November 2009

You are currently browsing the monthly archive for November 2009.

W dyskusji u WO zadałem pytanie:

po co w ogóle ten jeden wyróżniony symbol religijny (krzyż) – albo i inne symbole – ma (mają) wisieć w klasie. Dla ozdoby?

...formułując od razu hipotezę, że chodzi tu o:

zagadnienie przemocy (władzy) symbolicznej lub zagadnienie „użytku perswazyjnego” z symboli (politycznego użytku, trzeba dodać)

Pytanie jest lepsze od tej ad hoc odpowiedzi, najpierw dlatego, że łatwo je uogólnić, a potem dlatego, że odpowiedź nawet mnie wydaje się niepełna i poniekąd jednostronna. Co jednak nie znaczy, że mam tę odpowiedź za trafiającą kulą w płot – nie. Brak jej tylko szerszego kontekstu.

Historycznie (antropologicznie) funkcje tego typu znaków/symboli pojawiają się najpierw dwie: ochronnatożsamościowa. Nie umiem rozstrzygnąć pierwszeństwa; umówmy się, że pozostają one w nieusuwalnym sprzężeniu.

totem

byłby pierwszym znakiem ewidentnie używanym w powyższej podwójnej funkcji. Pod totemem kruka żyją członkowie klanu/plemienia Kruków, chronieni przez stosownego Wielkiego Kruka. Plemię rozrasta się przez rozmnażanie w schemacie przeważnie patrylinearnym (z nielicznymi wyjątkami) i „akwizycję” ludzkiej siły niewolnej [if applicable], ale tożsamość i zakres totemicznej ochrony pozostaje stała: krucza.

protektorat

Rozwój relacji społecznych i mechanizm koncentracji władzy prowadzi do sytuacji, w której tożsamość podlega uogólnieniu (proces „jednoczenia plemion”, znany np. z baśni o początkach państwowości polskiej), a funkcja ochronna znaku ulega zapośredniczeniu. Inaczej mówiąc, znak/symbol, żeby chronił, musi zostać „zatwierdzony” przez urzędników protektoratu, czy to będą księża poświęcający domostwo, czy kasztelan zatykający na wieży (że tak to metaforycznie ujmę) sztandar suwerena.

Znak protektoratu tym różni się od znaku „lokalnej protekcji” (totemu), że jest już par excellence znakiem politycznym, bo wypełnia trzecią funkcję: afiliacji władzy. Od razu dodam, świadomy poziomu publicystycznego upraszczania, że nie robi mi specjalnej różnicy, czy idzie o władzę realną, czy też o symboliczną (choćby dlatego, że władza symboliczna jest jak najbardziej realna).

symbol kulturowy

jest znakiem protektoratu utrwalonego i ekspansywnego, takiego, który w pewnej skali czasowej wybił się ponad doraźną polityczną przygodność. Jest znakiem podwójnej kolonizacji kulturowej: wewnętrznej (ustanawiającej ład społeczny nad tymi, którzy rodzą się wewnątrz danej kultury; ten rodzaj kolonizacji zwiemy socjalizacją) i zewnętrznej – tu jako ćwiczenie polecam historię ekspansji krzyża.

Właściwie nie byłoby dobrego powodu, żeby wydzielać ten „etap funkcjonalności symboli” jako odrębny (technicznie przecież to nadal „protektorat” w myśl powyżej sformułowanej intuicji), gdyby nie – archeologia kulturowa, na której mapie wbija się tego typu symbole jako poręczne chorągiewki.

