December 2009

You are currently browsing the monthly archive for December 2009.

Zgodnie z (krzepnącą) tradycją, zamiast noworocznych życzeń i powiąszowań wierszyk. Tym razem staro-noworoczny Josifa Brodskiego, sprzed piętnastu lat.

MCMXCV

Klauni cyrk rozwalają. Słonie zbiegły do Indii.
Tygrysy na ulicy sprzedają obręcze
i pasy, pod wychudłą kopułą, jak w szafie
spod trapezu się zwiesza i wiruje
frak rozczarowanego iluzjonisty,
a koniki zrzuciwszy czapraki pozują
do portretu silnika. Na arenie
klauni toną w trocinach, wytężając siły
wymachują młotami i cyrk rozbijają.
Publiki albo nie ma, albo jej nie słychać,
bo nie bije oklasków. Tylko tresowany
piesek szczeka bez przerwy, czując, że się zbliża
do cukru: że nadchodzi i że jest już blisko,
tuż tuż tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąt pięć.

1995

[przełożyła Katarzyna Krzyżewska]

Ja mam do tych książek Brzezińskiej namiętność. Tych – to znaczy do Twardokęskowych, z koniecznym uwzględnieniem Opowieści z Wilżyńskiej Doliny. Ale po kolei.

chronologia

W 1999 roku wychodzi Zbójecki gościniec. Przeczytałem. Wciągające. Szybka, pokręcona i niejasna akcja. Trochę odpowiedzi (które jednak domagają się sformułowania właściwych pytań), znacznie więcej luk, zagadek. Dwa wyróżniki, cechy szczególne: po pierwsze, „wspólnota losu”, bohaterowie zdają się niewiele więcej (od czytelników) wiedzieć o sobie, swoim przeznaczeniu i roli w tej opowieści; to jest dobre i ujmuje. Nie tylko przez bogactwo (choć często na kredyt pod zastaw przyszłych części sagi). Ale i przez otwartość: magia początków. Po drugie, coś uwiera, oznaki jakieś fundamentalnej niespójności, w tym trzecim (pierwszy: poziomy – plątane ścieżki bohaterów; drugi: pionowy – mitologia, ontologia, pytania o sens i powód) wymiarze – wymiarze w głąb tekstu, przez warstwy opowieści, język, leksykę i semantykę, zamysł. To nie musi być dobre, niepokoi.

Rok później Żmijowa harfa. Bohaterowie okrzepli i pomnożyli się o nowe postacie. Opowieść już tak nie cwałuje pospiesznym skrótem. Dwa wyróżniki: pierwszy słabnie, drugi silniejszy. Wymiar pionowy (mitologiczny; wymiar sensu i powodu) jakby się poszerza, częściowo objaśnia (zwodniczo).

W 2002 ni z gruchy, ni z pietruchy Opowieści z Wilżyńskiej Doliny. Na wspomożenie świeżo powstałej „Runy”. Niespójność w rozkwicie. I dziś widać, że już wtedy autorka miała konspekt sagi w głowie. Nie, że szczegóły czy nawet całe, później powstałe wątki. Ale szkielet – tak. I charakter, w tym trzecim wymiarze.

Potem było już tylko gorzej. 2004: Letni deszcz: kielich. Nie pamiętam. Dziś, po świeżej lekturze, mam hipotezę, że po kupieniu odłożyłem. Mogłem sobie pomyśleć, że niech czeka na ostatnią część. Ale skąd wiedziałem, że już tylko jedna będzie? Czy autorka gdzieś się publicznie zwierzała z zamiarów?

2006: przepisany jako Plewy na wietrze tom I sagi. (Kupiłem w 2009 i zacząłem czytać jako ostatni, jeszcze nie skończyłem, już żałuję.)

2009: Letni deszcz: sztylet. Smutek i pustka z dawna znanych zakończeń (tak, tak, to koszt do poniesienia za „magię początków”; czy zawsze tak musi być?). Ta narracja, która mnie najbardziej interesowała i pociągała we wcześniejszych, tu wypalona na skorupę.

