April 2010

You are currently browsing the monthly archive for April 2010.

koniec diagnoz

W „Świątecznej” GW kilka złych tekstów poświęconych katastrofie, żałobie & owocom tychże. Rozmowę z Jerzym Jedlickim zatytułowaną Jakiego patriotyzmu Polacy potrzebują (czy ta redakcja nie oduczy się już nigdy dawania tytułów z automatu wkurwiających czytelnika?) kończy taka wymiana:

[Maciej Stasiński:] Panie profesorze, w ostatnim „Przekroju” mówił pan, że przegrany będzie ten, kto przeciwstawi się mitowi Smoleńska. Dziś pan mówi, że przegrają mitotwórcy.

[Jerzy Jedlicki:] Przyszpilił mnie pan. Wtedy, w połowie zeszłego tygodnia wyglądało na to, że cały naród został porwany tą mitologią. Teraz nie jestem już tego pewien. Ale porozmawiajmy za dwa miesiące.

...która upewnia czytającego, że właśnie przebył 4 strony [ekranowe] jałowego ciamkania. Jeszcze bardziej jałowe i mętne są teksty Marka BeylinaPawła Goźlińskiego; sądzę, że nie warto ich czytać, więc nie podaję linków.

Dobrze zaczyna natomiast Joanna Tokarska-Bakir (którą nauczyłem się cenić; por. indeks bloga). W tekście Karnawał smutku przywołuje (wreszcie jakoś u podstaw adekwatny) model antropologiczny:

W tym, co się działo w tamtym tygodniu, było wiele z obrzędów przejścia. Nawet najbardziej zeświecczone życie mieszkańców wielkich miast nigdy się od nich w pełni nie uwolniło. W tradycyjnych społecznościach obrzędy te towarzyszą katastrofom i kryzysom grupowym, a także zmianom statusu lub pozycji społecznej jednostek, narodzinom, małżeństwu, żałobie. Zorganizowane są w charakterystyczną sekwencję trzech faz: wyłączenia, liminalności (od limes, próg) i włączenia.

W fazie wyłączenia jednostka lub grupa pozbywa się oznak poprzedniego statusu.

W fazie liminalnej odarta z oznak przynależności wraca do „dzieciństwa”, z jego atrybutami niedojrzałości, niewinności, niewiedzy, do przedkulturowego łona, gdzie społeczne hierarchie i tabu zostają zawieszone.

W fazie włączenia jednostka lub grupa uzyskuje znamiona nowego statusu i powraca do zwykłego świata.

Co prawda, skupia się głównie na charakterystykach dwóch pierwszych faz naszej żałoby narodowej, odpustowej, by potem, zamiast zająć się fazą włączenia (dość zresztą oczywistą po godzinie 16.15 w poniedziałek, 26 kwietnia), oddać się trosce ws. pogardy Zbigniewa Krasnodębskiego i cytowaniu Marii Janion. Zresztą najczęściej cytowanej w przywołanych tu tekstach autorce (nic dziwnego, to klasyczka rozważań nad mesjanizmem, romantyzmem i upiorami/wampirami).

Mimo tego niedostatku w tekście JTB myślę, że warto go przeczytać.

Zwłaszcza że – wraz z tekstami przywołanymi w poprzednim „lekturniku” – dopełnia w jakimś sensie diagnozy. A czas diagnoz właśnie mija, bo z początkiem tzw. kampanii wyborczej zaczyna się nuda, jatka & rutyna, choć może przebrana w nowe, lśniące krwią szatki.

w przyklęku

Nie dotarłbym do tego tekstu, gdyby nie felieton Tomasza Piątka. No bo kto przy zdrowych czyta „Rzeczpospolitą”, a jeśli już tam zajrzy, to czemu miałby czytać akurat Dominika Zdorta (którego Piątek mianował najważniejszym publicystą „Rzepy”; jak lubię swadę Piątka, tak przecież wiem, że uwielbia przesadzać). Aż sprawdziłem, kto to taki, no i – bez zaskoczenia – wyszło, że to taki frondziarz, pampers drugiego rzutu. Pisze:

Powszechnie zaakceptowaliśmy fakt, że nie wolno rozdziału państwa od Kościoła traktować rygorystycznie, ale wręcz odwrotnie – że w ważnych dla narodu chwilach Kościół i państwo zawsze muszą być razem. Majestat żałobnych uroczystości w wawelskiej katedrze spowodował, że bez znaczenia są już protesty przeciw religii w szkole czy wieszaniu krzyży w klasach.