W użytku indywidualnym „symbol kulturowy” to znak – poza byciem symbolem poddawania się ochronie, symbolem „tożsamości” (biorę w cudzysłów, bo działa tu znana odwrotna zależność treść—zakres) i podporządkowania politycznego – także „afiliacji do tradycji”. Co oznacza potwierdzenie własności.

korporacja

Pojawienie się tego „etapu” jest prostą konsekwencją powyższego paralelizmu (między etapami komplikacji historyczno-antropologicznej a funkcjonalnością wieszanych symboli). Również i na krzyż można spojrzeć jako na logo pewnej korporacji, obiecującej w zamian za kupowanie akcji i konsumpcję – pewne dywidendy. Mamy piątą fukcjonalność: symbol spodziewanego zysku.

rekapitulacja

Powtórzę wszystkie wyłaniające się z tego przeglądu funkcje wieszania: ochrona, tożsamość, afiliacja władzy, własność, zysk.

Sprzeciw wobec zawłaszczania przestrzeni publicznej (na przykład szkolnej) przez jedną, w Polsce na domiar złego praktycznie monopolistyczną korporację, w moim sformułowaniu wyartykułowanym we wspomnianej dyskusji:

Problem jest taki: czy ma się wpuszczać do przestrzeni szkolnej jednego, uprzywilejowanego akwizytora towaru Xianstwo-katolskie (c), czy wielu (co musi doprowadzić do walki konkurencyjnej), czy też wieszamy ogłoszenie „Akwizytorom dziękujemy”.

jest teraz może, mam nadzieję, szerzej uzasadniony.

PS Tejże tematyce poświęcona była też moja poprzednia blogonota.

Znowu anuszka. Blogonotę Symbolika chrześcijańska w polskich instytucjach trudno czytać inaczej niż jako ściemę/tanią-prowokację [wybrać stosownie do poziomu sympatii dla autorki], strukturalnie tożsamą z jadowicie ironicznym (w intencji) bzdurzeniem (realnie) Terlikowskiego, co też potwierdzają komentarze.

Stamtąd do „Tygodnika Powszechnego”, który zrobił z wyroku Trybunału temat numeru. Nie ma co się zatrzymywać (chyba że ktoś chciałby poćwiczyć dekonstrukcję demagogii w trzech łatwych krokach) na wypowiedzi Zolla: jakby się uparł ten prawnik (dość dosłownie: z bożej łaski), ex-prezes-TKex-RPO, żeby dokumentować swoją służebność. Za to w „przeglądówce” znajdziemy kilka ciekawostek (konsekwencje dla austriackiego krzyżo-wieszania szczególnie mocnej postaci tamecznego konkordatu czy „klauzula sprzeciwu” jako rozwiązanie bawarskie – uczeń [rodzice?] musi dowieść, że krzyż w klasie rzeczywiście doprowadził do realnej dyskryminacji w stosunku do konkretnej, uczniowskiej osoby). Tamże autor zadaje kilka „zasadniczych pytań”:

Po pierwsze, pytanie o charakter relacji między wiarą a prawami człowieka. Czy istnieje tu sprzeczność? Czy, formułując rzecz inaczej, nie liczy się ewolucja Kościoła, gdzie kolejnymi etapami był Sobór Watykański II, który uznał wolność religii, oraz nauczanie Jana Pawła II, który w walce z totalitaryzmem łączył kategorie wiary, godności ludzkiej i praw człowieka?

Dlaczego otóż w kwestii prawakształtu instytucji państwowych miałyby się liczyć ewolucja KRK i deklaracje intencji (z których wszelako niewiele wynika)?

Sprawa druga: jak interpretować dziś ideę wolności religii? Jako „wolności pozytywnej” czy „wolności negatywnej”? [...] Konkretnie: skoro Soile Lautsi argumentowała, że krzyże należy usunąć, gdyż „stoją w sprzeczności z duchem laicyzmu”, w jakim chce wychować dzieci, to czy nie powinno się przyjąć, że ów „laicyzm” też jest „religią”, a argumentując w ten sposób, Lautsi usiłuje narzucić innym swą „świecką religię”? [...] A zatem: czy nie jest tak, że każde rozwiązanie będzie oznaczać uprzywilejowanie kogoś, ale czyimś kosztem, nigdy bezkosztowo?

