March 2010

You are currently browsing the monthly archive for March 2010.

Babilasy napadły na mnie „kreative blogger awardem” (dzięki!), będę musiał coś z tym zrobić, ale jeszcze nie wiem co. Na razie zastanawiam się nad frazą z uzasadnienia – o „światach one click away”.

Z przeprowadzki na wordpressa jestem bardzo zadowolony. Z jednym „ale”: jak dotąd nie znalazłem środków na przeniesienie „żywego blogrolla”, który wisi sobie na starym blogu w prawej kolumnie; zaglądam tam parę razy dziennie. To nie takie proste, jeśli chce się zachować rozmaite pożyteczne właściwości tamtego bloggerowego rozwiązania (jakieś podpowiedzi?) – chronologię (blogi z ostatnio dodanymi wpisami wyżej), rozwijalność, info o czasie: diabeł tkwi w szczegółach.

Z dzisiejszej „dostawy” wybieram trzy blogonoty, szczególnie inspirujące. Rzeczywiście, całe światy one click away.

absolutnie fantastyczna

nota ztrewq’a o biotechnowojnach, prowadzonych wewnątrz ludzkiego organizmu, a właściwie wewnątrz całej cholernej kolonii organizmów. Nie-sły-cha-ne!

Potwierdza się po raz tysięczny moja teza, że jeśli ktoś odczuwa głód Prawdziwych Tajemnic, powinien odesłać metafizykę (& religię) do szuflady „antropologia, socjologia, psychologia” i zanurzyć się w tajemnice życia, języka i kosmosu, tam gdzie fedruje nauka. Tu to się dopiero dzieje!

wierzchołkiem góry lodowej

jest nota Ali – wspomnienie o Mim Green (Miriam Dimondstein). Niemal każde zdanie to punkt wyjścia do dalszych podróży.

Niewinna wzmianka o Mińsku czy Pińsku. Proszę włączyć granie:

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

[Zakarya De Pinsk a Minsk]

i jedziemy. Historycznie i chronologicznie: dowcipy o Mińsku i Pińsku to klasyka żydowskiego humoru.

Współcześnie: dwaj Szwedzi (o nazwiskach Claes Pinsky i Pelle Minsky, hm, hm), wsiedli na motor i przez miesiąc w lecie 2009 przejechali od Mińska przez Pińsk do Kaliningradu. Ciekawe (zwłaszcza niektóre) zdjęcia. Anegdoty.

Obrazy i lalki Mim Green. Ala pisze o obrazie Fanya the pinsticker:

Grafika trochę w duchu Emila Nolde – to pokrewieństwo widać wyraźniej, gdy obejrzy się lalki wykonane przez Mim Green.


Emil Nolde, Maskenstilleben

Albo pumpernikel. Pierwsze wzmianki o tym z pochodzenia westfalskim pieczywie zapisano w 1450 roku, niesłychane, kto by pomyślał. I wreszcie znalazłem dodatkowy powód, żeby dowiedzieć się, o co chodzi w reakcji Maillarda (która przemknęła w sieci gdzieś tuż obok mnie parę dni temu, w kontekście[*] obsobaczania jakości żarcia z mikrofali).

ponure rozmyślania

włączają się przy lekturze notki Sporothrix o Afryce i zagrożeniu dla gejów/lesbijek, od głośnej ostatnio Ugandy, po właściwie cały kontynent. Zrobiła research, ciekawy.

Ale w komentarzu podkreśla, że

Nie zgadzam się z takim postawieniem sprawy, bo raz (co już nieraz pisałam) – chrześcijaństwo jest dla mnie religią miłości, a nie zabijania. A dwa – że religia to jedno, a co ludzie robią to drugie.

Aha. Jasne.

zamiast

polemizować, pójdę do noty mrw o hurtowym oglądaniu i dlaczego jest do chrzanu, albo do noty Marcelego o Krakowskim Internecie Mieszczańskim.

See you soon.

 


[*] kontekst był szerszy, niedokładnie zapamiętałem

koliście

Ostatnio jakoś ciągle wpadam na te niedoczytania.pl.

Dawno temu rozlewnie opisywałem dziwne istnienie bloga szumpuzzle. Na początku tego roku umilkł, a właściwie zredukował się do odsyłacza na flickr, gdzie można oglądać nowe prace autora. I tam pod niektórymi grafikami – co? Ano, odsyłacze do niedoczytania.pl.

Ten portalik wsysa.

Ale są jeszcze grafiki nie obstawione. Podoba mi się stump, chętnie bym go tu zamieścił, ale nie będę jumać w biały dzień.

DODANE:

[tu była reprodukcja, niestety autor zdjął ją ze swojego flickra]

Tomek Kolisko, pniak / stump (dziękuję autorowi za zgodę na reprodukcję)

Pawianowi (zdrowia)
 

1

Tendencja jest taka, żeby spłaszczać i upraszczać.

