August 2010

You are currently browsing the monthly archive for August 2010.

Kiedy się komuś mówi (zwykle znienacka) „chłopie...”, to redukuje się ktosia do gatunkowowego mianownika. (Mentalna kamera robi zoom-out, spośród traw sawanny wychylają się głowy węszących ewopsycholi, słychać szczęk zatrzaskujacych się zamków odwiecznego porządku.) Chłopie, aleś walnął! albo: Miałeś szczęście, chłopie. Coś jak poklepanie po ramieniu, podszyte kiplingowskim „jesteśmy jednej krwi” (więc mogę ci, chłopie, coś – szczerze – powiedzieć w imieniu całego gatunku). To działa również wtedy, gdy mówiącą „chłopie” jest kobieta. W odróżnieniu od bardziej solidarystycznego (wyłącznie męskiego) „bracie”, które jednak nie wnosi tu żadnej nowej jakości: treść pozostaje ta sama.

Zupełnie inaczej jest z „siostro” (pomijam użycia specyficzne – medyczne, tak jak wyżej domyślnie pominąłem rolnicze).

„Siostro” mówi się nieco przeciągle, mentalna kamera przełącza się w tryb thriller obyczajowy. Kiedy mężczyzna (znienacka) zwraca się do kobiety „siostro...”, znaczy to: „ej ty, nie jesteś dla mnie obiektemseksualnym”. (Ewopsychole zwieszają się, ożywieni, z gałęzi.) Znaczy to: nie licz na żadne damskomęskie przywileje, w ludzkiej (siostro) rodzinie jest tak, że jak zechcę, to ci zaraz przywalę. Kryminały noir skwapliwie potwierdzają tę intuicję.

Musiałbym się zastanowić, czemu uznałem, że takim wstępem poprzedzę sobie poniższy wiersz Izabeli Kawczyńskiej:

Łatwo jest sypiać

łatwo jest sypiać z idiotami i prorokami, synami idiotów,
jedni i drudzy jednako systematycznie sprawdzają, czy istnieję,
namacalnie, z bardzo bliska, wbrew zwierzęcym przeczuciom,
wbrew katastrofalnym znakom na niebie i ziemi, na podłodze
albo w łóżku jedni i drudzy wczołgują się we mnie, niekiedy
wjeżdżają triumfalną kwadrygą w ruchomych piaskach

wzburzonej pościeli, w pościeli ruchliwej opuszkami palców
jak stonka obłażą z rzadka niespokojnie, rozkład dnia sprawdzają,
a sprawdziwszy ranią, rany pielęgnują zaślinionym ostrzem,
wpełzają pod język, pod językiem siedzą, w ucho wsiąkają
śliskimi szeptami, skuleni jak embrion w uchu pozostają
i krzyczą, i krzyczą donośnie jednako, chociaż nie mają

nic do powiedzenia

[z tomu Luna i pies. Solidarna Solarna soldateska (2008)]

Angielski termin gentry oznaczał warstwę ludzi dobrze urodzonych, mających posiadłość ziemską, albo formalny tytuł szlachecki, a przynajmniej nie muszących pracować; ludzi zobowiązanych do pewnego sposobu postępowania i przestrzegania stosownych norm uprzejmości. Pomijając wymiar klasowo-ekonomiczny, stajemy tu oko w oko z pewnym sposobem udziału w kapitale kulturowym, mianowicie sposobem inercyjnym, to znaczy nie wymagającym szczególnie wybitnych osiągnięć własnych: idzie raczej o oznaki przynależności.

W dzisiejszym zdemokratyzowanym i zinternetyzowanym społeczeństwie jest sens zastanowić się nad określeniem wyprawki współczesnego/współczesnej nentry, osoby dobrze usieciowionej. Jako człowiek poniekąd starszej daty nie w pełni identyfikuję konieczną zawartość takiej wyprawki, proszę więc o pomoc.

Co trzeba mieć?