Ja już to przerabiałem, lata temu. Pomijam już fakt, że autor (nieświadomie?) przyznaje, że krzyżo-obecność w instytucji państwowej/publicznej uprzywilejowuje chrześcijan, a tym samym, że walka o neutralność światopoglądową tych instytucji jest walką z polityką swoistego kolonializmu kulturowego. Reszta odpowiedzi w podlinkowanym (moim) tekście (za którego rozmiar przepraszam).

I kwestia trzecia: czy krzyż na szkolnej ścianie we Włoszech, Austrii czy Polsce to dziś symbol religii, czy rekwizyt – jako symbol kultury i tradycji Europy? A jeśli to drugie, jak chciałoby wielu krytyków strasburskiego wyroku, którzy zresztą niekoniecznie chodzą do kościoła – to jak europejska kultura ma się zmieniać w chwili, gdy wiele krajów kontynentu nie jest od dawna religijnym monolitem?

Co z nimi nie tak? (Mam na myśli wszystkich, co ściemniają w analogiczny sposób; podobnie Zoll.) Miejsce rekwizytów jest na ścianie poświęconej „ikonografii kultury” pośród innych ikon, w pracowni/klasie historii/kultury. Bo to nieprawda, że Europa stoi na tej jednej, wyróżnionej tradycji kulturowej.

Co innego politycznie. Tak, historia polityczna Europy ostatnich 15 stuleci jest bardzo mocno uwikłana w chrześcijańskie prądy, religie (bo przecież nie jedną ;), instytucje, walkę o władzę, wpływy, finanse itd. Dla tzw. katolickich krajów europejskich to równanie prowadzi do pytania o papiestwo. W innych – reformacja zrobiła jednak swoje.

Relikt papocezaryzmu w postaci konkordatu krępuje także Polskę, to (niestety) fakt. I pewnie trzeba będzie pokoleń, żeby się wreszcie tego reliktu pozbyć. A przecież między protestami z 1976 (dot. wpisania do hm, konstytucji – Wielkiego Brata) a ratyfikacją konkordatu (1998) minęło ledwie 20 lat.

akwarele

Dwie mniej znane akwarele Egona Schiele. Ja je znam na pamięć, zwłaszcza tego najniżej położonego faceta w trójce czerwonych.
Egon Schiele
Egon Schiele (1911)

Pierwsza część relacji z książki Polska do wymiany Przemysława Czaplińskiego dotyczyła wyjściowego stanowiska autora: jego perspektywy badawczej, aksjologii, „ram kategorialnych”. Roli narracji, kryzysu zaufania do nich itd. Ta ekspozycja, dotycząca spraw ciekawych per se, miała jednak być jedynie wstępem do przedstawienia właściwej roboty P.Cz., której celem jest rekonstrukcja podstawowych stanowisk podszywających polski dyskurs dwudziestolecia po 1989.

Naiwnie wyobrażałem sobie, że można to zrobić „po porządku”: streścić diagnozy cząstkowe, które są czymś w rodzaju głównych szwów owej podszewki, podzielić się obserwacją (wartościującą), że te „szwy” inspirująco porządkują problem „co jest czym czego” w naszej współczesności (z naciskiem na „inspirująco”). A potem oddalić się wraz z autorem, by objąć wzrokiem całość z szerszej perspektywy. I zamknąć blogonotę wskazaniem, czym jeszcze zajmuje się ta książka.

Z nadzieją, że po stronie „ma” znajdziemy nie tylko szereg kluczy do otwierania polskiej współczesności, jeśli nawet nie nowych, to solidnie „odrdzewionych”, ale także intuicje dotyczące sposobu zaglądania za podszewkę dyskursu. A po stronie „winien” prosty wniosek – że winno się tę książkę przeczytać.