W chłodny wtorkowy poranek 9 grudnia 1997 roku marabutowie z RJP spotkali się na plenarnym posiedzeniu. Byli bladzi, a z oczu wyzierał im niczym nie maskowany strach. Prawdziwy wstrząs przyszedł z pierwszą przerwą w obradach. Nie wiadomo, kto pierwszy odważył się na wyznanie, ale już po paru minutach wiedzieli wszyscy: każde z nich (tak, każde) znalazło, budząc się, odciętą głowę gęsi we własnej pościeli. I ulegli, a z oczu wyzierał im już niczym niemaskowany strach. Uchwała, którą podjęto na tym posiedzeniu, do dziś uchodzi, i słusznie, za Himalaje wieloznaczności.

Nie wykluczając zasadniczych zmian w przyszłości w polskiej ortografii, Rada Języka Polskiego podejmuje decyzję pozytywną co do łącznej pisowni nie z imiesłowami odmiennymi z dopuszczalnością świadomej pisowni rozdzielnej.

Problem ortograficzny przerodził się w problem filozoficzny. Jak ustalić, kiedy piszący świadomie rozdziela? Pytań jest więcej. Kto (i dlaczego) mógł wcześniej obawiać się, że marabutowie – kto wie – jednak wykluczą zasadnicze zmiany w przyszłej polskiej ortografii? Czemu uznali oni za stosowne podkreślenie, że nie wykluczają? Czy mają w ogóle aż taką władzę, by móc wykluczyć? Czemu nie spróbowali? Strach przed – tym razem – głowami kaczymi? I co wynika z tego niewykluczania? Do dziś nie wiadomo. Uchwała jest arcydziełem, to strzelista wieloznaczność wcielona w ledwie parędziesiąt słów.

2

Krwawi spiskowcy zrobili swoje, odtąd – mówili, gratulując sobie śmiałej Rejowskiej reinterpretacji Ojca chrzestnego – będzie łatwiej.

Ale czy rzeczywiście łatwiej? Łatwiej się pisze (no, chyba że ktoś jest świadomy), ale czy łatwiej się czyta? Może ten niuans ortograficzny niósł na grzbiecie jakieś znaczenie? Prowokując do refleksji i rozróżniania między cechą a czynnością?

3

Wydawnictwa i (prawie wszystkie) gazety nadal – w ramach korekty – zastępują błędne „mi” na pozycji akcentowanej poprawnym „mnie”. Taki dialog nie przejdzie:

– Jasiowi chodziło o reklamę, Jackowi o kasę, a tobie o co?
– Mi chodziło o to, że...

Ale nawet ludzie z doktoratami „misiują” („Mi się wydaje...”) na piśmie, publicznie, bez wstydu. Zagadka. Mam hipotezę, ale nie wygląda mi ona na mocną. Że winne są SMS-y. Na „misiowaniu” oszczędza się dwa znaki, jest łatwiej. I stąd to poszło.

4

W wywiadach publikowanych na e-łamach niedoczytania.pl najbardziej podobają mi się nagłówki, stylizowane (chyba nieświadomie? nieee) na nekrologi: czarna ramka, imię, nazwisko i fota. Tę jawną kpinę (a może nawet autoironię) starają się chłopcy rekompensować poprawnością językową. Ale znowu coś nie gra. W wywiadzie z Jackiem Dehnelem, tekście, który udaje zapis rozmowy „na żywo”, rozmówcy mówią do siebie per „Pan”.

Potrafią wymawiać wielkie litery?! No, no. Chyba jednak nie o to chodzi, bo nawet „ty retoryczne” traktowane jest z tym wielkoliterowym szacunkiem:

[Dehnel:] Kiedy tracisz oddech, kiedy powietrze nie może dotrzeć do płuc — choćby wtedy, kiedy się topisz — śmierć odczuwasz bardzo blisko, cieleśnie. To co innego niż strach przed jakąś powoli pożerającą Cię chorobą; atak ma w sobie nagłość, chwyta za gardło, myślisz, że zostało Ci kilka minut, może kilkanaście sekund. I dlatego jest to doświadczenie, które tak głęboko wbija się w pamięć.

W wywiadzie ze Stasiukiem ten sam wywiadujący (Maciej Topolski) stylizuje się na szczenięcy podnóżek Mistrza (Stasiuk do niego przez minuskułowe „ty”, on do Stasiuka majuskułowym „Pan”; rozmowa jest na żywo, bo odnotowuje się „[śmiech]”). Redaktorzy niedoczytania.pl są aż tak młodzi?

5

Marabutowie czuwają, wezmą się teraz za językowe normy grzecznościowe. Strach pomyśleć, co z tego wyniknie, może niech nie nocują w domu przez jakiś czas (poprzedzający posiedzenie plenarne).