  • mikrobloga, a może nawet dwa: powiedzmy jeden w zupie, by wziąć udział w światowej (re)dystrybucji siećkulturowej konfekcji, a drugi – jeśli prawdą jest, że zupa wyklucza jakiekolwiek gadanie własne – na jakiejś klasycznej platformie do trombienia
  • konto na jakimś para-społecznościowym czit-czacie (i dlaczego blip jest lepszy od twittera?)

    polskojęzyczny twitter jest zadyzmowany (przez spoconych polityków i ich mediatczików)
    blip ma ładniejszego i bardziej ergonomicznego guja

  • bloga (jakie platformy są OK, a jakie dyskredytują?), na wypadek potrzeby wysnucia dłuższej refleksji lub wyekspreszenia się zindywidualizowanego bardziej niż umożliwiają wyżej podane formy

    blogi na onet obsysają, to target dla gimbusów (a nawet jak ktoś sensowny tam się zabłąka, to ma przechlapane)
    mogą być: wordpress (debest), blogspot (kłopoty); no, blox (od biedy)
    nentryness rośnie od własnej domeny

  • oczywiście, konto na fejsie (i czy silniejsze nentryness osiąga się, ograniczając publiczny dostęp do swojego wall?)

    fejs obsysa, może jednak deviantart?
    deviantart pożyteczny jako miejsce specjalistycznego hobby [dobrze mieć], podobnie flickr
    fejsem się nie chwalić, bo oczywisty (z powodów praktycznych)

  • konto na laście

    nie jest a-must, last jest przydatny jako muzyczne kompendium on-line; jeśli traktowany bez odpowiedniej dawki postironii, może obsysać (głos mniejszości: jako poletko hardkorowych biedahipsterów)

  • konto na tubie
  • nieużywane od pewnego czasu (jakiego?) konto na czymś, co było nentry-proper poprzedniego etapu, na przykład żywożurnalu
  • co jeszcze?

    można mieć własną wiki [uwaga: nie mylić z własną sobiepoświęconą stroną w wikipedii ani byciem wikipedyst(k)ą]

  • aha, czy nentlewoman powinna być np. szafiarką?

    szafiarki to biedahipsterki

Czego mieć absolutnie nie wolno?

(a jeśli się ma, należy to skrzętnie ukrywać)

  • statycznej strony www
  • konta na naszej-klasie

    nasza-klasa jest dead, nie wolno mieć konta na nk

  • wolno mieć konto w jakiejś byznes-linkowni (powiedzmy goldenline), ale nie należy się tym nigdzie chwalić, bo co prawda idea „nie musimy pracować” jest nieświeża i niedemokratyczna, ale nie mieszajmy
  • czego jeszcze?
  • nie wolno nawet wspominać o różnych żenościekach, takich jak wykop i in., o linkowaniu nawet pół myśli

Help!

Powyższe zielono-wcięte wstawki są streszczeniem głosów padających w komciach.

Dzięks.

PS Nie jest lekko.

Krzyżowy happening z 10 sierpnia może już się nie powtórzy w tej czy innej formie, ale jeszcze nie mogę się od niego, powiedzmy, oderwać.

Dziś Jadwiga Staniszkis w tvn24 zeznała coś w duchu „za wcześnie na debatę o świeckości państwa, bo dla prostych ludzi, którzy są ofiarami transformacji i którzy niczego nie rozumieją ze współczesnego świata, mógłby to być dodatkowy szok”. Zanim zdążyłem się wzruszyć, przypomniały mi się dwie inne wypowiedzi z tej samej stacji, które padły 10 sierpnia późnym wieczorem. Maciej Zięba, liberalny zakonnik, po standardowej gadce („Kościół nie jest stroną w tym sporze”) natychmiast orzekł, że nie ma żadnego powodu, by z „akcji krzyżowej” miała wynikać potrzeba dyskusji o świeckości państwa. Co to to nie!

Innego zdania był ksiądz Adam Boniecki. Przeżywał (odgrywał?) lekki szok na zatroskaniu (coś jak full: walety na królach), po czym nafufał się i zeznał, że on widzi jednak tu pewien problem i że „Tygodnik Powszechny” odbędzie taką debatę w specjalnym numerze w całości poświęconym relacjom państwa i Kościoła.

