March 2010

You are currently browsing the monthly archive for March 2010.

bajki sieciowe

Do napisania tego tekstu skłoniły mnie dwa komentarze pod poprzednią blogonotą: tenten. Ostrzegam, że poniżej nie ma nic odkrywczego, a nawet – ciekawego. Miałem jakąś potrzebę napisania tego i tyle.

wizja 0

Radykalnie uproszczony obraz sieci (taka cyberpunkowa wizja poziomu 0) polega na tym, że są węzły i są połączenia między nimi, po których lata se informacja – Lem mógłby dodać:

tam i sam

Z tego wynika poniekąd, że w węzłach informacja jakby się zatrzymuje, stoi (albo: leży; tak to się zresztą zleksykalizowało – to-a-to leży na serwerze). Nie jest to układ odosobniony, skądeś się ta informacja musiała w sieci wziąć (nie licząc tej generowanej automatycznie), no i przez kogoś/coś spoza sieci jest konsumowana (i znowu: rosnąca masa informacji jest konsumowana wewnątrzsieciowo, służąc samopodtrzymaniu czy ekspansji).

A więc jedni piszą, drudzy czytają, jedni nagrywają, drudzy oglądają i/lub słuchają, itd. A poza tym jedni to ci sami – ogólnie rzecz biorąc – co drudzy; ważne, że są „w sieci”, choć dla części bardziej dinozaurzej właściwsze nadal byłoby określenie: „przy sieci”.

I, całkiem podobnie jak w Końcu wieczności Asimova, gdzie były wieki energii i wieki materii, różniące się zasadniczo wyborem strony równania E=mc2, tak i sposoby widzenia sieci są radykalnie dwa: skoncentrowane na węzłachskoncentrowane na połączeniach między nimi, a właściwie na fenomenie przepływu informacji.

władza węzłów

Hipertekst jako koncept, potem zelefantniony do WWW, wywodzi się z paradygmatu odsyłaczy. Prawdziwym mięsem są teksty, odsyłacze je tylko (ciągle na nowo) re-organizują; są czymś wtórnym. To optyka węzłocentryczna. W niej władzę sprawują Serwery, te węzły węzłów, tezaurusy gromadzące teksty (czy w ogóle: informację).

I do tej władzy udaje się siecionauta (z samej nazwy: wędrowiec) po prośbie: daj łaskawie, Serwerze, to-a-to; podobno to Przechowujesz.

Ta męcząca czynność chodzenia po prośbie (ongiś idiotycznie nazywana „surfowaniem”) kosztowała sporo wysiłku. Rychło więc pojawiły się Szukacze, które z plotki czy prywatnie nabytej informacji „podobno to przechowujesz” uczyniły główny zasób własnych Serwerów (a właściwie Metaserwerów); idea Biblioteki domknęła się o Katalog i wszyscy przez krótką chwilę byli zadowoleni. Wydawało się, że Teksty się kumulują i indeksują, że serwery są wieczne, że Szukacze prowadzą swą niestrudzoną działalność dla Czystego Dobra Ludzkości (i nie ustaną), że wreszcie zgromadzona w sieci Informacja jest warta tego wysiłku. Jak widać, tylko ślepy nie widział powodów nieuchronnego rozczarowania. A na domiar złego liczba aktywnych dostarczycieli informacji rosła w tempie megaGębonów rocznie.

Sieć węzłocentryczna ugina się pod problemem selekcji pozytywnej (gdzie pójść po prośbie? jak w morzu śmiecia wyczaić to właśnie, co jest mi potrzebne, albo okaże się potrzebne? – i dziesiątki podobnych pytań).

niewola przepływu

Sieć widziana jako nieustannie szumiący w tle, pokrętny, dendryci i właściwie choatyczny przepływ informacji też ma swoje krytyczne pytania. Mniej myślimy o Serwerach i ich władzy, bardziej interesuje nas gdzie się dossać? do czego podłączyć? jak naostrzyć grabki do łowienia w tym wszechomywającym nurcie potencjalnie interesujących nas znalezisk (a właściwie: wyłowisk)?

Prototypami „narzędzi przepływu” były Usenet, listy mailowe i – wreszcie – kanały [channels] (to prehistoryczna nazwa na rozmaite RSSy, podcasting itp.).

W paradygmacie przepływu nie chodzi się po prośbie o informacje, informacja ma psi obowiązek przyjść do nas sama (ale: trzeba się we właściwy sposób przyssać).

