March 2010

You are currently browsing the monthly archive for March 2010.

Powody powstania niniejszej blogonoty podane są w tym komentarzu do poprzedniej (i komentarzy następujących po nim).

1

Na czym polega Makuszyński? Makuszyński polega na trzech sprawach.

Po pierwsze, społeczeństwo jest jak wielka rodzina, która wszakże czasem zapomina o swojej roli i tożsamości. Członkowie rodziny, jak wiadomo, są bardzo różni: biedni i bogaci, mający dzieci albo samotni, ważniejsi (społecznie) i ci mniej ważni. Ale zasadniczo wspierają się wzajemnie i kochają. Gdy ktoś zapomina o swoim rodzinnym obowiązku, powinien zostać ocalony.

Po drugie, rodziny (ani swego losu) się nie wybiera: rodzinę się wspiera, a los – znosi pogodnie. Dlatego powieści Makuszyńskiego pełne są postaci ubogich jak myszy kościelne, ale patrzących na życie z uśmiechem. Klepiąca biedę para starszych aktorów, dziwaków, ale zacnych aż do bólu – z Awantury o Basię. Zastępy wesołych (choć przymierających głodem) przedstawicieli bohemy. Jeszcze liczniejsze zastępy ubogich krewnych (modelowa pod tym względem jest mało znana powieść List z tamtego świata). Protegowani tytułowej bohaterki z Szaleństw panny Ewy. Ta wielka społeczna rodzina Makuszyńskiego to społeczeństwo harmonijnie klasowe, w którym klasy niższe nie buntują się przeciw swemu położeniu, a klasy wyższe – gdy zostaną ocalone do miłości rodzinnej – udzielają niższym wsparcia.

Po trzecie, kluczową rolę w koniecznym dziele ocalania do miłości rodzinnej pełnią dzieci. Do której to kategorii pasują dorastające panienki; dziecinny status zapewnia im społeczna nieważność. Basia (z Awantury) „swata” imienników, zasług panny Ewy nie sposób wyliczyć (m.in. ocala oschłego bogacza Mudrowicza), w Liście z tamtego świata dochodzi wręcz do zbiorowego ocalenia.

Makuszyński to krzepiąca opowieść o klasowym społeczeństwie, które dzieci, niedorośli, nieważni ocalają do miłości rodzinnej, pozwalając przejść na stopień wyższy: społeczeństwa klasowego harmonijnie. Ramą kategorialną jest rodzina, kluczem do zmian – opiekuństwo i miłość, a rolę ocalającą pełnią kobiety, najskuteczniej – w wersji niedojrzałej, bo ta pozwala przełamywać sztywne struktury i konwenanse społeczne.

2

Na czym polega Zły Tyrmanda? Zły Tyrmanda polega na trzech sprawach.

Po pierwsze, społeczeństwo jest rozległą siecią bardzo zróżnicowanych indywidualności, pełniących różnorodne role w walce o byt. Nie jest to rodzina, choćby potencjalna (jak u Makuszyńskiego), jednak nadal możliwe jest ocalenie przed złem (jawnym w świecie Tyrmanda). Funkcję ocalającą pełni „idea ogólnoludzka”, złożona z klasycznych wartości, takich jak wolność, prawda, przyjaźń, cnota, miłość, męstwo.

Po drugie, ocalająca idea ogólnoludzka ma szanse w walce (ze spontanicznie organizującym się złem), gdy wcieli się w oddolnie organizującą się konfederację jednostek (ale, tym samym, również różnych warstw i klas społecznych), które utworzą ponadjednostkową „sieć dobra”. Inaczej mówiąc, społeczeństwo w Złym jest zdolne do samoocalenia, jeśli się zorganizuje do współdziałania. Reprezentatywnie i oddolnie; powodowane wartościami, scalone potrzebą. Z tła tej wizji społecznej przeziera społeczeństwo harmonijnie klasowe w potrzebie: model powstańczy, konspiracyjny.

Po trzecie, w indywidualistycznej wizji Tyrmanda niezbędny jest katalizator, przykład, wódz. Tę rolę wypełnia tytułowy Zły; jest niezbędny, bo inaczej rozproszone jednostki wystawione na siły zorganizowanego zła nie utworzą sieci, nie widząc możliwości wygranej.

