August 2010

You are currently browsing the monthly archive for August 2010.

Człowiek się boi, czy aby „krzyżowcy” z Krakowskiego dotrwają do początku roku szkolnego, bo przecież stan reprezentacyjnego miejsca w stolicy większości Polaków zasadniczo wisi, natomiast to, co się dzieje w szkole, obchodzi rzeszę uczniów i ich rodziców, więc to tam (m.in.) musi się zadziać, żeby coś w klechistanie drgnęło.

Na szczęście – może natchnieni przez „krzyżowców”? – gorliwi katolicy sami dbają, żeby wesoło i bezczelnie przekraczać coraz to nowe granice rozpanoszenia.

1

Ze słowa Mitteleuropa powstaje w mgnieniu oka – ot tak, w reakcji na dźwięk – cała cholerna budowla, zrobiona z małych narodów pochowanych między górami, rozległych a kruchych imperiów, swiatych połonnych owiec i czarciej kozy, wąsów i epoletów, czterech religii dużopsich i mnóstwa jamniczych, krynolin i burek, butelek z rakiją i operetki, taborów (wojskowych i cygańskich), golemów i jesziw, parowozów sapiących jak wielojęzyczna klientela burdeli, wiedeńskiego koła i lwowsko-warszawskiej szkoły, dumek w stepie i cekhausow. I tak dalej.

Mitteleuropa to chwiejna katedra z różanej konfitury, pordzewiałych szabel i łemkowskich dębów, której nawa – inaczej niż w Europie zwykłej, tym wyrzuconym na atlantyckie plaże Azji wielorybie – położona jest na osi północ-południe.

Mitteleuropa jest modelem i treścią Europy: nienazwanym centrum (w odróżnieniu od wzdłużrównoleżnikowych kresów: celtyckiego i scytyjskiego).

2

Już wspomniałem (tromba #4), że Kamienne pszczoły (1967) Piotra Wojciechowskiego to książka założycielska. W znacznie mocniejszym sensie, niż tylko jako debiut, początek cyklu obejmującego zwłaszcza Czaszkę w czaszce (1970), zbiór opowiadań Ulewa, kometa, świński targ (1974), Wysokie pokoje (1977) i Obraz napowietrzny (1988).

Miałem problem, czy i jak pisać; czy – na przykład – po 43 latach od wydania przejmować się spoilingiem? Okazało się, że kto się uprze / zachce, może kupić na allegro czy gdzie tam. Więc lepiej nie: a nuż. Z drugiej strony proza Wojciechowskiego jest taka, że ledwie jakiś drobny ułamek przyjemności czytania polega na zaskoczeniu. (Może to w ogóle cecha dobrej literatury, że przy drugim czytaniu jest nawet lepsza niż przy pierwszym, itd.)

Z trzeciej strony, Wojciechowski jest niestreszczalny.

3

Co jest – gdy się o tym wreszcie pomyśli – zdumiewające, to fakt, że Pszczoły napisał człowiek dwudziestodziewięcioletni. Język jest pierwszorzędny. Książeczka malutka, skomponowana na 42 listy, jakie narrator-demiurg Dymitr Łazur pisze do swoich świadków i obiektów stworzenia. Ale konstrukcja, montaż, brawura zygzakowania wśród tropów (których dziesiątki zdołał pomieścić na tak małej przestrzeni). Ale wyczucie stylów. Kontrapunkt śmiechu:

Tabidze zmęczonym krokiem podszedł do dziwacznej konstrukcji zajmującej chyba ćwierć hali, konstrukcji z surowych belek, żelaznych prętów, resztek stylowych mebli [...] manewrował podzwaniając łańcuchami [...]. W końcu maszyna skrzypiąc ruszyła, przypominała teraz diabelski młyn, który zamiast wagoników ma barłogi pod wystrzepionymi baldachimami, wysłane nie powleczonymi pierzynami hamaki, powozy bez kół wymoszczone grochowinami i derkami. Wykonawszy ociężale mniej niż ćwierć obrotu, konstrukcja znieruchomiała, praporszczyk podszedł do niej i szarpnąwszy za firankę osłaniającą jeden z barłogów ryknął ochryple: — Hej, baby! Jest tam która? — Dopiero teraz zrozumiałem. Machina, którą miałem przed sobą, była legendarnym łożem małżeńskim Tabidzego, jego haremem. Spod derek zamigotały jakieś światełka i głęboki śpiewny alt odpowiedział na głos chorążego: — Paszoł won, we woza gramy!