I teraz, po kupieniu ostatniej części, przeczytałem wszystkie od początku (ale od Zbójeckiego gościńca, Plewy dopiero czytam, śledczo, porównując zdanie po zdaniu z Gościńcem i wściekając się na autorkę, bo – jak już powiedziałem – mam namiętność do tych książek).

mitologia

Nie znam się na mitologii (ludzkiej). To znaczy – znam się nie jakoś szczególnie głęboko, ot, przeciętnie. Na tyle, żeby móc postawić pytanie o pokrewieństwo Annyonne z Inaną, nie na tyle, by móc odpowiedzieć. Jeszcze gorzej znam się na mitologiach fantastycznych. Podobnie: można stawiać pytania o zbieżności i rozbieżności między tkaniem mitologii fantastycznej ze znanych (ludzkich, historycznych) motywów powiedzmy w świecie fionavarskim Gaya Gabriela Kaya a u Brzezińskiej, ale dochrapać się odpowiedzi mogą zmotywowani komparatyści, których gatunek podziwiam (z daleka). Jak to pisała sama Brzezińska:

Rekonstruowanie sobie tego systemu wierzeń nie jest, jak sądzę, niezbędne, żeby się dobrze bawić podczas lektury.

Mnie się podobało. I bogowie o konsekwentnie aliterowanych inicjałach (może za wyjątkiem Orga Ondrelssena, którego rodowód jakby na zbyt ostentacyjnej leży patelni). I przedboscy (Stworzyciele), i klasyczno-tragiczne Strażniczki, i całe pomniejsze tałatajstwo, ze szczególnym uwzględnieniem sevri i sorelek. Niektóre „teogoniczne” pomysły autorki są bardzo udaną i oryginalną kreacją (na ile mogę to ocenić z punktu widzenia własnej komparatystycznej niewiedzy).

Cóż stąd, gdy Brzezińska zrobiła wszystko, żeby efekt osłabić. Przez rozmnożenie opatów, proboszczów i plebanów (to z Wilżyńskiej Doliny), ambon, kleryków, klasztorów, mniszek, pokutników itd. Przez całe to kulturowo oczywiste i jednoznaczne „oprzyrządowanie”, strącające mitologiczną fantazję w świat Uogólnionego Chrześcijaństwa Wieków Średnich (i ciut Późniejszych). Raz mediewistka, zawsze mediewistka?

etyka

Za to etyka nie jest tu chrześcijańska. Jest antyczno-fatalistyczna (z przepotężnym motywem semiotycznym) i ekologiczna. Zbrodnie, dowolnie ciężkie i odrażające, popełniają wszyscy. W tym świecie nie ma jednoznacznie „dobrych”, ani ludzi, ani bogów. Każdy ma jakieś swoje motywy i powody. Nie ma zbawienia, jest piętno powtarzalnego Losu. Nie ma piekła (to znaczy jest, powszednie i powszechne: na ziemi). „Dobre” są rzeczy jednostkowe i osobiste. Miłość. Lojalność. Ale i tak obrócą się wniwecz, bo to etyka bez wolności. Rządzi Fatum, personifikowane przez Grę (Interesy, Potrzeby) Innych.

Taki etyczny wymiar ogniskuje się w pięknie napisanej postaci Wężymorda.

I jeśli odsłania się przed czytelnikiem – mimo wszystko – jakaś etyka nadrzędna, to będzie ona „ekologiczna”. W której złem jest zamach na różnorodność. Żmijowie nie są ani lepsi, ani gorsi od pozostałego Stworzenia (mają swoje uwodzicielskie piękno, ale i ono owocuje zbrodniami). A jednak ich brak stanowi Lukę, wyłom w różnorodności świata; jest Zły.

ontologia: semioza

Prawdziwą Zasadą tego świata jest Opowieść. Bardziej niż u Tolkiena, gdzie Ilúvatar tworzy muzykę stanowiącą świat, bardziej niż u Kaya, gdzie Tkacz jest czymś innym od Tkanego, od Krosien. U Brzezińskiej – takie odnosi się wrażenie – Opowieść obywa się bez opowiadającego/opowiadających. To ona jest pierwsza i pierwotna. Zagarnia i podporządkowuje sobie istnienia poszczególne, żeby nimi – poprzez nie – opowiedzieć siebie samą raz jeszcze, w jakimś wariancie. Ontologia tego świata polega na semiozie: na ustaleniu znaczenia (bogów, ludzi, wszystkiego) w ramach Opowieści.