Ojej, doprawdy? Zastanawia mnie zakres tego „powszechnie” i treść kryjąca się pod retorycznym „my”. Co prawda, po faktach sądząc, było jeszcze gorzej. Kościół i państwo nie „były razem” (w trakcie żałoby narodowej), nie było to jakkolwiek rozumiane hm, „partnerstwo”. Państwo jedynie robiło za służbę porządkową dla Kościoła. Sam pisałem:

W streszczeniu: Kościół przejął państwo, odtwarzając wzorzec czasów pierwszej Rzeczpospolitej (prymas interrexem etc.)

Ale czy istotnie nikogo to nie raziło? Nikt się nie sprzeciwi? Nie upomni o faktyczniejszy rozdział Kościoła od państwa (ile wart jest papierowy, ten z konstytucji, wiemy: mniej niż papier, na którym został zapisany)? No, ciekaw jestem. Mnie się wydaje, że media jako uogólniony „asystent kościelny”, Dziwisz jako decydent wawelski itd. – to przegięcie, które prędzej czy później wywoła reakcję.

Czy to zbytni optymizm?

Nieco poważniejsza od Zdorta postać (ale czy rzeczywiście?), Mirosław Czech, ex-unita (wolnościowy) i ex-demokrata.pl, obecnie dziennikarz Agory, pisał z troską 17 kwietnia w „Wyborczej”:

Podejmując decyzję o umieszczeniu trumien ze szczątkami pary prezydenckiej na Wawelu, kard. Dziwisz zdecydował o hierarchii zasług dla współczesnej Polski. Wziął na siebie ogromną odpowiedzialność, którą udźwignąć mogą jedynie tytani. [...]

W tej sprawie Kościół nie określił żadnych kryteriów. Powinien to uczynić jak najszybciej, bo inaczej stanie się stroną w rozpoczynającym się właśnie sporze. Biskupi powinni mieć świadomość, że brak ich reakcji lub udawanie, że nie wiadomo, o co chodzi, będą niszczące dla Polski. Zaprzepaści wątłe dobro jedności, które wyrosło w czasie żałoby.

Wolałbym, aby episkopat pozbawić systemowo możności „niszczącego wpływu” na Polskę. Po prawdzie mówiąc, jakiegokolwiek wpływu na Polskę.

Ale – póki co – nie bardzo wiem, czyimi rękami miałoby się to dokonać.

Wiersz Edwarda Pasewicza, niech brzmi, zagadkuje; niech przystańcie.

[zaraz pojawią się]

Zaraz pojawią się owadzie skojarzenia,
wapno przyjdzie i drętwe modlitwy
złuszczą się i spadną jak ciasto francuskie.
A Pan w drelichu powie: spadaj stąd,
są linie papilarne i genetyczny kod.
Kto był obecny?
Huknąłem o podłogę i rozsypałem się
jak ryż z pękniętej torby.
Chwile półmroku bez głosu i ruchu.
Przemienne formy na owocowej paterze.
Czasoprzestrzenny loop, owdowiały scratching
korzeń i owoc w jednym momencie.
„Pozostaniesz, Reczungu,
w bezpiecznej twierdzy niezrodzonej pustki?”