Ale znacznie ważniejszym przesunięciem paradygmatu (w stosunku do węzłocentrycznej wizji) jest zmiana w Konsumencie. Który przestał być pajączkiem z latarką w odnóżu, co biega z linka na link, oświetlając zawartość napotkanych węzłów (a jak się znudzi lub znajdzie to coś konkretnego, czego szukał, to wstaje od komputera i idzie oglądać telewizor albo papier). Teraz Konsument jest wielotorową maszyną pochłaniającą naraz wiele różnorakich strumieni informacji (w tym tych, które sam – wespół ze swym „otoczeniem sieciowym” – produkuje, np. w interakcjach, albo pisząc blożek, albo publikując foty z wakacji etc.).

Siedzi taki basza w fotelu, mruczy „daj mi!” i jedynym jego problemem – ale za to poważnym – jest selekcja negatywna. Co pomijać, jak odfiltrowywać bombardujace go kęsy informacji, jakiej przepycharki użyć do zatkanego tysiącem nie przeczytanych RSS-ów czytnika). To jakościowo inna sytaucja niż sytuacja wygłodzonego wyżła, co biega z nosem przy linkach od węzła do węzła.

trzeba sobie pomagać

Social networks typu fejsbuk, twitter czy blip to (poza innymi funkcjami, np. integracyjnymi) zaawansowane „narzędzia przepływu”. Ich główną ideą jest rekomendacja, a głównym mechanizmem – negatywna selekcja informacji.

Basza wybiera zatem osoby czy instytucje, co do których wie (lub podejrzewa), że informacja przefiltrowana przez nie będzie użyteczna, ciekawa, zabawna. Z wodospadu stale napływających blipów czy twitów wybiera tylko niektóre „cieki” – przez obserwowanie tylko niektórych osób czy przez dyskryminację via tagi. Obfanowuje ciekawe dla siebie persons lub pages w fejsbuku: a one, w jednolity formalnie sposób (to ważne!) karmią go ciurkiem kontentu: co kto ciekawego napisał i gdzie, co X powiedział o Y, gdzie i o której jest impreza, gdzie jest fantastyczny film do ściągnięcia/obejrzenia.

sieć wiara sieć mara

W wieku węzłów walutą był wysiłek poszukiwań, w wieku przepływu walutą jest czas, tracony na ssanie i zatrzymywanie pożywnego planktonu w fiszbinach filtrów swoich. Wiara w niezniszczalne trwanie Serwerów i altruizm Szukaczy jest niczym wobec strzelistych aktów zawierzenia w trwałość Kranów i altruizm Przemysłu Czasu Wolnego i Kultury.

Ale jakoś to się toczy: technologia zmienia paradygmaty zachowań ludzkich (i wzajemnie), wiara napędza biznes, a nad wszystkim unosi się duch nieosiągalnej, choć tak pożądanej Selekcji.

pytanie

Od pewnego czasu intrygowało mnie pytanie, czemu www Krytyki Politycznej nadal stoi na jakiejś archaicznej Joomli (np. nie obsługującej Unicode), od lat mają tam problem z logowaniem do komentowania (stąd stały ciurek komentarzy „ten wyżej to nie ja pisałem, co jest!”) – i nic z tym nie robią, no i czemu w tychże komentarzach do tekstów odzywa się stale jedynie pięciu emigranckich świrów (w tym: dwóch na „pro”, trzech na „contra”), no i Tomasz Piątek, który też się daje rozpiąć na osiach świrstwa i emigracji (wewnętrznych: obie osie związane są z nabytym ewangelickim sednem osobowości), a jak się odezwie ktoś jeszcze, to znaczy, że w redakcji popełniono jakieś poważne wykroczenie (przeszczepiono Michalskiego, albo poparto Bochniarz itp.).

Odpowiedź jest banalna, choć jej uzyskanie wymagało nieco sieciowych wędrówek; całe szczęście, że nie wstydzę się swojej naiwności i skłonności do zadawania głupich pytań.

oczywiście #1

Oczywiście. Facebook. Tam Krytyka Polityczna ma 5000 friendsów (i to jest, proszę państwa, osiągnięty limit; co innego, gdyby KP postawiła na fanów, taka Wyborcza przekroczyła 10000 & still growing, ale cóż, młoda lewica jest przyjazna z natury, błąd, choć sympatyczny), a Nowy Wspaniały Świat – prawie 2500. I oni się wpisują ze swoimi „podobałosię”, i zostawiają uwagi, i widzą siebie nawzajem, i wiążą ich wielorakie więzy społeczne, znaczy, żywe życie żyje tam.

Czymże są przy tym jakieś nieistotne komentarze na rodzonym portaliku, zwłaszcza że trzeba by pogrzebać w mechanizmach, a na fejsbuku wszystko się samo kręci, nie trzeba inwestować, engine Facebook (c) 2010 załatwia.

oczywiście #2

Co prawda, jak się przyjrzeć bliżej, okazuje się (też: oczywiście), że w jakiejś części fejsbuk to lipa. Bytuje tam mnóstwo postaci urojonych czy „podszytych”. Przyjmijmy za jednostkę stado (= 150 fejs-osób; 150 to taka stała antropologiczna, tylu członków miewało stado pierwotne, z tyloma mniej więcej znajomymi da się jeszcze utrzymywać niemarkowane kontakty). Osoby popularne mają mniej więcej 2 stada friendsów.