Oczywiście, Tyrmand musiał iść na koncesje i ostatecznie „powstańcze siły dobra” zostają podporządkowane idei sprawiedliwości instytucjonalnej. Niemniej, nadal jest to krzepiąca opowieść o możliwości „brania spraw we własne ręce” i o katalitycznej roli anonimowego sprawiedliwego, który rzuci wyzwanie zastygłej skorupie status quo, tolerującego zło. Ramą kategorialną jest samoorganizacja, kluczem do zmian – pakiet wartości składających się na „ideę ogólnoludzką”, a rolę ocalającą pełni katalitycznie samotny (początkowo) bohater, rozsadzający zastygłe struktury poprzez czynny sprzeciw.

3

Podobieństwa tych dwóch prawicowych wizji widoczne są gołym okiem.

Podobnie krzepiące są również owoce. Biedni nakarmieni, zło ukarane, miłość potężniejąca, nowe małżeństwa zawarte, dzieci zaopiekowane. I wszyscy z nowym zapałem wypełniają swoje role w ramach nienaruszonej struktury społecznej. Harmonia na wyciągnięcie ręki.

4

We wcześniejszych książkach (a zwłaszcza w sfilmowanych powieściach cyklu Żaby i anioły z bohaterką Judytą) Grochola wypełniała wzorzec makuszyński, w podobnej strukturze komedii romantycznej.

Judyta znalazłszy się na życiowym zakręcie musi uruchomić w sobie „makuszyńską dziewczynkę”, której niedojrzałość pomoże jej pokonać bariery w zbudowaniu sobie życia na nowo. Ta sama niedojrzałość (odnowiona spontaniczność, naiwność itp.) roznieci także opiekuńczo-miłosny zapał u Nowego (Wspaniałego) faceta. I rzeczywiście: czytelnik może sądzić, że Judyta jest koncertową idiotką, gdy tymczasem ona jedynie dziewczynkowacieje (jej piętnastoletnia córka Tosia wydaje się znacznie dojrzalsza społecznie). I dobrze na tym zdziewczynkowaceniu, koniec końców, wychodzi. (Co musi podobać się czytelniczce.)

W najnowszym Kryształowym Aniele rzeczy mają się już inaczej. Nie chce mi się streszczać, zarys fabuły można pobrać z krótkiej notki. Chcę tylko rzucić trochę światła na makuszyńsko-tyrmandzie pokrewieństwa.

Po pierwsze, nieustająco ramą kategorialną jest rodzina, a dobrem głównym – miłość. Niższość społecznej pozycji kobiet nie jest kwestionowana (podobnie u Makuszyńskiego), zostaje wręcz bogato zilustrowana (opis wielorakiego stłumienia Sary, bohaterki Anioła, na przestrzeni całego życia). Jednak nadal zostaje podtrzymana (obecna i u Makuszyńskiego) tradycjonalna teza o kobiecie-szyi (która zarządza życiem usuwając się w tło, by mężczyźni mogli mieć iluzję władzy, bycia „głową”).

Po drugie, życiowy kryzys Sary wymaga samoocalenia. To już wystaje poza makuszyński schemat, jesteśmy jedną nogą u Tyrmanda. Sara całe życie była „udziewczynkowiona”, ale w realistycznym (w patriarchalnym społeczeństwie) sensie: podległa, nieasertywna, nie realizująca aspiracji. Już nie wystarczy ocalić do miłości kogoś innego, albo pójść „na spontan” i znaleźć Nowego Wspaniałego faceta. Ten stary, zdradzający, okazał się równie stłumiony w ekspresji swoich potrzeb, co ona. Coś jest nie tak systemowo. Współczesna odpowiedź na klasyczne pytanie „o co chodzi, gdy nie wiadomo, o co chodzi?” brzmi – o komunikację. A właściwie jej brak.

I tu, po trzecie, z siłą wodospadu pojawia się w pełni Tyrmand. Sara pracuje w radiu, choć na podrzędnym stanowisku: nie zaspokaja ono nijak jej długoletnich aktorsko-radiowych tęsknot. Więc na nocnych dyżurach bawi się wygłaszaniem do mikrofonu chaotycznych, ale szczerych monologów, strumieni świadomości, odzwierciedlających jej aktualne rozterki itd. Ale nie wie, że mikrofon jest włączony. Po pewnym czasie słucha jej cała Warszawa. Nieznany nikomu głos omawia przejmująco w nocy sprawy, które w dzień nie są obecne na antenie, uginającej się od rytualnej polityki i durnych reklam. Oto Zła, rzucająca (cóż, że nieświadomie) wyzwanie zastygłej skorupie braku komunikacji, już w wymiarze społecznym. I co się dzieje? Do chorej na raka przyjaciółki pod wpływem nocnej audycji wraca kochający facet: będzie ją wspierał (odszedł, nie wiedząc o chorobie). Modelka postanawia nie używać kosmetyków testowanych na zwierzętach. Sklepowa Anetka tak się wzrusza audycją, że jej późny klient, Józek, zakocha się w jej oczach błyszczących (od łez?) jak gwiazdy; będą żyli długo i szczęśliwie. I tak dalej. Rusza wielka fala ocalenia przez wznowioną komunikację.