I rzeczywiście, już następnego dnia ukazał się ten numer. Przyhaczyłem i cierpliwie odczekałem tydzień, aby internetowe zajawy tekstów zamieniły się w swoje pełne wersje.
No i teraz spokojnie sobie poczytamy.

ugodowiec

Jerzy Sosnowski tłumaczy (współwyznawcom, polemizując z jakimś „jastrzębiem”, którego nawet nie zapamiętałem z nazwiska, o czytaniu nie wspominając), że nieźle by było i w duchu (kenoza itp.), żeby Kościół zechciał się nieco samoograniczyć, tak troszkę.

Całkowite zredefiniowanie katolickiego stosunku do relacji państwo–Kościół byłoby nie tylko spełnieniem postulatów niewierzącej mniejszości, ale przyniosłoby, tak mi się zdaje, paradoksalne korzyści dla naszej wspólnoty.

Gdy się jednak poskrobie po „całkowitym zredefiniowaniu”, zostanie ew. usunięcie krzyży z urzędów państwowych i miła prośba, aby funkcyjni KK nie nawoływali wprost, na kogo mają głosować wierni.

Tak (współwyznawcom, przypominam) uzasadnia tę szaloną rewolucję i przełom:

W takich okolicznościach obrona wiary przed dyskryminacją nie mogłaby być pomawiana (jak teraz się zdarza) o to, że stanowi w istocie chęć rozszerzania przywilejów, ma więc w istocie charakter ofensywny, imperialny.

Aha, znaczy my teraz [my: zwolennicy republikańskiej zasady państwa świeckiego] pomawiamy KK i jego poputczikow o postawę imperialną. Ugodowiec czy nie, przesadził Jerzy Sosnowski z poziomem swej uroczej, zakłopotanej bezczelności. Niemniej pozdrawiam.

Przejdźmy jednak do ważniejszych person. Gwoździem numeru jest dyskusja o relacjach państwo — Kościół, w której udział wzięli: Aleksander Kwaśniewski, Tadeusz Pieronek i Andrzej Zoll. Czyli ex-pan, pleban i wójt. Zacznijmy od Zolla. Pójdzie szybko.

zgięty wójt

Mówi tak:

Uważa się, że miarą tolerancji jest stosunek większości do mniejszości. Moim zdaniem również mniejszość powinna tolerować zachowania i zwyczaje większości. Krzyż w Sejmie czy w placówce edukacyjnej jest dobrą szkołą tolerancji.

Przeprosić za ten epitet? Że zgięty? No ale przecież terapia panaZollowa ma prowadzić do zgięcia-się-powszechnego. I ten [– – – –] był prezesem TK?! Tfu. (Coś tam później niby dodał, niby słusznego, że brak instancji odwoławczej od decyzji tzw. komisji majątkowej jest niekonstytucyjny, ale prawdę mówiąc nie wiem, czy byłby taki śmiały, gdyby znów zasiadał na stołku w TK. Więc niech spada.)

pleban

Nie będę nic cytować, jak chcecie, sprawdźcie sami. Moim zdaniem nie miał nic do powiedzenia: zasada dyplomacji watykańskiej i episkopaciej jest bowiem taka, że jeśli głośno, to nie zdecydowanie (i odwrotnie).

Najlepsze zostawiłem na koniec.

ponadpodziałowe [ex-]panisko

Wielu moich kolegów z lewicy do dziś nie może mi wybaczyć, że jako polityk dbałem o to, by Kościół w Polsce zachował swoją siłę. Owszem, tak było. Robiłem to z przekonaniem, że nie ma w Polsce innej struktury i autorytetu, która mogłaby organizować społeczeństwo w kwestiach moralnych.

Myśl moja chyża skacze nie tylko do obaw Staniszkis prezentowanych na wstępie, sięga dalej – trwającego grubo ponad dekadę prokościelnego zaangażowania środowisk „etosowych” (UD/UW, GW itd.) – czy to przeszłość? hm – aż wreszcie ląduje u stóp mistrza tych środowisk, Leszka Kołakowskiego, którego pogląd na religię ma w sednie zarządzanie ciemnym ludem (och, proszę mi wybaczyć brutalność tego streszczenia).

