
You are currently browsing the monthly archive for November 2009.
Tekst znam z linku zamieszczonego w blogonocie sprzed roku u mrw, przypomnianej niedawno w jakiejś dyskusji. Rozmowa z Zenonem Kruczyńskim w „Polityce” ujawnia pewnie małą część tego, co opisał w swojej książce Farba nie krew. Która ponownie wróciła parę dni temu, tym razem we wskazywanym już tutaj wywiadzie z Olgą Tokarczuk:
Znałam jednego myśliwego, nasze rozmowy zwykle kończyły się kłótnią. Przytaczał mi argumenty, że myślistwo jest rozumne i ekologiczne, że pomaga przywrócić równowagę, która została zachwiana nieracjonalną gospodarką człowieka. Zaczęłam szperać, wchodzić trochę w świat myśliwych, ale im więcej się dowiadywałam, tym większe ogarniało mnie poczucie absurdu. Także wtedy, kiedy przyglądałam się rytuałowi, dziwnemu językowi, który wymyślili. Ten język ukrywa zbrodnię. Wszystko się inaczej nazywa. Świetną o tym książkę napisał Zenon Kruczyński („Farba znaczy krew”). Ich rytuały inicjacyjne przywodzą na myśl tajemny związek, którego członkowie zdają sobie sprawę, co to za proceder, a z drugiej strony usiłują to ukryć za językiem. Większość myśliwych to mężczyźni i myślistwo kojarzy mi się z machoistyczną kulturą przemocy, dominacji, hierarchizowania świata podzielonego na silnych i słabych. Silni mogą zabijać słabych, powołując się na swoje mętne racje. Co za pycha.
[tu i dalej podkr. moje – n.]
Ale nie to sprowokowało tę blogonotę. Udało się dopiero Dariuszowi Nowackiemu, który w recenzji z najnowszej książki Tokarczuk pisze:
Tokarczuk m.in. zawzięcie polemizuje z katolickim poglądem na temat zwierząt jako istot podrzędnych, pozbawionych rzekomo duszy. Sugestywne zrównanie ambony, z której głosi się kazania, z amboną łowiecką, z której się strzela do niewinnych zwierząt, a tych dwóch z wieżyczkami z obozów to mocne ujęcie. Uczynienie z miejscowego księdza i zarazem kapelana myśliwych jednego z łotrów zasługujących na śmierć to także mocny wątek.
[...] znamienne jest to, na jakiej płaszczyźnie został osadzony ów światopoglądowy konflikt. Według mnie niezwykle bezpieczne to pole, chyba odrobinę wydumane. Ostatecznie idzie przecież o to, czy wypada jeść mięso, czy nie. „Kulturowy katolicyzm” zakłada, że w spożywaniu combra z sarniny nie ma niczego złego. Nie wszyscy się z tym stanowiskiem zgadzają — ot i cała wojna. Na dość dziwnym froncie prowadzona.
No więc pomyślałem sobie, że te linki i teksty za nimi warto zachować, a sprawę (jakoś) przemyśleć.
etyka
Pierwszy rezultat jest taki:
(1) nie wydaje mi się, żeby – samo w sobie – jedzenie trupów było nieetyczne
Co prawda, trup trupowi nierówny. Jeśli jedzenie trupów zwierzęcych nie tylko nie jest tabu, ale wręcz zostało podniesione do rangi sztuki (kulinarnej), to zabijanie – owszem, tabuizuje się z dekady na dekadę. To znaczy, wszyscy wiedzą, skąd biorą się w sklepach i na talerzach jadalne trupie tusze, ale wolimy o tym nie pamiętać.
Z ludźmi jest odwrotnie. Zabijanie to normalka, w tym sensie, że jest nieodłączną częścią codziennie prowadzonych setek narracji. Natomiast jedzenie trupa – o, nie. Tabu zakrywające zgrozę i grozę. Grozę własnej cielesności, śmiertelności itd. Nie mam zamiaru wnikać.