I na tym też polega znaczenie postaci Szarki. Pojawia się w sposób mglisty, potem nabiera konturów, ale przecież nie autonomicznych, a przynajmniej nie tylko: jej Opowieść wchłania, zasysa opowieści plecione (plotące się) obok; zwajecka kniaziówna, bo taki wątek przechował się w Suchymwilku? Proszę bardzo. Izolda od tego hm, mrożonego Tristana, Koźlarza, spętanego Powinnością jak baleron? Proszę bardzo. Przywódczyni dżihadu Servenedyjek? Prosz.... Hm, czemu nie, ale może innym razem.

Potem wraca w Szarce echo opowieści starszych, jakby „z poprzedniego rozdania”, których nie będę tu wymieniać. Aż wreszcie tężeje w puściejącą Formę, której głównym zadaniem jest wypełnienie przeznaczonego celu. Wtedy kruszeje, rozpada się: aby ją ocalić (jako fragment Opowieści), trzeba ją wygnać poza horyzont zdarzeń, do podstaw świata, gdzie będzie mogła znów – gdy przyjdzie czas – nabrać Słów.

Piękny (w swej strasznej, niewytłumaczalnej jawności) jest jungowski motyw nieświadomości, wcielony w jadziołka, zabójczego, jadowitego władcę snów. To taki (że błysnę mikroerudycją) Pullmanowski daimon, ale w wersji dla dorosłych, bardzo w wersji dla dorosłych. Wspaniały pomysł, świetnie też wykonany.

socjologia; historia

Świetnie też, niestety, wykonane są inne fragmenty sagi. Te ćwiczenia z (niezałganego) Sienkiewicza (ale jednak – Sienkiewicza). Sarmatyzm szlachty żalnickiej, rozwłóczone do niemożliwości fragmenty batalistyczne, życie obozowe, Twardokęsek jako mało krotochwilny zagłoba konfederatów (pod nieobecność właściwego władcy), dzielna Babka Rodu, przechowująca ducha i tradycję. Popijawy, zasadzki, warcholstwo, dzielność, bunty chłopskie, pan Krzeszcz jako łże-lirnik, i tak dalej, i temu podobne. Stylizacja językowa.

W recenzjach branżowych wdzięczni czytelnicy nie posiadają się z zachwytu, na przykład:

Najmocniejszy jest jednak język. Oczywiście nie ma w Polsce nikogo parającego się piórem, kto nie czytał był w odpowiednim czasie powieści historycznych niejakiego Henryka Sienkiewicza. Spośród współczesnych mi znanych pisarzy Anna Brzezińska z pewnością czytała go najuważniej i najwięcej się od niego nauczyła. Nie chodzi mi tu bynajmniej o imponujące słownictwo staropolskie, którym posługują się mieszkańcy uciśnionych Żalników. Nawet nie o bliźniaczą archaizację i makaronizację, ale o samą melodię języka, która – ku mojemu własnemu zdumieniu – pokrzepiła moje serce... czymś w rodzaju patriotyzmu.
[stąd]

A ja to właśnie (obok wspomnianych już wyżej „opatów, plebanów, klasztorów itd.”) mam Brzezińskiej najbardziej za złe. Ten postsienkiewiczowsko-szlachecki sarmatyzm nudzi mnie i męczy.

I nic nie wnosi, poza wariacją historyczną, rozprawką polemiczną w postaci „filmu”. Zmontowanego ze znanych, ogranych motywów, którymi (podejrzewam) autorka tanio kupuje sobie (polską) publiczność, z „krzepieniem serc” (heh) włącznie.

