February 2010

You are currently browsing the monthly archive for February 2010.

p-sny

1

Patafizycy i oulipianie podgryzają korzonki bloga tego, niekiedy ze świadomego zamysłu autora (czyli: mnie), a niekiedy znienacka, jak choćby w tym komentarzu Marcelego. Błądzą zatem po blogu Queneau i Gondowicz (zob.), których afiliacji nie trzeba pokazywać palcem. Ale – post factum – muszę uznać, że zarówno przypadek litery p u Samuela Orgelbranda, jak i urojone wyrojenie Budyniów, via dzieło Józefata Bolesława Ostrowskiego, również są z ducha pata/ouli. A może i nie tylko. Nie da się ukryć: działa tu jakaś patafizyczna grawitacja.

2

Nie ma przypadków, albo – los nielosowo losuje. Odczuwając potrzebę zacytowania fragmentu Życia. Instrukcji obsługi Georges’a Pereca, wybieram poniższy:

Następnie zapalił reflektorek na suficie i w jego blasku otworzył kasetę: na jaskrawoczerwonej wyściółce spoczywał płaski, złoty brzeszczot w kształcie sierpa, osadzony w gładkiej, jesionowej rękojeści. „Czy pan wie, co to jest?” – zapytał. Valène uniósł pytająco brwi. „To jest złota ciosła, ktorej używali galijscy druidzi do ścinania jemioły”. Valène spojrzał na Grifalconiego pełen niedowierzania, ale stolarz nie wydawał się zbity z tropu: „Rękojeść oczywiście sam dorobiłem, ale brzeszczot jest autentyczny; znaleziono go w okolicach Aix; wszystko wskazuje na to, że to robota salicka”. Valène obejrzał rzecz z bliska: po jednej stronie ostrza wyryto siedem maleńkich przedstawień, ale niestety, nawet przy pomocy mocnego szkła powiększającego, nie udało mu się ich odczytać; dostrzegł tylko, że na niektórych powtarza się prawdopodobnie kobieta z bardzo długimi włosami.

[przeł. Wawrzyniec Bobrowski; w sprawie „roboty salickiej” zob.]

Wybieram dlatego, że grube tomiszcze otworzyło mi się właśnie na tej stronie. Ale przecież dlatego, że ciosła jest najgłówniejszym rekwizytem (prawie osobą!) w Przemianach Harry’ego Mathewsa, którą to wspaniałą historię czytałem jakieś 8321 dni* temu (to pierwsze chude wydanie, które potem ktoś pożyczył i – oczywiście; co, głupi ten ktoś? – nie oddał).

3

A zatem: jak to jest ze snami?

Sądzę, że wynalazek snu to fajna oulipiańska wewnątrzgłowna ruletka: nie ma co się podniecać (to znaczy, niezdrowo podniecać, zdrowe podniecenie jest w porządku). Sny przynależą do literatury; kto sądzi inaczej, nie ma czego szukać na tym blogu, a zwłaszcza u jego korzeni. (Bez urazy.)

Z tego punktu widzenia, tacy panowie jak Jung są po prostu nieświadomymi patafizykami. Zresztą, kto ich tam wie.

4

Polskich onirystów łączy tajemne porozumienie, jest ich też znacznie więcej, niż wynikałoby z oficjalnych komunikatów prasowych. Głównych onirystów ofiarnych (którzy odwracają uwagę opinii publicznej od rozmiarów zagrożenia) jest trzech: to Henryk Bereza, Adam Wiedemann i Maciej Gierszewski (zwany gierą). Nie trzeba dodawać, że tworzą układ dynastyczny, z ducha salicki.

Wszyscy trzej uprawiają oniryzm towarzyski: śnią się im głównie znajomi z małą domieszką nieznajomych. Wymaga (twierdzą niektórzy) wielu lat treningu takie stematyzowanie snów.

———
[*] mogę się mylić

Mapy inspirują. Niejasne pojęcie czeskiej mapy prowadzi (może prowadzić) do myślenia o przestawianiu i odwracaniu.

GPS [global positioning system] odpowiada na pytanie: „gdzie jestem” (no, technicznie: gdzie jest nadajnik). A odwrotnie? Gdzie jest świat?

Na przykład w kieszeni. Globusy kieszonkowe, rozpowszechnione w XVII–XVIII wieku nie miały chyba praktycznego zastosowania, z pewnością jednak inspirowały.
globus kieszonkowy
A jak się czują Antypodzianie, Australijczycy, Kiwi, Latynoamerykanie? Czy muszą przezwyciężać dziecinny lęk, że stojąc na kulistej powierzchni zawsze głową w dół – mogą odpaść?