Gdzieś pomiędzy są kulturowe i osobnicze pets, zwierzęta z kapitałem sentymentu (lub sentymentalizmu) zależnie od usadowienia kulturowego. W Polsce: koty, psy, konie. [*]
Niemniej, trup to materia organiczna, łatwo przerabialna (przez człowieka i/lub inne zwierzęta) na energię i budulec zachowujące życie. Nie widzę, żeby – samo w sobie – jedzenie trupów było nieetyczne.
Problem w tym, że aby z żywego stał się trup, trzeba żywego zabić. (Rozważanie spożywania tylko „umarłych ze starości” zostawiam jako samodzielne ćwiczenie czytelnikom.) A przecież:
(2) zabijanie nie jest etycznie obojętne
A ponieważ najczęstszą przyczyną zabijania – jako procederu ludzkiego – jest produkcja jadalnych trupów, nie można nie dojść do wniosku, że teza (1) nie da się obronić inaczej, niż jako wyizolowana abstrakcja, unik.
ekonomia, socjologia, kultura
Z wartością etyczną „nie-jedzenia-aby-nie-zabijać” pozostają w konflikcie inne wartości albo okoliczności. Źródło pożywienia. Gospodarka hodowlana i przetwórcza. Miliony miejsc pracy. Niezliczone stada zwierzęce, których utrzymywanie (niezależnie od końcowego, zabójczego rezultatu) kosztuje; życie tych zwierząt – zagrożone (przez zaniechanie opieki), gdyby świat nagle postanowił być bardziej etyczny niż jest (skądinąd mała na to szansa). Kultura od tysiącleci ustanawiająca wielorakie zasłony nad masowym morderstwem zwierząt – od usprawiedliwień religijnych (a jednak niepowszechnych – taki buddyzm...) po przyjemności smakoszów – i kolejne setki milionów miejsc pracy.
Oczywisty wniosek z tego zestawienia jest taki:
(3) postulat bardziej etycznego traktowania zwierząt jest postulatem o wymiarze cywilizacyjnym, a jego realizacja wymaga długotrwałej ewolucji
...i – przepraszam za truizm – technologii.
morał
Skoro wydaje się, że nie istnieje realna możliwość „wielkiego skoku”, a nawet „dużych kroków”, pozostaje kwestia stosunku do „małych kroków”.
Na przykład – wyrugowanie kulturowego obyczaju, w którym zabija się dla przyjemności, i ostracyzm wobec morderców – tzw. myśliwych. Powiedzenie wprost, że chrześcijański stosunek do zwierząt (bóstwo oddaje ziemię i wszelkie żywe stworzenie we władanie człowieka, który odtąd będzie zabijał – z błogosławieństwem), stoi o etyczną klasę niżej od na przykład buddyjskiego i żadne gadanie o „duszy” i jej braku nic tu nie pomoże.
Nie ma też co się wyśmiewać z etycznego podłoża wyboru wegetarianizmu.
[*] zapomniałem o orłach
Moi bohaterowie źle czują się w chaosie i wyruszają po wiedzę, która odsłoni ukryty do tej pory porządek. Wiedza jest w stanie nas uwolnić. W „Podróży ludzi księgi” ludzie idą po księgę, gdzie wszystko zostanie raz na zawsze wyjaśnione. W każdej kolejnej książce opowiadam, jak ludzie poszukują porządku: może to być porządek psychiatryczno-spirytystyczny jak w „EE”, mitologiczny jak w „Prawieku”. Za każdym razem jest to porządek niereligijny, nie ma tam Boga w sensie chrześcijańskim. W „Biegunach” jest porządek bieguński, kosmos ateistów, którzy muszą sobie sami stworzyć porządek etyczny. Umierający profesor greki ma wizje odnowienia ludzkości: roi mu się, żeby jeszcze raz wszystko zacząć od początku, powrócić do Grecji, zobaczyć świat pełen bogów. Artemida karmi koty, Hermes sprzedaje skarpety na straganie, a Neptun pracuje jako hydraulik. Coś, co przepadło, zostałoby przywrócone, a my moglibyśmy żyć w godny sposób, bo nasze wybory byłyby prawdziwymi wyborami, a nie gestami nieważnych i nic nieznaczących szczurów.
