June 2010

You are currently browsing the monthly archive for June 2010.

may b

Dokładnie wtedy, gdy trwała faponada telewizyjnych „wieczorów wyborczych”, mezzo pokazało May B, legendarny spektakl – balet / teatr z no dance – francuskiej choreografki Maguy Marin, na motywach utworów Becketta. Sam on zresztą zdążył jeszcze wziąć udział w przygotowaniu May B, bo premiera miała miejsce w 1981. Od tamtej pory spektakl zjechał pół świata (w Polsce byli w 2006, w Krakowie, zamykając festiwal beckettowski).

Trudno byłoby opisać wrażenia. Mówiąc najkrócej: mocne, hipnotyzujące. Brzydkie, prawdziwe. Kipiące od sensów.

W poniższym fragmencie ja widzę życie społeczne, religijne. Wpadanie w to. Wyimek pochodzi z dokładnie tego samego nagrania, które było w mezzo, mniej więcej z połowy.

Jeszcze się tylko zastanawiam, czy iść i skreślić wszystkich, czy darować sobie w ogóle.

W kontekście tego dylematu pojawia się pytanie „jak odróżnić”. Z tego samego gatunku, co pytanie, jak odróżnić głosowanie np. na Komorowskiego ze szczerego poparcia tej politycznej postaci (wraz z jej partyjnym zapleczem, co oczywiste) od głosowania, by nie dopuścić do władzy Kaczyńskiego, a obydwa – od głosowania, by ustrzec się przed drugą turą i z czystym (obywatelskim) sumieniem pić piwo na Openerze.

A więc, jak odróżnić znaczenie głosu nieważnego („skreślam wszystkich”) od głosu nieoddanego? Na wynik wyboru mają wpływ identyczny. Żaden.

W jednej z wielu dyskusji na ten temat pojawił się kontekst „dawania sygnału”. Gdyby procent głosów nieważnych, powiada się, przekroczył znacząco poziom „statystycznej pomyłki” (głosów nieważnie oddanych wskutek niewiedzy itp.), to byłby to sygnał. Wyznam, że jakiś czas temu taka możliwość również mnie wydała się czymś hm, pożądanym. W ramach nieco bardziej czynnego praktykowania niemocy.

Ale w miejscu „byłby to sygnał” rozumowanie jakby się urywa. Kto jest adresatem tego sygnału? Klasa polityczna? Ogół społeczeństwa? Media? Co ten nieokreślony adresat miałby z owym sygnałem począć? Przyjąć do wiadomości fakt, że znacząca część społeczeństwa uważa obecną ofertę polityczną za absolutnie nie do przyjęcia, za nie reprezentującą jej poglądów i aspiracji? Ależ ta wiedza leży na ulicy. Wystarczy poważniejsze badanie opinii publicznej, wystarczy solidna praca socjologów, by ten stan rzeczy rozpoznać. Czy coś z tego wynika?

Zgadzam się z [m.in.] Sierakowskim, że marność prezydenckiego wyboru jest tylko objawem czegoś bardziej podstawowego: petryfikacji układu politycznego w Polsce. Czy pojawienie się wspomnianego wyżej „sygnału” skłoni klasę polityczną do zreformowania systemu finansowania partii politycznych, do zmian w ordynacji? Nie bądźmy naiwni.

Klasa polityczna, zarządcy życia polskiej zbiorowości, nie takie sygnały zamiatała pod dywan. Żeby przypomnieć na przykład ponad milion lege artis zebranych podpisów pod żądaniem referendum w sprawie ustawy antyaborcyjnej. Jestem zdecydowanym przeciwnikiem ordynacji wg JOW-ów, ale i ten mający chyba niewąskie zaplecze społeczne postulat wylądował w nieokreślonej przestrzeni poddywanowej.

Może więc adresatem owego sygnału jesteśmy my sami? Chcielibyśmy jakoś się policzyć, przezwyciężyć poczucie osamotnienia, nieznaczącości?

Zaraz, zaraz. Jacy „my”?

* * *

Czego potrzebuję, żeby dać sygnał samemu sobie? Niczego. Klasie politycznej w Polsce, spetryfikowanemu systemowi finansowania partii politycznych, katolickiej superwładzy, PO, PiSowi i SLD (i może już urwę, bo mi szkoda czasu na dalsze wyliczanie) mówię głośno i wyraźnie: walcie się. Nie przyczynię się w jakikolwiek sposób do wzmacniania waszego alibii na istnienie. Wiem, że to tylko symboliczny gest, ale w nadawanym znaczeniu bardziej określony, niż przekreślona długopisem kartka, albo jej brak.

