March 2010

You are currently browsing the monthly archive for March 2010.

przedmurek

Zaczynam reagować alergicznie na oznajmienia negegzystencjalne. Co i raz ktoś przychodzi i kasuje, najświeższy taki komunikat w (skądinąd programowo n-eg) niedoczytania.pl. Nieistniejąca tytułowa Lena z Kołomyi opowiada:

– I dlatego – mówiła mi Lena, a ja się w gruncie rzeczy do pewnego stopnia z nią zgadzałem – możecie przy nas podnosić trochę w górę wasze polskie noski, możecie poczuć się mentorami, możecie być nieco protekcjonalni, tak jak protekcjonalni wobec was bywają Niemcy.

– No i ciągnie was tam, gdzie można być tym o wyższej cywilizacji, o wyższej kulturze, stąd te wasze “polityki jagiellońskie”, stąd te wszystkie hordy studentów ukrainistyki, rusycystyki i kulturoznawstwa z plecakami jeżdżące po naszych wsiach i fotografujące drewniane chałupy, rozpieprzone zaporożce i babuszki złotozębne.

Trzeba trafu, że Moon River, izraelska art-jumaczka, której pilnie patrzę na ręce, akurat pokazuje taki obrazek:
 


Richard Davies, Podporozhye, Arkhangel region, Church of St Vladimir (1757), 2005
 

...więc widzę w tym znak, że trzeba zrobić blogonotę.

Niestety, nie mam czasu ani kompetencji, by zagłębić się w fascynujące podobieństwo ruskiej cebuli (której kształt tłumaczy się niesłychaną śniegoodpornością) do wież (powiedzmy) Tadż Mahal czy setek innych miejsc Orientu (gdzie śniegu nie uświadczysz). Myślę o solidnych babach i tłustych popach, wynoszonych na smukłych słupniczych konstrukcjach ku niebu, koniecznie zbiorowo (por. fota).

A gdy w kolejnym mentalnym kroku pojawia się nieuchronnie temat muzyki prawosławia i powiązane z nim poboczne (folk, rutz; śpiew biały kontra kujawiak itd.), to myślę sobie: „z czym do gości, polskie noski”. Doprawdy.

W wolnych chwilach przedzieram się przez wesołe archiwalne krzaki [ziele, mchy & pędy] bloga pąMarcela. Wynikające stąd ogólne ożywienie nie pozwala mi póki co na poddanie tej neverending wycieczki (bo mon szybciej dostarcza, niż) rygorowi analitycznej refleksji. Powiem tyle, że inspiruje.

Na ten przykład zainspirowało mnie do takiej oto myśli. Że najwyższą fazą rozwoju sztuki jest film animowany. Nie ten/taki, w którym sztaby pracują nad podprogowymi (albo i nad-) sygnałami seksualnego uatrakcyjniania niebieskich kociaków, albo w którym komputerowo domalowuje się tłumy orków, bo epika to walka klas mas. Taki, którym rządzi niczym nie skrępowana fantazja. I co do lżenia praw fizyki/kultury itd., i co do wolności (od) wszelkich reguł przedstawiania.

Podejrzenia powziąłem jakieś sto lat temu, skrystalizowały się, gdy dziwne (i pociągające, to oczywiste, dla miłośnika starych mechanizmów ze szczególnym uzwględnieniem katarynek) filmy Jeunota w jakimś sensie znalazły swe dopełnienie i przekroczenie w takich przerysowanych obrazach, jak oglądane z nieustającym sentymentem Trio z Belleville.

Ale że się nie znam, to skaczę do pomysłu, jaki wyniknął z tej (powyższej) myśli o n.f.r. Jestem pewien, że ktoś to już zrobił i to nie jeden raz (ale nie wiem, kto, kiedy i gdzie).

To prosty pomysł; sednem (oczywiście) musi być wykonanie. Jeden punkt stały jest: to pointa, nieważne, czy znana z góry: nie w tym rzecz. Końcowym ujęciem byłby statyczny widok jakiegoś znanego z galerii obrazu, czy to Kąpiących się Renoira, czy Guerniki Picassa.

A film ma opowiedzieć, jak i którędy do tego doszło. Takie pytanie otwiera potencjalnie nieskończony zbiór historii (i przekształceń formy). Bez ograniczeń: punktem wyjścia do Kąpiących się może być nawet Trojka Repina czy etykieta puszki Campbella. Albo fota prezydenta Francji. Choć (dla mnie) ciekawsze byłyby przekształcenia wewnątrz klasy obrazów, albo wewnątrz epoki/biografii autora płótna. Chudnące w oczach znajome i nieznajome Modiglianiego, czy jakoś tędy.

No dobrze, przyznam się: sam bym się w to pobawił. Ale żeby to było możliwe, musiałoby istnieć rozsądne niebo (z nieskończenie potężną myślotechnologią), no i trzeba by się tam jakoś dostać.

Na razie więc wracam (w wolnych chwilach) do zwiedzania wspomnianych archiwów, zwłaszcza że i muzycznie się (już) obłowiłem.