Ciekaw jestem, czy firma produkująca globusy antypodalne zrobiła kokosy.

globus antypodalny

Tam nie dopisałem, dopiszę tutaj. Napisałem, że poniższy fragmentu wiersza Krzysztofa Świerkosza recenzent marnie wykpiwa, stosując złe metody w słusznej sprawie:

płatek śniegu kocie pióro czeska mapa

Tę frazę recenzent (Paweł Kozioł) charakteryzuje tak:

trudno się przy tej poetyce ustrzec kiksów, takich jak powołanie do życia nowej odmiany ssaków opierzonych. Poucza o tym nastrojowa wyliczanka skierowana do ukochanej kobiety: [i tu cytowana wyżej szóstka wyrazów]

Recenzencie, czyś ty na głowę upadł?! Wiersz to nie podręcznik zoologii! W wierszu mogą się przechadzać okazy fauny dziwniejsze niż wszystko, co wymyślił Celnik Rousseau. Jeśli tylko (teraz mówię o dobrych wierszach) niosą na grzbiecie znaczenie, skojarzenie, obraz; cokolwiek, co robi coś niesztampowego z czytelnikiem.

Próbę obrony argumentem „z realizmu językowego” podjął mrw, pisząc:

„Kocie pióro” jest w moim słowniku: mówię tak na kosmyki futra wyrastające z uszu rasowych (i nie tylko) kotów; mówi się tak też na latające kocie kłaczki

Ale niepotrzebnie: piszącego wiersz nie krępuje dyrektywa, że ma się ograniczać do językowego realizmu (tj. nie wykraczać poza utarte zwroty). Gdyby zastosować taką – hm, socrealistyczną – dyrektywę do wierszy Kozioła, miałby się z pyszna, obrywając za pijaną flagę (tkaniny nie doznają upojeniu alkoholowego, nie jest to też zwrot zleksykalizowany) czy za liczyć coś w cyfrze śniegu (no przecież absurd; Kozioł „powołuje do życia nowy rodzaj” arytmetyki?!) itd.

To dlatego te kpiny są marne; złe to metody.

Ale wspomniałem też o słusznej sprawie. Jakiej?

Piętnowania sztampy, nieoryginalności, banału. Nie że zaraz pręgierz czy stos całopalny. Krytyka.

„Płatek śniegu kocie pióro”. Śnieg, biały puch, pióro – banalny ciąg skojarzeń. „Kocie” – kot, miękki, puchaty, zwinny, przemykający wśród przedmiotów bez ich potrącania; delikatny dotyk kociej łapki; łaskotanie kocim wąsem jak łaskotanie piórem (czy źdźbłem trawy) – no, dziesiątki tropów prowadzących od pióra do kota (i odwrotnie), zwłaszcza w erotyku lub utworze erotyko-podobnym (co nie jest jednak, poza recenzencką wzmianką o „nastrojowej wyliczance skierowanej do ukochanej kobiety”, potwierdzone). Banał.

Znacznie łatwiej byłoby się przyczepić do czeskiej mapy. Co to jest? Z czym ma się kojarzyć? Czy mylenie kota z czymś opierzonym jest rodzajem „czeskiego błędu” (zamiana sąsiadujących w wyrazie liter) na „mapie skojarzeń”? O co tu chodzi?

Nie wiemy: fraza została wyciągnięta z kontekstu. A kontekst jest bardzo ważny, powiedziałbym: kluczowy.

Jak inaczej czytałoby się wierszyk rozbierany na części w poprzedniej blogonocie, gdyby na przykład nosił tytuł Córka nie odbiera moich telefonów.

Niniejsza blogonota jest mocno powiązana z wpisem o poezji, sugeruję lekturę obu przed skomentowaniem (gdyby się komuś chciało).


A teraz przejdźmy do konkretów. Powiedzmy „sprawdzam” tekstowi Pawła Kozioła z Lampy, od którego wszystko się zaczęło.

Wierszyk Krzysztofa Świerkosza:

noc dziś ciepła jak na tę porę roku
zasłania się miasta witrażem – rozmarzona kotka
ciekawe
kogo dzisiaj spotkam

kogo
spotka ona
z kim śpi moja była żona

Wysunąłem hipotezę, że wiersz programuje czytelnika, sprawdźmy, jak działa powyższy programik.

noc dziś ciepła jak na tę porę roku

Wiosna albo jesień. Latem takich rzeczy się nie mówi, zimą brzmiałoby absurdalnie. Obstawiam wiosnę (potwierdzenie w następnym wersie: „rozmarzone kotki” to figura wczesnej wiosny). Kto to mówi? Zapewne facet (zbadałem hipotezę, że to kobieta, której poprzedni związek z inną się skończył: wysoce nieprawdopodobne po polsku, wysoce nieprawdopodobne u męskiego autora).

