tę grabież przedstawić w korzystniejszym, „janosikowym” świetle:

Jestem z tego pokolenia, które jeszcze pamięta, jak duchowni byli wyrzucani z domów, jak Kościołowi zabierano majątek, który służył przecież nie im, ale biednym. O tym się nie mówi.

Na zasadzie, że bezdomnym było cieplej na sercu, gdy widzieli, że przynajmniej księża żyją dostatnio. Może rzeczywiście lepiej o tym nie mówić.

Pani Skowrońska w swoje pytania wmontowuje niepodważalne artykuły [powszechnej] wiary:

Nikt nie podważa tego, że to, co w PRL zabrano Kościołowi, powinno zostać oddane, ale dzięki temu, że od decyzji komisji nie ma odwołań, mogło dochodzić do nadużyć.

Sam pan Pieronek to podważa: przecież ta grabież tylko grabiła wcześniej zagrabione.

No bo skąd KK doszedł tego swojego majątku? Nie z dziesięcin, świętopietrza, petyty? Nie z nadań feudalnych?

Więc nie „nikt”.

...językowe. Nie jestem pewien tej metafory: chciałem po prostu, aby zabrzmiało obraźliwie :) (A bo znowu mi się skumulowała irytacja.)

r.

Ciągle pokutuje po języku płaska biurokracja, świadectwo ciasnego umysłu i tępoty. Weźmy taką tablicę upamiętniającą:

Pamięci ofiar katastrofy w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 r.

Jeśli mamy tu słowo „kwiecień” (ojej, to chyba nazwa miesiąca?) poprzedzone przez „10” (może to numer dnia?) i poprzedzające „2010”, to – zagadka – czego dotyczy liczba 2010?

Nie, w życiu nie zgadniemy, trzeba dodać to „r.”. Ale powiedziałbym tak: jak już ci kompulsja żyć nie daje (bucu) i musisz, ale to naprawdę musisz dodać tę żałośnie zbędną informację, że chodzi o numer roku, to przynajmniej rozwiń ten skrót do pełnego „roku”.

A już zwłaszcza wtedy, gdy ryjesz napisy w kamieniu.

Oglądam filmy z paroletnim opóźnieniem, co jest dobre i słuszne, bo dobejrzenie takiego filma do końca oznacza – w trybie poza bieżącym przymusem, hm, towarzyskim – że jest tego wart. Tym razem trafiły mi się aż dwie sztuki z 2005 w odstępie dnia, dziwnie spokrewnione; o obu wygodnie jest mówić metaforą fizyki mikrocząstek.

Film „kobiecy”, pełen zabawnej i poniekąd wzruszającej, niewinnej wulgarności, Me and You and Everyone We Know (Ty i ja, i wszyscy których znamy) Mirandy July (przy tym scenarzystki i odtwórczyni jednej z głównych ról). I „męski”, Broken Flowers Jima Jarmuscha, w którym dominuje cisza.

UWAGA! SPOILERY!

Historia „kobieca” to migawki na zestawie świrów. Christine, artystka video (sama July) próbuje ulokować swoje kreacje w galerii sztuki, prowadzonej przez niezbyt ładną kobietę, unikającą kontaktów z artystami. Poza tym Christine ma interes taksówkarski typu przewóz osób starszych i nadziewa się na sprzedawcę butów w sklepie, do którego zawozi klienta. Sprzedawca (biały wypłosz z wąsem) dużo i przekonująco gada, ale to chyba kompulsja, skoro opuściła go (czarnoskóra) żona, a i w domu z synami (14 i 6; średnioskórzy) nie idzie mu najlepiej. Christinie jednak wydaje się nieodparcie atrakcyjny.

Inny sprzedawca nadziewa się na dwie piętnastolatki udające 18-tki i nawiązuje z nimi kontakt jakby erotyczny. Trochę poświntuszy werbalnie, ale później ogranicza się do wieszania kartek na swoim domu, co to by z dziewczynami nie zrobił, gdyby. Kartki są czytane. W ramach samoedukacji 15-tki urządzają konkurs robienia loda, wykorzystując (nieco zaskoczonego, ale chętnego) starszego syna sprzedawcy. Akcja przebiega w technicznie rzeczowym i beznamiętnym klimacie, uśmiech pojawi się na twarzach dziewczyn dopiero wówczas, gdy królik (nadal cichy i poważny) zezna, że obie są równie dobre. Czują się zatem gotowe, ale gdy dzwonią do drzwi erotomana-kartkowicza, ten, przerażony, chowa się, udając, że nie ma go w domu.