Ale trzeba mierzyć zamiary na siły. Pierwsze próby pokazały bowiem, że moje streszczenie byłoby nieomal tak długie, jak streszczany tekst (a przy tym o ile gorzej napisane). Pomysł, że da się rozsądnie przedstawić jakiś reprezentatywny podzbiór cząstkowych diagnoz Czaplińskiego, okazał się nierozsądny. (Nic dziwnego: materiału jest tu na kilkadziesiąt blogonot.) Cóż więc pozostaje? Ponury wybór między „z lotu ptaka” a „wyrywkowo”?

konstrukcja

Swój zamysł autor wykłada (we wstępie) tak:

[...] literatura [ostatnich 20 lat] – jako przepatrywanie dziedzictwa modernizmu – okazuje się problematyzować przede wszystkim trzy kwestie: Czy to, co łączyło społeczeństwo kiedyś, może pomóc w stworzeniu nowych więzi?; Czy sposób, w jaki społeczeństwo zdobyło wolność, może pomóc w jej trwałym zagospodarowaniu?; Jak poradzić sobie ze społecznym zróżnicowaniem? Oznacza to, że literatura ostatniego okresu krąży wokół trzech klasycznych idei nowoczesności: braterstwa, wolności i równości.

Zaczynam od braterstwa, ponieważ literatura po roku 1989 traktowała wolność jako daną, a braterstwo – jako problematyczne. Powrót pytań o wolność doprowadził, rzecz charakterystyczna, do nowych diagnoz dotyczących władzy, lecz także do odnowienia narracji na temat „Solidarności” – jako ruchu społecznego, który wolność wywalczył i który pomysłu na jej zagospodarowanie raczej nie wypracował. Kończę książkę omówieniem problematyki równościowej, która wydaje się odgrywać kluczową rolę w rozwarstwieniach nowoczesności, a zarazem staje się polem minowym dla omawianych idei. Społeczeństwo, które chciałoby zarzucić pomysł rozwiązywania nierówności, musiałoby przecież głośno zadeklarować obojętność wobec idei solidaryzmu, zaś społeczeństwo, które będzie próbowało nierównościom zaradzić, z pewnością napotka opór ze strony zwolenników wolności. Albo mówimy sobie, że jesteśmy, mimo wszystko, stróżami braci i sióstr swoich, albo uznajemy, że człowiek jest wolny.

Wolność, równość i braterstwo to idee anachroniczne? Tak i nie. Ich anachronizm jest faktyczny, ponieważ należą do Europy porewolucyjnej, w której ład usiłowano oprzeć na wyobrażeniu o jednolitym społeczeństwie i uniwersalnym podmiocie. Tymczasem epoka dzisiejsza traktuje oba wyobrażenia podejrzliwie, odnajdując w wizerunku zwartego społeczeństwa narzędzie dominacji jakiejś grupy, zaś w wizerunku człowieka uniwersalnego – ukryte pod maską powszechności cechy jednego tylko przedstawiciela rasy ludzkiej. Dla tych, którzy w uniwersalizmie widzą niesprawiedliwe uproszczenia i nieuzasadnione uroszczenia, oświecenie dobiega końca. Zarazem oświecenie trwa nadal – dla tych, którzy szukają nowej definicji człowieka i wynikających stąd więzi ludzkich. Kluczowa cecha końca nowoczesności to właśnie rozmnożenie opowieści, które reprezentują wielość projektów społecznych. Anachroniczność jest więc pozorna, ponieważ każde społeczeństwo wytwarza wyobrażenia solidarystyczne, wymyśla własną wolność i tworzy narracje o sposobach radzenia sobie z różnicami. Ujmując rzecz wyraźniej: społeczeństwo, które nie snułoby opowieści o braterstwie, wolności i równości, rozpadłoby się w ciągu kwadransa (albo: powstawałoby przez wieki).
[tu i dalej podkr. moje – n.]