Tak zeznaje Olga Tokarczuk. Odnotowuję.
(To trzecia blogonota dotycząca książki Przemysława Czaplińskiego Polska do wymiany. Pierwsza przedstawiała zamierzenie autora, druga zawiera kilka ilustracji jego metody. Niniejsza dotyczy sposobów radzenia sobie z historią.)
wojna
Fundamentem normalności okazywała się normalizacja czasów wojny, czyli ustalenie pewnego zbioru prawd korzystnych dla społeczeństwa wchodzącego w nowy okres. A wśród tych prawd najważniejsze wydawało się przekonanie o ofiarniczej pozycji Polski i Polaków, o złu wyrządzonym przez Niemców i zbrodniach rosyjskich. Nastąpiło więc niedobre spotkanie wolności i oczywistości: demokracja przywracała wszystkim prawo do mówienia prawdy, my zaś w pierwszym odruchu wykorzystywaliśmy to prawo do wypowiedzenia prawd, które wszyscy dobrze znali – prawd na temat cierpień, jakich zaznaliśmy nie tylko ze strony Niemców, lecz także Rosjan.
[podkr. tu i dalej moje – n.]
Na początku lat dziewięćdziesiątych wykształciła się zatem opowieść „założycielska” o przeszłości.
Nie była to opowieść o polskiej niewinności. Raczej o „niewinności mimo wszystko”. Narracja mogła więc uwzględniać zło czynione przez Polaków w czasie wojny, nasz narodowy spryt, cwaniactwo, szaber i antysemityzm – wszakże pod warunkiem jednoznaczności: zło musiało być w sposób wyraźny odizolowane od narodowej „normy wojennej”, przekroczone zasługami, przelicytowane cierpieniem.
Była to także opowieść drastycznie uproszczona:
Jej pojemność faktograficzna była niewielka, a wewnętrzne zróżnicowanie – ubogie: wojnę wygrali alianci, zaś skorzystali na niej Rosjanie; prawdziwi patrioci należeli do armii Andersa albo do AK, zaś pozostałe organizacje podziemne były fikcyjne lub promoskiewskie.
Bierze się dalej Czapliński za narracje wojenne, jakie pojawiały się w literaturze lat dziewięćdziesiątych, u Myśliwskiego, Tokarczuk, Odojewskiego, Chwina. Konstatuje:
„Wielcy tego świata”, układając historię, prokurują tragiczny żart zwykłym ludziom [...]. Podział na „masy społeczne” i „sztaby” jest tak oczywisty, że w większości utworów fabuły zdają się zaledwie ilustracją tej oczywistości. W rezultacie powieściowe obrazy przekonują nas, że wojna nie wytwarza codzienności [podkr. – P.Cz.]; nie tylko nie sprzyja w żaden sposób życiu powszedniemu – ona je niszczy. Dlatego niemożliwe są obszary styczne między okupantami i okupowanymi. [...] Wojna, krótko mówiąc, jest żywiołem, a więc siłą niedającą się ani powstrzymać, ani pojąć; wojny nie można zrozumieć, wojnę trzeba przetrwać – tak jak niepojęty kataklizm.
Z takiej narracji powstaje oczywistość przeświadczenia
o radykalnej sprzeczności między życiem codziennym a wojną: obie te sfery aktywności w niczym się nie zazębiają i nie warunkują. Rezultatem takiej dychotomii pozostaje skrajna alienacja źródeł wojny: nie wiadomo, skąd przychodzi, wiadomo natomiast, że codzienność nie wytwarza wojny [podkr. P.Cz.] – nie ma z nią nic wspólnego.