Wspomniany już (w linkowanej wyżej trombie #4) rzeźbiarz Fufajka dostaje blok cudownego marmuru, z którego ma stworzyć scenę Herakles i Dejanira. Jest geniuszem dłuta i geniuszem w ogóle: jest zimno, więc rzeźbi (wszyscy wiedzą, że na najwyższym poziomie mistrzowskiego realizmu) tę mitologiczną scenę wewnątrz kamiennego bloku. Że zaś jest mikrego wzrostu, nikt poza nim nie wpełznie do środka, by dzieło móc zobaczyć.

4

Świat powieściowy Kamiennych pszczół osadzony jest – niby – w powojennej Polsce, pojawiają się znane wszystkim miasta: Wrocław, Kraków, Sanok. Jest Przemyśl i (mniej oczywista) Bircza, itd. Pada jedna data: styczeń 1946. Ale poza tym nic się nie zgadza. Nic.

Bo jesteśmy w podwójnie zmyślonej Mitteleuropie, przemierzanej przez agentów Cesarstwa i Sułtanatu. Z dala od metropolitalnych centrów działa Podhalańska Akademia Wiedzy w Rakuszanach, do której zjeżdżają się goście z najdalszych stron świata, by dyskutować Migusa Hipotezę Dziewczyny Totalnej (dała jej początek jakoby Tamara Znicz, szpieg różnych rządów, kochanka Fufajki, występująca w Rotterdamie i roztrzaskująca swoją gitarę w Świsnej, w Dzień Katastrofy). W Akademii żywo dyskutuje się także zagadnienie Żółwia Archimedesa, choć pomysł, że można by spróbować jego eksperymentalnego potwierdzenia, wielu wydaje się niestosowny.

Czarni Żandarmi wysłani przez praporszczyka Tabidzego aresztują Henry’ego Dutha, walijskiego gościa PAW i przyjaciela Dymitra. Sam Łazur, współautor wystawionego na Wyspach Brytyjskich musicalu historycznego Call me Didi [o Dioklecjanie], pędzący życie sekretarza mistrza Fufajki, odpowiedzialnego za jego korespondencję, jest tygodniami przetrzymywany w pałacu w Zamurszanach, kwaterze Tabidzego, co więcej, nie jest tym specjalnie zdziwiony. (O porwaniu w Orient Expressie nie ma co wspominać, ciekawsze jest śródziemnomorskie spotkanie z Apollem Orwiczem, arystokratycznym adiutantem Vassila Murawy, legendarnego dowódcy Sotni, w której – za młodu – walczył Dymitr.)

Powtórzę: nic się nie zgadza. Nic. Powtórzę: Wojciechowski jest niestreszczalny.

5

Można książkę uznać za wesołe i brawurowe zmyślenie (tak pisał o niej Drawicz), można też uznać za dokument swoistego eskapizmu. Rzeczywiście, nie ma w niej rzeczywistości peerelowskiej, została ona tak dokładnie wyrugowana z wojciechowskiej Mitteleuropy, że wspomnienie Dymitra o krwawej jatce pod Żmigrodem, zgotowanej Sotni Murawy w grudniu ostatniego roku wojny, wślizguje się w czytelnika bez oporu; ta mitteleuropejska wojna trwała jakoś inaczej i gdzie indziej. I codzienność Łazura – krążącego między Birczą, Paryżem a Kjusterdżali (na południe od Modeku, u podnóża gór Kababczer); zaangażowanego w powołanie Instytutu Balneologii pod egidą PAW i zamiast korespondencji Fufajki piszącego listy w sprawie kotłów dla Betoniarni (czy może Destylarni?) – i ta codzienność jakaś inna i skądinąd. Gdy się kocha – a kocha się nieprzytomnie w wielu naraz – to kocha się w Belli córce Debory Sklein i w Nice Jaskólskiej (a może to Swietłana Orwiczanka, krewna z hrabiowskiego rodu Apolla Orwicza?), w Tamarze Znicz, austriackiej Białorusince, kto wie – może Cygance.

