November 2009

You are currently browsing the monthly archive for November 2009.

gra się

Gra się na stronie gra (link wyżej, na „belce”), gra się arbitralnie, chaotycznie i chwilowo. Się pogra dzień-dwa i zniknie. Takie homeopatyczne granie: wobec Wielkiej Wody internetu proporcja 1:1000000 jest zawyżona, a i woda nie pamięta. Gra się subiektywnie i niepotrzebnie. Głównym powodem tego, że się gra, jest istnienie takiej możliwości.

Ale indeks osobowy (link wyżej, na „belce”) się zrobiło na stałe i się będzie aktualizować.

Trzy drobiażdżki, poskrywane w przypisach (na marginesach) biografii Witkacy. Portret wielokrotny Janusza Deglera:

Witkiewicz-ojciec odradza swemu synowi małżeństwo z Anką Oderfeldówną: „Pomyśl, co zrobisz, jak Ci się wysypie pół tuzina Żydków, Twoich dzieci? Czy potrafisz nie obrazić ich matki, czy potrafisz przezwyciężyć swój wstręt?”

Warto [...] zerknąć na margines, do przypisu, gdzie Witkacy zwierza się Malinowskiemu: „Uwiodłem portugalską kurwę z Brazylii, ale bez wielkiej przyjemności. Dwa trepangi, po czym odechciało mi się. Straszne jest moje życie.”

Witkacy w książce Janusza Deglera żyje też w świecie, w którym nie ma homoseksualistów (chociaż przyjaźni się z Karolem Szymanowskim, który wraz z „przepięknym góralem” świadkuje na jego ślubie).

Robię krzywdę autorowi recenzji Portretu wielokrotnego, Błażejowi Warkockiemu, wyciągając na pierwszy plan (i z kontekstu, z wywodu) fragmenty jego tekstu. Ale zależy mi na dobitnym pokazaniu, jak działa na co dzień nieufność wobec narracji, nieufność, przedstawiona jako kategoria „założycielska” postmodernizmu w książce, której omawianie napocząłem wczoraj. Warkocki oddaje sprawiedliwość Deglerowi:

nie ulega wątpliwości, że książka Janusza Deglera to przebogate źródło informacji o autorze „Nienasycenia”, pełne szczegółów, dat, faktów – i zdjęć

ale postawa nieufności nakazuje mu szukać przemilczeń, okruchów biograficznych nie zlepionych w żadną całość interpretacyjną, nie poddanych refleksji, nie obrobionych narzędziami dekonstrukcji.

Tekst Warkockiego jest króciutki, zajrzyjcie do niego, a krzywda wyrządzona mu przeze mnie zostanie w części zrekompensowana. Dodam jeszcze, że B.W. był studentem, a jest współpracownikiem Czaplińskiego: jaka szkoda (bo byłoby fajniej, gdyby postawa „twórczej nieufności” nie była zjawiskiem, które tak łatwo podejrzewać [w Polsce] o lokalność).

Jeszcze u schyłku lat osiemdziesiątych na murach wielu kamienic w Polsce widniały napisy „Precz z komuną!” Z hasła wynikało, że istniejemy w państwie opresywnym, któremu przeciwstawia się jakaś anonimowa, lecz być może niezwykle liczna grupa, która poprzez swoje „precz” wygraża władzy i zwołuje bojowników. Ale uważniej przeczytane, hasło mówiło więcej: że nie w komunizmie żyjemy, lecz w jakiejś bękarciej postaci tego ustroju, zwanego przez mieszkańców „komuną”, i że tyran jest słaby, więc nie stać go na wysłanie swoich sługusów, by zburzyli kamienicę lub przynajmniej zamalowali ścianę. Być może więc napisy takie były jedyną nadzieją zdychającego reżimu, który tylko dzięki nim mógł jeszcze zachowywać pozory własnej mocy. W ramach tak ukształtowanej perwersyjnej komunikacji napis wyrażał pewną historiozofię – tak oczywistą, że nie trzeba było jej wyjaśniać: na scenie historii zbiorowy podmiot – pozbawiony płci, wieku i innych różnic – toczy nierówną walkę z komuną, opiekę zaś nad tą walką sprawuje rozumny duch dziejów, poręczający za pomyślny wynik.
[tu i dalej podkr. moje – n.]