Tymczasem młodszy, sześcioletni syn sprzedawcy udziela się na sex-chacie, przedstawiając po wstępnym treningu takie oto oryginalne wejście „będziemy przepychać [jedną] kupę między naszymi pupami, tam i z powrotem, nieustannie”. O, tak (robi ascii-art):

))<>((

Kobietę z drugiej strony jednak to najwyraźniej kręci, aż do umówienia się na spotkanie irl. Trochę jest zdziwiona, gdy na parkową ławkę wspina się 6-latek. Ale erotyzm nie zna wieku: intensywne spojrzenie chłopca i gest (taki intymny) odsunięcia włosów kobiety robią swoje. Pocałunek. Po czym ona odchodzi, w stronę galerii sztuki (no, pewnie), od tej chwili jednak nieco się otwiera na propozycje artystów – odpowiada na apel lekko zdesperowanej Christine, która po właściwej swojej prezentacji nagrywa na video wezwanie, żeby zadzwonić pod wskazany numer i powiedzieć keyword „makaron”, co będzie znaczyło, że taśmę obejrzano aż do tego momentu włącznie.

Jakoż i Christine zostaje zaproszona do udziału w wystawie – na bannerze zawieszonym nad drzwiami galerii widzimy znak

))><((

– ona sama zaś pokonuje ostatecznie (słabnący z czasem) opór sprzedawcy; może coś z tego będzie.

Jedną (tajemniczą i ważną) postać w osobie małej dziewczynki – dotąd pominąłem. Zbiera ona (kupując na wyprzedażach) miksery i inne agd na swoje przyszłe wiano; chowa je w zacnej skrzyni razem z pluszakami. Spotkamy u niej starszego syna sprzedawcy. Będą rozmawiać o grawitacji leżąc na wznak na dywanie i patrząc w sufit.

W omówieniach tego filmu znalazłem parokrotnie powtarzany frazes o „poszukiwaniu miłości”, jako nadrzędnym motywie porządkującym zachowania bohaterów filmu. I takie tam (że zabawny, poetycki, warto; dodam też, że skosił niemało nagród na festiwalach). Ale mnie się zdaje, że to pójście na łatwiznę. Nasze świrnięte postacie są jak cząstki na swoich orbitach, rządzących się nie do końca uświadamianymi i niejasnymi regułami. I od czasu do czasu zdarza się takiej cząstce wymienić kwant energii z inną. Nie jest (zapewniam) ta energia ową zbanalizowaną do bólu „miłością” z tych (nieciekawych) omówień.

Może to być inna forma (wielopostaciowej) energii pływów, o której wspominałem, zeznając na temat filmu Meduzy.

No, mówię wam, film niby bez akcji, od którego nie sposób się oderwać: piękny przykład pięknego świra (pani Lipiec i jej postaci).

* * *

Jarmusch wziął mnie mniej. Samotna cząstka Don Johnston (Bill Murray) została rzucona przez kobietę, ale dostaje różowy list, informujący, że ma 19-letniego syna. Śledztwo z udziałem kumpla-sąsiada – i oto Don wyrusza w objazd, by odwiedzić każdą ze swoich ekskochanek, które może podejrzewać o synowską ewentualność. Zderza się więc niesprężyście z czterema innymi cząstkami (a nawet jeszcze kilkoma pobocznymi), przeżywa drobinki przygód (pólka akcji w otchłani pustki – przemieszczania się po Ameryce samochodem i samolotem, niezręcznego milczenia w trakcie „spotkań po latach”, itd.). Film jest tajemniczy, syna jakby nie było, choć jego możliwość pojawia się pod koniec, ekskochanki są (przeważnie) niezrozumiałe (dobra ich obsada!), dużo pustki, mało, oj, bardzo mało energii.