Nieobecność PRL-u jest (gdy się wreszcie o tym pomyśli) tak totalna, że aż podejrzana. Widzi się, czytając kolejne listy, że Dymitr Łazur jest sprawnym konfabulatorem: potrafi te same fakty różnym adresatom przedstawić zupełnie inaczej, zawsze jednak przekonująco, dobierając właściwe słowa i właściwy rytm (ach, pięknie to P.W. robi). Może zatem Regułę Urajania zastosować pro toto, do całej książki, szukając możliwej transformaty gęstej legendy mitteleuropejskiej na realia (czy atmosferę) Polski późnych lat sześćdziesiątych, okresu ciszy przed krachem małej stabilizacji?

Melodia grana pauzami i rytmem przemilczeń, piosenka nudy i stłamszenia. Choć przecież – nie do końca. Bo jest ten dwudziestodziewięciolatek, co napisał książkę i nawet dostał za nią nagrodę.

6

Mitteleuropa Wojciechowskiego zrobiona jest z klocków dwudziestolecia międzywojennego. Wszystko, co wyżej wymieniłem, od Podhalańskiej Akademii, przez zakochania w córce rosyjskich Żydów Skleinów czy potomkini hrabiów Orwiczów, europejskie wojaże ze i za sztuką, zbiorowe inicjatywy przedsiębiorców (Instytut Balneologiczny na birczańskich źródłach mineralnych) i towarzyszące im szwindle – wszystko jest stamtąd.

Poza wojną, oczywiście. Całe Kamienne pszczoły rozgrywają się na tle, którym jest legenda Sotni Vassila Murawy, zaginionego, może zmarłego, może – jak wielu innych – uniesionego prądem, którym ludzie i sprawy spływają w dół mapy, na południe. W opisywanym czasie Dymitr styka się już tylko z groteskowo-potwornym praporszczykiem Tabidze, który bodaj cel swego życia widzi w naśladownictwie (nieosiągalnej wielkości) Murawy. Jest tak jak trzeba: wojenna legenda wobec skarlałej teraźniejszości.

Mało tego, ta legenda rozrasta się, rozkrzewia, ogarnia nie tylko całą rzeczywistość (jej interpretację), ale wystaje sponad niej – w metafizykę. Mit wspólnoty osiągalnej jedynie w walce, która zresztą jest już jedynie wspomnieniem, a może tylko możliwością.

W Kamiennych pszczołach Wojciechowski jest zbyt młody i zbyt inteligentny, by nie brać tej swojej osnowy w cudzysłów. (Zobaczymy później, jak ten cudzysłów się przeciera.)

Oto Łazur (przeżywszy jatkę pod Żmigrodem) pomieszkuje w Krakowie, niebawem uzyska małą maturę. Jego pierwsza dziewczyna rzuciła go na rzecz barczystego instruktora szermierki z „Sokoła”. Studiuje zatem pilniej.

[...] wracałem do topologii. Nie rozumiałem poszczególnych twierdzeń i dowodów, setki razy wracałem do pierwszego rozdziału, gubiłem się w zawiłościach, a jednocześnie rosła we mnie wiedza o władzy nad przestrzeniami, którą daje ta nauka. [...]

Jak z domu niewoli wyprowadzał mnie [major Kovacs, teoretyk artylerzysta, matematyk, profesor Akademii Berlińskiej] z suchej, nudnej trójwymiarówki powiatowych geometrów w świat, w którym interferują mgliste i niemetryczne przestrzenie psychiczne, w których nierzadko skala ocen moralnych jest tak samo dobrą osią współrzędnych, jak każda inna. [...]

Mówiliśmy „wydzielenie podzbiorów ze zbioru”, a znaczyło to podzielenie Sotni na dwie Sotnie lustrzane, identyczne strukturą. Mówiliśmy „psychogeometryczne zrelatywizowanie wewnętrznego i zewnętrznego”, a znaczyło to, że na podżmigrodzkich wzgórzach Sotnia ma samą siebie zdławić w pierścieniu okrążenia, zapewniając każdemu ze swych żołnierzy pewną i sławną śmierć za Sprawę.