To pierwsze słowa książki Polska do wymiany Przemysława Czaplińskiego, eseju, który przemknął tak bardzo niezauważony (prawie bez recenzji), że chyba było to niezauważenie z premedytacją. Socjologowie i „ludzie od obiegu idei” mogą za pretekst podać, że „eee, to tylko gadanie o literaturze polskiej”, rzeczy z definicji nieważnej. „Ludzie od polonistyki” mogą się z kolei wykręcać, że rzecz jest zbyt socjologiczna i formułująca diagnozy już nazbyt odległe od rutynowych sposobów uprawiania poletka. Być może krzywdzę jednych i drugich, ale – było się, DKN, odezwać!

A książka jest, moim zdaniem, bardzo warta lektury, jako że autor cały nakierowany jest na badanie co jest czym czego i robi to udatnie. Zatrzymam się więc nad nią na dłużej, na co najmniej dwa blogonotowe odcinki. Najpierw ramy ogólne.

narracje i metanarracja

Spędziłem w sieci wiele kilobajtów, próbując pojąć żywiołową niechęć do „postmodernizmu” (w mglistym pop–znaczeniu), jakby sugerującą coś w rodzaju poczucia zagrożenia; najdłużej (i z cytatami ;) tutaj. Czapliński, idąc tropem Lyotarda, sądzi, że konstytutywnym rysem postmodernizmu (czy ponowoczesności) jest „nieufność wobec metanarracji”, opowieści porządkującej wspólne dzieje, która

odczytuje kierunek historii, zaopatruje działania społeczne w sankcję metafizyczną i staje się uniwersalnym układem odniesienia dla wszelkich działań ludzkich. Wielka opowieść zamienia chaos społecznych aktywności w spójną historię toczącą się w jednym kierunku, obiecuje, że droga prowadzi do końcowego przystanku dziejów (na przykład: zniesienia alienacji, pojednania z naturą, ustalenia powszechnie i zawsze obowiązujących reguł funkcjonowania społeczeństwa), i wreszcie staje się miernikiem sensowności wszelkiej aktywności społecznej.

Lyotard wymienia dwie kluczowe metanarracje nowoczesności europejskiej – dotyczące prawdy i wolności.

Pierwsza z nich, zapoczątkowana przez Kartezjusza, a doprowadzona do postaci krystalicznej przez Kanta, nadała filozofii miejsce nadrzędne wobec nauk szczegółowych. [...] Nowoczesność, postrzegana jako epoka tożsama z postępem, zakładała stały dopływ nowych rozwiązań technicznych, lecz zarazem oczekiwała, iż każde z nich będzie weryfikowalne w kontekście uniwersalnych reguł prawdy. Jednakże, jak przekonuje Lyotard, przemiana roszczeń w prawdę absolutną nie nastąpiła; w drugiej połowie XX wieku coraz jawniejsze stawało się, że filozofia nie spełnia kryteriów prawomocności, które wcześniej sama formułowała i które narzucała naukom szczegółowym. W rezultacie nadrzędna rola filozofii odeszła w przeszłość, a na placu boju pozostały lokalne gry narracyjne, których celem jest osiągnięcie doraźnego celu. [...] W świecie, który nie ufa metanarracjom, naukowiec jest tylko jednym z uczestników mnogich gier badawczych. W miejsce hierarchicznej konstrukcji społecznej wyznaczanej przez prawdę wchodzi społeczeństwo nastawione na doraźną efektywność rozpoznań naukowych.

Jeśli znakiem metanarracji prawdziwościowej jest postać Fausta, to znakiem metanarracji wolnościowej jest Prometeusz.

Biografia Prometeusza przewija się ze zmiennym natężeniem przez całe dzieje kultury europejskiej, nabierając szczególnej wyrazistości w epoce nowoczesnej. Jako protagonista fabuły modernizacyjnej, Prometeusz w XVIIIXIX wieku stał się uosobieniem wiary w postęp rodzaju ludzkiego i w możliwości samozbawienia. Stanowił uniwersalną figurę człowieka, który odrzuca wszelkie krępujące ludzkość autorytety, wszelkie nakazy i zakazy, zwłaszcza religijne, sankcjonujące niesprawiedliwość społeczną. Przynosił humanistyczny kult człowieka jako wartości ostatecznej i najwyższej. Kiedy jednak w XX wieku posiadł władzę, odsłonił oblicze nieludzkie. [...] W pierwszej części stulecia był więc [Prometeusz] wyśmiewany, w drugiej, jako prawodawca totalitarnej władzy, stanowił obiekt lęku i bezsilnej ironii. Ale kres jego misji przyniosła demokracja liberalna.