5

Proste diagnozy, proste rozwiązania, radosne happy-endy. Wszystko staje się nowe i lepsze, ale nic właściwie nie trzeba zmieniać. Trzeba tylko ciut więcej miłości, odwagi, komunikacji. Wspomniany w poprzedniej blogonocie „ten segment czytelnictwa” polega na zapotrzebowaniu na taki właśnie bajkowy produkt.

Czy jeśli nadal wzruszają i pocieszają powieści Makuszyńskiego, a Zły nadal porusza wyobraźnię, to powinien tak mocno dziwić czytelniczy sukces krzepiącej Katarzyny Grocholi Tyrmand-Makuszyńskiej? Nie jest aż tak bardzo gorsza literacko, a z pewnością jest bardziej współczesna.

1 osoba uznała, że da się to czytać

Kalendarzowe listy bestsellerów są nieco niesprawiedliwe. Lista taka jak za rok 2009 zestawia bowiem rzeczy wydane na początku roku z książkami, których premiera odbyła się jesienią (np. Dukaj, Tokarczuk). Bardziej obiektywne byłoby zestawienie „sprzedaż po roku od momentu wydania”.

Kto rządzi? W kategorii literatura polska rządzi Kalicińska (łącznie 300 tysięcy sprzedanych egzemplarzy, a do tego jeszcze 56 tys. w „literaturze faktu” – powieścio-wspomnienie). To chyba pani od sag rodzinnych (na podstawie jej powieści szły bodaj jakieś seriale telewizyjne, ale głowy nie dam, a sprawdzać mi się nie chce). Potem idzie Grochola (203).

Pominę kiciarzy (Janusz L. Wiśniewski*, Łysiak), garmażerkę (Chmielewska), mniejsze Kalicińskie (Szwaja) i tv-booki (produkty książkopodobne, dyskontujące popularność telenoweli, typu Jasnyk). Po tym odsianiu widzimy kryminał Krajewskiego (44), thriller moralny Tokarczuk (42), wronią bajkę Dukaja (21) i TIR-story Witkowskiego (18). Noblistka zgarnęła niecałe 42 (czyli na poziomie Tokarczuk), a Sapkowski (40) zdecydowanie prześcignął Pilipiuka (30).

W literaturze obcej zdumiewający** sukces Larssona, dwa pierwsze opasłe tomy sprzedały się w ponad 112 tys. egzemplarzy, a trzeci – od października – już zgarnął 97, pewnie dobije do poziomu poprzednich. Łącznie ponad 300.

Trzymają się kiciarze: Zafon (łącznie 285) prześcignął Coelho (218). Na szczęście tego drugiego dystansują Mikołajki (Goscinny, Sempe) – łącznie 241. Resztę sobie przemilczę, a co tam, odnotowując jedynie sukces Lektora Schlinka (66); sam kupiłem (i, tak, tak, po obejrzeniu filmu).

Tzw. literaturę faktu daruję sobie, misz-masz taki, że wnioski siwieją. Odnotuję tylko (z niesmakiem) popularność kiciarza Cejrowskiego („biały człowiek” zwiedza świat? chyba o to chodzi). Można się pocieszać obecnością Kołakowskiego, Edelmana, książki o Sendlerowej. Jeśliby ktoś pragnął pocieszenia.

* * *

Morał? Mogło być gorzej.

________

 * czemu tego pana honoruję podaniem pełnego nazwiska? żeby się nie mylił z innymi Wiśniewskimi
** bo to – zdawać by się mogło – „męska” lektura, a czytają, jak wiadomo, głównie kobiety