I jeśli stylizację chłopsko-zbójecką czy sceny z życia feudalizmu (książę, mieszczanie, cechy, sfery wpływów, warstwy utajone [„rzezimieszkowskie”, żebracze], nałożnice, intrygi, rywalizacja arystokratów) odbieram jako mocno możliwą w każdym świecie socjologiczno-historyczną narrację, z której nie trzeba się usprawiedliwiać, tym bardziej, im bardziej jest przesunięta w fantastyczne rejony smakowicie dobranym szczegółem (np. cech katowskich „powroźników”), to przygodny historycznie sarmacki wariant szlachetczyzny razi. Mnie prywatnie, rzecz jasna; zwierzam się z własnych (niechętnych) odczuć czytelniczych. Po co? Dlaczego? Wreszcie: na cholerę aż tyle tego?

I to – obok zaplątania instytucjonalnej socjologii chrześcijaństwa w religie dwunastu bogów i znacznie jeszcze bogatszą mitologię – odbieram jako poważną i niekorzystną niespójność, na którą składałem już wstępne zażalenie.

dwa podejrzenia i żal

Podejrzewam, że właściwa saga „napisała się” w pierwszym pięcioleciu dekady, jaką zajęło autorce opublikowanie tych pięciu i pół książek („pół” to różnica między PlewamiGościńcem). Że reszta napisała się z mieszaną motywacją – zabawy i przymusu (by nie zawieść czytelników i dać im obiecane ciągi dalsze i zakończenia, choć wątpliwe). Jestem przekonany, że Anna Brzezińska bawiła się w wielu miejscach podczas swojego pisania znacznie lepiej, niż większość czytelników w trakcie lektury, i że to właśnie zrównoważyło ów przymus, który trzeba było przezwyciężyć, by – po dziesięciu latach – dojść z całością sagi do jakiegoś, niechby umownego, końca.

Ale żal mi, że nie znalazł się redaktor, który powiedziałby „stop!”. Który by powstrzymał autorkę przed przerabianiem Gościńca na łopatologiczne, dopowiadające szczegóły, schlebiające czytelnikowi (i okazujące mu brak szacunku) Plewy. Również językowo poupraszczane; coś w rodzaju „lektura dla starszej młodzieży przerobiona na lekturę również dla młodszej”.

Który by powiedział autorce: dość sienkiewiczenia, pisz fantastykę, a nie historię, szukaj nowych konfiguracji, zamiast żerować na „kulturowym samograju”.

Podejrzewam także, że nawet gdyby się znalazł, wiele by nie zdziałał. Nie w sytuacji, gdy autorka współrządzi własnym wydawnictwem, gdy zainteresowania zawodowe i duch przygody (literackiej) są tak (podejrzewam) silne i (widzę) rozproszone tematycznie.

Nigdy więc nie będzie jakiejś nieco innej sagi, powiedzmy trzytomowej, zwartej, napisanej z myślą głównie o czytelniku (a mniej – o autorskiej zabawie). Książki konsekwentnie wykorzystującej ten tłum świetnych motywów, z których nieliczne doczekały się mięsistego rozwoju, pozakrywane obrazkami perfekcyjnie – imitatorskimi. Książki, która podobnie jak ta istniejąca nie musiałaby się z niczego tłumaczyć, ale w której Inność i Obcość nie musiałyby tak spektakularnie polec w konfrontacji ze Znanym i Swojskim.

Ale, z drugiej strony, nobody’s perfect, a dostaliśmy, mimo mojego żalu, całkiem solidny, twardy kęs literatury do zgryzienia.


zob. też świat po brzezińsku: konfrontacja

Inteligentny tekst Elizy Szybowicz o Prowadź swój pług przez kości umarłych Olgi Tokarczuk pokazuje, między innymi, dlaczego recenzja Dariusza Nowackiego z tej książki jest „frajerska” (wspominałem o tym w swojej recenzjo-impresji).