Przejechawszy się – trudno tego uniknąć – po Fukuyamowskim Końcu historii, Czapliński zatrzymuje się na chwilę przy powodach buntu mas diagnozowanego przez Ortegę y Gasseta (podjęcie przez większość zobowiązania do troski o kogoś, kto myśli inaczej niż ona i kto jest od niej słabszy uznane zostaje przez masę za przejaw słabości – „Masa śmiertelnie nienawidzi wszystkiego, co nie jest nią samą” [O.y G.] – a takie właśnie zobowiązanie zostaje podjęte przez demokrację liberalną), po czym odnotowuje kilka charakterystycznych typów nieufności:

Jakie społeczeństwo wyłania się w epoce podejrzliwości wobec wielkich narracji? Deliberatywne, odpowiada Habermas; „rozpoznające opresywność wszystkich instytucji”, mówi Foucault; „wytwarzające ryzyko przy wprowadzaniu wszelkich rozwiązań życia zbiorowego”, stwierdza Beck.

Jest ich, oczywiście, znacznie więcej. Z drugiej jednak strony, upadek metanarracji nie deprecjonuje roli narracji; przeciwnie, zakwestionowanie „jedynosłusznej czapy metanarracji” powoduje ujawnienie się wielu dotąd, hm, stłamszonych opowieści. Czapliński nie tylko podkreśla formatywną (w „synchronii” społeczeństwa) rolę narracji:

wychodzę z założenia, że społeczeństwo istnieje jako wymiana narracji [podkr. P.Cz.] – w procesie nieustającym, niegotowym, niezakończonym. Wymiana przebiega jednak na różne sposoby. Polegać może na prostej wzajemności, w ramach której członkowie społeczeństwa przekazują sobie opowieści równoprawne (plotki, anegdoty, dowcipy), lecz może także obejmować usuwanie jednych narracji i zastępowanie ich nowymi. Z jednej strony mamy zatem rytualne obdarowywanie się, z drugiej – konflikt, którego uczestnicy dążą wzajemnie do wyeliminowania swoich narracji.

arcynarracje

...ale także wskazuje na pojawianie się (w „diachronii” kultur) narracji przełomowych, które stają się osiami wielu snutych później opowieści:

[Ágnes Heller] posłużyła się pojęciem „arcynarracji”, rozumiejąc przez to „opowieści, historie, fantazje i schematy wyobrażeń, które w danej kulturze pełnią rolę swego rodzaju arche” [...] dwa źródła europejskich arcynarracji wolnościowych: biblijne i greckie. Z kultury biblijnej pochodzą, według Heller, opowieści o wolnej woli, o wyzwoleniu zbiorowym (czyli o tym, że dana społeczność wywodzi swój początek nie od Boga, lecz od niewolnictwa; bez tej opowieści nie byłoby ani europejskiej demokracji, ani socjalizmu), o wolności wyznania i niezdeterminowaniu przez zło (każdy może wybrać dobro, nawet jeśli wcześniej popełnił grzech). Z kolei w kulturze greckiej autorka odnajduje opowieść o wolności konstytucyjnej (wypracowanej przez wszystkich), wolności osobistej oraz instytucjach wolnościowych (stwarzanych przez ludzi wolnych i chroniących wolność; jest to narracja założycielska dla republiki i dla rewolucji – rozumianej jako powrót do początku, do czasów, w których ustanawiano konstytucję wolności).

podszewka

Po nakreślonych „ramach kategorialnych” widać już, co najbardziej interesuje Czaplińskiego: pytanie, jakie opowieści skrywają się za wypowiedziami, pod dyskursem (który bada, co naturalne i zrozumiałe, głównie przez pryzmat współczesnej literatury). Kategorią porządkującą jest nieufność, owa matka zmian, jakie zachodzą w Polsce po 1989 (i, szerzej, w całym bloku pokomunistycznym). Symboliczną ilustracją początku tego procesu niech będzie obserwacja, nawiązująca do zdań otwierających książkę (i niniejszą blogonotę). Pisze Czapliński:

W 1990 roku, tuż przed pierwszą wolną elekcją prezydencką, ktoś w moim mieście na ścianie kamienicy napisał wielkimi literami: „Tego wyboru będziemy żałować!” Komuna poszła precz, jednak dalszy ciąg historii, skomentowany przez muralistę, nie przedstawiał się jako oczywistość. Napis kwestionował albo zestaw kandydatów, albo samą zasadę wybierania, lecz fakt, że rozsiewał wątpliwości wobec obu tych rzeczy, oznaczał, że demokracja traciła swój absolutny wymiar. Tak, w wersji potocznej, wkraczała do Polski „nieufność wobec wielkich opowieści”.

Konkretami odnoszącymi się do zmian w narracjach polskiego dwudziestolecia (po 1989) zajmiemy się – jeśli się uda – kiedy indziej. Tu powiem tyle, że dla mnie osobiście porządkowanie dokonane przez P.Cz. jest kształcące i inspirujące. Jak każda udana praca w trudnej dziedzinie ustalania „co jest czym czego”.


DOPISANE 7.11.2009

Ponarzekaliśmy z beatrix (w komentarzach) na słabą reakcję „jajogłowych” wobec Polski do wymiany. Postanowiłem więc poguglać mocniej. W „Gazecie Wyborczej” i „Rzeczpospolitej” okrągłe zero, inne wyniki – poniżej:

Schiele

Wzmianka, która pojawiła się przypadkiem wynikającym z Radůzy, skłoniła mnie do guglowania za Krumlovem (czeskim) i tak, z linki na linka, nadziałem się na Egona Schiele. Od tej pory gdzie co znajdę, to chomiczę. Aż przeprowadziwszy się uznałem, że może się podzielę.
Egon Schiele, Frauen
Egon Schiele, Embrace

Na dobry początek (w nowym miejscu) dwa wiersze Edwarda Pasewicza. Cenię go wysoko i daleko (bo – naraz – i w pionie, i w poziomie), to facet, który w tekście skacze, nuci, rymuje & rytmuje; zwięzły jest i celny, a przecież swobodny. I przy tym bardzo niegłupie te wiersze, w głąb sięgające. Jest to, słowem, Ktoś.

Hęryk się przeprowadza & buja

Hęryk się przeprowadza & buja
Grzechocką, że będzie teraz furor misticus
uprawiał na całego, znaczy medytacje,
bułki z masłem co rano,
czytanie Dunsa Szkota & co lepszych
pism kobiecych,

ona myśli – miłość, on – niezła ściema,
bo przecież pogasł, pogasł na całego.
Hęryk jest dziurawy, tak śpiewają dzieci,
kiedy przez miasto sunie
martwy jak tanki pod Stalinogrodem.
Martwy? No tak, taka to już rasa,

jak raz opuści miejsce, wierci się bez końca,
czuły jak Ofelia, gdy zgasła porządnie.
No, bo to miłość go tak przepełnia,
między szprychy wpycha metalowy pręcik.
Hęryk się przeprowadza & zabiera zabawki,
gibiesz się jak gibbon mówi mu Grzechocka.

 
Ukryty

Hęryk ma ze trzydzieści lat & żadnego
wyroku na „tao tej tacy nosi swoją głowę”,
pali camele & Grzechocką pyta,
czy jest gotowa na przyjście Pana,
bo bolą ją zęby i panie Hęryku,
coś świergocze mi w uchu.

Gdy drugi raz odkopali jego matkę,
też tak stał przytulony do drzewa.
Wysoki i wąski w ramionach & kiwał
się jak pingwin przy cyrkowych sztuczkach,
żeby zaraz potem paść i przestraszyć
niczego nie rozumiejące gołębie.

I jak poczuł się wtedy, gdy te wszystkie
tkanki chciały się tam dostać w głąb,
nie w górę, by z tym raz na zawsze skończyć,
ale tam. I jak się wykaraskał z tego
& przez miasto szedł w kawałkach,
zygzakami prostując drogę Panu.

[z tomu: Henry Berryman. Pięśni (2006)]

Newer entries »