Karol Maliszewski (nastolatek z Chełma, jeśli wierzyć opisowi) ma 1,17 stada, w sporej części to znane w polskim światku literackim nazwiska, bo K.M. został (zapewne) zidentyfikowany przez nie jako znany krytyk literacki i sam poeta. Wśród friendsów tego chłopca znajdziemy Jarosława Lipszyca, ważnego sieciowca – ponad 11 stad! – no, też poetę. Którego łączy z Jackiem Powieściopisarzem Królem („Powieściopisarz” to chyba drugie imię), lyteratem z Toronto, wspólne friendshipNetystami (to tacy sieciowi anarchiści, ale mają tylko ciut ponad 2 stada).

Tomasz Piątek ma 1/3 stada friendsów, ale wygląda na to, że widzi, z kim się „zaprzyjaźnia”. Człowiek starej daty? Nie, pracował w reklamie, nie daje się nabrać.

oczywiście #3

Trzecie „oczywiście” jest takie: co będzie, gdy Facebook (w sensie: biznes) dupnie? Gdy staną znienacka serwery i cała ta, hm, tkanka społeczna weźmie w łeb? Znam odpowiedź: to się nie zdarzy, a jeśli się zdarzy, to nie znienacka. „Się przeniesiemy”, będzie dokąd. Mało kto bierze na serio taką apokaliptyczną wizję, zostaję więc z kolejnym naiwnym, choć dla mnie oczywistym pytaniem: „czy słusznie”, które – w ramach sympatii – przekazuję gratis Krytyce Politycznej.

druga strona mocy

Marta Klimowicz, inna ważna sieciowica (4,5 stada obserwujących na blip.pl, 11. miejsce w rankingu), zdechła swojego bloga poświęconego „socjologii internetu”, zamurowała się na fejsbuku (nie sposób jej znaleźć, a jak się jednak znajdzie, to zero informacji o friendsach czy fanach, po prawdzie mówiąc, okrągłe zero dla nie dopuszczonych: patrzcie i uczcie się!). Za to na goldenline.pl bez zahamowań pokazuje całe 3 stada znajomych, ważnych osób z biznesu (a tu wyjaśnienie). Wśród których zwrócił moją uwagę pan P.Sz., Prezes Zarządu, Klaster Przemysłów Kultury i Czasu Wolnego, ze względu na piękną i bezwstydnie szczerą nazwę biznesu, jaki reprezentuje.

Jak się więc ustawić, by nie zjechać z własnej iluzji „żywego żyjącego życia” na poziom bezwolnego mięsa armatniego do przeróbki przez Przemysł Czasu Wolnego? Oto jest pytanie, na które nie mam odpowiedzi. Zapewne jest ono głupie.


DODANE
Okazało się, że niektórzy wykazali się czujnością, lepiej późno, niż... (dzięks)

podwajanie

Egon Schiele (1913)

Egon Schiele (1913)

Od listopada 2009. Zimowo.

Norah Jones (40 plays) Don Cherry (40 plays) Codona (41 plays) Esbjörn Svensson Trio (41 plays) VERA BAXTER (42 plays) Ane Brun (42 plays) Horse Feathers (42 plays) Tom Waits (43 plays) the Scarring Party (44 plays) Jewlia Eisenberg (50 plays) Zakarya (50 plays) Natural Snow Buildings (50 plays) Jazz Street Trio (51 plays) Jenny Scheinman (51 plays) Basya Schechter (54 plays) Maria João (55 plays) Cristina Branco (57 plays) Vermillion Lies (62 plays) Erik Friedlander (62 plays) Natacha Atlas (66 plays) Le Trio Joubran (67 plays) Naftule's Dream (69 plays) Charming Hostess (70 plays) Davka (73 plays) Selim Sesler & Brenna MacCrimmon (74 plays) The Peculiar Pretzelmen (76 plays) 17 Hippies (78 plays) L'Arpeggiata (85 plays) Anoushka Shankar & Karsh Kale (86 plays) Avishai Cohen Trio (88 plays) Pharaoh's Daughter (95 plays) Bar Kokhba Sextet (96 plays) John Zorn (96 plays) Możdżer Danielsson Fresco (111 plays) Guy Klucevsek (119 plays) The Cracow Klezmer Band (121 plays) Susheela Raman (137 plays) Niyaz (142 plays) Shiva in Exile (151 plays) Masada (174 plays) Miles Davis (178 plays) Axiom of Choice (235 plays) Tin Hat (236 plays) Koby Israelite (240 plays) Pascal Comelade (284 plays) Anoushka Shankar (288 plays) Tin Hat Trio (295 plays) Somewhere off Jazz Street (300 plays) Trilok Gurtu (330 plays) Avishai Cohen (436 plays)