6

Ale tak naprawdę miałem o Dehnelu. W sprawie języka. Jacek Dehnel nieco mnie przeraża, m.in. swoim uregulowanym stosunkiem do życia:

tu [w Warszawie] mam, do spółki z Piotrem, nasze pierwsze własne mieszkanie, swoje ulubione ulice, którymi idę rano po bagietki i gazetę, w południe do kawiarni, a wieczorem do kina, opery czy do przyjaciół i znajomych

Przełamując ten (plebejski) strach myślę sobie, że OK, w Polsce zawsze występował (cywilizacyjny) niedostatek mieszczańskiej stabilizacji. No i Dehnel promuje także uregulowany stosunek do czasu, przeciwstawia się Chaosowi i Pośpiechowi. Więc dobrze.

Gdyby nie język, jego niespodziewana (i może nawet: nie uświadomiona) giętkość (ta ze Słowackiego), na tym poprzestałbym. Ale czytam:

to zaczęło się jeszcze w szkole średniej. Angielskiego uczyła mnie prof. Kiazimova, która ukończyła anglistykę na uniwersytecie moskiewskim, zakochała się w Polaku i przyjechała do Polski — znakomicie znała więc i angielski, i polski, którego uczyła się przez lata, i, przede wszystkim, rosyjski.

I widzę to „mnie”, pani profesor nie uczyła „nas” (uczniów tej klasy w liceum), ona uczyła konkretnego J.D.

Wtedy myślę sobie, że w jednym drobnym zaimku może się skrywać zarodek krystalizacji czegoś większego niż językowy niuans.

7

Mi się nawet podobało by, gdyby ktoś coś chciał zrobić marabutą, nie tak na prawdę tylko także by postraszyć trochę.

rdza

piano

Nie jestem feministką. To proste stwierdzenie faktu: nie jestem feministką, bo jestem feministą. Co to znaczy? To znaczy co najmniej tyle, że rozumiem i wspieram minimum feministyczne:

1. Znacząca społecznie grupa ludzi jest dyskryminowana / doznaje różnorakich krzywd tylko dlatego, że ci ludzie są kobietami.
2. Należałoby coś z tym zrobić.

Często dodaje się punkt 3, postulujący, że same kobiety powinny coś z tym robić. I tu dopiero pojawia się pewna różnica między –tka a –ta, którą polecam wyobraźni czytelników, a sam idę dalej: feminizm jest oczywistą składową bycia cywilizowanym człowiekiem, podobnie jak np. antyrasizm. Kto sądzi inaczej, staje się przedmiotem szyderczego (ale bardzo, wbrew pozorom, głębokiego) bonmotu, który już cytowałem:

Feminizm to radykalne przeświadczenie, że kobieta jest człowiekiem.

Dopóki równanie włączające kobietę do gatunku ludzkiego uważane jest za stanowisko radykalne, dopóty feminizm jest oczywistością.

Biegnę w siedmiomilowych butach, skrótami, bo te sprawy naprawdę były tłumaczone tysiące razy, a sam fakt, że nadal wymagają tłumaczenia, oznacza, że feminizm jest koniecznością. Sprowadza się on – na początek – do dwóch kwestii:

1. równego traktowania
2. prawa wyboru

Pojawienie się tekstu, z którego wynika jawne niezrozumienie powyższych oczywistości, spowodowało, że odezwałem się pod blogonotką drakainy i to (według niej) nieuprzejmie i sarkastycznie (przepraszam). Rzeczywiście, po raz tysięczny i pierwszy łapię się na niejakim szoku poznawczym i reakcji poniekąd emocjonalnej, bo:

Osoba odczuwająca potrzebę podkreślania, że „nie jest feministką”, z mojego punktu widzenia oznajmia: „nie jestem cywilizowanym człowiekiem”.

Drakaina poczuła się urażona zestawieniem jej wyznania z poglądami popularnymi w kręgach korwinistów i dopisała do blogonotki wyjaśnienie. Dobre choć tyle, że odczuwa dyskomfort po takim (moim zdaniem uzasadnionym) porównaniu. Ale pisze w tym dodatku na przykład:

najlepszą metodą na propagowanie większego udziału kobiet w życiu publicznym jest dawanie dobrego przykładu poprzez konkretne działania i współzawodnictwo z mężczyznami

ilustrując tym sprzeciw wobec idei parytetów. Jednak nie widać żadnego powodu, dla którego kobiety miałyby rywalizować z mężczyznami. To znaczy, w idealnym, postulowanym świecie. Nie jest żadną oczywistością konieczność takiej rywalizacji (w sprawach publicznych: niech rywalizują programy i dokonania, nie płcie), to zresztą jedna z głównych przesłanek idei parytetów.

Powtórzę: od bez mała dwudziestu lat w Polsce kwestie powyższe są omawiane i wyjaśniane. Pora by wreszcie przezwyciężyć lenistwo i skonfrontować się z leżącymi na ulicy argumentami. Bo inaczej drakaina, która – jak sama pisze – mogłaby ze względu na życiorys być „ikoną feminizmu”, nadal będzie mylona (po swoich wyznaniach w temacie) z barbarzyńskimi, niesprawnymi umysłowo i nieempatycznymi korwinistami.

1 osoba uznała, że da się to czytać

« Older entries § Newer entries »