Lubiłem serial Kości (Bones) z paru powodów. Głównie ze względu na bohaterkę, antropolożkę (w sensie północnoamerykańskim: patologa od szkieletów, zwłok spalonych, zmumifikowanych itp., ale również z backgroundem antropologii kulturowej). Doktor Temperance „Bones” Brennan, która – wraz z zespołem sympatycznych, lekko (czasem ciężko) świrniętych naukowców – współpracuje z agentem FBI, Boothem, w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych. Temperance jest specyficzna: ma „odchylenie aspergerowate”, w związku z czym patrzy na sprawy ludzkie nieco jak Sacksowski Antropolog na Marsie (który przypomniał mi się ostatnio pod blogonotą Sporothrix o Temple Grandin). Co prowadzi do szeregu zabawnych dialogów i sytuacji. Tempe jest „wierzącym” naukowcem, sceptykiem, uznaje wyłącznie świadectwa materialne (fakty) i ścisłe rozumowania; nie wierzy w psychologię i temu podobne bajędy. Na jej antypodach sytuuje się Booth, ex-żołnierz (snajper), wierzący (religijnie), człowiek polegający na własnym instynkcie, tzw. znajomości ludzi & świata itd.

To dzięki właśnie temu zderzeniu kryminalistyka uprawiana przez zespół „zezulców” (jak ich nazywa Booth; jeśli ktoś zna angielski oryginał tego epitetu, niech podrzuci, pliz [thx]) jest bardziej nawet przekonująca niż w rozmaitych CSI: tam policyjne zespoły nie mają w swoich składach „irracjonalistów na kontrze”; w Kościach metody naukowe są pod swoistą presją i muszą ciągle dowodzić swojej skuteczności. Fajny jest też myk „odwróconego komiksu”, tzn. ustawianie szkieletu akcji na schemacie komiksowym (np. przewijający się przez wiele odcinków wątek spisku Gorgomonów), przy – jednak – powierzaniu rozwiązania zagadek procedurze naukowej.

Dodatkowy smak polega na opatrzeniu swoistym komiksowym cudzysłowem postaci Temperance: aż się ona pali, żeby komuś przykopać (trenuje sztuki walki), nieustająco marudzi Boothowi, że też chce strzelać do złoczyńców (parokrotnie z sukcesem), jest, słowem, rozkosznie nastolatkowata jak na bardzo poważną antropolożkę.

(W całkowitej też, dodajmy, opozycji do postaci swego pierwowzoru i imienniczki, bohaterki cyklu powieści Kathy Reichs, btw producentki serialu; czytałem pierwszą książkę cyklu, więc wiem, że powieściowa Temperance nie jest komiksowa, jest alkoholiczką po przejściach, z prawie dorosłą córką, i – rozsądnie! – boi się niekiedy jak diabli, no bo jest czego. O związku między dwoma wcieleniami Brennan opowiada tu sama Reichs.)

„Lubiłem”. Ale w ostatnią niedzielę obejrzałem w Polsacie odcinek 72 (The Hero in the Hold) i skuliło mnie. Bo do konfrontacji między racjonalistką Temperance i religijnym Boothem wtrącił się jakiś Ostateczny Scenarzysto-Producent i kazał nieszczęsnej sceptycznej Brennan na własne fizyczne oczy zobaczyć ducha, a nawet zamienić z nim parę słów. Takich rzeczy nie robi się kotu.

Chyba że to kot amerykański, wtedy, owszem, się robi i to na co dzień. Liczba amerykańskich seriali i filmów z interwencją sił nadprzyrodzonych czy paranormalnych zdolności – idzie w setki. Duchy, diabły, anioły i im podobne postacie z chrześcijańskiego bestiarium są wręcz, tak mi się zdaje, uważane za realistyczne wyposażenie fabuł.

Trzeba mocnego odejścia od tego kanonu, żeby rzecz lądowała w genre „fantastyka”. Na przykład fabuł Kinga, typu Firestarter (+ film z dziewięcioletnią Barrymore), w których rząd/wojsko/siły specjalne polują na obdarzonych niezwykłymi zdolnościami ludzi, żeby ich wykorzystać jako broń. Można by, jak sądzę, napisać pięciotomową monografię tego wątku popkultury.

Hm, popkultury? A może rzeczywistości? Zajrzałem (nie skończyłem jeszcze) do książki Człowiek, który gapił się na kozy i znowu mnie skuliło. US Army, CIA itp., itd. – te instytucje całkiem na serio traktują scenariusze powieści sensacyjnych i filmów fantastycznych. Zaangażowano dolary, politykę, życie ludzkie w rozmaite próby uśmiercenia kóz wzrokiem.

A zaczyna się niby niewinnie: od aniołków i pomocnych duchów.

