February 2010

You are currently browsing the monthly archive for February 2010.

1

Siedem miesięcy temu, niemiłosiernie choć krótko meandrując (co się poniekąd opłaciło w komentarzach), zwierzyłem się ze znaleziska:

Znalazłem bloga-potwora,
który mnie wessał jak nora.

Ale się nie podzielę, bo... i tak jest za dużo do czytania, za dużo.

Jedna osoba napadła mnie później mailem i dostała namiar na bloga-potwora (no bo czemu nie?); może nie odniosła jakichś poważniejszych szkód mentalnych. Sam bowiem miałem problem z tym blogiem, nieogarniętym, mrocznym chaosem nieporządnie wklejonych na-pisanych i prze-pisanych tekstów, pływającym w drugim chaosie setek (tak, setek) obrazków. Był w tym pewien porządek, którego wykrycie raz wydawało się na wyciągnięcie ręki, a raz – złudą, niczym nie usprawiedliwiającą ogromu inwestycji lekturowej. Słowem, było jak u Chandlera:

Zbudowali piramidy i znudzili się nimi, i zburzyli je, i zmełli kamień na asfalt, żeby zbudować tamę, zbudowali ją i napuścili wody, i z wody zafundowali sobie potop.
[Żegnaj, laleczko, przeł. Ewa Życieńska]

2

Z tego właśnie bloga-potwora pochodzi poniższy cytat, który od razu po przeczytaniu odłożył się w pamięci jako „materiał do późniejszego wykorzystania”:

[...] nie jestem znawcą poezji ani jej żarliwym (poza kilkoma poetami) czytelnikiem. Poezja jest dla mnie przede wszystkim teatrem spojrzeń, grą spojrzeń między językiem a poetą i dalekim widzem. Grą pary aktorów. Reżyserią chwili wymiany spojrzeń. To gra prawdomówności, iluzji, kłamstewek. To w tej właśnie przestrzeni rozgrywa się osobliwy przypadek miłości na scenie, gdy – idąc za słowami Kafki  – aktorka potrafi darzyć fałszywym uśmiechem swego kochanka, posyłając jednocześnie ukradkiem szczególnie podstępny uśmiech jakiemuś wybranemu widzowi z ostatniej galerii.
[stąd; podkr. moje]

A okazją do wykorzystania tego materiału stała się dyskusja pod blogonotą Kocie pióro na blogu mrw, której uczestnicy – w większości – też uznają za stosowne podkreślanie nieznania się na poezji.

3

Tak jakby trzeba było się znać, by zabierać głos. No i co to znaczy „być znawcą”? Chodzi o cenzus akademicki? A może o fakt oddalenia: „nie znam się na poezji” jest wstydliwym synonimem „nie czytuję wierszy, nie interesują mnie”. Ale – znowu – czego tu się wstydzić?

4

Powyższy cytat z bloga-potwora równie dobrze można by zastosować do literatury w ogóle. Autor, jego tekst, prywatne i półprywatne teatrzyki dla znajomych lub bardziej „wtajemniczonych” (powieści z kluczem itp.). Jak kto nie ma realnego, może zawsze sobie sprokurować wymyślonego „kochanka na galerii”, na przykład siebie.

Tak by było, gdyby nie jedno słowo: chwila, ta z „chwili wymiany spojrzeń”. Wiersz jest punktem, „jednym hapsem” (mrw w dyskusji; celnie!), całością, jedną pojedynczą wymianą spojrzeń z czytelnikiem. Nie do końca co prawda wiadomo, z kim wymienia się to spojrzenie; istnienie autora jest niekonieczne, wystarcza tekst. Powinien wystarczać tekst, a czasem – musi.

5

Choćby dlatego stanowisko braineatera, że w poezji idzie o problem „wierzysz autorowi, albo nie”, o problem „autentyczne spojrzenie na świat (autora)” kontra „puste zabawy w lepienie słów” (to nie literalne cytaty a streszczenia), wydaje się nieco obok. Wydaje się raczej polemiczne niż „konstytutywne”. Z drugiej jednak strony, esencjonalistyczny pomysł łowienia „istoty poezji” jest pomysłem prowadzącym jedynie do straty czasu (por. jeszcze raz powyższy cytat z Chandlera).

6

Więc zmieniam tryb, wyłączam mod polemiczno-nawiązujący, i powiem, co misię.

Przede wszystkim, mam gdzieś poezję, a już zwłaszcza Poezję. Podobnie jak nikt normalny nie pisze wielką literą Prozy i nie zastanawia się (co w dyskusjach o „poezji” jest nagminne) nad naturą Prozaika, och.

(Faktem jest, że prozaikom należy się z punktu większy szacunek, niż hm, poetom: żeby napisać powieść, trzeba się przyłożyć, przez wiele miesięcy siedzieć pracowicie na dupie i tworzyć świat. Ale potocznie pokutuje i przyciąga mit „poety przeklętego”, choć przecież szeroka publiczność przeniosła zainteresowanie na „przeklętego rockersa” or whoever.)