Z całą mocą odrzucam ten zarzut [że Polska jest państwem wyznaniowym]. To bzdura, która nie znajduje pokrycia w faktach. Kościół jest silny, ale nie jest elementem państwa wyznaniowego i nie zmierza w tym kierunku. To populistyczne fikcje. Koledzy z lewicy mnie zlinczują, ale wyznam, że bardziej obawiam się osłabienia Kościoła niż jego potęgi.

Imponuje mi nonkonformizm Kwaśniewskiego. Już drugi raz odważnie wypowiada się wbrew opinii swoich kolegów z lewicy (ojej, jakich kolegów? jakiej, na litość, lewicy?). A co więcej, wie, w którą stronę nie zmierza Kościół. Zapomniał tylko upewnić nas, że samo państwo nie zmierza w stronę państwa wyznaniowego. Może myśli, że gdyby tak było (choć przecież jest), to Kościół w duchu kenozy postulowanej przez Sosnowskiego weźmie i państwo – bum! – powstrzyma (jasne).

Przejdźmy do clou. Do fundamentów lewicowej troski Kwaśniewskiego o świeckie państwo.

Jeśli mam rozstrzygać: czy większym problemem Kościoła są nadużycia w Komisji Majątkowej, czy sytuacja mojej żony, która jako praktykująca katoliczka nie może przyjmować komunii ze względu na brak ślubu kościelnego, to wybieram bez wahania tę drugą możliwość. Nie grunty są problemem, tylko stosunek Kościoła do wiernych.

I teraz jaśniejsze stają się starania ex-prezydenta o właściwszy stosunek KK do pewnej wiernej. Że żartuję sobie z poważnych spraw? Nie do końca. To chyba nie jedyny taki przypadek, w którym za publicznie wygłaszanymi frazesami kryje się – tak zwyczajnie i po ludzku – katolicka żona. (Albo mąż.)

Mój poważniejszy komentarz jest taki: nie widzę najmniejszego powodu, żeby zajmować się problemami Kościoła. Ma staż i środki; zadba o siebie. Ale ex-panisko mimo upływu czasu ciągle jakoś dziwnie adresuje przedmiot swego zatroskania.

organizator

tej wnoszącej tyle nowych jakości i rzucającej światło prawdy na relacje państwo — Kościół, ksiądz Boniecki, może się odfufać. Idźcie, debata skończona.

1 osoba uznała, że da się to czytać

Keret pojawił się ostatnio u Marcela, gdzie pięknie ilustrował szlachetny minimalizm, i przez parę pierwszych minut miałem pewien kłopot, żeby się pozbyć tego szszszuuu-szlachetny. Ale potem minimalizm się bezprzymiotnikowo zmaksymalizował, a Meduzy wciągnęły w swój własny, ludzko-morski szum [Meduzot, reż. Etgar Keret z żoną/rzoną Shirą Geffen, która jest też autorką scenariusza].

Szybkie grzebnięcie w sieci po obejrzeniu filmu (C+) ujawniło raptem kilka polskich tekstów autorstwa „zawodowców”, większość z nich kłamie lub przeinacza. Jedni piszą o klimacie skandynawskim (hm?), inni – czeskim, a któryś nawet przejechał kawałek skuterem marki Antonioni. Jakiś nadęty bałwan z „Dziennika” pisał coś o minoderii. Nie wykluczam, że te recenzje powstały bez oglądania [w całości] filmu i na podstawie skądinąd całkiem przyzwoitego info Gutka.

Tamże można znaleźć anegdotkę o początkach izraelskiej popularności Kereta jako pisarza:

Rozgłos przyniosło mu opowiadanie o kotku imieniem Rabin, który wpadł pod motocykl. Ukazało się, gdy cały kraj pogrążony był w żałobie po Icchaku Rabinie, a Keret okrzyknięty został nihilistą szargającym wszelkie świętości. Aura skandalisty otaczająca Kereta sprawiła, że książki nieznanego szerzej pisarza zaczęły rozchodzić się jak świeże bułeczki.

która potwierdza moje stałe wrażenie, gdy stykam się z prozą czy filmami izraelskimi, że bardzo łatwo tam o brrr całkiem polskie (lub odwrotnie).

Myślę sobie jednak, że to film przede wszystkim Shiry Geffen, a Keret z pewną ulgą porzucił litery (bo niby – minimalista – nie przepracowuje się, pisząc głównie króciutkie opowiadania, ale jestem pewien, że to ciężka harówa, chyba że jest się Bablem) na rzecz montażu obrazów, scen, znaczeń.