Szybowicz zdecydowała się pisać o tej książce i jej znaczeniach bez zwyczajowej bojaźni wobec gatunkowego pytania kryminału („kto zabił”), ujawnia w swoim tekście odpowiedź. Zazdroszczę jej tej odwagi. Dzięki niej mogła pokazać sens historii Janiny Duszejko. I nakreślić ostrym piórem antagonistę zhipisiałej, podstarzałej gnostyczki: mechanizm władzy symbolicznej i realnej, nie narzuconej jednym wyraźnym aktem, a wsączanej krok po kroku, drobnymi narzędziami fałszywego języka, przemocy i wygody.

Nowacki miał pretensje, że bohaterka (i jej autorka) plotą jakieś naiwne androny, zamiast zająć się poważnymi kontrowersjami. Na przykład tematem: Kościół a aborcja. A nie zauważył, że książka Tokarczuk jest bezwzględną (i plastyczną) krytyką mechanizmu „pełzającego przejęcia”, jakiego dokonuje zinstytucjonalizowany katolicyzm nie na poziomie „tronu i ołtarza”, a na poziomie „pana, wójta i plebana”, czy – przekładając na powieściowe realia – okolicznych „bogaczy”, policji i księdza-kapelana koła myśliwych. Zacytuję fragment z Szybowicz:

[...] nie ujawnia się tu żadna władza oficjalna, nie sięga promieniowanie żadnego centrum, nie działa żadna instytucja, rzecz jasna poza Kościołem katolickim w osobie plebana z najbliższego miasteczka, który w sojuszu z myśliwymi rządzi gminą i jest szafarzem porządku symbolicznego. [...]

Złudzenia demokracji liberalnej w polskim wydaniu rozbijają się o tę postać [bohaterki] i pękają jak bańki mydlane. Nie jest tak, że toczy się dyskusja, w której wszyscy mają równe szanse, nie wszystkie poglądy przekraczają próg akceptowalności, za którym zaczynają być słyszalne, a więc mogą zaistnieć w sferze publicznej jako światopoglądowa propozycja. Joanna Duszejko przegrywa z poglądami, które są propagowane od tak dawna, przez tak wpływowe instytucje, że stały się czymś w rodzaju kulturowego powszechnego ciążenia. [...]

Sekwencja kościelna, w której następuje kulminacja fabuły i emocji bohaterki, jest najlepszą częścią powieści. Oto otwiera się nową kaplicę, ufundowaną przez „naszych dzielnych myśliwych”. Jej patronem jest, o ironio, św. Hubert, który został świętym, ponieważ przestał zabijać zwierzęta. Kościół jest pełen myśliwych i dzieci, które mają przedstawić jego żywot. „Zawsze kiedy się organizuje jakieś podejrzane hucpy, na samym początku wciąga się w to dzieci”. Próby do przedstawienia odbywały się w czasie lekcji. Wobec księdza wszyscy przyjmują postawę uległą. Pleban jest „sztucznym wydrążonym stworem”, kapelanem myśliwych, pyszałkiem, który nazywa miłość do zwierząt grzechem i posługuje się „dziwnym, bezosobowym księżowskim slangiem, w którym mówi się: «lękać się» zamiast «bać się», «pochylać się» zamiast «zwrócić uwagę», «ubogacić» zamiast «nauczyć się», i tak dalej”. W katolickiej nowomowie wygłasza kazanie o tym, ile dobrego myśliwi robią dla zwierząt, uwznioślając i legitymizując ich krwawy proceder.

To sytuacja paradygmatyczna. Ktoś ufundował coś dla Kościoła, Kościół w zamian udzielił mu swego symbolicznego wsparcia, nie troszcząc się zbytnio, co wspiera. Dzięki temu władza Kościoła trwa. Cała lokalna społeczność musi być przy tym obecna, żeby wysłuchać kolejnej porcji propagandy. „Wszyscy jesteśmy kulturowymi katolikami” – tymi słowami dyrektorka szkoły dyscyplinuje oporną nauczycielkę, żeby przyszła na nabożeństwo.