Skąd wie, że „noc ciepła”? Najprostsze rozumowanie jest takie, że szykuje się do wieczornego wyjścia „w miasto”, otworzył okno i, podziwiając panoramę miasta, czuje ciepłe wieczorne podmuchy.

zasłania się miasta witrażem – rozmarzona kotka

Musi mieć niezły widok, może nie od razu Empire State Building, ale coś w rodzaju warszawskiego mostu świętokrzyskiego z podświetlonym olinowaniem. Obrazek jest bombonierkowy, jeśli jeszcze nie jesteśmy w klimacie komedii romantycznej, to „rozmarzona kotka” jest kropką nad i.

W przyrodzie nie ma rozmarzonych kotek, to zwierzęta konkretne, skupione na sobie, zawijające wokół siebie czasoprzestrzeń; błysk bursztynowego (zielonego) oka jest – realnie – światełkiem z wewnątrz tajemniczego tunelu Obcości i SamoSobieWystarczania.

„Rozmarzona kotka” to figura popkultury: kobieta miękko spoczywająca na (wybaczcie) łożu nocy, błądząca myślą po Kosmosie Kobiecości, czekająca na Niego. Noc jako rozmarzona kotka. Oto Obietnica dla samca, oto i on nadchodzi.

ciekawe

W oddzielnym wersie. Narrator nadal stoi przed obiecującą panoramą (możliwości), ale wraca myślą do siebie. Spokojnie. Wyrównany oddech, pewność siebie, gotowość & wiara.

kogo dzisiaj spotkam

Ani mu przez głowę przemknie pytanie, czy spotka. Się zastanawia tylko nad tym, kogo.

A co to znaczy poza sygnałem pełnej wiary, że Obietnica się ziści, sygnałem pewności siebie? Ano to, że jest free, singiel, nocny łowca, Sex and the City w wersji soft męskiej. Dlaczego soft? Bo nie robi wiochy a la Świetlicki [to żart], nie zastanawia się „kogo dziś przelecę”, nie, jest elegancki, stonowany i dyskretny. Komedia romantyczna.

kogo

Znowu w wydzielonym wersie, echo pierwszego „kogo”, aż się widzi, jak mózg pracuje. Od „ja spotkam kogoś” (for sure) do „spotykania kogoś” w ogóle, do refleksji, że (ojej!) ludzie się spotykają, tak to już jest (nadal spokojnie, no bo przecież: Taka. Jest. Kosmiczna. Reguła).

spotka ona

Jaka „ona”? Chodzi o „noc” (vel „rozmarzoną kotkę”)? A może o kobietę, o której wie narrator, że będzie jego Darem Nocy? Nielogiczne, przecież ta, którą spotka on, wzajemnie i symetrycznie – spotka jego. To przesądzone. Wkrada się tajemnica. O kim teraz on mówi?

z kim śpi moja była żona

What’s up, doc? Ona = była żona? (Potwierdzałby to najbanalniejszy z możliwych rymów, nieprawdaż.) Ale jak to? „Kogo spotka” w czasie przyszłym (znaczy, jeszcze nie spotkała), a „z kim śpi” – w teraźniejszym?

A może to nie jest jedno pytanie, a dwa niezależne, choć w tym samym temacie? Jego była żona z kimś śpi (z automatu uogólniamy do „sypia”, znaczy teraz z jednym-z-wielu, albo „jest związana do seksu włącznie” w ramach serial monogamy z kimś jednym, choć nieznanym byłemu mężowi), ale może to nie oznacza jeszcze, że spotkała (już).

Co tu się dzieje? Ano, chyba to (piszę „chyba”, bo to hipoteza opierająca się na uspójnieniu pozornej nielogiczności i niespójności czasów gramatycznych, ale przecież nie można wykluczyć, że autorowi się omskło [*]), że działa tu ta sama ideolo-podszewka, co w Sex and the City. Że owszem, free sex jest OK, ale pod swobodą życiową i obyczajową kryje się komedio-romantyczna tęsknota za Spotkaniem przez wielkie S.

[*] nie powinno się tak zakładać, wariant „omskło się” (znaczy: autor sam nie wie, co pisze) to ostateczność, do utworu trzeba podchodzić z maksimum dobrej woli (albo – wcale)

 
Zarzut Pawła Kozioła brzmiał:

Wciąż dobrze trzyma się szkoła, według zasad której wiersze, zwłaszcza kiedy dotyczą układów miłosnych, odczuwania przyrody i innych takich kwestii, powinny sycić pięknem i ociekać słodyczą. To, że czytelnik czegoś takiego prędzej zrobi się wściekle ironiczny niż tak szczęśliwy, jakby mu gębę przytkać cukierkiem potocznie nazywanym mordoklejką, słodzącym autorom z reguły do głowy nie przychodzi.