[z tomu Th (2005)]

Mam alergię na patos, trąby, tłumy, przewodnictwo kapłanów, frazesy polityków, dziennikarskie wzruszenia na wizji i pytania w stylu „Kto poleciał zamiast pana?”. Nauczony doświadczeniem po żałobnym teatrze umierania JP2, tym razem odciąłem się konsekwentnie od telewizji. Choć tragedia tej katastrofy, w odróżnieniu od tamtego naturalnego umierania, jest nie tylko symboliczna: jest realna i przejmująca.

Ale do internetu (w tym: do prasy) zaglądam, pomijając wszakże wstępniaki (por. powody alergii wyżej). I chciałbym polecić parę tekstów, na które się nadziałem.

Profesor Małgorzata Kowalska przedstawia poniekąd psychoanalitycznie zbiorową historię ostatnich dni w tekście Przerwany poród sensu, czyli od tragicznego absurdu przez majączący sens do codziennego absurdu ponurej farsy (polityki w wydaniu polskim). Pisze:

Pierwszym efektem katastrofy było więc wywołanie powszechnego odruchu „wzniosłej obłudy”, pozwalającej dotychczasowym przeciwnikom prezydentury Lecha Kaczyńskiego i realizowanej przezeń „polityki historycznej” zestroić się emocjonalnie z jego zwolennikami. Proszę mnie dobrze zrozumieć: Sensotwórczy potencjał tego fenomenu polega nie na tym, że faktycznie zaciera on polityczne i ideowe podziały (co ani faktycznie nie miało i nigdy nie ma miejsca, ani nie byłoby stanem pożądanym), lecz na tym, że odsłania najbardziej elementarny wymiar międzyludzkich relacji – wszystko jedno, czy nazwiemy go eschatologicznym, etycznym czy egzystencjalnym. A odsłonięcie tego wymiaru jest w życiu społecznym i politycznym tak rzadkie, że zasługuje na miano wydarzenia.

Wiąże ona przerwanie tytułowego „porodu sensu” z decyzją wawelską, nie inaczej niż wielu innych. Dziwne doprawdy (a może i nie dziwne, zważywszy na inne oznaki, hm, niespójności) wyznanie Magdaleny Środy:

Choć nie jestem sentymentalna, Wawel uważam za święte historyczne miejsce. [...] Kraków i Wawel to nasze dobro narodowe, serce historii Polski. [stąd]

...wyznanie nasuwające natychmiast wątpliwość, o jaki to rodzaj „świętości” może chodzić, zestawię ze znacznie bardziej odpowiadającym mi tekstem Anny Zawadzkiej Mam gdzieś Wawel, który zaczyna się tak:

Nie cierpię Wawelu. Nie cierpię tego typu miejsc bogoojczyźnianych pielgrzymek i narodowych uniesień. Nie cierpię kapiących przepychem, złotem i purpurą ołtarzy monarchii. [...]

Stiuki, wazy, gobeliny, mozaiki, rzeźby, żyrandole, portrety dam, obrazy bitew, historie królewskich rodów to przejawy epok, które je stworzyły, to zapis ówczesnych gustów, to przejaw zasobności dworu. To butne manifestacje przepaści, jaka dzieliła władających od poddanych. Wozimy tam kolejne szkolne roczniki z całej Polski. Zmuszamy dzieci, by na te widoki pokorniały. Szkolimy w podziwianiu autorytarnej, nieznoszącej sprzeciwu, aroganckiej władzy. [...] na Wawelu próżno szukać znaków, że za czasów monarchii żył — i jak żył — ktokolwiek poza rodziną królewską, dworem i obsługującymi go artystami. Nikt zwiedzającym Wawel nie powie, że w tamtych czasach nie na tron mieliby szanse, lecz na odrabianie pańszczyzny, opłakiwanie synów wcielanych do armii albo patrzenie, jak bezkarność panów niszczy życie najpierw im, a potem ich córkom. Bo na Wawelu nie ma historii choćby tych, którzy go budowali własnymi rękami. Ani tych, którzy musieli wykarmić jego dwór. Nie ma tam pamiątek po ludziach, którzy feudalizmu czcić nie mają za co. Chętniej by go przeklęli.