Jeśli już przeczytaliście powieść Tokarczuk, zajrzyjcie do tekstu Szybowicz. Bo koniecznie trzeba przeczytać jej opis końca sceny w kościele. Podsumowanie jej sensu.

To krytyka polskiego porządku znacznie przekraczająca swą rozległością wagę kontrowersji typu „Kościół a aborcja”.

Szacun, Elizo, ta recenzja (choć spoiluje) jest przeciwieństwem frajerskości.

a-haha

Ksiądz Małyjanio stanął na palcach, zakołysał się, opadł na pięty i ruszył. Po kilku drobnych kroczkach rozbiegu wybił się w powietrze i zawirował. Sutanna rozkloszowała się jak w derwiszowskim tańcu, z uniesionych rąk Małegojania sypały się skry.

Zrudziałe buty księdza pewnie wylądowały na łące, w kałuży syczały odrzucone sztuczne ognie. Wyprostował się i zaczął odmawianie:

Zielona choinka
Strochata babinka
Boża krówka nówka
Iskierka parówka
Raz, dwa, trzy!...

– Wesoło coś księdzu – mruknął profesor Zjadłjad, odrywając się od obserwowania pratchawców. Jego przyrządy pomiarowe spłoszone księżowskim występem rozbiegły się i pochowały wśród trawy.

– A wesoło, wesoło. Dziś jest dobry dzień – odparł Małyjanio. – Wisi w powietrzu, wisi, że się narodzą cisi – zanucił.

– A-haha, dobhhhy, też coś – Zjadłjad dławił się suchym śmieszkiem.

Ksiądz Małyjanio sięgnął pod połę sutanny, wyciągnął skądeś flaszkę i skropił śmieszek profesora.

– Hosanna – mruknął.

Wbrew pozorom był mrukiem.

* * *

Profesor gwizdnął na przyrządy, ksiądz Małyjanio schował flaszkę, uprzednio pociągnąwszy z niej solidny łyk, i poszli. Wśród traw skakały przez chwilę echa ich litanii:

Pobielany stołek
Pod stołkiem matołek
Pasikonik zmyka
Bęc pasikonika
Raz, dwa, trzy!...

Aż ucichło. Tylko pratchawce gapiły się w gwiazdy, których blade ślepia mrugały w kosmicznym menuecie.

przypisy
1. za przypomnienie dziękuje się ztrewqowi

Dyskusja pod telemacha słodko-kwaśną historyjką A mad tea party revisited – przystawiającą lupę do wiktoriańskiego wariantu łagodnej pedofilii à la Lewis Carroll (czy bardziej: Charles Dodgson, fotograf małych nagusek) – pokazuje pewną bezradność. Bezradność wobec pytania, jakie przemiany (obyczajowe itp.) odpowiedzialne są za pojawienie się histerii antypedofilskiej. Pisze (w komentarzu) telemach:

W sumie dziwna historia. Według dzisiejszych kryteriów (co nie znaczy że jestem za oceną Carrolla wg dzisiejszych kryteriów) osobnik mający jako hobby fotografowanie nagich dziewczynek w (przeważnie) erotycznych pozach zostałby przez media rozszarpany i potępiony przez ogół lubiących potępiać. Carrollowi wybaczono. Większość biografów powołuje się na fakt, że nie ma dowodów na to że swe (niewątpliwe) skłonności uzewnętrzniał bardziej aktywnie. Z drugiej strony rodzina była po jego śmierci zajęta wyrywaniem kartek z dziennika, który prowadził przez całe życie, co może co najmniej zastanawiać.

Mamy Alicję w krainie czarów – i jest piękna. Mamy szczęście, że Carroll nie żył w dobie tabloidów i internetu. Miał przede wszystkim szczęście Carroll – bo obecnie zamieszkałby w masowej wyobraźni jako pedofil i tylko pedofil.

Na co beatrix zadaje pytanie:

Czy masowa wyobraźnia wieku XIX była inna pod tym względem? I czy można na to zagadnienie patrzeć, pomijając sposoby w jakie powstawała wtedy a powstaje teraz? Zgłupieliśmy czy jak?