Czy wierszyk pod wyimaginowanym tytułem Pan kot idzie zdobywać noc jest przesłodzony i budzi wściekle-ironiczne instynkty?

Częściowo tak: jest przesłodzony i budzi średnio ironiczne instynkty.

Na plus autorowi – lekkość. Na minus – banał i fikcyjność psychologiczna narratora.

Całość nadaje się na kartkę walentynkową, na której romantyczny rozwodnik pod czterdziestkę dopisze własną ręką: „To Ty, to Ciebie – wreszcie – Spotkałem”.

Kozioł częściowo zrehabilitowany.

 

Może tu jeszcze dopiszę coś o wykpiwaniu przez Kozioła frazy:

płatek śniegu kocie pióro czeska mapa

marnym wykpiwaniu. Ujmę to inaczej: złe metody w słusznej sprawie. Ale na razie muszę zająć się czym innym.

Na swoim starym blogu wkleiłem trzy jutuby z Rameau wg Les Arts Florissants (działają) i trzy jutuby z Tin Hat Trio (działają 2 na 3); wychodzi jedna jutubka na kwartał: mało.

W pierwszym wkleju obraz pokazywał fantastyczny balet, a w drugim – sympatyczne animacje. Więc wydała mi się uzasadniona ta ekstrawagancja (takie wkleje narażone są na erozję, bo sieć w ogóle jest erozyjna i linki, zwłaszcza do muzyki czy wideo, potrafią zdychać bez ostrzeżenia).

Nie załapałem się na MTV i pochodne. Dlatego, zasadniczo, nie lubię mieszać obrazu do muzyki (chyba że ma to jakieś uzasadnienie, jak wyżej). Mało tego, nawet nie lubię mieszać słów do muzyki, bo są albo miałkie i wcale nie chce ich się słyszeć, albo, przeciwnie, choć wyjątkowo rzadko, robią jakąś synergię z muzyką, która porusza i wytrąca z równowagi, a nie po to się słucha (tak na co dzień), żeby samego siebie wytrącać z równowagi.

Krótko mówiąc, trzymam muzykę w bezpiecznym rezerwacie sztuk asemantycznych, a samego siebie – w rezerwacie niedzisiejszości.

* * *

Z tego rezerwatu wychynąłem dzięki notce mrwMarinie and the Diamonds. Choć tak naprawdę jest to opowiadanie nie o Marinie, a o słuchaniu/oglądaniu Mariny. Takie jak trzeba, zwięzłe, z narracją, flowem, stosownie osobiste, stosownie dygresyjne i kumulujące (narzekałem ostatnio na niekumulatywność w sieci, ale, oczywiście, pojedynczy a konsekwentny autor może się autoskumulować w stopniu, jak mrw, wybitnym). Oblazłem wszystkie zamieszczone linki, obejrzałem wszystkie cztery zamieszczone teledyski. Parę razy.

Sprawozdaję: ze wszystkim, co mrw napisał, się zgadzam. Rzeczywiście, pierwszy teledysk zbyt holywoodzki; zresztą, zawsze wolę rozmaite indies od mainstreamów. Rzeczywiście, Marina ślicznie się uśmiecha w Obsessions i, rzeczywiście, jest coś niesamowitego w kawałku robocim. No i, bez dwóch zdań, teledysk Mowgli’s Road zrobiony jest genialnie, choć na (genialnie) prostym pomyśle oparty. Nawet refleksje wokołowalijskie kupuję bez zastrzeżeń. (Siła flowu.)

* * *

To co o chodzi? Jak dotąd nie napisałem niczego, co usprawiedliwiałoby zabieranie wam czasu.

Ano o to, że postanowiłem zrobić próbę ślepego i posłuchać tych kawałków bez obrazu. Też parę razy. I widzę, że subiektywna jakość (muzyczna) spadła na łeb. Nie miałbym żadnego odruchu wrócenia do Mariny po przypadkowym usłyszeniu w radiu (no, może z wyjątkiem I am not a robot: tu się rzeczywiście dzieje). Czysto muzycznie: wracam do rezerwatu.

A morał? Nie miałem pojęcia, w jak niesłychanym stopniu warstwa wideo uatrakcyjnia!

Jest odwrotnie, niż myślałem: to nie obraz (słowa) rozpraszają, odrywając od słuchania, to obraz sprawia, że muzyka jest słuchable. Teraz pięć razy pomyślę, zanim kliknę play jutuby.

« Older entries