I konsekwentnie ten zamysł realizuje.

czytelnik

Nie czytałem (jeszcze) wszystkich recenzji książki, wskazanych w dopisku do pierwszej części, aby zachować jakąś „świeżość” spojrzenia; niewykluczone jednak, że nic nowego tu nie powiem. Zanim (zrezygnowany) przejdę do „wyrywków”, opowiem pokrótce, z jakim nastawieniem podchodziłem do lektury Polski do wymiany: może to usprawiedliwi choć trochę zabieranie wam czasu.

W gorączkowym czasie roku 1989 tzw. opozycja demokratyczna została przez historię przyłapana z poniekąd pustymi szufladami, gdy idzie o wyklarowane projekty polityczne i pogląd na nowe urządzanie państwa. Prawie pustymi. Bo funkcjonowała obietnica Nowego, wsparta na czterech filarach. Były to: Bóg, rynek, edukacja, obywatel.

Ich rozumienie było reaktywne, ich sens polegał na symbolizowaniu antytez tzw. komuny. I tak:

  • Bóg – oznaczał powrót do absolutu, duchowości, konstytutywnych wartości narodowych; był gwarancją tożsamości polskiej zniewolonej przedtem przez obce – duchowo i narodowo – imperia;
  • rynek – oznaczał odrzucenie (nie)gospodarki absurdu i (pół)niewolnictwa; był gwarancją dostatku;
  • edukacja – oznaczała przekreślenie zorganizowanego kłamstwa; była gwarancją dostępu do Prawdy;
  • obywatel – oznaczał odzyskanie podmiotowości („społeczeństwo obywatelskie”), praw samostanowienia; był gwarancją wolności.

Czwarty filar zarazem obiecywał odzyskanie zawłaszczonego przez opresora państwa, które stać miało na trzech pierwszych. A bazą, na której stały te filary i której nie trzeba było werbalizować, był solidaryzm (w wydaniu „Solidarności”).

Historia dwudziestolecia jest zarazem historią krachu tych filarów. Bóg skarlał do Kościoła. Rynek – „Balcerowicz” nie chciał odejść – do neoliberalizmu i rosnącej roli globalnej korporacji; utowarowiono pracę, próby utowarowienia zdrowia i ubezpieczeń społecznych są zaawansowane, itd. Edukacja skarlała do lustracji z jednej, a interesu – z drugiej strony. Obywatel zaś, tam gdzie nie „załatwiły go” trzy krachy wymienione przed chwilą, zredukował się do konsumenta i przedmiotu zarządzania przez polityczno-medialne symulakrum. Odtworzone zostały w zmienionej strukturze obszary uprzywilejowania i wykluczenia, a „baza solidaryzmu” zdemontowała się niejako sama. (Mocno upraszczam i nieco przesadzam, wiem.)

Przystępując do lektury książki Czaplińskiego byłem przede wszystkim ciekaw, czy i jakie ujęcie znajdą u niego te krachy. Nie rozczarowałem się, przeciwnie, nie tylko „kazała mi” przeorganizować, odświeżyć i pogłębić swoje wyobrażenia i „ramy kategorialne”, ale i – jakby na zasadzie efektu ubocznego – przestrzegła, by nie poprzestawać na uzyskanych konstatacjach i drążyć dalej.

A teraz przyjrzyjmy się paru wyrywkom. Z góry przepraszam za arbitralność i chaotyzm tej relacji.

kibic

W rozdziale Kościół i ciało Czapliński notuje:

Sztuka Pilcha [...] wydaje się mówić, że polską mentalność – polski sposób postrzegania, doświadczania świata i opowiadania o nim – ukształtowały dwa wydarzenia: „pamiętne mistrzostwa świata w piłce nożnej” oraz wybór Karola Wojtyły na zwierzchnika Kościoła. Połączenie tych dwóch – wydawałoby się, kompletnie odległych – obszarów sprawiło, że polski katolik przesunął się na pozycję kibica, a będąc kibicem, uczynił z religii spektakl. Religia jako spektakl musi dziać się w pewnym oddaleniu od wiernych, a także prowadzić do zwycięstwa – opowiada się więc o niej w języku naszych przewag. Ponadto kibic widzi siebie jako cząstkę zbiorowości raczej narodowej niż duchowej. Tak doświadczany katolicyzm jest nie tylko swoistym kultem jednostki (nacjonalizmem i szowinizmem mocno podszytym), lecz także rodzajem męskiej dziecinady, w której kobiety mają do odegrania tylko trzy role: Matki Polki, kury domowej i dewotki – i dlatego z tej wspólnoty odchodzą. Potęga katolicyzmu polega więc na tym, że rozbroił czynniki, które mogły go zmienić: praktycyzm, rygoryzm moralny i rzeczywiste uwzględnienie podmiotowości kobiety.

Komentować? Nie widzę potrzeby. Tylko od razu przypominają mi się spektakularne przykłady akcesu do (efemerycznego) „pokolenia JP2” najtwardszych, lecz do łez poruszonych kiboli (pierwszy lepszy przykład: Na wspólnych marszach i mszach spotykają się nawet kibice-szalikowcy ze skłóconych ze sobą klubów).

No i nie odmówię sobie podkreślenia odświeżającego (w tym szczególnym kontekście) terminu dziecinada.

ciało

Wcześniej Czapliński zatrzymuje się na moment nad religijnym wymiarem kapitalizmu, z jego kultem zaspokajania potrzeb i zachcianek ciała, i jego krótkim zwarciem sacrumprofanum w jedno – w samouzasadniającym się akcie konsumpcji. Teraz odnotowuje koncesję Kościoła wobec tego konkurencyjnego kultu:

[Religijność] mówi nowoczesnym językiem, nie bojąc się wypowiadać potrzeb ciała. Napiera też na ortodoksje kościelne, bezceremonialnie domagając się ustępstw w sprawach konsumowania życia. Widać zatem, że w polskiej literaturze modernizacja opowieści wspólnej dotyczącej moralności katolickiej dokonała się za sprawą roszczeń ciała.

Ale nie każdego ciała, tak szeroka koncesja sprawiłaby, że w tym konflikcie kościół znalazłby się na przegranej pozycji.

Jest to jednak unowocześnienie szczególne, obejmujące wyłącznie ciało mężczyzny heteroseksualnego [podkr. – P.Cz.]. W tekstach Horubały, Pilcha czy Piotra Czerskiego moralność katolicka jest stawiana permanentnie przed wymogiem większej liberalizacji rygorów obyczajowych związanych z męskim pożądaniem, i żądania te, nakierowane na możliwość zaspokojenia swoich potrzeb bez poczucia wykluczenia, są zaspokajane. Uświadomienie sobie tej nieoczekiwanej – i mocno tradycjonalistycznej – liberalizacji pozwala zapytać, czy ciało męskie jest uniwersalne, to znaczy, czy dobierając się do cnoty Kościoła, czyni szparę, przez którą przejdą także inni.

Opowieści o emancypacji męskiego ciała w katolicyzmie odkrywały ustępliwość Kościoła. Kiedy jednak zapytamy o ciała innych podmiotów, okaże się, że literatura odsłania mocno tradycjonalistyczne bariery. Ciało kapłana – jego pożądanie i tożsamość seksualna, kwestia celibatu – nie znajduje swojego miejsca w narracji, pozostaje więc, pod groźbą wykluczenia, ciałem milczącym. Człowiek homoseksualny, walcząc o prawo uczestnictwa we wspólnocie katolickiej, albo tłumi własną tożsamość, albo, broniąc się przed wykluczeniem, wskazuje na innych, na przykład ponowoczesnych gejów, którzy jego zdaniem takiemu wykluczeniu powinni zostać poddani. Najpełniej bodaj przedstawiony przez literaturę został konflikt Kościoła z ciałem kobiecym: prawo do aborcji [...] i do kapłaństwa, dostęp do boskości [...], a wreszcie kobiece dysponowanie własnym ciałem w małżeństwie okazują się miernikami obyczajowej modernizacji, która nie nastąpiła właśnie dlatego, że naczelne ustępstwa Kościół poczynił wobec podmiotu męskiego.