Z jednej strony z pewnością nie zgłupieliśmy. Figura wuja-pocieszyciela, specjalisty od sadzania małych siostrzeniczek na kolanach itd. (ze swą skrajnością w postaci takich czy innych fritzlów), została ujawniona i poddana obserwacji. Z drugiej jednak strony, infantylizująca kategoria zły dotyk i nie nazwana, ale nie mniej przez to realna kategoria złe spojrzenie zdają się nie mieć granic (jako słaby bywalec plaż muszę spytać innych: czy teraz małe dziewczynki noszą dwuczęściowe kostiumy kąpielowe już od chwili, gdy zaczną chodzić?). Znajdujemy się zatem w przestrzeni rozpiętej między (oczywiście słusznym) ujawnieniempiętnowaniem a – podsycaną medialnie moral panic.

Jedną z prób przekroczenia wspomnianej wyżej bezradności jest perspektywa psychoanalityczna Lacana-Žižka. Przebiega ona wa trzech krokach.

permisywizm

W skrócie polega on na zderzeniu dwóch kwestii. Po pierwsze, ustanowieniu się jako centralnej kategorii konsumpcjonizmu – rozkoszy:

Dziś jednak ze wszystkich stron jesteśmy bombardowani rozmaitymi wersjami nakazu „Odczuwaj rozkosz!” – od po prostu rozkoszy seksualnej po rozkosz związaną z zawodowym spełnieniem albo duchowym przebudzeniem. W efekcie rozkosz funkcjonuje dziś jako dziwny rodzaj etycznego obowiązku: jednostki czują się winne nie wówczas, gdy naruszają moralne zahamowania i angażują w zakazane przyjemności, ale wówczas, gdy nie są w stanie odczuwać rozkoszy.
[ten i następne cytaty z książeczki Lacan Slavoja Žižka; Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2008]

Po drugie – kwestii zakazu. Žižek zauważa, że każdy system prawno-moralny powołuje do działania własne zaprzeczenie.

Świetnie zdaje sobie z tego sprawę Paweł w słynnym fragmencie z Listu do Rzymian, gdy opisuje, w jaki sposób prawo rodzi pragnienie swego naruszenia. Ponieważ moralna podstawa naszych społeczeństw wciąż krąży wokół Dziesięciu Przykazań – do tego prawa odwoływał się Paweł – doświadczenie naszego liberalno-permisywnego społeczeństwa potwierdza spostrzeżenie Pawła: widzimy na każdym kroku, że nasze hołubione prawa człowieka są w gruncie rzeczy po prostu prawami do łamania Dziesięciu Przykazań. „Prawo do prywatności” – to prawo do popełnianego w sekrecie cudzołóstwa, gdy nikt mnie nie widzi i nie ma prawa grzebać w moim życiu. „Prawo do szczęścia i prywatnej własności” – to prawo do kradzieży (wyzysku innych). „Wolność prasy i wyrażania opinii” – to prawo do kłamstwa. „Prawo wolnych obywateli do posiadania broni” – to prawo do zabijania. I wreszcie „wolność wyznania” – prawo do czczenia fałszywych bożków.

Ale tak scharakteryzowane „prawa człowieka” nie są kategorią nową: jako pragnienie przekraczania norm są równie stare jak dekalog, nowe jest tylko ich ujawnienie i unormowanie, nowe jest ich podporządkowanie temu fundamentalnemu „prawu do rozkoszy”. Choć i ono jest stare, poświadcza to np. historia ekscesów papieży (i innych „możnych”), którzy ochoczo łamali wszystkie przykazania, na jakich straży formalnie stali. A więc nowa jest – w ostatecznym rachunku – powszechność, „demokratyzacja” tego prawa do rozkoszy. Czego logika jest prosta: konsumentem może (i powinien) być każdy.