Film o energetycznym wyczerpaniu, oby bohater, którego zostawiamy stojącego w stuporze na środku skrzyżowania, miał siłę zadać jeszcze jakieś pytania, choćby tyle.

* * *

Dwa oblicza anomii, „kobiece”, w którym luźne orbity prowadzą do znalezienia, i „męskie”, w którym chodzi (tylko? aż?) o szukanie. Piszę o tych filmach łącznie, bo tak jakoś ze sobą gadają, trochę prowokując do (zbyt łatwych) zestawień.

Przyznam się, że podczas Jarmuscha miałem momenty, w których chciałem kogoś (ale kogo?) kopnąć. Miranda July prowokowała tylko do coraz szerszego (ale też – lekko zakłopotanego) uśmiechu, który mimowiednie wypełzał na pysk.

Ale obydwa polecam, jeśli ktoś nie widział (co wydaje mi się dość prawdopodobne).

Koleta

Madame d'Ora - Colette
Madame d’Ora, Colette (1953)

Dyskusja pod blogonotą mrw Ideologika najpierw pohasała sobie wprost, potem poskakała konikiem szachowym, a na koniec samoukoiła się (konik na biegunach) między bujem „to-a-to jest po prostu dobre” a bujem „nie, to jest ideologiczne, nie może być dobre”. Uczestnicy, jeśli można się tak wyrazić, rozeszli się do lektur.

Korzystając z tej (chwilowej?) nieobecności pocytuję sobie Przemysława Czaplińskiego (bo lubię cytować Czaplińskiego i będzie na temat).

We wstępie do książeczki Polityka literatury. Przewodnik Krytyki Politycznej, zbioru tekstów rozważających związki między literaturą a sferą polityki w dzisiejszej Polsce, pisze on tak:

W ogólnym zarysie przedstawiają się one [przekonania autorów tekstów, zamieszczonych w Polityce literatury] mniej więcej tak. Po pierwsze, nie uważają oni, by literatura była w jakikolwiek sposób odizolowana od życia społecznego czy innych przejawów kultury. Jest raczej przeciwnie: kultura jest tu rozumiana jako zmienny system praktyk symbolicznych, którymi społeczeństwo posługuje się do porządkowania rzeczywistości. Kto pisze o literaturze, pisze o indywidualnych pomysłach na wyjaśnienie świata, które są przejmowane (odrzucane) przez społeczeństwo i włączane w istniejące uporządkowania.

Po wtóre, wszyscy autorzy sądzą, że ani literatura, ani społeczna kultura symboliczna nie są niezmienne. Wszystko, co piszą autorzy, wynika z przekonania, że zmiana jest możliwa. Inna może być literatura, inne mogą być społeczne stany świadomości, inne mogą być relacje międzyludzkie. W tej perspektywie żaden parametr nowej rzeczywistości polskiej nie wydaje się ani konieczny, ani niezmienny. Jeśli nie jest konieczny, mogłoby go nie być, jeśli nie jest niezmienny – może być inny.

Kto z takiego stanowiska interpretuje literaturę, interpretuje możliwe oddziaływanie tekstu na nasze praktyki komunikacyjne – na codzienne gadanie, plotki, rozmowy, debaty, artykuł prasowy, spór w sejmie. Rozmowa o literaturze jest próbą ingerencji w społeczne dyskursy. Dlatego, i tylko dlatego, wedle autorów, warto uprawiać krytykę literacką.

Po trzecie, sądzą oni, że obie te strefy – literatura i społeczne dyskursy – są sprzężone. Literatura chce wpływać na praktyki komunikacyjne, te zaś – poprzez rozmaite zachęty – próbują sobie literaturę podporządkować.

Dalej (wcześniej też) jest równie ciekawie, a może nawet bardziej. No, ale znowu mam ten sam problem z Czaplińskim: streścić nie bardzo się da (bo gęsto i precyzyjnie pisze), a przepisywanie, hm, kiedyś musi się urwać.

PS Za marny kalambur w tytule przepraszam. Choć kusi eratura jako nie zbadana dotąd dziedzina: sztuka błędu i/lub wymazywania.

« Older entries