Co prowadzi Czaplińskiego do kluczowej obserwacji:
Wielka narracja, jak każda metahistoria, jest do pewnego stopnia językiem repertuarowym, zbiorem toposów. A jednak nie zestaw klisz wydaje się tu najistotniejszy, lecz mechanizm składniowy: pozwala on snuć opowieść indywidualną wyłącznie jako zdanie wtrącone między stereotypy. Zasadniczy wzorzec nie ulega zmianie („Niemcy/Rosjanie zabijali Polaków”), lecz właśnie jego trwałość pozwala opowiedzieć o przypadku odrębnym.
Jednak wraz z nastaniem XXI wieku schematy zaczynają się zmieniać. Pominę szczegóły, poprzestańmy na konkluzji:
w literaturze ostatnich dwudziestu lat dokonała się trwała zmiana tematyczna: z prozy o okresie wojny i okupacji znikła wojna, została okupacja [podkr. P.Cz.]. [...] Literatura odkrywa – co nadal wcale nie jest oczywistością – że nie istniała
jednolita, doświadczająca tego samego ucisku masa ludzka. W zbiorowości okupowanej następuje przegrupowanie ze względu na różnice społeczne. Hierarchie i konflikty „stanowe” przeniesione z okresu przedwojennego łagodnieją bądź znikają, konflikty etniczno-religijne ulegają intensyfikacji.
Drugi zatem, nasilający się, nurt polega na tym
że codzienność rodzi wojnę i że wojna rodzi codzienność [podkr. P.Cz.]. Wojna nie jest tu przybyszem z zewnątrz, szaleństwem, w jakie popada cywilizacja, nagłą zapaścią moralną, chorobą, aberracją – jest przedłużeniem normalności.
I ostateczna konkluzja, pokazująca na czym polegało objawienie się nieufności wobec tej polskiej „opowieści założycielskiej”:
Najważniejszą cechą wielkiej narracji było przekonywanie, że zło wojenne nie wynikało z normalności, że w czasie wojny wszyscy zyskiwali identyczną tożsamość ofiar i że większość przeszła wtedy pomyślnie sprawdzian z braterstwa. Narracje rozproszone pokazują, po pierwsze, iż codzienność czasów okupacji była reprodukcją codzienności czasów pokoju, po drugie – że do polskiej okupacji nie da się zastosować narracji o solidarności w cierpieniu.
Pominąłem uzasadnienia; nie mogę przepisać całej książki.
PRL
Podobnych środków analitycznych używa Czapliński wobec sposobów przepracowania okresu PRL-u. Odtwarza typy „ksiąg wyjścia” (z PRL-owskiej niewoli). Pokazuje dwa podstawowe stereotypu połowy lat dziewięćdziesiątych (PRL jako państwo zbrodnicze, korumpujące każdego obywatela, i PRL jako niejednoznaczny twór, mający również i zalety – awans cywilizacyjny chłopów i robotników, powszechną edukację i opiekę socjalną) i próbujący zneutralizować konflikt między nimi paradygmat „opowieści nostalgicznej”, skoncentrowanej na „małych ojczyznach”. Formułuje zdecydowane wnioski:
W tym sensie „prywatyzacja PRL-u”, dokonywana w prozie nostalgicznej, podtrzymała zabójczy dla życia społecznego fantazmat izolacyjny – narrację o życiu, które co prawda przypadło na czasy PRL-u, lecz toczyło się w jakimś mitycznym „gdzie indziej”.
Ale równowaga nie została osiągnięta. Za symbol przełomu bierze P.Cz. falę ataków na Szymborską po przyznaniu jej Nobla.