internalizacja zakazu

Kiedy Boga nie ma, wszystko wolno – miał powiedzieć Dostojewski. Lacan-Žižek stawiają tę tezę na głowie. Kiedy Bóg jest, wolno wszystko, na co przykładem są dzisiejsi fundamentaliści religijni, usprawiedliwiający „wolą boską” każdy akt terroru, nienawiści itd. Osłabienie zewnętrznego zakazu religijnego powoduje przeniesienie zakazu do wnętrza jednostki, powoduje jego internalizację. Czego ilustracją są (u Žižka) „Clintonowscy yuppies”

którzy łączą narcystyczne samospełnienie z ascetyczną dyscypliną joggingu i jedzeniem zdrowej żywności. [...] We współczesnych sklepach znajdziemy całą serię produktów pozbawionych swoich szkodliwych właściwości: kawę bez kofeiny, śmietankę bez tłuszczu, piwo bez alkoholu itd. A co z wirtualnym seksem jako seksem bez seksu?

No i klasyczne „palił, ale nie zaciągał się”.

W ostatecznym rachunku okazuje się, że raczej: „kiedy Boga nie ma, nic nie wolno”; oto siła zinternalizowanego zakazu. W pewnym sensie dzisiejsza „cywilizacja śmierci” jest więc najgłębiej etyczna.

Ale brzemię „bycia własnym strażnikiem” ma swoje efekty uboczne. Jednym z nich jest skłonność do wpadania w „moral panic”, tym bardziej, ze da się ona [medialnie] skonsumować.

dystans

Ostatni krok polega na pewnym konkretnym koszcie wolności i tolerancji.

„Molestowanie” jest jednym z tych słów, które choć wydają się odnosić do jasno zdefiniowanego faktu, funkcjonują w głęboko dwuznaczny sposób i stają się częścią ideologicznej mistyfikacji. W swoim najbardziej podstawowym znaczeniu termin ten oznacza brutalny fakt gwałtu, pobicia oraz inne objawy przemocy, które oczywiście należy bezwzględnie potępić. Zwykle jednak używa się go w znaczeniu, które niepostrzegalnie dryfuje w stronę potępienia jakiejkolwiek zbytniej bliskości innej ludzkiej istoty – z jej pragnieniami, lękami czy przyjemnościami. Dwa tematy określają dziś liberalne i tolerancyjne podejście do innych: szacunek oraz otwartość względem inności oraz obsesyjny lęk przed molestowaniem. [...] To właśnie staje się w coraz większym stopniu centralnym „prawem człowieka” w społeczeństwie późnokapitalistycznym: prawo do niebycia molestowanym, do trzymania się od innych na bezpieczny dystans.
[podkr. moje – n.]

pedofilia

Jak z tej perspektywy wygląda problem naszego zgłupieliśmy czy jak?

Co bystrzejsi obserwatorzy widzą fundamentalną hipokryzję w kwestii pedofilii. Konkursy „małych miss”, w których dzieci są wystawiane ostentacyjnie jako obiekty pożądania seksualnego. Ostatnio ćwiczona w Polsce kwestia „ale artystom wolno więcej” (co nie zmienia faktu histerycznego cenzurowania również sztuki, gdy w grę wchodzi cień skojarzenia z pedofilią). Itd. Z drugiej strony – „moral panic”.

Z powyżej zarysowanej perspektywy psychoanalitycznej wynika, że to dwie strony tego samego medalu. Im silniejsza presja na „rozkosz”, tym silniej internalizuje się zakaz, który w kontekście pragnienia dystansu objawia się moralną histerią. Zwłaszcza gdy lęk przed własnym pragnieniem można (bezpiecznie) przenieść na dzieci, ideologizując je jako „istoty niewinne”, a własny lęk przed innym(i)/obcym(i) uwolnić od podejrzeń o ksenofobię, przekształcając go w (usprawiedliwiony) lęk przed (oczywistym) potworem.

PS Inne (też ciekawe) perspektywy patrzenia na kwestię pedofilii i histerii wokół niej odnotowuje Ewa Majewska w tekście Kolczyk w pępku nastolatki, czyli o fetyszyzacji seksualności dziecięcej na użytek cenzorskiego prawodawcy.

« Older entries