7

Powiedziałem wcześniej, że Kamienne pszczoły to podwójne zmyślenie. Raz, że składają z klocków międzywojnia Mitteleuropę, pewną jej wersję, sadzając je na osnowę wojennej legendy-zmyślenia. Dwa, dlatego, że relacja Dymitra Łazura jest migotliwa i niepewna, z listu na list powiększając nie tyle liczbę możliwych wariantów opowiadanej historii, ile raczej – jej wymiarowość.

Ale na tym nie koniec. Bo Pszczoły można też oglądać jako macierz zmyślenia (matematyczny zapis transformacji), widzimy, czytając, proces jej układania i strojenia. Ten operator działać będzie w późniejszych fabułach Wojciechowskiego, w których, owszem, spotkamy znajome postacie, ale jakieś zgoła odmienione, jakby tę macierz zmyślenia zastosowano do innej nieco przestrzeni (realnej?), by uzyskać odmienną wyjściową przestrzeń mityczną.

Ten operator zmyślenia pozwalam sobie ochrzcić wojskianem, bo „wojciechowszczan” czy „wojciechowskian” są długie i niezgrabne. A wojskian – co ważne – będzie i nazwą przypominać, że choć według Lema [Cyberiada] „wojskowość jest lokalnym odchyleniem od kosmicznej zasady cywilności”, to jednak w mitycznej prawicowej (no przecież!) przestrzeni książek Wojciechowskiego zasada walki jest ceną za przyjemność (i smutek) indywidualizmu.

8

Czegoś tu jednak brak. Gdy zastanawiam się, jaka (w końcowym końcu) rzeczywistość kryje się za piętrowym zmyśleniem Kamiennych pszczół (zawsze jakaś się kryje), przychodzą mi na myśl dwie rzeczy. Ćwiczenie: pióra i wyobraźni. Wojciechowski jest niespełnionym (w zasadzie, mimo że wylądował ostatecznie jako wykładowca scenariusza w łódzkiej PWSFiT) człowiekiem filmu, a Pszczoły, macierz zmyśleń, można też czytać jako generator fabuł dla pewnej niewąskiej klasy filmów. Również montaż i ekspozycja zdradzają swoistą filmowość tego ćwiczenia.

A po drugie – romans jako kategoria epistemologiczna. Intensywność wzruszeń (i urojeń), „ja” w centrum uwagi, niespełnioność aktu nie tylko wobec (wymienionych) kobiecych postaci Pszczół, ale wobec każdego istotnego węzła w tym poznawczym splocie wyobrażenia świata. Mitteleuropa jako przedmiot kapryśnego zakochania, samozapętlone przebiegi wewnątrz głowy narratora jako właściwy podmiot i przedmiot opisu.

9

Kamienne pszczoły odległym susem kojarzą mi się z jedną z najlepszych książek, jakie czytałem: z Małym palcem Buddy (oryg. Czapajew i Pustota) Wiktora Pielewina (1996), w której działa podobna macierz zmyśleń. Podobieństw jest więcej: pielewinowski Czapajew jest niemal równie mityczną postacią, co Vassil Murawa, a wzmianki o wygwizdanym publicznym czytaniu pierwszego utworu Dymitra Łazura Podróżni w wilczych czapkach jakoś korespondują ze scenami z kabaretu literackiego „Muzyczna tabakierka”, w którym wiersz swój recytuje poeta, bohater Małego palca (a kończy strzałem z mauzera); ta krótka lista nie wyczerpuje paralel.

Pustka, centralny przedmiot opisu Pielewina, jest jednak użyta do rozległej diagnozy rosyjskości nie tylko z epoki czapajewowskiej, ale i współczesnej. Wojciechowski w Pszczołach dopiero ostrzy narzędzia, za pomocą których będzie w nastepnych książkach snuł swoją mglistą i zakamuflowaną diagnozę.

I dobrze. Bo gdy wreszcie wypowie ją wprost, publikując w 1995 Szkołę wdzięku i przetrwania i rozpoczynając w tymże roku sześcioletnią karierę felietonisty „Gościa Niedzielnego”, starzy czytelnicy będą już tylko żałować.

Niemniej, zostało jeszcze kilka książek (wymienionych w punkcie 2) do przeczytania.