A więc przedmiotem (mojego) zainteresowania jest jedynie wiersz, mała forma literacka. „Mała” jest umowne.

7

Szukając dobrego wyjaśnienia, czym jest (powinien być) wiersz, sięgnijmy do dziedziny programowania. Wiersz jest programem, czymś, co „wykonane” (przeczytane) robi z czytelnikiem różne rzeczy.

Podstraja pole skojarzeń. Uruchamia wyobraźnię pewnej (możliwej albo zarysowanej wprost) historii, skrytej w wierszu. Wytrąca z przyzwyczajeń językowych, „otwiera”. Porusza, w sensie: uruchamia emocje. Jeśli zdarza się, że są to rzeczy, których zrobienie-z-czytelnikiem autor sobie zamierzył, to dobrze. Gdy takie (podobne) doświadczenia dzieli wielu czytelników – jeszcze lepiej: wiersz-program działa w społecznej przestrzeni komunikacyjnej.

Zływiersz to (na przykład) taki, który usiłuje opowiedzieć o emocjach autora, ignorując kwestię programowania uczuć czytelnika; złewiersze powstają nagminnie w okolicznościach nastoletnich i emocjonalnych (z najczęstszym motywem erotyczno-zakochaniowym).

8

Krytyk bardzo często zajmuje się zupełnie czym innym niż „prosty” odbiorca. Czytelnik (ten „prosty”) jest przedmiotem oddziaływania wiersza-programu, krytyka interesuje „jak to zostało zrobione”, „jak się ma do innych/podobnych/odmiennych” kawałków.

9

Jeśli wiersz jest programem, to może być pisany w asemblerze, kodem „zwięzłym jak dupa komara” [to chyba cytat z fajnego opowiadania sf Press enter, ale głowy nie dam]. A może wykorzystywać „znane biblioteki” form, skojarzeń itd. Formy sylabotoniczne, rymy/rytmy/asonanse – są tego tony. „Muzyczność” wiersza jest poważnym atraktorem, ale – bywa też ograniczeniem, nie zaskakuje, nie otwiera; program jest jednym z tysięcy podobnych.

Wiersze pochodzące z tzw. poezji współczesnej – jeśli nie brać pod uwagę „szkół przełamywania”, typu oharyzm, banalizm i dziesiątki im podobnych – są trudne, bo są właśnie „asemblerowe”. Satysfakcja z ich lektury jest zbliżona do satysfakcji deszyfrantów, archeologów odtwarzających cały język z pojedynczych zapisów; paleontologów, co to z jednej kostki całego dinozaura bum.

A że ten dinozaur jest w zasadzie wirtualny (istnieje tylko po stronie czytelnika w liczbie egzemplarzy: raz)?

Dla mnie to zaleta, wymiana spojrzeń, spotkanie.

pif paw

Chciałbym poprzeć jakiegoś potencjalnego kandydata na prezydenta.
Tylko kogo?
Czy wąsatego myśliwego z PO?
Czy gładko wygolonego i przylizanego do tyłu myśliwego z lewicy?
Czy rustykalnego, acz przebranego w garnitur, myśliwego z Peeselu?
Czy uzbrojonego w wibrator i sztucer myśliwego medialnego?
A czy w ogóle są jacyś politycy nie myśliwi?

W społeczeństwie jeden myśliwy przypada na 360 obywateli. W sejmie na pięciu. Tak, to nie pomyłka. Nie na pięciuset, nie na pięćdziesięciu, tylko na pięciu.

Rozwiązanie (?) tej zagadki w tekście Tomasza Matkowskiego (autora Polowaneczka), a w komentarzach bohater (komentarzy do) blogonoty jeść trupa, Tomasz Piątek, dzikanin.

O Polowaneczku krążą opinie, że demagogia, ostre emo itd. Ale przyznam, że nie miałem pojęcia, że co piąty/a poseł/posłanka to morderca, i że brak póki co niemorderczych kandydatów na prezydenta.

Pisze Matkowski:

Ruch antymyśliwski w Europie jest coraz silniejszy. Pasja myśliwska jest marginalizowana, wyśmiewana, odsuwana do lamusa. Kandydat-myśliwy na prezydenta w krajach starej Unii nie miałby szans. Prasa od razu by mu to wytknęła, a obywatele, których zdecydowana większość jest przeciwko temu „sportowi”, nie głosowaliby na takiego „hobbystę”.

Nie wiem, czy to prawda. Aż tak się ucywilizowali?

Już sama idea mi się podoba. Oczywiście wiem, że pomysł, aby kultura (ten zbiór tekstów) również w mikroprzejawach wykazywała się siłą kumulatywną, jest utopijny. Na przykład w sieci; zwłaszcza w sieci.