Obok patafizyki powinna się czasem manifestować patalingwobioantropo— czy coś. A zatem wiersz Tomasza Gerszberga.

podejdź ufnie Rousseau

toż tak trochę przeniewierzyawszy
błystki, poundy i kije samobije,
wewszecznie myśl składając ikrze horyzontu
spadłem na padół, we wnidół i bez marginesu,
już bez asekuracyjnych linków, intedentów behapu,

siem złapałem w pułapkę, cipkę czasu i niebytu,
koląc oko, rwąc włoski
i hiszpański ołtarzyk,
skąposzczetnie i przywilnie mając rzeczy za nic:

tryumf, tryumf, tryumf
i pończocha trufli, dwa funty poziomek,
którymy koń beka... goń, goń, goń króliczka
w polowaniu na lisy.

i przeto na zawżdy mnię coś tu ujęło,
musiał to być orgazm, albo rodzaj wzdęcia,
od samego początku, szczęścia i dreszczuni
szedłem w dym jak w ogień.
hop, hop, sobie powiedziawszy, ciamkając
gumkę w majtosiech już bezzezębną szczęką
pojąłem że vita jest la bamba, jerychońska tromba.
więc chcę świszczeć i popierdywać,
jak z rozwiązanym ustnikiem

w powietrze wypuszczony balonik.

[z tomu Pies, który zakochał się w tęczy, 2009]

flejming

Flejming to dyskusja powracająca farsą.

Przyjeżdża na szynach niezgody na fakty i niezgody na interpretacje. Nowoczesny flejming dąży do bycia pojazdem jednoszynowym.

Jego zwierzęciem jest wypchana Pardwa, ulubionym kolorem – bury, topologią – zbiór Cantora, patronem – św. Bourdieu.

Każdemu człowiekowi dobry Niewidzialny Różowy Jednorożec przyznaje pewien limit udziału we flejmingach. Po jego wyczerpaniu zapada się na ząb zombie.

W 2008 WHO uznała ząb zombie za nieuleczalne schorzenie o podłożu cywilizacyjnym. Jak zwykle, myliła się.

Z luźnej rozmowy o tym, czy należy przekładać (na polski) w tekście literackim stopy kwadratowe na system metryczny, zrodził się pomysł, że należałoby coś zrobić z czasem.

Z powodów astronomicznych ciężko ruszyć dobę i rok; tygodnie i miesiące są jawnie konwencjonalne, niech sobie zostaną. A więc ograniczmy się do doby.

Po podzieleniu na 10 odcinków mielibyśmy:

doba = 10 lemurów
1 lemur = 144 minuty, czyli prawie 2 i 1/2 godziny [na stare]

Skąd nazwa? Bo brzmi leniwie i sympatycznie. Czas nie powinien zachęcać do pośpiechu, bo się wtedy szybciej zużywa.

Zobaczmy, jak to działa. Na przykład, doba (wg zaleceń lekarzy i różnych tam dietetyków) to:

3 lemury snu [najważniejsze!]
3 lemury pracy
3 lemury wypoczynku
i – uwaga! – 1 lemur ekstra!!!

Dodatkowy lemur można przeznaczyć na sprawy nieprzewidziane: seks, ciężką pracę fedrowania sieci i inne takie, co nie poddają się łatwo klasyfikacji sen–praca–wypoczynek.

Pomyślcie, z samej nieprzystawalności 10 i 3 (w sensie wspólnych dzielników) wychodzi dodatkowe (prawie) 2 i 1/2 godziny bonusu.

Ile to 3 lemury? 432 minuty [stare], czyli 7 godzin i 12 minut. Czas pracy zostałby urealniony, a jeśli komuś za mało tyle snu, niech sobie urwie od lemura dodatkowego.

Idźmy dalej. Lemura podzielimy na 100.

1 lemur = 100 chwil
1 chwila = 86,4 sekundy, czyli prawie 1 i 1/2 minuty [na stare]

To mniej więcej czas najkrótszego stosunku seksualnego, ugotowanie jajka na miękko wymaga 2–3 chwil (zależy, czy chce się wiedeńsko, czy molle, z półpłynnym żółtkiem), herbatę parzymy stanowcze 3 chwile, przeciętny videoklip zajmuje także 2–3 chwile. Bardzo rozsądna jednostka czasu i, co więcej, zgodna z naszymi przyzwyczajeniami językowymi!

Zauważmy też, że jednostka pośrednia:

10 chwil = 1/10 lemura

to coś bardzo zbliżonego do [starego] kwadransa. (Chwilowo nie mam nazwy. Jakieś propozycje?)

Przyspieszamy.

1 chwila = 100 migów
1 mig = 0,864 sekundy [na stare]

Każdy, kto z napięciem spogląda na sekundnikową wskazówkę zegara, nie mogąc się doczekać, z ulgą przyjmie wiadomość o nieznacznym, ale istotnym skróceniu dystansu. Czy może tylko mnie sekunda wydaje się idiotycznie za długa?

Przy okazji, obecny rekord świata w biegu na 100 metrów wynosi w tym przeliczeniu 11,215 migów. Yeah, znowu jest od czego urywać!

No i powoli zbliżamy się do końca listy jednostek podstawowych:

1 mig = 10 mrugów

Źródła podają, że mrugnięcie powoduje zamknięcie oka na mniej więcej 0,15 sekundy. Myślę, że dziś akceleracja dotyka i fizjologii; 0,086 sekundy (czyli 1 mrug) brzmi rozsądnie.

Jeśli ktoś mruga wolniej, niech ćwiczy w ramach bonusowego lemura.


DODANY PLON

1 lemur =
10 koali =
100 chwil / momentów =
1000 ? [decychwil / mililemurów] =
10000 migów =
100000 ? [decymigów] =
1000000 mrugów / okamžików [mikrolemurów]

« Older entries