10

Ta blogonota to tylko (może) początek czytelniczych przygód z wojskianem.

1 osoba uznała, że da się to czytać

w weekendy nie da się wyprowadzić
z domu konkubina

zarasta ją patyna
zarasta ją patyna

a tam: z pornoli dla insektów muzyka
zgruchmaniona publika
używek równowaga sytuacja się wymyka

pali pije skona pląsa zaraz skona

(ciepła żona w ramionach)

[inspired by nie podaje się źródła, lepiej nie & czuje się duchową więź z Panią Żoną]

Egon Schiele 1911
Egon Schiele, Sypialnia, Neulengbach (1911)

We wnętrzu jest zdecydowanie chłodniej. Właściciel, gruby i niedogolony, zawsze uperlony kroplami potu niezależnie od temperatury, przepływa obok, z ciemnych oczu sączy się nieodgadniony smutek prosto na biały, zmięty półkitel. Na targu mówi się, że jest Ormianinem; wiemy lepiej. Obok wazy z jakąś kokosowomętną cieczą na ladzie stoi adapter, nadziane na oś-szpikulec piętrzą się winyle czekające, by spaść na talerz i poddać się kruchodziobej prządce. Księżycowa dziwnie pasuje do obrazu wlewającego się przez niewielkie okno wybite w grubej na ponad pół metra ścianie: zaniedbany sad pod władzą nielicznego garnizonu os, broniących drzew przed słonecznym bezruchem.

– Miodu niech doniesie! – krzyczy pani Basia, pierwszy człowiek na księżycu. Wkurwiona jak osa-generał trzaska patelniami i garami, jakby akompaniowała co najmniej Piątej. Po chwili, posapując i pampamparając, po kuchennej orbicie przepływa ponownie kędzierzawo-szczeciniasty satelita z dostawą. Jest upał. Słynne befsztyki po angielsku są tym razem spieczone z zewnątrz na półmatową skorupę, ze środka tryska krew. Szeregowi goście, nie mamy dostatecznie wysokiej rangi, żeby szepnąć choć słowo sprzeciwu (T. woli jeść mniej chtonicznie).

Kiedy wracamy, T. wciąga mnie nagle za pień grubej przydrożnej lipy. Miejsce ukąszone przez mrówkę, wysoko pod sukienką, wymaga pocałowania. (To był komar, nie zmyślaj! – upomina mnie teraz.)

* * *

Dom stoi na skarpie, widok z balkonu zamyka po prawej nieco wyższy, dwupiętrowy budynek, kasztanowce z lewej tworzą przeciwstok, pośrodku zielona kotlina z huśtawką. Nad rozgrzaną poręczą drży powietrze. Jest południowo i bezludnie. Ktoś jednak musi chować się w którymś z czarnych otworów okien, słucha sonat na wiolonczelę solo Bacha.

Znowu zastanawiam się, dlaczego klasyczna i (zwłaszcza) kameralna tak dobrze pasuje do samego środka upalnego dnia, do drzew, słońca, niewidzialnej fruwającej publiczności. Kultura omdlewa z naturą, mruczy T., w trakcie kosmicznego seksu. Złoto-niebiesko-zielona camera, brakuje nam courbetowskiej plamki czerwieni. Trzeba przez pół sekundy spojrzeć w słońce i zamknąć oczy.

* * *

To absurdalny pomysł, marudzę, ale posłusznie się wspinam. Łąka na szczycie wzgórza zostaje osiodłana kocem, będziemy się smażyć. I czytać, przypomina T. Ale wolę patrzeć na desant dzielnego żuczka: pokonał skokiem o źdźble barierę tkaniny, zbliża się do lodowych powierzchni otwartej książki. Po nim następny, w zielonym pancerzu. To tylko forpoczty, wystarcza kwadrans, żeby nie mieć złudzeń: jesteśmy atakowani przez całą armię bezczelnych bzyków. Oblężenie!

Tak niedbale osiodłana łąka buntuje się, może stanąć dęba. Musimy trzymać się razem, sprzymierzyć bliżej nasze obce tu ciała, nie dać się rozproszyć. Walczymy.

Muzyka: aleatoryczna na oddechy i rój.

« Older entries