Już sama idea mi się podoba. Oczywiście wiem, że pomysł, aby kultura (ten zbiór tekstów) również w mikroprzejawach wykazywała się siłą kumulatywną, jest utopijny. Na przykład w sieci; zwłaszcza w sieci.
Powiedzmy, że trwa jakaś dyskusja, padają argumenty i kontr. Ustala się jakieś stanowisko, choćby w tym sensie, że pewne argumenty dochrapują się uzasadnień i uspójniają wzajemnie w przyzwoite, robocze stanowisko, punkt wyjścia do dalszych ocen, diagnoz, rozumienia czegośtam. A kontrargumenty okazały się cherlawe, z-palca-ssane, do odrzucenia: nie sprawdziły się. Ale czy sprawę można odfajkować jako „załatwione”?
Gdzie tam, wyniki dyskusji nie kumulują się. Bo przychodzi kolejny gościu z tymi samymi słabymi kontrargumentami, znowu triumfalnie nimi wymachując. I co, tłumaczyć ab ovo (czy może ad usrandum)? No przecież szkoda życia.
A skąd się biorą te słabe, ale ciągle żywotne, mimo stokrotnego utłuczenia, kontrargumenty? Powtarzające się czyjeś mikroolśnienia, domorosłe eureki? Oczywiście, nie. Z centrów memo-rozsadnictwa. Z legend, mitów, stereotypów; z podglebia kultury. Z central ideologiczno-politycznych. Z mediów. Więc jeśli nawet kultura w całości jakoś pokrętnie (bo przecież nie liniowo, w narastającym „postępie”) wykazuje się zdolnością do kumulatywności, to w codziennym „użytkowaniu” jest poletkiem syzyfowym.
Również dlatego, że w pogoni za „oryginalnością” i „świeżością” (cudzysłów uzasadniony przeważającym rozziewem między opakowaniem a treściami), lekceważy się wszystko, co miało miejsce wczoraj i przedwczoraj. Tak jakby się unieważniło, przeterminowało.
Dlatego już sama idea recyklingu idei podoba mi się.
Dobrze, że to miejsce w sieci – za którym stoi dość rzadko ukazujące się pismo o tym samym tytule – po blisko półrocznej martwocie znów drgnęło parę dni temu.
I – na przykład i między innymi – opublikowało „odzyskany” tekst z końca 2007 roku Reklamoseksizm a prostytucja. Przydałby mi się jako „rama referencyjna” w październiku zeszłego roku, gdy trwała (znowu: niekumulatywna) dyskusja o reklamie gładzi, świętoszkowatych feministkach i mrzywdzie kęskiej. Ale – jako przeciętny nieczytacz światowej prasy – i tak odnotowuję zysk: wreszcie się dowiedziałem o lex Sarkozy (po 8 latach!), według którego
każda kobieta stojąca na ulicy może być podejrzana o prostytucję i zatrzymana przez policję
a to dzięki pojęciu pasywnego zaczepiania w celach nierządu (racolage passif) – i nie dość raz podkreślić zwrot: pasywne zaczepianie.
A to tylko zawartość przypisu (#3) w tym tekście.
-
każda kobieta stojąca na ulicy może być podejrzana o prostytucję i zatrzymana przez policję
Wbrew pozorom taki przepis (czy raczej przepis do sarkozowego podobny) da się sensownie uzasadnić, aczkolwiek niekoniecznie idiotycznym „pasywnym zaczepianiem”. Zakładając, za, dajmy na to, szwedzkimi feministkami, że prostytucja, zwłaszcza ta uliczna, oparta jest na przemocy stręczyciela, któremu winę trudno jest uzasadnić na skutek zmowy i strachu ofiary, przyjmuje się, tak jak to miało miejsce w Niemczech, domniemanie prawne. Wedle którego domniemywa się, że pani wyzywająco ubrana i przez dłuższy czas, co rusz zaczepiająca kierowców jest prostytutką, a jeśli nie, to powinna to udowodnić. Ten prosty zabieg, absolutnie wyjątkowo używany w kodeksie karnym, ale kodeksie wykroczeń już nie, ponoć pozwolił oczyścić ulicę, i przede wszystkim pobocza dróg międzymiastowych, z prostytutek, bo biznes się przestał opłacać. Kary nie były surowe, acz upierdliwe i nieuchronne, co z jednej strony skale zjawiska zmniejszyło, a z drugiej, pewnie jeszcze bardziej zepchnęło prostytucję do podziemia. Ale to tak zupełnie na marginesie Twojego tekstu.
-
nameste — potraktuj moją emocjonalną wypowiedź jako próbę wyjaśnienia, dlaczego mimo Twej uwagi o marginalności pociągnąłem marginalny wątek napoczęty przez majora. Inaczej musiałbym się przyznać, że napisałem nim przeczytałem Twoje.
Nieszczęsne prostytutki przydrożne, tak jak rozjechane psy i koty, przypominają mi, że wiele jest na świecie zła, a ja jestem taki leniwy i zmęczony. Parszywa praca, a ja im nawet nie daję zarobić.
Tekst Rap czyli „kobiety na bilbordach wyglądają jak prostytutki” kończy się dramatycznym apelem (przepraszam, że przy okazji ujawniam „niedoskonałości” redakcyjne — zbędne się):
Aby skończyć z obłudą systemu patriarchalnego oraz z mitami wokół prostytucji walczmy z seksistowską reklamą, protestujmy przeciwko znieważaniu kobiet uprawiających prostytucję się oraz dekonstruujmy seksistowskie stereotypy!