Na zakończenie przeglądu tego zagadnienia, krótki cytat z przypisu, w którym Czapliński polemizuje z Dariuszem Nowackim, który nazwał pewną powieść autorki-katoliczki (Ewy Madeyskiej) – tendencyjną:

To prawda, choć wypadałoby dodać, że autorka odpowiada w ten sposób na retorykę katechezy i na dyskurs domowego katolicyzmu stokroć bardziej tendencyjny. W kraju, w którym Tartuffe dysponuje środkami masowego przekazu, Madeyska na obłudę władzy kulturowej postanowiła odpowiedzieć obrazkiem krzyczącej niedoli.

cdn?

Niech powyższe pozostanie ilustracją sposobu myślenia i pisania autora. Ale moim głównym kandydatem do przedstawienia wam był (i pozostaje) problem braterstwa – polityki historycznej – lustracji. Zwłaszcza po (niezaplanowanym ;) pojawieniu się blogonoty dotyczącej opracowywania przeszłości.

Jednak muszę (jak zapowiedziałem) mierzyć zamiary na siły. Więc jeśli nawet – to na pewno nie dziś.

W dyskusji sprzed paru dni, w nieodpowiedzianym-na komentarzu szekina pisała:

Wertując internet w poszukiwaniu śladów książek opisujących mechanizmy pamiętania o wojnie i kształtujące formy opowiadania o niej trafiłam na kilka niemieckich i angielskich pozycji odnoszących się do tego, w jaki sposób na poziomie grupowym rozgrywa się niedokończona żałoba związana z wojną i jak obecne procesy odzwierciedlają zablokowane opracowywanie przeszłości. I zatkało mnie. Pomyślałam: „Ludzie o tym piszą w innych krajach!!!” Jasne, że nie będąc historykiem mogę nie znać rozmaitych opracowań, ale jednak pozostaje mi wrażenie, że w Polsce więcej jest ustalania wersji historycznej prawidłowej w danym czasie i panuje jakieś zerwanie ciągłości, czy odbywające się z łatwością przełączanie się, któremu niestety nie towarzyszy refleksja: „Co to o nas mówi?”, czy proste: „Dlaczego?”
[podkr. moje – n.]

Komentarz pozostał nieodpowiedziany-na, bo (przynajmniej gdy idzie o mnie) nie mam indywidualnie otwartej procedury „opracowywania przeszłości”, tzn. tej w jakimś sensie zbiorowej, co dla mnie oznacza natychmiast – społecznej i kulturowej. Przykład bloga szekiny (na który wielokrotnie zaglądałem, ale wycofywałem się w milczeniu) pokazuje, że otwieranie kosztuje. Trzeba mieć taki hamulec bezpieczeństwa jak w windach, by nie zjechać w czeluść, chyba że ktoś „opracowuje przeszłość” wyłącznie na poziomie intelektualnym.

Nie bardzo wierzę, aby było to możliwe (w sensie: autentycznie), bo jakoś by to prowadziło do nieempatycznych wersji narracji o przeszłości i o wykorzystywaniu przeszłości – współczesnym. Co z kolei mija się z istotnym sensem terminu opracowywać – polegającym na uładzaniu, wewnętrznym godzeniu tego, co było, z tym, co jest. A że „to, co było” pełne jest śmierciutraty, zadanie opracowywania nie ma trybu dokonanego. Krótko mówiąc, „opracowywanie przeszłości” nie jest tożsame z „historią”; opracowywanie przeszłości dotyczy rozległego „dziś”.