Pochwalę się, że bez trudu zauważyłem to, o czym Keret z jednym wywiadów wspomina:

Wszyscy przekonywali mnie: to musi być bardziej widoczne, bo ktoś tego nie zauważy. A ja myślę, że jeżeli ktoś nie będzie widział tego dziwactwa, to znaczy, że na nie nie zasłużył.

(dzięks, EK!), a nawet zgęstniałe zdziwienie bohaterki (Batii), natychmiast badającej rewers karty. Całość – jakieś 4 sekundy. Precyzja.

Film szumi taką ciszą, jakiej najlepiej szukać we wnętrzu muszli. Gdyby nie ta warstwa izolacyjna, można by się pochlastać, bo niebotyczne jest stężenie wszechogarniającej nietakości, powszechnego nieszczęścia, Losu, który zawsze znajdzie sposób, by dowalić człowiekowi, ot tak. Ale też jednocześnie co i raz Los okazuje się na tyle wybrakowany, że przynosi szczegóły i obrazy nieodparcie śmieszne. Co za menażeria! myślimy sobie. Ale pech! no, można pęknąć. Jednak i komi tej tragikomedii (lub odwrotnie, who cares) jest schowane za szumem. Za sztuką wyrazistej subtelności, czy jakoś tak.

Piękna robota, przyjazny, dołujący efekt, i to osiągnięty bez (przepraszam) dupościsku (co różni go od większości produkcji np. polskich).

Film polecam zwłaszcza mężczyznom powyżej 18, dzieciom raczej nie pokazywać.

Kobiety już go widziały.


także na temat:

Babilasowi dogrzało, zachciewa mu się lata muminków, właściwie nie wiem, z jaką intencją, byłoby to jaśniejsze, gdyby zadbał o większe M, ale pewnie – moje pierwsze skojarzenie – chodzi o jakąś bukę. Buko, przyjdź, stań (w sprawie nóg buk nie mam pewności, mają czy nie) albo cupnij, mróź. W jednym ma rację, panuje jakieś rozklejenie i znieczulenie, gdyby było 10 mniej, pewnie bym się zastanawiał, co tak naprawdę mógł oznaczać taki autystyczny komcio, a tak to mi wszystko jedno, może deszcz, może żar, może kometę.

W sprawie psa z dwoma mordami utknąłem na konsekwencjach. Czy jak ma dwie mordy, to musi mieć też dwie głowy, czy z jednej głowy mordy dwie dadzą się? Wszystkie znane mi dwumordce (najwięcej jest dwudziobów, zwłaszcza heraldycznych) mają też głowę do każdej. I dlaczego akurat pies?

Nie mam pojęcia, co tu można jeszcze. Więc o grzeczności, bo temat wydaje mi się niedokończony. Z Jeremy’ego Paxmana, o Anglikach:

Odette Keun była pod wrażeniem drobnych uprzejmości, jakie towarzyszyły każdej rozmowie.

„Problem z tymi ludźmi, prawdziwy problem – uznała wreszcie – polega na tym, że są uprzejmi. Grzeczność, życzliwość, uczynność, tolerancja, umiar, panowanie nad sobą, przestrzeganie reguł, pogodne usposobienie, dobre maniery, spokój, stoicyzm i niezwykle wysoki poziom życia społecznego – wszystko to są rzeczy godne podziwu, jakie odkryłam u Anglików.”

Jednak miały swoją cenę. Wrodzona skłonność do kompromisu powodowała, że nigdy nie mogli się zdecydować. Co gorsza byli nieznośnymi snobami.

Panna Keun twierdziła, że znalazła się raz przed publiczną toaletą, na której widniał napis: „Dżentelmeni jeden pens, mężczyźni darmo”, a za rogiem: „Damy jeden pens, kobiety darmo”. I gdy tak stała zdumiona implikacjami tego kastowego systemu toaletowego, podszedł do niej policjant i ku jej miłemu zaskoczeniu spytał, czy przypadkiem nie brakuje jej pensa.

« Older entries § Newer entries »