Też mam gdzieś Wawel – w tym powyższym sensie (nie czas mówić o urokach prowincjonalnej architektury) – a kwestia wawelskiego pochówku jest mi zasadniczo obojętna (z dokładnością do współczucia dla Marty Kaczyńskiej, która to emocja wynika wyłącznie z wyobraźni).

Natomiast tryb podejmowania takich decyzji – już nie. W streszczeniu: Kościół przejął państwo, odtwarzając wzorzec czasów pierwszej Rzeczpospolitej (prymas interrexem etc.); klamrę domyka specjalny wysłannik BXVI, który nadleci z Rzymu, by poprowadzić msze, potwierdzając ciągłość namiestnictwa.

Do jeszcze innych wzorców „hieratycznego zastygnięcia” sięgnął Marceli w działającym na wyobraźnię komentarzu, który zaczyna się tak:

Problem nie polega na tym, gdzie zostanie pochowana pani Maria i i jej mąż, tylko na tym, że ze wszystkich patriotycznych schematów, wżartych w polski mental, zafundowano nam real life wersję Faraona by Bolko Prus. Już próbowałem o tym u WO, ale chyba za szybko, teraz drugie podejście.

Nagle, decyzją najwyższego kapłana kraju, nakazuje nam się wierzyć w nowego boga, który zgodnie ze staroegipską tradycją, zostaje pospiesznie dopisany do reszty panteonu, co jak wiadomo, wystarcza w pełni za usprawiedliwienie jego zaprzeszłych działań. Kapłan sytuacje ma o tyle ułatwioną, że splot mitologicznych skojarzeń związanych ze śmiercią faraona, bardzo ułatwia deifikację – faraon, jak tradycja nakazuje, wraz ze śmiercią pociągnął cały orszak, zginął wypełniając „obowiązek wobec ojczyzny”, odszedł egzorcyzmując „przeklętą ziemię”, a jego śmierć można uznać za symboliczne zamknięcie 70 letniego okresu smuty, gdy rządzili nami obcy faraoni, nie pozwalający mówić prawdy i narzucający swoich bożków.

Na czym się jednak nie kończy; polecam doczytanie reszty.

Ostatnie przywołanie, tym razem rozmowy z Agatą Bielik-Robson, opatrzonej tytułem Polska żałoba. Między świętem a dajanizacją. „Dajanizacja” to proces narastania zbiorowej egzaltacji (termin ukuty od wydarzeń po śmierci Lady Di). Choć wyjaśnienia ABR (za m.in. Girardem) wyglądają na proste (co nie znaczy, że fałszywe!), warto tam zajrzeć po parę przydatnych kategorii, które pozwalam sobie pogrubić w poniższym cytacie:

Jedności nie można budować na niczym innym, jak tylko na negatywnym odniesieniu. Zawsze jest wróg ukryty. Zawsze ktoś jest winien. Nie ma innych rytuałów jedności. Girard ma absolutnie rację. Każde odróżnicowanie, każde pojednanie podszyte jest wskazaniem na winnego. Na tego, który zadał ranę tej jedności, który jątrzył, na tego, który jest odpowiedzialny za konflikt. Przecież we wszystkich tych rytuałach jedności odzywa się archaiczna zasada nietolerancji na konflikt. Polska przez swoją katolickość i głęboko nieoświeceniową tradycję, przez swoje zanurzenie w iście matriarchalnym micie, ma minimalną tolerancję na konflikt, czyli na coś, co w istocie stanowi normę życia politycznego.

Właściwie każda z przytoczonych opinii może stać się punktem wyjścia do neverending dyskusji. Która może nie przystoi żałobie, a na którą – z drugiej strony – pewnie nie będzie miejsca, gdy skończy się czas pogrzebów, a wydarzenia ruszą z kopyta.


W komentarzach cytaty i linki do kolejnych, ciekawych wg mnie, tekstów.

10 kwietnia


Egon Schiele (1912)

« Older entries