Mógłbyś wyjaśnić? Mnie obchodzi tylko podły los prostytutek, czy kobiet w ogóle. Beneficjentkami seksistowskiej reklamy są także modelki na nich występujące; zgaduję, że wolą pozować do zdjęć niż się prostytuować naprawdę. Jak walczyć z seksistowską reklamą i zarazem pomóc kobietom na nich występującym?
-
@all: czytając powyższe komentarze można odnieść (mylne) wrażenie, że prostytucja w Niemczech jest lub była w ostatnich dekadach karalna. Tak nie jest. Nielegalne jest czerpanie korzyści z nierządu nieletnich i stręczycielstwo w stosunku do osób niesamodzielnych/zależnych.
Prawdą jest natomiast, że w gestii władz lokalnych leży możliwość wydania rozporządzenia wykluczającego pewne obszary (np. sąsiedztwo szkół, określone drogi i ulice) i zabraniające oferowania tam usług seksualnych. Lub też ograniczające prawo do oferowania tychże w obrębie wydzielonego obszaru (Sperrbezirksverordnung). Jeśli ktoś złamie przepis to jest to wykroczenie, nie zaś przestępstwo Stąd znikomość kar.
Ostatnie 10-lecie to okres emancypacji osób (tak, osób — mężczyźni się domagali) świadczących usługi seksualne. Nawet słowo „prostytucja” nie jest już political correct. W ramach związku zawodowego Ver.di (grupującego pracowników sektora publicznego ) stworzony został zalążek związku zawodowego osób świadczących usługi dla ludności. Przysługuje im prawo do umów o pracę i świadczeń socjalnych (ubezpieczenie, emerytura itd).
Posiadacze hm, lupanarów również się legalnie zrzeszyli. W 2002 r. powstał Federalny związek usług seksualnych (BSD) — rozumiejący się jako związek pracodawców. Posiadacze to przeważnie posiadaczki (większość takich ośrodków usługowych jest kierowana i zarządzana przez kobiety. Co pracującym tam kobietom bardziej się podoba.
-
@nameste:
major nie uzasadni ponieważ w jego wypowiedzi za dużo jest argumentacji opartej na „hearsay” i stąd te wszystkie „ponoć” i „zapewne”.
Co niepokoi Cię u Anny Delick? Poza lekkim skrzywieniem uogólniającym — nie mogę dostrzec nic zdrożnego. Skrzywienie wynika IMO z redukcji dosyć złożonej, wieloletniej debaty do jej lewego skrzydła (bez podania tego faktu). Poza tym rzetelny kawałek pracy, sądzę. -
@ nameste — mnie się ten tekst Delick bardzo podoba (i pewnie dlatego Ty masz wrażenie straty na obiektywizmie). Myślę, że złe myślenie nie jest aż tak złe, jak złe robienie, a dobre itd. Szwedzkie „rozwiązanie” można w Polsce wprowadzić od ręki, ale chyba nie jestem ciekaw rezultatów. Kultura patriarchalna oczywiście nie jest monolitem (stąd obłuda), gdyby przy współpracy z Kościołem seksistowską reklamę skutecznie ograniczać, to słabłaby ta kultura czy nie? Raczej retorycznie pytam i tu też wcale nie jestem ciekaw efektu.
Rzecz jasna dążymy do tego, żeby państwo z naszych podatków dopłacało gorzej zarabiającym pracownikom seksualnym.
-
nameste :
Więc tylko margino-marginalnie, skoro przywołujesz niemieckie domniemanie: jakie jest uzasadnienie?
Oj tego nie wiem, powtarzam z pamięci, z dawnych ćwiczeń na prawie karnym. Chodzi mi bardziej o możliwe połączenie takiego domniemania z feministycznym uzasadnieniem walki z prostytucją. Oczywiście uwaga jak najbardziej marginalna, a ten recyckling idei to nomen omen świetna idea, quasi mógłby spokojnie zrobić tam bazę dla swoich elaboratów i po prostu do nich odsyłać.
-
kwik :
przecież każdy głupi potrafi rozpoznać prostytutkę i to debilne „pasywne zaczepianie” jest żałosną próbą użycia zdrowego rozsądku do walki z prostytucją czy stręczycielstwem.
Ja myślę, że nie tylko debilne (w sensie teoretycznoprawnym), ale także upokarzające. Przytoczone przez mnie domniemaniema imho więcej sensu, oczywiście odpowiednio sformułowane.
telema(ch) :
Lub też ograniczające prawo do oferowania tychże w obrębie wydzielonego obszaru (Sperrbezirksverordnung). Jeśli ktoś złamie przepis to jest to wykroczenie, nie zaś przestępstwo Stąd znikomość kar.
Dokładnie to miałem na myśli pisząc
major :Ten prosty zabieg, absolutnie wyjątkowo używany w kodeksie karnym, ale kodeksie wykroczeń już nie, ponoć pozwolił oczyścić ulicę, i przede wszystkim pobocza dróg międzymiastowych, z prostytutek, bo biznes się przestał opłacać

18 comments
comments feed for this article
Trackback link: http://nameste.litglog.org/2010/02/recykling/trackback/