Ta moja nieotwarta procedura nie jest jednak szczelnie zamknięta, całkiem niepodjęta. Jak wielu tak i mnie włącza się selektywnie i – przede wszystkim – reaktywnie. Reaktywnie na jakąś koślawość czy fałsz naszego wspólnego „dziś”.

odpowiedzialność zbiorowa

Tak było z np. Janem Tomaszem Grossem. Prowadziłem internetową dyskusję o opozycji „wina zbiorowa” vs. „współczesna narracja o historii”. Oczywiście, pojawiła się kategoria „odpowiedzialności zbiorowej”. Byłem zdania, że „winy zbiorowej” nie ma (co oznacza: nie poczuwam się do innych win poza własnymi). Ale odpowiedzialność istnieje: i zbiorowa, i indywidualna (jako cegiełka zbiorowej) za to, co dziś dzieje się w narracji dotyczącej przeszłości (co oznacza: czuję się [współ]odpowiedzialny za kształt współczesnego uprawiania narracji historycznych i wokołohistorycznych). Oczywiście, im „bliżej mnie”, tym bardziej. Więcej mnie np. obchodzi polska debata o Holocauście niż kanadyjska o native americans, zwłaszcza że na tę drugą nie mam żadnego wpływu. Co nie znaczy, oczywiście, że inne niż polskie sprawy mnie nie interesują. Inaczej jednak przedstawia się rozkład odpowiedzialności.

psychodrama

W tejże dyskusji z kwietnia 2008 sformułowało mi się jeszcze i takie uogólnienie. Że realne społeczeństwa nie obywają się bez mitosfery (a właściwie: wielu nakładających się i krzyżujących mitosfer). Że realne społeczeństwa uprawiają rozmaite i ulokowane na wielu poziomach rytuały, których zadaniem jest podtrzymywaniem więzi społecznej. I które są „proceduralnym” ujęciem zbiorowej świadomości (i nieświadomości! obszarów wyparcia!). Każda „pedagogika społeczna” (od edukacji po manipulacje polityczne) odwołuje się do psychodramy (rozumianej jako narzędzie sterowanej empatii), bo to przez nią może sięgnąć do warstw realnie motywujących ludzi: do warstw mitosfery. Z dominującymi mitami „dostatku”, „szczęścia” itp. włącznie.

kultura szersza i węższa

Całkiem to mądre, nespa ;). Na szczęście powyższe kategorie nie są wystarczającym strychulcem. Bo działa siła rozdrabniająca mitosferę, wprowadzająca różnorodność tam, gdzie zinstytucjonalizowane „mitocentra” (np. religie) dążą do jednorodności. Mianowicie kultura, w tym szerokim znaczeniu, jak również i w wąskim: historii i przekazu rodzinnego, doświadczeń grupowych i indywidualnych.

Ale to nie koniec charakterystyki pola, na którym odbywa się „opracowywanie przeszłości”. Bo jest jeszcze

trauma

czyli jednostkowe doświadczenie utraty. I nie musi być to żal po utracie czegoś, co się indywidualnie miało (typu: „ech, młodość minęła” itd.). Może to być – i bywa! – trauma dotycząca bezpowrotnie utraconej możliwości, nie poddająca się żadnej racjonalizacji.

To właśnie typ doświadczenia wewnętrznego, który towarzyszy mi, gdy myślę o możliwych postaciach Polski, w której sztetl miałby szansę na jakiś rodzaj ewolucji. Albo gdy czytam Dworzec Gdański Daski. Albo gdy sięgnę wstecz jeszcze bardziej i wyobrażam sobie historię alternatywną, w której kontrreformacja nie odniosła tak spektakularnego zwycięstwa.

Że jednak moja winda ma nieznanej mi wytrzymałości hamulce bezpieczeństwa, kończę na tym, życząc przy okazji miłych 11-go i 13-go (piątek) listopada.

« Older entries § Newer entries »