Od tego momentu stygmat PRL-owski stawał się znamieniem nie do usunięcia. Nosiciel zmazy miał tylko jedno wyjście: powinien publicznie wyznać swą winę (tego właśnie żądano od Poetki) i czekać. Po wyznaniu przebaczenie może być wyjątkiem. Zmaza, należąca do porządku pogańskiego, nie podlega bowiem ani przedawnieniu, ani rozgrzeszeniu. Ale wyrok także nie może nadejść, jako że nie istnieje kara za życie w PRL-u. Dlatego wyrok, stanowiący regułę, przybiera postać odroczenia; zmusza to „nieczystego” do ponawiania aktów wyznania winy. Zamiast sprawiedliwości – upokorzenie. [...] Od tej pory wszyscy stanęli przed obowiązkiem udowadniania, że co prawda w PRL-u żyli, lecz nie mieli z nim nic wspólnego. Narracja „narodowego honoru” – a więc etyki fundowanej na podłożu nacjonalistycznym – zyskiwała coraz większą przewagę.
Znowu pominę etapy analizy Czaplińskiego. Przeskoczę do kulminacji, do opowieści, która zaowocowała IPN-em, była współodpowiedzialna za tzw. IV RP, a zarazem – w pewnym sensie – unieważniła samą siebie.
[Andrzej Gwiazda] zapytany, ilu ludzi obejmuje podejrzenie o współpracę, stwierdził: „[Podejrzenie] dotyczy każdego obywatela w Polsce, póki lustracja nie zostanie zakończona. Każdego, każdy jest podejrzany”. Wydaje się, że w tej totalizującej wypowiedzi zmieściły się słowa najgłębszej prawdy: tak, wszyscy, którzy żyli w PRL-u, są podejrzani, to znaczy pomazani przez tamto państwo. Wszyscy oni przeszli ze wspólnoty solidarnościowej do wspólnoty podejrzanych, odzyskując nieoczekiwaną i niechcianą jedność dzięki zmazie. Tym samym Andrzej Gwiazda zakończył w sferze symbolicznej modernizację PRL-owską i otworzył późną nowoczesność. Jeśli bowiem każdy jest podejrzany, każdy powinien przygotować własną narrację.
Tak oto braterstwo antykomunistyczne, najbardziej pojemna narracja powojennego sojuszu społecznego, utraciła swoją jednoczącą moc.
kończę
blogową wycieczkę po książce Czaplińskiego, choć przeszliśmy dopiero pierwszą część. Jeszcze się usprawiedliwię z takiej obfitości cytatów: nie jest łatwo streścić obserwacje i tezy P.Cz. ze względu na gęstość i skondensowanie ich zapisu w książce. Zależało mi też na tym, aby pokazać – na przykładach – sposób, w jaki podchodzi on do narracji i w jaki je porządkuje.
Wydaje mi się, że skala zamierzenia Czaplińskiego i jego realizacja są na dziś wyjątkowe we współczesnej polskiej autorefleksji. Również dlatego chciałem się jakkolwiek przeciwstawić przemilczeniu, jakie (wg mnie) tę książkę dotknęło. No i, oczywiście, polecam lekturę, mając nadzieję, że po tym skrótowym, a przecież przydługim expose, zabierzecie się za lekturę całości.
Za oknem po typowo listopadowych ponurościach dziś od rana ani chmurki, a ja mam ochotę na mały seans nienawiści. Przy okazji szperania za nową książką Olgi Tokarczuk trafiam na stronę w Empiku i widzę, że to cholerne korpo (o którym słyszałem już tyle ponurych historii) używa jakiegoś cholernego softu, po anglosasku traktującego tytuły. Więc widzimy:
Prowadź Swój Pług Przez Kości Umarłych
a pod spodem:
autor: Tokarczuk Olga
Mimo wszystko nie wierzę, że to efekt działań jakiegoś wklepywacza-niedouka i że to „czynnik ludzki” odpowiedzialny jest za tę żenadę. To znaczy jest, oczywiście, tylko na innym korpo-poziomie.
A taki, dajmy na to, merlin.pl potrafi (choć, z kolei, poprawnie myślników nie wyświetla).
DODANE bardzo ciekawa rozmowa z autorką o książce

da się czytać


Recent Comments