No i na dziś przez „my” rozumiem ludzi, którzy dokonują właśnie takiego wyboru. Wiem, że w takim „my” nie jestem sam i jakoś mi z tym raźniej.

piękne gadanie

W Józefie i jego braciach, powieści zbyt rozległej i powolnej, by chciało się ją czytać współczesnemu czytelnikowi, Thomas Mann przywołuje – i wykorzystuje – pojęcie pięknej rozmowy, czyli dialogicznego snucia narracji o sprawach znanych, po to, by czerpać zadowolenie i naukę z formy opowiadania i struktury wydarzeń, których sens tym bardziej się ujawnia (aż do epifanicznego przeżycia tych-to właśnie, znanych w tradycji i tradycję fundujących morałów), w im mniejszym stopniu opowieść jest zakładnikiem suspensu. Piękna jest rozmowa, w której dzielenie się truizmami potwierdzone zostaje blaskiem zadowolenia w oku rozmówcy, zadowolenia moszczącego się w gnieździe uwitym ze Znanego.

I takim właśnie „pięknym rozmowom” oddają się autorzy tekstów publikowanych na łamach internetowej Kultury Liberalnej.

Pisze na przykład Maciej Zięba (tak, ten oddany idei liberalnej zakonnik) w tekście Szukając prawdziwej jedności:

Istnieje jednak inny rodzaj jedności, który nazwałbym jednością głęboką. Wynika ona z poszanowania drugiej osoby jako istoty posiadającej niezbywalną godność. Tego rodzaju jedności nie burzą naturalne różnice w poglądach na kwestie społeczne, kulturowe, ekonomiczne, czy polityczne. Sprawia ona, że można się różnić, zarazem nawzajem się szanując.

Aż się ciśnie na usta określenie „pięknie się różnić”. Ale dominikanin dopowiada w następnym zdaniu:

To przekonanie wpisane jest w kulturę chrześcijańską – taki właśnie szacunek mamy na myśli, mówiąc, że każdy człowiek jest naszym bliźnim.

I natychmiast, automatycznie, zastanawiam się, jakie to (perswazyjne) „my zbiorowe” ma na myśli. Czyżby to samo polskie „my”, o którym kłamie w jednym z następnych akapitów:

Momenty śmierci ważnych społecznie osób – jak na przykład śmierć Jana Pawła II, która była dla wszystkich Polaków trudnym przeżyciem, czy katastrofa smoleńska – również miały moc budowania jedności ponad podziałami.
[to podkreślenie, i wszystkie następne, moje – n.]

Może nawet w to wierzy – podobnie jak biblijni bohaterowie Manna. Powtarza zatem, mimo wielokrotnej jego dekonstrukcji [*], stary mit „jednościowy”:

Prawdziwie głęboką jedność udało nam się zbudować na przykład w czasach pierwszej „Solidarności”. Bardzo odmienne grupy, różniące się wiekiem, wykształceniem, poglądami społeczno-politycznymi, potrafiły rozmawiać wtedy razem i przekraczać dzielące je bariery. To przykład już klasyczny, ale jedność można budować zawsze.

Ale zostawmy zakonnika (z jego nie dającą się przykryć nowomową – por. „rozmawiać razem”, hm, w opozycji zapewne do „rozmawiać osobno”: czyli jak właściwie?).

Zaraz obok „pięknie” się z nim różni Hanna Świda-Ziemba, pisząc:

Komunistyczna była jedność narodu, jedność społeczeństwa, jedność partii – która nawet jeśli dzieliła się na frakcje, nie miała prawa tego ujawnić. Przed kilkadziesiąt lat klęliśmy na to i walczyliśmy o pluralizm. I właśnie to ostatnie słowo, a nie jedność, było hasłem Solidarności.

Alternatywą dla jedności komunistycznej była jedność pod znakiem Kościoła katolickiego, zgodnie z hasłem „jedna owczarnia – jeden pasterz”.

Frazes na łamach „Kultury Liberalnej” uprawiają także i ci autorzy, których – z innych wszakże źródeł – miałem przyjemność cytować na tym blogu, bo ich zdania (i zdanie) wydawały mi się cytowania godne, jak choćby Agata Bielik-Robson. Coś jest widocznie w tych łamach takiego. „Pięknego”.