Najpierw pisze tak (ale zanim napisze, daje tytuł, który brzmi Popieram błędy, brzmi bardzo poważnie, jak deklaracja przedwyborcza, albo jakieś credo, i oczywiście zastanawiam się, czy taka oschła i mocna deklaracja nie jest błędem, a jeśli jest, to czy popiera ją jako błąd czy jako credo; potem jednak myślę, że to był błąd: przykładać takie dziwne kategorie do tekstu):

adam pisze w mejlu, że popiera błędy, bo w błędach jest o wiele więcej seksu niż gdzie indziej i ciężko mi się z nim nie zgodzić; wychodzę; system staje na chwilę, ponieważ tramwaj znów się spóźnia

To „najpierw” jest ważne, bo to pierwszy wpis na tym blogu, choć nie jest to pierwszy blog i pewnie ci, co go znają z poprzednich miejsc i poprzednich lektur, wcale nie są zdziwieni, że później opisuje, jak czeka na tramwaj, używając 15 razy słowa „miło”, a potem opisuje, jak wsiada do zatłoczonego tramwaju, który wreszcie (choć właściwie w samą porę) przyjechał, i jedzie tak jak zwykle, a opis zawiera powtórzone 7 razy słowa „te same”, bo ta podróż nie jest niczym niecodziennym, dopóki jakaś dziewczyna nie zacznie go ocierać sobą, specjalnie to robi, sobą, sterczącymi piersiami, które nie są w żadnym sensie te same, bo nie jest mu miło; chciałby wysiąść

ale jeszcze jeden przystanek

Konstrukcja tego małego labiryntu jest bez zarzutu, maleńka wyżymaczka na dzieńdobry bloga, myśl teraz, czytelniku, czy jeśli w błędach jest więcej seksu niż gdzie indziej, to czy w seksie jest też sporo błędu. I czyjego. I o innych rzeczach myśl też.

A długo potem na blogu pojawia się wpis, w którym znowu coś się rozważa (tym razem nie streszczam), jest tam zamieszczony rysunek Kiry Pietrek (nie wiem, kim jest Kira Pietrek, ale dobrze, że jest, bo rysunek – świetny), i jest też przypis odsyłający do niedoczytania.pl, gdzie pośród dwóch innych jest wiersz Wartości rodzinne:

Wsiadam do tramwaju, który jedzie na Ogrody.
Stojąc na przednim pomoście
przypomina mi się twarz matki, nie matka,
sama twarz jedynie, która śniła mi się całą noc.

Na głowie nie miała ani jednego włoska.
Patrzyła mi w oczy, chciała mówić, nie poruszając ustami.
Jej głos usłyszałem w głowie: „Synku,
jestem pusta w środku. Rozumiesz, synku? Pusta!”.

Nie rozumiałem, nie chciałem rozumieć.
Zostawiłem ją za sobą. Następnego dnia
zaraz po przebudzeniu, wystukałem numer do domu.
Po dwóch sygnałach odebrała siostra.

„Daję mamę, wiedziała, że będziesz dziś dzwonił.”
Od razu zapytała, czy przyjadę na święta, bo jak tak,
to kupi mi mały prezent, a jak nie, to nie
będzie sobie głowy zawracać. Ma teraz tyle spraw do załatwienia.

Odpowiedziałem, że tak, choć chciałem powiedzieć, że nie.
Chyba nie uwierzyła, dopytywała kilka razy.
Chyba z pięć. Tłumacząc się: „Słuch mi się pogorszył”.
Prawie jej nie rozumiałem.

To zupełnie inny tramwaj, pojawia się tylko na chwilę, i zanim czytający zastanowi się, czemu w ogóle ten tramwaj się pojawił, wiersz przechodzi szybko do innych spraw, o których opowiada się w sposób prosty, choć eluzywny (tym anglicyzmem daję do zrozumienia, że trzeba sobie przetłumaczyć te sprawy i sposób o nich opowiadania).

A mnie ten wiersz, który za mniej więcej miesiąc pojawi się wydrukowany w tomie Luźne związki, jakoś zirytował. Bo nie popieram błędów, może nie wszystkich, takich prostych błędów językowych nie popieram, bo je szybko dostrzegam i mnie irytują; zaraz zaczynam się zastanawiać, dlaczego, czasem po co, i nie znajduję (przeważnie) odpowiedzi, a porządek świata zostaje nieodwołalnie zmierzwiony.

„Stojąc na przednim pomoście / przypomina mi się twarz matki”, która stoi na przednim pomoście, twarz stoi, nie matka. Tramwaj znowu, po prawie dwóch latach, wiezie błąd. I nie ma w nim żadnego seksu, a celu też nie widzę.

Newer entries »