Obrazek wyprodukował cwany skrypt (C) by last.fm

Jeśli dobrze skumałem po pięciominutowej sieciowej przebieżce, międzynarodowy viceland.com sprzedaje dzieciakom pakiet sex-drags-alt-lajfstajl, czyli stały z grubsza zestaw kontrkulturowy, podrasowany na współczesne realia i targetowany (heh) na istniejące na danym terenie nisze (skejci, vlepkarze itd., itp.). Oczywiście, wszystkie nastolatki są zainteresowane seksem, więc tu akurat target jest globalny, nie niszowy.

Strategia bodaj polega na tym, że najpierw wyłuskują blogerów, foto– i tekstowych, żeby robili content, i publikują ich w agregatorze (którego zawartość jest początkowo w większości tłumaczona z już istniejacych vicelandów); w ten sposób pojawia się klientela miejscowa, „zlokalizowana” językowo. Brzmi to tak:

Żeby ominąć napinę i wstępniakowy charakter, jaki nierozerwalnie związany jest z postem pierwszym, zaczynamy od drugiego. Drugie rzeczy z reguły bywają lepsze, polecimy więc na tej tendencji. Pierwszy raz jest w pizdu przereklamowany, podobnie jak z dragami – za pierwszym razem też często lipa.

Drugi post będzie o arcydziełach copywritingu. Bezczelnych, masakrujących samoróbach, spontanicznych wykwitach talentu, który stokroć lepiej było zdusić w zarzewiu przy pomocy wszelkich dostępnych środków włączywszy w to elektrowstrząsy.

Płacą.

Krok drugi polega na tym, że jak już jest publiczność, to się jej sprzeda kolorowe pismo na papierze, „Vice Magazine” (po polsku: „Vice Magazyn” już wkrótce). W Polsce od stycznia krok pierwszy, krok drugi w przygotowaniu.

Biznes jak biznes.

Ale ponieważ płacą (a i trochę redagują, i selekcjonują, i zamawiają; na razie się inwestuje, zyski będą później), to trafiają się ciekawe materiały.

Na przykład taki tekst. Zacytuję końcówkę:

Polski sex shop to nie do końca sklep jak każdy inny. Ludzki wstyd i uprzedzenia nadal każą omijać tego typu przybytki szerokim łukiem, bo jeszcze zarazisz się AIDS (fon. EJC) albo, co gorsze, sprzedawca przejrzy cię na wylot i prychnie ci w twarz. To taka trochę szara strefa, gdzie kobiety przychodzą za rękę z panami i chowają twarz w szalik, bo jeszcze się wyda, że nie mają krocza Barbie. Prawda jest jednak taka, że obskurwiały sex shop oferuje ci mniej więcej to, co osiedlowy warzywniak: rzetelną obsługę, komunistyczną aurę, przystępne ceny i feerię barw. I coś dużo pewniejszego niż ogórek.
[podkr. moje]

...spokojnie, przed tą pointą też całkiem niemało ciekawych obserwacji. Biznes chyba przestał być tak dochodowy, jak w latach 90...

Inny sprzedawca potwierdza: „Szukanie tutaj taniej sensacji mija się z celem. To jest biznes jak każdy inny, tylko Polska to taki cholerny zaścianek, do kościoła i po wódkę. Zasrany katoland.”

...ludzie czują klimaty polityczne...

Kiedy chodzę po salce z pornosami, robiąc zdjęcia, słyszę zza lady: „Tych gejowskich lepiej pani nie fotografuje. Nie żeby mi tam przeszkadzało, ale jak to jest pismo dla młodzieży, to zaraz panią oskarżą o promowanie gejostwa. W takim kraju żyjemy, ciemnota i średniowiecze”.

...no i te cholerne lesby.

[pan za ladą] Najgorsze są lesbijki. Bo lesbijki to muszą sobie coś kupić, no, bo jak to? Ale jak przyjdą takie wybredne to cię zamęczą, a proszę pokazać to, a proszę pokazać tamto, a później nic nie kupią i pójdą do konkurencji. Czasami widzę, że przychodzą tylko mnie wkurwić.

Mam przeczucie, że gdy vicelandowy polski biznes okrzepnie, niekoniecznie ta akurat autorka się w nim utrzyma.

I to też będzie socjologia: mobilności.

« Older entries § Newer entries »