Powiedzmy, że trwa jakaś dyskusja, padają argumenty i kontr. Ustala się jakieś stanowisko, choćby w tym sensie, że pewne argumenty dochrapują się uzasadnień i uspójniają wzajemnie w przyzwoite, robocze stanowisko, punkt wyjścia do dalszych ocen, diagnoz, rozumienia czegośtam. A kontrargumenty okazały się cherlawe, z-palca-ssane, do odrzucenia: nie sprawdziły się. Ale czy sprawę można odfajkować jako „załatwione”?

Gdzie tam, wyniki dyskusji nie kumulują się. Bo przychodzi kolejny gościu z tymi samymi słabymi kontrargumentami, znowu triumfalnie nimi wymachując. I co, tłumaczyć ab ovo (czy może ad usrandum)? No przecież szkoda życia.

A skąd się biorą te słabe, ale ciągle żywotne, mimo stokrotnego utłuczenia, kontrargumenty? Powtarzające się czyjeś mikroolśnienia, domorosłe eureki? Oczywiście, nie. Z centrów memo-rozsadnictwa. Z legend, mitów, stereotypów; z podglebia kultury. Z central ideologiczno-politycznych. Z mediów. Więc jeśli nawet kultura w całości jakoś pokrętnie (bo przecież nie liniowo, w narastającym „postępie”) wykazuje się zdolnością do kumulatywności, to w codziennym „użytkowaniu” jest poletkiem syzyfowym.

Również dlatego, że w pogoni za „oryginalnością” i „świeżością” (cudzysłów uzasadniony przeważającym rozziewem między opakowaniem a treściami), lekceważy się wszystko, co miało miejsce wczoraj i przedwczoraj. Tak jakby się unieważniło, przeterminowało.

Dlatego już sama idea recyklingu idei podoba mi się.

Dobrze, że to miejsce w sieci – za którym stoi dość rzadko ukazujące się pismo o tym samym tytule – po blisko półrocznej martwocie znów drgnęło parę dni temu.

I – na przykład i między innymi – opublikowało „odzyskany” tekst z końca 2007 roku Reklamoseksizm a prostytucja. Przydałby mi się jako „rama referencyjna” w październiku zeszłego roku, gdy trwała (znowu: niekumulatywna) dyskusja o reklamie gładzi, świętoszkowatych feministkach i mrzywdzie kęskiej. Ale – jako przeciętny nieczytacz światowej prasy – i tak odnotowuję zysk: wreszcie się dowiedziałem o lex Sarkozy (po 8 latach!), według którego

każda kobieta stojąca na ulicy może być podejrzana o prostytucję i zatrzymana przez policję

a to dzięki pojęciu pasywnego zaczepiania w celach nierządu (racolage passif) – i nie dość raz podkreślić zwrot: pasywne zaczepianie.

A to tylko zawartość przypisu (#3) w tym tekście.

Portalik niedoczytania.pl nazywa się adekwatnie, rzeczywiście – jako całość – niezbyt nadaje się do czytania. Pisują tam jakieś marginalne świry, co jest, oczywiście, z założenia o wiele ciekawsze od pisaniny mejnstrimowych buców, ale też nie przekłada się z automatu na odruch regularnego sprawdzania, co tam nowego niedoczytania.

Tym razem trafiłem na tekst poniekąd okolicznościowy (śmierć Salingera), który zacząłem czytać, bo właśnie przypominam sobie, po latach, dwie książki JDS, mianowicie Wyżej podnieście ten strop, cieśle. Seymour introdukcjaFranny i Zooey, znacznie ciekawsze od Buszującego w zbożu (tej historii już nawet nie pamiętam, a zajrzawszy do wyżej wymienionych chudych tomików, stwierdzam, ze pamiętałem zaskakująco dużo).

Tekst Marcina Mutha jest przesadzony, płytki, arogancki i obliczony na wrażenie. Znaczy, felieton. Ale nie jest milusi, nie włazi czytelnikowi w dupę i, co najważniejsze, nie eksponuje natrętnie „ja” swojego autora. Może tym przede wszystkim różni się marginalny świr od mejnstrimowego buca (ostatnio mam jakiś przesyt m. b. i stąd pewnie ta jazda).

Jak bardzo marginalny jest ten marginalny świr? Swojego rzadko komentowanego (co automatycznie wzbudza moją sympatię) i prowadzonego od lat (mówiłem, że świr!) bloga ostatnio używa do prezentowania ilustrowanej powieści w odcinkach, w której – poza wszystkim innym – jest trochę z ducha Henri Michaux (czyli znowu na plus). Po ostatnie, w niniejszej błyskawicznej wycieczce, autor (podpisujący się warzywo, sympatycznie) wie, kiedy powinno się kończyć zdanie.

Nic poważnego. A może? Znaczy, poważniejszego niż na pierwszy rzut oka? Nie wiem, nie oceniam. Fajne ilustracje tam są.

Newer entries »