Również Jan Hartman, cytowany tu wielokrotnie, nawet jeśli formułuje dość „brzydką” (względem kategorii, wokół której tu krążymy) diagnozę:

Przed dwudziestoma laty przejmująca na krótko władzę inteligencja, postanowieniem swych rządzących reprezentantów postanowiła zhołdować Polskę Watykanowi, najwyraźniej wierząc, że tylko poparcie Kościoła daje gwarancję, iż naród wytrzyma konieczne reformy. W moim przekonaniu Tadeusz Mazowiecki i jego ludzie mylili się w tym względzie, a co więcej, przypuszczam, że mocując Kościół na pozycji państwa w państwie, co potwierdzone zostało zawartym następnie konkordatem, działali w poczuciu słuszności. Od początku główną przeszkodą na drodze budowy demokracji było oddanie Kościołowi, wraz z quasi-państwową autonomią wewnętrzną i wybujałymi przywilejami materialnymi, władzy symbolicznej w państwie polskim. Państwo to stało się na wpół oficjalnie państwem wyznaniowym, a symbolika katolicka oraz katolickie poglądy w kwestiach moralnych i obyczajowych zostały jak najgłębiej uwewnętrznione przez władze publiczne na wszystkich szczeblach, wypierając niemal całkowicie ducha naszej konstytucji, która wyjąwszy nakaz zawarcia konkordatu, ma treść w pełni liberalną.

...to przecież osadza ją w kontekście „pięknym” i optymistycznym (poczynając od tytułu swego tekstu: Jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej):

Jestem, jak wi[da]ać, optymistą w ocenie postępów liberalnej demokracji i kultury liberalnej w naszym kraju. Sądzę, że za kolejne dwie dekady będziemy w podobnym miejscu, w którym dziś znajdują się, powiedzmy, Czechy.

Na uzasadnienie czego formułuje wcześniej taką oto nadzieję:

Kto wie, czy wszechobecność i dominacja Kościoła w przestrzeni publicznej i państwowej nie zacznie być wkrótce postrzegana przez Polaków jako przejaw niesłusznego uprzywilejowania Kościoła i niezgodnej z konstytucją stronniczości państwa.

której punktem centralnym jest analogiczna jak u Macieja Zięby, dominikanina, nieokreśloność podmiotu, a z konkretów ma ona: kto wie?

* * *

Jakoś więc wątpię, abym powtórzył wycieczkę do „Kultury Liberalnej”.

Jest tam dla mnie zbyt pięknie.


[*] por. chociażby wydaną w 1990 i wznowioną ostatnio Krytykę solidarnościowego rozumu Sergiusza Kowalskiego

W rozmowie z „Krytyki Politycznej” Kazia Szczuka otrząsa się ze wstrętem na myśl o konieczności wybierania między Komorowskim a Kaczyńskim. Nie ma na kogo głosować, powiada, a jednak wybiera się na wybory. Gdyby chociaż SLD wystawiło kogoś bardziej niż Napieralski.

SLD bardzo niefortunnie wybrało swojego kandydata. Z przyjemnością zagłosowałabym na Ryszarda Kalisza. Jest wykształcony, odpowiedzialny, lubiany. Lewicowy polityk bez winy i wstydu, aby sparafrazować tytuł znanej niegdyś książki. Przyjaźnił się z Izabelą Jarugą-Nowacką. Kalisz to polityk, ale też adwokat, ma swój język i swój styl.

A to ci dopiero rekomendacja. I jeszcze ta „przyjemność”, serio, nisko opadł próg doznawania przyjemności niektórym (chociaż, z drugiej strony, co tu się dziwić, na tle innych facetów z nazwiskami na „K” nawet Kalisz może się wydać podobny do ludzi).

Ja bym „z przyjemnością” zagłosował, powiedzmy, na Karola Modzelewskiego (prawie na „K”). Czy kogoś podobnego formatu. Ale nie o przyjemność chodzi, nieprawdaż. Tylko o poczucie niejakiego obowiązku.

No więc, wyznam, kiepsko u mnie z tym poczuciem. Wybór między Komorowskim a Kaczyńskim nie skłania mnie nawet do myśli o wyjściu z domu w wyborczą niedzielę. Nigdy nie byłem dość wrażliwy na argumenty „och, trzeba głosować na X-a, bo wygrana Y-a to dopiero nieszczęście”, ale przy tych wyborach to już w ogóle. Może trzeba nam (zbiorowo) nieszczęścia? Żeby się ocknęło to, co się ocknąć jeszcze może?

W rozmowie z Kazią pada myśl, która i mnie chodziła po głowie. W sprawie zorganizowanej akcji wyrażenia sprzeciwu wobec takiej K-alternatywy poprzez oddanie głosu znacząco nieważnego (tak, w tej sprawie mógłbym pomyśleć o wyjściu z domu).

[Michał Mikołaj Syska:] Może w takim razie to dobry pomysł, żeby zorganizować szerszą akcję za oddawaniem głosów nieważnych w ramach sprzeciwu wobec istniejącej klasy politycznej?

[Kazia Szczuka:] Tak, można by wystosować taki apel przed drugą turą wyborów – „Głosuj dwa razy nie” na przykład, ale czy kto by posłuchał? Wygra myśliwy [tzn. Komorowski – przyp. n.], raczej to jest pewne.

Ale dlaczego dopiero przed drugą turą? Przeoczyłem coś? Modzelewski jednak startuje?